złocenia

now browsing by tag

 
 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

SIEMIANY, WIOSNA – EDYCJA TRZECIA…

 

 

 

No i nadszedł czas kolejnego spotkania w Siemianach  – czyli TRZECIE AUTORSKIE WARSZTATY  w cudnej, klimatycznej Cykadzie.

Znowu będzie wesoło, śpiewająco i pracowicie!

Tym razem będziemy realizować dwa projekty – obraz z własnoręcznie namalowanym marmurem i własnoręcznie wykonaną ramą

oraz księgę Le Ballon (zgodnie z Waszym życzeniem!)

 

 

 

Serdecznie zapraszamy!

WIOSNA! PORA ŁĄCZYĆ SIĘ W PARY…

Wiosna! Pora łączyć się w pary.
Na dworze zrobiło się cieplej, powiały łagodniejsze wiatry, po niebie gonią się klucze dzikich gęsi, ptaki głośno krzyczą w ogrodzie – znaczy wiosna już.
A jak wiosna to najwyższa pora zakładać gniazda i składać jaja.
Miałam w swoich zasobach dwa gipsowe ptaszki. Do tej pory były surowe, w kolorze gipsu i wcale mi to nie przeszkadzało. Podobały mi się takie jakie były. (Ćma, poznajesz? 🙂 )
Teraz jednak postanowiłam je trochę zmienić, dodać koloru, lekko podrasować.
Ptaszki miały fakturę, jednak z uwagi na to, że chciałam je malować farbami kredowymi, pogłębiłam tę fakturę rylcem. Farby kredowe są gęste, bałam się, że po pomalowaniu faktura zostanie zniwelowana, a tego nie chciałam. Wśród moich szablonów znalazłam taki z serduszkami i ozdobiłam nimi brzuszki ptaszków.
Pomalowałam je trzema kolorami – szarym, białym i brązowym – za każdym razem przecierając farby przed wyschnięciem.
Na koniec lekko przetarłam złotym woskiem, żeby dodatkowo podkreślić fakturę.
Później wylałam z gipsu dwa jaja, jako formy używając skorupek zwykłych kurzych jaj. Ozdobiłam je w ten sam sposób.
Tym samym powstał wiosenny, wielkanocny komplet.
Postawiłam go na parapecie, żeby przypominał mi, że Wielkanoc tuż-tuż…
Ptaszki są moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów

JAK TEN CZAS SZYBKO PŁYNIE…

 

 

 

 

 

… dopiero były warsztaty w Skoczowie, a tu już za progiem następne…

Przedstawiam więc trzy nowe projekty – wszystkie będą realizowane na lutowych warsztatach.

Maska karnawałowa, bo jeszcze karnawał trwa,

jajo w stylu Faberge, bo Wielkanoc wkrótce

i skrzynka z romantycznym żaglowcem na skryte marzenia…

 

 

 

 

Ach, i byłabym zapomniała – pobawimy się nowymi żywicami Pentartu, a ja będę miała dla was niespodziankę – zupełnie, ale to zupełnie nową metodę złoceń, dopiero co wymyśloną przeze mnie właśnie przy okazji robienia jaja.

Zatem spotkajmy się w Skoczowie 🙂

Już dziś zapraszam.

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

Z NOWYM ROKIEM NOWYM KROKIEM…

…po nowe projekty, nowe wyzwania, w nowe podróże.

A tych zapowiada mi się w tym roku całkiem sporo.

Postanowiłam więc zaopatrzyć się w odpowiedni ku temu sprzęt.

Padło na walizkę – starą, znalezioną kiedyś przypadkiem na śmietniku przez moje dziecię i z wielką uciechą (obustronną!) dostarczoną mamuni. Wiele takich walizek widywałam. I wiele już razy chciałam tę swoją przerobić, ale jakoś się nie składało. Może z braku odpowiedniej motywacji? Albo z braku czasu na niepotrzebne projekty? Albo – co najpewniejsze – z niemożności zdecydowania się na konkrety. Bo tak do końca to nigdy nie wiedziałam jaką chciałabym ją mieć.

I wreszcie życie wybrało za mnie – nagle niezbędne stało się posiadanie czegoś, co służyłoby mi do pracy 😉 do wożenia preparatów i projektów, bo zawsze był z tym problem – gdzie i jak to zapakować, żeby się nie uszkodziło i w drugiej walizce miejsca nie zabierało.  No, a skoro pracy ma służyć, to musi się z tą pracą identyfikować przecież. I tak powstała moja „firmowa” walizka z odzysku. 

Strasznie się nad nią napracowałam, bo była w stanie bardzo wskazującym, powyginana, pordzewiała (to akurat mi się podobało, niestety groziło szybkim uszkodzeniem i ułamaniem metalowych elementów, trzeba więc było oczyścić i zabezpieczyć farbą antykorozyjną), z jednym zapięciem zepsutym (naprawiłam!), wyklejona jakimś dziwnym papierem w środku, brudnym i do połowy pozdzieranym, no i ten jej kolor przywodzący na myśl galopującą jelitówkę…

Niestety wieka tak do końca wyprostować mi się nie udało, nadal, pomimo wielu zabiegów reanimacyjnych, jest lekko pofalowane, ale teraz przynajmniej nie grozi mu połamanie.

No i teraz moja zalterowana, bardzo firmowa walizka, wygląda tak: 

zdjęć ogrom, ale przy mixed-mediowych pracach tyle jest szczegółów, że nie wiadomo który pokazać, a i w każdym oświetleniu wygląda inaczej… 🙁

I ZNOWU KARUZELA Z KONIKAMI…

 

 

 

…tym razem na olbrzymiej kuli-bombce.

Robiłam ją bardzo długo i już myślałam, że nie zdążę.  Ale, że ona  na specjalne zamówienie i na specjalną okazję, to się spięłam – i jest, w ostatnim momencie, bo termin na jutro już.

Pogoda jaka jest każdy widzi, co ma swoje odbicie w zdjęciach niestety… Bombka jest ogromna swoimi 20-stoma cm średnicy, błyszcząca, błyskająca i skrząca na maksa dzięki kryształom, mice i chyba kilogramowi 😉 brokatów różnych – czego oczywiście w tej dołującej aurze zaokiennej nie udało mi się pokazać… Ale możecie mi wierzyć, ona spokojnie mogłaby robić za dyskotekową kulę…

 

 

DZIEJE SIĘ BAJKA…

 

 

 

Jest taki dzień, gdy dzieje się najpiękniejsza bajka świata.

Dzień pełen gwiazd, magii, ciepłych promyków świec, blasku choinki i zapachu pierników.

Dzień, w którym wszystkie dzieci są grzeczne.

Czekają z noskami przyklejonymi do szyby  na tę czarodziejską chwilę, gdy błyśnie pierwsza gwiazdka i gdy na niebie, wysoko, pojawi się On…

I oto jest!

Jedzie w saniach ciągnionych przez renifery, cały ośnieżony, bo z daleka bieży.  Rozpędzone reny krzeszą skry, sypiąc wokół okruchami gwiazd i lodu, migającymi w świetle jak diamenty. Nad nim rozgwieżdżone, zimowe niebo, pod nim ośnieżone chatynki zagubione w bezkresnym śniegu.

I wtedy zaczyna się magia…

Już niedługo…

 

Bombka plexi, fi 20cm

mixed-media

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

ANTYCZNY OBRAZ Z ANIOŁEM I GOŁĘBIEM…

 

 

 

 

W drewnianych ramach własnoręcznie zbijanych.

Chciałam je też własnoręcznie ciąć, ale poległam i musiałam w tej materii posiłkować się pomocą Najlepszego. Ale tylko w tym.

Bo cała reszta to już samodzielna moja twórczość – począwszy od zbicia ram, poprzez wyprodukowanie farb, zrobienie tynku, jego położenie, pomalowanie, klejenie dekorów, i co tam jeszcze po drodze było, to już ja 😉

Napracowałam się setnie, nie raz i nie dwa chciałam rzucić to wszystko w kąt, i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że akurat żadnego pustego kąta, w którym obraz ów by się zmieścił, nie posiadałam. Więc się zaparłam zadnimi łapami i skończyłam.

Obraz jest duży i ciężki (waży – bagatela – 15 kg). Ramy pomalowałam farbami mlecznymi, złocenia dekorów temperą jajową. Anioł pomalowany jest farbą z pigmentami mineralnymi.

Obraz antyczny, 600×500 mm

anioł – 300 mm

woskowany i olejowany

 

SIEMIANY, DRUGIE WARSZTATY W CYKADZIE

Serdecznie zapraszamy na warsztaty w Siemianach 29.września – 02. października 2016

 

 

 

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

KARUZELA Z KONIKAMI, KARUZELA Z MARZENIAMI…

 

 

Karuzela z konikami,

karuzela z marzeniami,

jak w dziecięcym śnie…

 

Musiałam ją zrobić. Musiałam, odkąd zdobyłam śliczną formę do odlewów z konikami.

Pytanie tylko jak i na czym…

Aż wreszcie trafiła w moje ręce puszka. Pucha. Wielka, wysoka, idealna na karuzelę.

Potem to już poszło z górki 🙂 Trochę pracy, trochę złoceń, trochę różnych postarzaczy i oto stała się – karuzela z konikami, karuzela z marzeniami. Jak w dziecięcym śnie.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

Translate »