vintage

now browsing by tag

 
 

ARRIVEDERCI ESTATE…

 

 

 

 

 

 Lato nieubłaganie zmierza ku jesieni.

Kończy się czas spacerów po łąkach i lasach, zachwytów nad każdym kwiatem, każdym liściem i najmniejszą trawą.

Kończy się czas wakacji i beztroskiego leniuchowania.

Ale pozostają wspomnienia – kolorów, kształtów, zapachów, widoku złotych łanów zbóż prztykanych czerwonymi makami, cudnych zachodów słońca nad morzem, szmaragdowych lasów hen, wysoko w górach. I one będą z nami  przez te wszystkie miesiące, aż do następnego lata.

Arrivederci estate…

Ja żegnam się z latem makami.

Zatrzymałam je na szklanym talerzu, który będzie mi przypominał wakacje.

Do zbudowania tła wykorzystałam moją ulubioną technikę monotypii. Tym razem połączyłam ją ze złoceniami.

Monotypię zrobicie z wykorzystaniem płytek Gelli Plate.

Są dostępne w kilku rozmiarach i kształtach. Ja zazwyczaj rekomenduję kupno największej, bo z jej pomocą ozdobicie nawet duży przedmiot, bez konieczności dopasowywania wzoru.

Mój talerz jest w kolorach złoto-błękitno-turkusowych. Jest jasny i świetlisty, tak jak letni poranek.

Głównym motywem są maki.

Wykorzystałam tu piękny szablon Stamperii.

No i oczywiście jest to przedmiot w pełni użytkowy, można go bez obaw przestawiać i przesuwać po stole, bez obawy o uszkodzenie ( tył jest zabezpieczony pastą Stone)

VINTAGE Z GABINETU GENTLEMANA…

 

 

 

 

 

Witacie Wszyscy Skądkolwiek Jesteście.

Przybywam do Was z kolejnym projektem.

To organizer na listy i klucze.

Na rynku jest sporo różnych organizerów, mnie jednak zauroczył właśnie ten.

Wybrałam go z paru powodów:

po pierwsze – i dla mnie nie do przecenienia – jest duży,

po drugie ma bardzo niespotykany, oryginalny kształt,

i po trzecie – można go powiesić na ścianie.

Postanowiłam ozdobić go w stylu vintage. Chciałam, żeby choć trochę kojarzył się z gabinetem angielskiego gentlemana z przełomu XIX i XX w, żeby pomimo upływu lat, które odcisnęły na nim piętno (jest dość mocno postarzany) był wciąż elegancki…

Wykaz wszystkich użytych przeze mnie materiałów i sposobu jego wykonania znajdziecie na blogu Sztuki Zdobienia, gdzie post się ukazał jako inspiracja na lipiec.

SUN WINGED

To praca sprzed prawie 5 lat, nigdy nie pokazana, bo choć już parę razy próbowałam robić jej zdjęcia – nigdy nie wyszły.
Aż dziś Natura okazała się wspaniałomyślna i trafiłam na idealną porę, i idealne światło – i oto jest – SŁOŃCE ZE SKRZYDŁAMI.
To była świetna zabawa strukturami, fakturami i wszelkimi możliwymi złoceniami, zabawa szpachlą i pędzlem, gąbką i palcem, tkaniną, papierem, drewnem, piaskiem, i właściwie wszystkim co pod ręką… Sama się zdziwiłam, że wyszło z tego skrzydlate słońce…
A najfajniejsze w tym obrazie jest to, że on wciąż się zmienia. Jeszcze parę tygodni temu miał niebo w tonacji srebrno-szaro-ołowianej, a dziś ma w różnych odcieniach niebieskości, w dodatku dość ostrych, lekko tylko przytłumionych i rzadko przeze mnie używanych. Ale takich właśnie barw było mi teraz trzeba… Wystarczyło tylko zmiksować trochę farb, mgiełek i wosków. 

blejtram 90x30cm

mixed-media

PUDŁO STAMPS VOYAGER VINTAGE…

Jestem Vika, i jestem stemploholiczką.

Tak, tak, jestem nieuleczalną stemploholiczką. Zbieram te stemple od lat, wrzucam  bez ładu i składu do szuflady, a jak trzeba jakiś znaleźć, to przerzucam te góry silikonu i gumy w nieskończoność, tracąc przy tym nerwy. Postanowiłam więc coś z tym zrobić i jakoś nad tym chaosem wreszcie zapanować.

I stąd pomysł na pudło (pierwsze u mnie, ale już wiem, że będą następne, bo pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę) i na tematyczną segregację.

Jako pierwsze postanowiłam ujarzmić stemple o tematyce podróżniczej, a to za sprawą cudnych papierów Stamperii z serii Sea Land.

Jak tylko je ujrzałam to zaraz wiedziałam, że muszę coś z nimi zrobić, bo były na nich… balony.

A balony kocham miłością wielką i  dozgonną….

Pudło powstało jako inspiracja dla Sztuki Zdobienia – tam też znajdziecie opis wykonania pudła i specyfikację wszystkich materiałów użytych przeze mnie w tym projekcie.

 

ŁAZIENKA BLACK AND WHITE Z NUTKĄ DEKADENCJI…

 

 

… czyli moja stara-nowa łazienka po metamorfozie, która chodziła za mną od lat i wreszcie się stała. Kosztowała mnie mnóstwo pracy, wiele nerwów i niespodziewanych zwrotów akcji (łącznie z kuciem płytek i klejeniem ich na nowo, bo trzykrotnie zostały przewiercone kable…) ale jest taka, jaką chciałam żeby była. Farby Vittorino, transfery grafik starego Posen z  XIX i początku XX wieku i takież anonsy z ówczesnej poznańskiej prasy włożone w metalowe ramki, formy i stemple IOD. Dodatki kute (wieszaki, uchwyty i podpórki pod półki) z serii GNER, do których dorobiłam trochę swoich z tym samym logo. Stara, stuletnia komoda i jej nadstawka, która awansowała i żyje życiem samodzielnym, w zupełnie nowej szacie (bez zmiany pozostawiłam tylko oryginalne witraże w nadstawce). Część płytek przemalowana, żeby bardziej pasowały. Słowem totalna przemiana.

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA…

 

Dawno chciałam zrobić dekorację świąteczną, która byłaby zupełnie biała. Do tej pory nigdy jeszcze mi się to nie udało, bo zawsze w którymś momencie maznęłam nieopacznie kolorem, albo bitumem, albo innym woskiem. Nigdy, aż do teraz…

Zrobiłam białą! Taką od A do Zet białą, bo nawet jak gdzieś tam jest kolor, to i tak jest zgaszony bielą.

Jest jasna, błyszcząca mrozem i szronem, z Gwiazdorem i maleńkimi, szklanymi bombeczkami. I z gałązkami świerku osypanymi białymi gwiazdeczkami śniegu. I z zimową kamieniczką. I z gwiazdami – białymi – na zimowym niebie. I z małymi, modrzewiowymi szyszuniami, które przewidująco wybieliłam sobie jeszcze latem.

Mam więc swoją własną Opowieść Wigilijną, nieodparcie kojarzącą się z Dickensem.

Zawieszka drewno i akryl, średnica 20 cm

mixed-media z elementami decoupage i scrapbookingu

ŚWIĘTA, MAGIA I BROKAT…

Za oknem mokro i ponuro. Wiatr gnie drzewa, deszcz dzwoni w okienne szyby, dni są krótkie i szare. I to jest właśnie ten czas gdy zaczynamy myśleć o Świętach. Tęsknimy do rozświetlonej choinki, do skrzących się w blasku świec bombek, do odświętnie przystrojonych okien. Tęsknimy do magii…

I ja Wam tę magię przynoszę, bo mój świąteczny witraż specjalnie przygotowany na najbliższe warsztaty w Farbach i Kredkach, gościnnym poznańskim sklepie, taki jest. Roziskrzony brokatem, błyskający złotem i miedzią, delikatnie przepuszczający światło – słowem świąteczny i radosny. I magiczny, zmieniający kolory jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki, gdy tylko padnie na niego najmniejszy promyk światła…

WIELKA TACA I KUFEREK W PARZE…

 

 

 

Taca sama w sobie już była fajna. I duża, a ja duże gabaryty lubię, więc poszło gładko.

Tym bardziej, że znowu poszłam w kontrasty. Stąd obok faktur na rantach pojawia się gładka i błyszcząca tafla, obok matu błysk, obok złota – szarość i czerń. Przemyciłam też czerwień, od której się ostatnio nie mogę odczepić. I ulubione stemple…

Wykorzystałam tu mix technik i mix materiałów i w rezultacie powstało coś, co wygląda tak:

 

Za to z kuferkiem już tak łatwo nie było.

Zdobienia musiałam zgrać ze stylem, w jakim wykonano kufer, powalczyć z mdf, a to zupełnie inna bajka niż drewno i zmierzyć się z samą sobą, żeby nie iść w przekorę :), a bardzo mnie ciągnęło.

Tu też jest całe mnóstwo kontrastów – i w kolorystyce, i błysku i macie, gładkości i chropowatości.

I wiele technik połączonych w jedność 🙂

taca – 52×40 cm, mixed-media

kufer – 26x17x10 cm, mixed-media

Oba przedmioty to projekty na sierpniowe warsztaty w Gdyni, w DecoHobby, zapisy tu: klik 

DUŻA SKRZYNIA Z EFEKTEM RDZY…

 

 

 

Skrzynia na pędzle, duża, nawet bardzo duża, bo i pędzli multum.

W kolorze szaro-zielonym, mocno postarzana. I z dekorami pokrytymi rdzą. Taka rodem ze średniowiecza.

Wykonana w technikach mixed-mediowych.

Inspiracja dla Zielonych Kotów.

 

MIXED-MEDIA Z PENTACOLOREM, EDYCJA SIÓDMA…

 

Tym razem przygotowałam dla Was trzy projekty – obraz z tynkiem, zdobioną ramą i dwoma aniołami w stylu vintage, zardzewiały notatnik i walizkę, idealną na wakacyjne wspomnienia, bo wakacje wszak już za progiem…

 

ANIELSKO-BAROKOWA SKRZYNIA I WAKACYJNA BRANSOLETA…

 

 

Barokowa skrzynia z motywem anielskim.

Drewno strukturyzowane, mocno postarzane i patynowane.

Z anielskim dzieckiem ze złotymi skrzydłami.

W środku zdobiona pasami (stempel Primy) i złoceniami.

 

I letnia, wakacyjna bransoleta, w sam raz na wieczorny spacer brzegiem morza.

MIAŁA BABA DONICĘ…

 

 

 

 

Miała.

Od dawna. Taką dużą, 40-litrową. Ciężką i bez wyrazu. Stała w ogrodzie i straszyła. Nawet nic w niej nie rosło, bo baba nie miała dla niej serca.

No to baba postanowiła ją odnowić. Znaczy chciałam powiedzieć – postarzyć. Bo baba zwariowana jest i dla niej zwykle „odnowić” oznacza „postarzyć”.

Jak postanowiła tak i zrobiła.

Tak ją postarzyła, że Najlepszy ujrzawszy najnowsze dzieło baby, chciał ją wyrzucić, myśląc, że to już absolutny staroć do wyrzucenia przez babę przygotowany… Mężczyzna!

Dobrze, że baba czuwała.

I, żeby już najmniejszych wątpliwości Najlepszy nie przejawiał, nawet bergenię w nią wsadziła 🙂

I teraz se baba ma 🙂

farby kredowe, farby mleczne, tynk, wapno, sproszkowana cegła, barwniki mineralne

SKRZYNIA NA BOGATO….

 

 

 

…bo na Nową Drogę Życia miała być.

No i jest. Na bogato. W srebrze, złocie i miedzi, wszak bogactwo zobowiązuje 🙂

Jest duża.

I ciężka, bo „kruszcu” wszelakiego na niej tyle, że ho-ho…

Lubię robić skrzynie, a jeszcze jak Inwestor daje wolną rękę, to bardzo lubię. Wtedy robota sama się robi, szybko, łatwo i przyjemnie. Tak jak tym razem – ledwo ją wzięłam na warsztat, a tu już ostatni wosk kładłam :), sama nawet nie wiedząc jak i kiedy.

 

 

STÓŁ BYŁ, STÓŁ JEST…

 

 

 

Kupiłam go przypadkiem, pewnej ciemnej nocy na popularnym portalu aukcyjnym.

Obudził mnie deszcz, padał jakoś wyjątkowo głośno, wstałam więc, żeby zerknąć w okno. Padał. Mocno. I głośno.

Pomyślałam, że w takim hałasie i tak nie zasnę. Podeszłam do komputera, otworzył mi się wiadomy portal – przysięgam, sam z siebie się tak otworzył – a tam aukcja ze stołem…

Sama do końca nie wiem jak i kiedy kliknęłam „KUP”, bo chyba działo się to poza moją świadomością. Nie sprawdziłam nawet jakiej jest wielkości, w jakim stanie. Tak naprawdę nic nie sprawdziłam, ba, nawet nie przeczytałam opisu aukcji. Kliknęłam, bo zauroczyły mnie nogi…

Potem spokojnie wyłączyłam komputer i wróciłam do łóżka.

Dopiero rano przyjrzałam mu się dokładniej i okazało się, że jest dokładnie taki, jakiego od pewnego czasu szukałam, bez nadziei  zbytniej zresztą na poszukanie. Każdy znaleziony miał jakiś mankament, a to był za wysoki, albo za niski, za duży, albo za mały, kwadratowy, albo podłużny, zbyt wymyślny, albo bez charakteru. A ten się okazał idealny – okrągły, wysoki w sam raz, nie za duży i nie za mały, i jeszcze te nogi, które mnie uwiodły…

Przyjechał do mnie tuż przed świętami i całe trzy dni stał zapakowany na tarasie, a ja się doczekać nie mogłam, kiedy wreszcie siedziba rodowa opustoszeje po najeździe świątecznym, kiedy się wyciszy i odetchnie, a ja z dziką rozkoszą go rozpakuję i będę się napawać jego pięknem.

No i nastał wtorek. Rozpakowałam go raniutko. I znów zobaczyłam nogi – piękne. Potem co prawda zobaczyłam i resztę, już nie tak piękną jak owe cudne nogi – uszkodzony dość mocno i w różnych miejscach fornir, szramę na blacie, pęknięte spojenia krzyżaka, wyłamany kawałek drewna w stópce, jakieś plamy na rancie blatu – ale jakoś specjalnie mnie to nie przeraziło i z dziką rozkoszą zabrałam się za robotę, bez planu i pomysłu na całość. Ten brak planów to u mnie akurat nic nowego, rzadko (żeby nie powiedzieć nigdy) mam jakieś mgliste pojęcie o tym, co też chciałabym zrobić, więc nawet tym brakiem wizji sobie nie zawracałam głowy.

Naprawianie szkód zajęło mi cały dzień, ale potem poszło już z górki i oto dziś stół stanął na swoim docelowym miejscu.

Nie wiem czy jest taki, jaki miał być, ani czy właśnie taki chciałam, bo nie wiem jaki chciałam. Jest jaki się zrobił. Sam. Ja tylko trzymałam pędzel.

Ale jedno jest pewne – nogi wciąż ma piękne 😀

 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

Translate »