transfer

now browsing by tag

 
 

JAK TEN CZAS SZYBKO PŁYNIE…

 

 

 

 

 

… dopiero były warsztaty w Skoczowie, a tu już za progiem następne…

Przedstawiam więc trzy nowe projekty – wszystkie będą realizowane na lutowych warsztatach.

Maska karnawałowa, bo jeszcze karnawał trwa,

jajo w stylu Faberge, bo Wielkanoc wkrótce

i skrzynka z romantycznym żaglowcem na skryte marzenia…

 

 

 

 

Ach, i byłabym zapomniała – pobawimy się nowymi żywicami Pentartu, a ja będę miała dla was niespodziankę – zupełnie, ale to zupełnie nową metodę złoceń, dopiero co wymyśloną przeze mnie właśnie przy okazji robienia jaja.

Zatem spotkajmy się w Skoczowie 🙂

Już dziś zapraszam.

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

SIEMIANY, DRUGIE WARSZTATY W CYKADZIE

Serdecznie zapraszamy na warsztaty w Siemianach 29.września – 02. października 2016

 

 

 

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

KARUZELA Z KONIKAMI, KARUZELA Z MARZENIAMI…

 

 

Karuzela z konikami,

karuzela z marzeniami,

jak w dziecięcym śnie…

 

Musiałam ją zrobić. Musiałam, odkąd zdobyłam śliczną formę do odlewów z konikami.

Pytanie tylko jak i na czym…

Aż wreszcie trafiła w moje ręce puszka. Pucha. Wielka, wysoka, idealna na karuzelę.

Potem to już poszło z górki 🙂 Trochę pracy, trochę złoceń, trochę różnych postarzaczy i oto stała się – karuzela z konikami, karuzela z marzeniami. Jak w dziecięcym śnie.

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

DREAM TIME…

 

 

 

Organizer na biurko.

Mój własny.

Zrobiony z potrzeby chwili, bo już sobie nie dawałam rady z milionem pisadeł walających się na biurku. Musiałam je okiełznać już i teraz, bo za chwilę nawet komputera nie byłoby gdzie postawić.

No to siadłam i zrobiłam ;).

Jest w kolorze… no, właśnie, dość „niestabilnym”, w zależności z której strony się na niego patrzy – trochę oliwkowym, trochę śmietanowym, a trochę szarym, bo użyłam wszystkich tych kolorów (mieszając je uprzednio z mikami) i przetarłam, tak trochę niestarannie, żeby różnie się przenikały. Później wyposażyłam go w transfery, nóżki, wymyśliłam i stworzyłam  dekory, a jeszcze później zamieniłam je  w „metal” ze złotym połyskiem.

Nazwałam go DREAM TIME.

Chyba trochę z przekory, bo niezmiernie rzadko zdarza mi się marzyć przy biurku…

JESIENNA IMPRESJA….

Jesień.
Dla mnie najpiękniejsza ze wszystkich pór roku.
Działa na wszystkie moje zmysły.
Wyzwala we mnie pokłady spokoju, zadumy, refleksji,  o jakie bym się nawet nie podejrzewała.
Czaruje barwami, rozczula mgłą, gra deszczem i szumi wiatrem.
Czekam na nią cały rok, dużo wcześniej sprawdzam czy liście wciąż jeszcze zielone, czy może ta pierwsza czerwona plamka na którymś to może już? A może te brylantowe krople nanizane na pajęczą sieć są znakiem, że przyszła? Albo pierwszy zielony dym w ogrodzie jest jej zwiastunem?
Ale dopiero gdy zobaczę karminowe korale na jarzębinie, gdy znajdę pierwszego, brązowego i aksamitnego kasztana, gdy o poranku i wieczorem widzę ogród ubrany w zwiewne mgły –  wiem na pewno – już jest!
Jesień.
Pora wyciszenia i spokoju.
Pora, gdy znów w kominie mieszka dym.
Pora miliona barw.
I śliwkowych powideł.
I herbaty pachnącej pomarańczą.
I skaczącego po brzozowych polanach, wesołego ognia.

I płaczących deszczem szyb.

To jest właśnie jesień. Moja jesień.

W tym roku powitałam ją herbaciarką – delikatną, w kolorze perłowej, październikowej mgły gdzieniegdzie przetykanej jasnymi promieniami chłodnego słońca i błyskającej lazurem jesiennego nieba.

Prawie czuję, jak z jej wnętrza wydobywa się zapach mojej ulubionej herbaty z pomarańczą…

 

Nazwałam tę skrzynkę Jesienną Impresją – prawda, że się z jesienią kojarzy ?

Więcej o sposobie jej zrobienia i mediach, których użyłam znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

KARDYNAŁY BIS – TACA…

Strasznie jestem ostatnio zajęta, nawet zdjęć nie mam kiedy zrobić (inna sprawa, że Sonka to już zupełnie się na mnie obraziła, i nie dosyć, że czasem w ogóle nie chce zaskoczyć, a jak już mi się uda namówić ją do współpracy, to ta złośliwa Czarna Małpa zwyczajnie nie ostrzy 🙁 ).

Ale jakiś czas temu wpadła mi w ręce śliczna grafika, wypisz-wymaluj siostra tej, z którą już kiedyś zrobiłam sobie tacę. No nie mogłam jej nie wykorzystać – musiałam coś z nią zrobić, musiałam.

A że tac w domu nigdy zbyt dużo to sobie zrobiłam drugą.

Trochę tę grafikę przerobiłam, wydrukowałam w czerni i bieli i tylko kardynały dostały barwę, pomalowałam je miką, tak, żeby pasowały do tych wcześniejszych, są jedynym akcentem kolorystycznym w powodzi czerni, bieli i szarości królującej na dnie tacy.

Boki pomalowałam głęboką jak sadza, doskonale matową czernią.

Oba dłuższe dostały jeszcze po delikatnym dekorze, mocno stłamszonym uprzednio i lekko spatynowanym turkusem, of course, bo jakżeby inaczej przecież 🙂

Jakoś tak mi się wydawało, ze dobrze się w tę czerń wkomponują.

I oto ją sobie mam – tacę z kardynałami nr 2.

Ale zdjęcia są takie se 🙁 bo musiałam (MUSIAŁAM!) je zrobić telefonem (ta wredna Sonka…) i z góry za nie przepraszam.

 

 

POD SŁOŃCE…

– Wies co? Wyglałem w chińcyka!
Tsy lazy! Tsy!!!!
Az sam nie wiedziałem, ze jestem taaaki zdolny…
Zaskocyłem się!!!

 

 

Takim oto tekstem uraczył mnie Budrys Młodszy jakiś czas temu.
Spojrzałam wtedy na tego ledwo odrośniętego ponad kolana bajtla, na ocean szczęścia w szafirowych jeziorkach, co to je po obu stronach nosa ma, i pomyślałam, że też bym tak chciała…
Zaskoczyć się.
Chociaż raz.

No i proszę – chcieć to móc – bo oto stało się.
Zaskoczyłam się.
I to jak jeszcze! Na całego, rzec można.
A wszystko za sprawą jednej butli, którą ostatnio zrobiłam.
A ja przecież tych butli, to… no, wiadomo co.
A tym razem sięgnęłam po nią sama, bez przymusu.
I wcale nie w celach terapeutycznych (a to mi się zdarza w stanach furii, wtedy  rzucam taką na ołtarz decou, żeby się odstresować, wyżyć do wypęku, żeby wyrzucić emocje, żeby po skończonej pracy móc bez żalu tę taką na beee o najbliższy mur spokojnie roztrzaskać, co prawda jeszcze nigdy nie roztrzaskałam, ale wystarczy mi już sama świadomość, że mogę).
A tym razem byłam w pełni władz umysłowych (hmmm… właściwie już samo to stanowi zaskoczenie), działałam świadomie i z premedytacją – chciałam zrobić butlę. Tę dokładnie butlę.
Mając do wyboru cały arsenał skrzynek, tac, herbaciarek czy innych talerzy – ja chciałam butlę. No!
Ale nie tym jeszcze się zaskoczyłam (może trochę tak, ale tylko trochę).
Tak naprawdę się zaskoczyłam, jak uświadomiłam sobie ile satysfakcji dała mi praca nad tym znienawidzonym przeze mnie przedmiotem.
Satysfakcji i czystej radości.
I zadowolenia z wykonanej pracy.
I tym jeszcze, że po raz pierwszy nie miałam chęci natychmiast wszystkiego zmywać i zaczynać od początku, inaczej…
Zaskoczyłam się!

Może to za sprawą kształtu, a może jej koloru tego najbardziej mi bliskiego odcienia brązu?
A może motywu, który nie jest przypadkowy, a który odzwierciedla moje rozdarcie między miłością do widoku nagich drzew i rysunku gałęzi na tle nieba, niczym etruskich filigranów i najpiękniejszych koronek stworzonych przez niedościgłą Naturę, a tęsknotą za wiosennym słońcem.
Stąd to drzewo i stąd kolor nieba za nim – drzewo jeszcze zimowe, ale niebo już złotego, wiosennego zmierzchu…

POD SŁOŃCE.
Właśnie tak – pod, a nie po, bo to jakby patrzeć na te filigrany pod słońce…

Takie imię otrzymała butla.

Pierwsza, którą lubię.

Zaskoczyłam się.

Zdjęć milionpięćsetstodziewięćset, w różnych konfiguracjach – z lampą i bez, w świetle sztucznym i naturalnym – bo za każdym razem butla się zmienia…

A oto i rzeczona żona 🙂

MROCZNA KSIĘGA Z ZAMYŚLONYM ANIOŁEM I SZKLANICA Z RÓŻĄ…

Księga taka chodziła za mną od dawna. Mroczna, ale nie tak do końca, bo z aniołem, a wiadomo, że każdy anioł ociepla.
Anioł być musiał, bo właścicielka onej anioły uwielbia, więc jest. Zamyślony.
W srebrze, ciemnym brązie i szarościach, ale z odrobiną złota połyskującą na skrzydłach.
Są też romby – wiadomo, ciemne, bo mrocznie miało być. I turkusowa patyna.
Tył księgi zdobi medalion delikatnie podkreślony złocistym reliefem.
Najbardziej drapieżny i mroczny jest jednak grzbiet i okucia – w czerni i starym, spatynowanym złocie, chropowaty, matowy i przywodzący na myśl ciężki metal.

Do kompletu powstała też szklanica z białego szkła z maleńką, złotą różą.

MAPY, LATANIE I PTAK.

 

Lubię patrzeć z góry.
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało – lubię.
To bardzo przyjemna czynność.
Różnie można patrzeć.
Tak trochę z przypadku, leniwie i bez większego zaangażowania, tak człowieczo – z okna, balkonu, tarasu widokowego, albo z dachu. Nawet z Fernsehturm na Aleksanderplatz.
Można też tak hardcorowo  – z urwiska, z lotni, samolotu, wiszącego mostu gdzieś w Andach.. Albo z balonu.
Można też tak już całkiem, całkiem z góry, z perspektywy nieba – patrzeć na mapy.

Tak człowieczo – z okna, balkonu czy tarasu – patrzą wszyscy. Ja też. Czasem.
Z urwiska, lotni, mostu czy balonu – patrzą wybrańcy. Ja nie. Nigdy.
Choć kiedyś miałam okazję polecieć balonem.
Nie skorzystałam. Nie żałuję.
Z samolotu patrzą niektórzy. Ja… hmmm… trudno powiedzieć, że patrzę, ja zerkam.

Otóż w samolocie jestem zwykle niebywale zajęta. Głównie baniem się. Choć zdecydowanie wolę bać się na miejscu przy oknie, bo jednak… gdyby… nie daj Boże… ten samolot miał spaść… to ja koniecznie chciałabym to widzieć.
Najlepszy ma lęk wysokości, nie muszę z nim o to miejsce walczyć, a Nieletni nigdy nie wykazywał chęci patrzenia (on używa samolotu jedynie do spania, poza oczywiście przemieszczaniem się – śpi przemieszczając się, albo przemieszcza się śpiąc). Mam więc to miejsce przypisane do siebie niejako z urzędu, odgórnie i na zawsze w każdej podróży. Zerkam więc sobie jednym okiem co widać, jednym, żeby sobie nie przeszkadzać w tym baniu. Chyba, że jest coś nieziemsko pięknego – chmury, słońce, ośnieżone wierzchołki gór, połyskujące daleko w dole morze, rozświetlone nocą maleńkie miasta, rozrzucone w niezmierzonym błękicie wód tycie wysepki, albo pioruny bijące w skrzydło… no, wtedy to co innego, wtedy zapominam o strachu i patrzę, patrzę, patrzę… bez opamiętania.
Potem oczywiście boję się podwójnie, bo przecież przez chwilę nie bałam się wcale i muszę nadrobić… Bilans, wiadomo, musi wyjść na zero.

Za to mapom przyglądam się od zawsze.
Pewnie to zamiłowanie do ich oglądania wyssałam z mlekiem ojca.
Mój ojciec, geograf, zawsze powtarzał, że wykarmił mnie własną piersią.
I choć nigdy jakoś nie sprecyzował tego karmienia, mimo, że usilnie domagałam się wyjaśnień w tej niezwykle intrygującej mnie kwestii, to chyba innej możliwości jednak nie ma – mapy zaaplikowano mi w mleku ojca.
Ale w moim wewnętrznym jestestwie kołacze się też zamiłowanie do wszelkich działań z szeroko pojętej dziedziny sztuk plastycznych, a to już na pewno nie po ojcu, a po mamie… Mam więc silne podejrzenie, graniczące niemal z pewnością, że musieli mnie chyba karmić na zmianę, bo niby skąd to u mnie?
Niemniej jednak fakt map pozostaje faktem – przyglądam się im zawsze i z ogromną przyjemnością.
Wszystkim.
Patrzę sobie na nie z okazji okazji (np. jakichś podróży małych i dużych) i bez żadnej okazji też, z czystej przyjemności przyglądania się. Mogę tak godzinami.

Ale kiedyś…
Kiedyś dane mi było doznać zupełnie innego, wręcz metafizycznego widzenia…
Kiedyś miałam okazję spojrzeć na świat z innej, nieznanej, nawet nie przeczuwanej, ptasiej perspektywy…
Zdarzyło się parę lat temu.
Jechałam kolejką górską, wysoko, wysoko… na Jaworzynę Krynicką.
Było upalne, letnie popołudnie, trasa wiodła wąską przecinką, między dwoma zalesionymi zboczami, stojącymi tuż obok siebie, bliziusieńko,
okna kolejki były otwarte…
pomyślałam wtedy, że gdybym wyciągnęła ręce to bez problemu dotknęłabym ich obu.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, kolejka stanęła, lekko się zakołysała i znieruchomiała.
Była jak zawieszona w próżni – bez styczności z ziemią, bez styczności z niebem…
Nim zdążyłam się przestraszyć – spojrzałam w bok i tuż obok siebie zobaczyłam gałęzie rosnącego drzewa, odurzyło mnie przesycone zapachem igliwia i żywicy, rozedrgane od ptasich treli i gęste od skwaru, powietrze.
Było zielone jak to drzewo, poprzecinane słonecznymi smugami.
Znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Do tamtej pory myślałam, że drzewa rosną po to, by na nie patrzeć z dołu, by zadzierając głowę i przysłaniając ręką oczy od światła lejącego się z nieba, oglądać sączące się przez koronę promienie, poruszane wiatrem liście…
I nagle wtedy, w tamtej magicznej chwili, zrozumiałam, że to jest tylko myślenie ludzi, że ptaki myślą inaczej…

I ja się właśnie wtedy poczułam jak ptak – jakbym sobie na chwilkę przysiadła na jednej gałęzi, złożyła skrzydła, by przyjrzeć się tej drugiej z bliska i spokojnie, bez pośpiechu, mogła policzyć szmaragdowe igły… i za chwilkę miała lecieć dalej, na inne drzewo, na inną gałąź, innym igłom się przyglądać…
I przez jedno mgnienie byłam wolna.
Jak ptak.

BO WIEDŹMY LUBIĄ HERBATĘ…

 

Taką pachnącą różą.

Albo taką z kardamonem.

Albo z cytryną i kroplą soku malinowego.

Albo z goździkami i cynamonem.

Albo z hibiskusem.

Albo…

 

Wiedźmy normalnie działają na kawę.

Ale herbatę lubią.

Też.

Szczególnie w dżdżysty, zawodzący wiatrem,  siwy od mgły, jesienny wieczór.

Lubią sobie przysiąść przy strzelającym iskrami kominku, z kubłem aromatycznej, ciepłej herbaty z rumem, lubią się zapatrzeć w ogień, posłuchać śpiewu wiatru w kominie, odpłynąć do krainy marzeń…

Tak, wiedźmy zdecydowanie lubią herbatę też.

A skoro tak, to muszą mieć przecież herbaciarkę.

Specjalną, wiedźmińską.

Herbaciarka, cztery przegrody

transfer

kolorystyka oliwkowo-szaro-grafitowa

wosk matowy

Inka Gold, mika, bejca, olej

ANIOŁY DOMOWE – SEXTUS, NIOSĄCY KWIATY…

 

 

 

 

 

Sextus, to kolejny anioł z rodziny ANIOŁÓW DOMOWYCH.

Urodził się z numerem szóstym.

Praca nad nim, podobnie zresztą jak nad poprzednimi, dała mi wiele satysfakcji i radości. Nie da się zaprzeczyć, że lubię je robić i to na równi z moim ukochanym szkłem 🙂

Sextus, mający przydomek Niosący Kwiaty ( bo plamy przy jego rękach jakoś tak same w kwiaty się ułożyły) powstał – tak jak i jego starsi bracia – na desce, a właściwie na trzech deskach oprawionych w ramę, na specjalne życzenie jednych takich moich przyjaciół 🙂

Deski zostały specjalnie wyszczotkowane, żeby wydobyć ich fakturę, potem zabejcowane i zaolejowane.

A później to już poooszłooo… Nawet dokładnie nie wiem co i jak po kolei, bo szybciutko uleciałam w światy równoległe tracąc kontakt z bazą.

 

 

deska w ramie 220×220 mm

mixed media

bejca, olej, szlagmetale, miki, bitum, stencil (farba strukturalna, relief (masa modelarska) patyny, pasty pozłotnicze

wykończenie – wosk mat

GALLUS TO BRZMI DUMNIE…

 

 

 

 

 

Kuuu-ku-ryyy-ku!

Na grzebyku,
gra kogucik
z nut w kurniku.
Kurnik pełen jest kokoszek,
które krzyczą – jeszcze, proszę!
Kogut pręży tors, korale,
kurki klaszczą zaś wytrwale.
Ko-ko,
ko-ko,
ko-guciku!
Fanek tutaj masz bez liku!

Kogut ostrogami dzwoni,
łypie okiem z boku w bok,
kurki piszczą – jeszcze Panie!
On specjalnie myli krok…
Muska piórka od niechcenia,
jeszcze bardziej pręży tors,
duma w pychę mu się zmienia,
piórka stają mu na sztorc.
Fanki mdleją już w ekstazie
i w kurniku szum i zgiełk.
Kogut się jak paw napuszył
i jak balon z hukiem pękł!

V.

taca drewniana, spora

malowana wszystkim, co mi w ręce wpadło – są tu akryle, metaliki i miki, i patyny, i farby olejne, i bitum

boki – mieszanka bejc, przyciemniane bitumem i pastami postarzającymi, olejowane

dłuższe dostały jeszcze relief pociągnięty na wierzchu pastami pozłotniczymi ( dwa kolory złota) , spatynowany turkusem i przyciemniony woskiem bitumicznym

całość lakierowana w macie

P.S. Mówiłam, że już nie będę zamieszczać tyyylu zdjęć?

Kłamałam…

Translate »