taca

now browsing by tag

 
 

WIELKA TACA I KUFEREK W PARZE…

 

 

 

Taca sama w sobie już była fajna. I duża, a ja duże gabaryty lubię, więc poszło gładko.

Tym bardziej, że znowu poszłam w kontrasty. Stąd obok faktur na rantach pojawia się gładka i błyszcząca tafla, obok matu błysk, obok złota – szarość i czerń. Przemyciłam też czerwień, od której się ostatnio nie mogę odczepić. I ulubione stemple…

Wykorzystałam tu mix technik i mix materiałów i w rezultacie powstało coś, co wygląda tak:

 

Za to z kuferkiem już tak łatwo nie było.

Zdobienia musiałam zgrać ze stylem, w jakim wykonano kufer, powalczyć z mdf, a to zupełnie inna bajka niż drewno i zmierzyć się z samą sobą, żeby nie iść w przekorę :), a bardzo mnie ciągnęło.

Tu też jest całe mnóstwo kontrastów – i w kolorystyce, i błysku i macie, gładkości i chropowatości.

I wiele technik połączonych w jedność 🙂

taca – 52×40 cm, mixed-media

kufer – 26x17x10 cm, mixed-media

Oba przedmioty to projekty na sierpniowe warsztaty w Gdyni, w DecoHobby, zapisy tu: klik 

KARDYNAŁY BIS – TACA…

Strasznie jestem ostatnio zajęta, nawet zdjęć nie mam kiedy zrobić (inna sprawa, że Sonka to już zupełnie się na mnie obraziła, i nie dosyć, że czasem w ogóle nie chce zaskoczyć, a jak już mi się uda namówić ją do współpracy, to ta złośliwa Czarna Małpa zwyczajnie nie ostrzy 🙁 ).

Ale jakiś czas temu wpadła mi w ręce śliczna grafika, wypisz-wymaluj siostra tej, z którą już kiedyś zrobiłam sobie tacę. No nie mogłam jej nie wykorzystać – musiałam coś z nią zrobić, musiałam.

A że tac w domu nigdy zbyt dużo to sobie zrobiłam drugą.

Trochę tę grafikę przerobiłam, wydrukowałam w czerni i bieli i tylko kardynały dostały barwę, pomalowałam je miką, tak, żeby pasowały do tych wcześniejszych, są jedynym akcentem kolorystycznym w powodzi czerni, bieli i szarości królującej na dnie tacy.

Boki pomalowałam głęboką jak sadza, doskonale matową czernią.

Oba dłuższe dostały jeszcze po delikatnym dekorze, mocno stłamszonym uprzednio i lekko spatynowanym turkusem, of course, bo jakżeby inaczej przecież 🙂

Jakoś tak mi się wydawało, ze dobrze się w tę czerń wkomponują.

I oto ją sobie mam – tacę z kardynałami nr 2.

Ale zdjęcia są takie se 🙁 bo musiałam (MUSIAŁAM!) je zrobić telefonem (ta wredna Sonka…) i z góry za nie przepraszam.

 

 

MAPY, LATANIE I PTAK.

 

Lubię patrzeć z góry.
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało – lubię.
To bardzo przyjemna czynność.
Różnie można patrzeć.
Tak trochę z przypadku, leniwie i bez większego zaangażowania, tak człowieczo – z okna, balkonu, tarasu widokowego, albo z dachu. Nawet z Fernsehturm na Aleksanderplatz.
Można też tak hardcorowo  – z urwiska, z lotni, samolotu, wiszącego mostu gdzieś w Andach.. Albo z balonu.
Można też tak już całkiem, całkiem z góry, z perspektywy nieba – patrzeć na mapy.

Tak człowieczo – z okna, balkonu czy tarasu – patrzą wszyscy. Ja też. Czasem.
Z urwiska, lotni, mostu czy balonu – patrzą wybrańcy. Ja nie. Nigdy.
Choć kiedyś miałam okazję polecieć balonem.
Nie skorzystałam. Nie żałuję.
Z samolotu patrzą niektórzy. Ja… hmmm… trudno powiedzieć, że patrzę, ja zerkam.

Otóż w samolocie jestem zwykle niebywale zajęta. Głównie baniem się. Choć zdecydowanie wolę bać się na miejscu przy oknie, bo jednak… gdyby… nie daj Boże… ten samolot miał spaść… to ja koniecznie chciałabym to widzieć.
Najlepszy ma lęk wysokości, nie muszę z nim o to miejsce walczyć, a Nieletni nigdy nie wykazywał chęci patrzenia (on używa samolotu jedynie do spania, poza oczywiście przemieszczaniem się – śpi przemieszczając się, albo przemieszcza się śpiąc). Mam więc to miejsce przypisane do siebie niejako z urzędu, odgórnie i na zawsze w każdej podróży. Zerkam więc sobie jednym okiem co widać, jednym, żeby sobie nie przeszkadzać w tym baniu. Chyba, że jest coś nieziemsko pięknego – chmury, słońce, ośnieżone wierzchołki gór, połyskujące daleko w dole morze, rozświetlone nocą maleńkie miasta, rozrzucone w niezmierzonym błękicie wód tycie wysepki, albo pioruny bijące w skrzydło… no, wtedy to co innego, wtedy zapominam o strachu i patrzę, patrzę, patrzę… bez opamiętania.
Potem oczywiście boję się podwójnie, bo przecież przez chwilę nie bałam się wcale i muszę nadrobić… Bilans, wiadomo, musi wyjść na zero.

Za to mapom przyglądam się od zawsze.
Pewnie to zamiłowanie do ich oglądania wyssałam z mlekiem ojca.
Mój ojciec, geograf, zawsze powtarzał, że wykarmił mnie własną piersią.
I choć nigdy jakoś nie sprecyzował tego karmienia, mimo, że usilnie domagałam się wyjaśnień w tej niezwykle intrygującej mnie kwestii, to chyba innej możliwości jednak nie ma – mapy zaaplikowano mi w mleku ojca.
Ale w moim wewnętrznym jestestwie kołacze się też zamiłowanie do wszelkich działań z szeroko pojętej dziedziny sztuk plastycznych, a to już na pewno nie po ojcu, a po mamie… Mam więc silne podejrzenie, graniczące niemal z pewnością, że musieli mnie chyba karmić na zmianę, bo niby skąd to u mnie?
Niemniej jednak fakt map pozostaje faktem – przyglądam się im zawsze i z ogromną przyjemnością.
Wszystkim.
Patrzę sobie na nie z okazji okazji (np. jakichś podróży małych i dużych) i bez żadnej okazji też, z czystej przyjemności przyglądania się. Mogę tak godzinami.

Ale kiedyś…
Kiedyś dane mi było doznać zupełnie innego, wręcz metafizycznego widzenia…
Kiedyś miałam okazję spojrzeć na świat z innej, nieznanej, nawet nie przeczuwanej, ptasiej perspektywy…
Zdarzyło się parę lat temu.
Jechałam kolejką górską, wysoko, wysoko… na Jaworzynę Krynicką.
Było upalne, letnie popołudnie, trasa wiodła wąską przecinką, między dwoma zalesionymi zboczami, stojącymi tuż obok siebie, bliziusieńko,
okna kolejki były otwarte…
pomyślałam wtedy, że gdybym wyciągnęła ręce to bez problemu dotknęłabym ich obu.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, kolejka stanęła, lekko się zakołysała i znieruchomiała.
Była jak zawieszona w próżni – bez styczności z ziemią, bez styczności z niebem…
Nim zdążyłam się przestraszyć – spojrzałam w bok i tuż obok siebie zobaczyłam gałęzie rosnącego drzewa, odurzyło mnie przesycone zapachem igliwia i żywicy, rozedrgane od ptasich treli i gęste od skwaru, powietrze.
Było zielone jak to drzewo, poprzecinane słonecznymi smugami.
Znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Do tamtej pory myślałam, że drzewa rosną po to, by na nie patrzeć z dołu, by zadzierając głowę i przysłaniając ręką oczy od światła lejącego się z nieba, oglądać sączące się przez koronę promienie, poruszane wiatrem liście…
I nagle wtedy, w tamtej magicznej chwili, zrozumiałam, że to jest tylko myślenie ludzi, że ptaki myślą inaczej…

I ja się właśnie wtedy poczułam jak ptak – jakbym sobie na chwilkę przysiadła na jednej gałęzi, złożyła skrzydła, by przyjrzeć się tej drugiej z bliska i spokojnie, bez pośpiechu, mogła policzyć szmaragdowe igły… i za chwilkę miała lecieć dalej, na inne drzewo, na inną gałąź, innym igłom się przyglądać…
I przez jedno mgnienie byłam wolna.
Jak ptak.

GALLUS TO BRZMI DUMNIE…

 

 

 

 

 

Kuuu-ku-ryyy-ku!

Na grzebyku,
gra kogucik
z nut w kurniku.
Kurnik pełen jest kokoszek,
które krzyczą – jeszcze, proszę!
Kogut pręży tors, korale,
kurki klaszczą zaś wytrwale.
Ko-ko,
ko-ko,
ko-guciku!
Fanek tutaj masz bez liku!

Kogut ostrogami dzwoni,
łypie okiem z boku w bok,
kurki piszczą – jeszcze Panie!
On specjalnie myli krok…
Muska piórka od niechcenia,
jeszcze bardziej pręży tors,
duma w pychę mu się zmienia,
piórka stają mu na sztorc.
Fanki mdleją już w ekstazie
i w kurniku szum i zgiełk.
Kogut się jak paw napuszył
i jak balon z hukiem pękł!

V.

taca drewniana, spora

malowana wszystkim, co mi w ręce wpadło – są tu akryle, metaliki i miki, i patyny, i farby olejne, i bitum

boki – mieszanka bejc, przyciemniane bitumem i pastami postarzającymi, olejowane

dłuższe dostały jeszcze relief pociągnięty na wierzchu pastami pozłotniczymi ( dwa kolory złota) , spatynowany turkusem i przyciemniony woskiem bitumicznym

całość lakierowana w macie

P.S. Mówiłam, że już nie będę zamieszczać tyyylu zdjęć?

Kłamałam…

TACA Z WAŻKĄ I ROMBAMI W TLE…

 

 

 

 

Gdziekolwiek ostatnio spoglądam, cokolwiek ostatnio czytam – wszyscy robią tace.

No to ja też 🙂

Chodziło mi od dawna po głowie pytanie co się da zrobić z mieszanki bejcy, tuszu, oleju, wosku wybielającego i lakieru metalicznego, dało się zrobić tacę, ale tylko dlatego, że akurat ją miałam pod ręką 🙂

Najwięcej czasu zabrało mi przemielenie tych bejc, tuszów i olei z lakierem i woskiem, dorobienie potem do tego grafiki to już pikuś i czysta przyjemność była.


Dno tacy wygląda jak metal  z narysowanym wzorem, gdzieniegdzie wyżartym  (o metalu mowa) przez to co pod nim – myślę, że to sprawka duetu olejowowoskowego jest, tyle, że ten duet żarł jakoś tak wybiórczo i nieprzewidywalnie, tu tak, obok już nie…

 ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się na to patrzy.


Chciałam zrobić zdjęcie w słońcu, żeby wydobyć cienie, które powstały z tła pod lakierem, ale okazało się to niemożliwością – ten złoty metaliczny lakier zachowywał się jak kawałek szkła odbijający słońce.

BELLE JARDINIERE – MISZ-MASZ CZYLI KOLAŻ…

 

– Mamuś?…

– Mami?!

– Maaamooo!!!!

 

 

 

– Tak? Mówiłeś coś?

– A jak! I to od dobrych 5 minut – Nieletni wywinął orła oczami, żeby dobitniej zaznaczyć te 5 minut – a ty nic…

– Nie ściemniaj synuś, nie ściemniaj, co najwyżej od marnych czterech… tak mi się właśnie wydawało, że coś mi brzęczy nad uchem od czterech minut, na pewno nie od pięciu, bujać to my ale nie nas – odpowiedziałam  wracając z konieczności, acz niechętnie,  do rzeczywistości  z moich światów równoległych, gdzie przebywałam od rana i próbowałam, teoretycznie na razie, rozwiązać arcyważną kwestię transferowania na olejowane drewno, co wydało mi się rzeczą nie cierpiącą zwłoki w rozwiązaniu, jako, że transfery uwielbiam, a ostatnio i do olei pałam miłością wielką, a one jak powszechnie wiadomo tłuste dość są i z transferami niekoniecznie kompatybilne – czego dusza chciała?

– Pytałem co to jest kolaż?

– To nie pytaj po próżnicy jak mnie nie ma, poczekaj aż wrócę, szkoda  czasu i atłasu, a w ogóle to mógłbyś sobie poczytać – odpowiedziałam z lekka zirytowana, bo nie lubię wracać znienacka i z zemsty owiałam dziecię  smrodkiem dydaktycznym – kto czyta, nie błądzi…

– Chyba kto pyta? Poprzednio mówiłaś – kto pyta nie błądzi… – Nieletni machnął ręką w bardzo wymowny sposób, mający wyrażać podobne treści, co wywijanie orła oczyma, ale bardziej dosadnie – jak to cię nie ma? A ty to kto?

– Ja to ja, ale czasem wybywam w światy równoległe… znaczy duchem wybywam, bo ciało zostawiam, kto by tam targał taki ciężar – dałam się wkręcić w dyskusję, choć dobrze wiedziałam, że przecież dziecię doskonale ze stanami nieważkości rodzicielki obeznane, więcej – przejawia symptomy bardzo podobne moim, szczególnie jak matka – istota powołana do dręczenia młodej duszy – każe wynieść śmieci / wypakować zmywarkę / wyprowadzić psa/ itp. itd… – pytasz jakbyś nie wiedział, a wiesz! – też wzmocniłam wypowiedź wymownym gestem – i to od piętnastu lat! Te dwa brakujące tygodnie się nie liczą – dodałam szybko, uprzedzając reakcję  Nieletniego, który już się szykował do riposty (wiem, bo oczy mu błysnęły), że jeszcze wcale nie piętnaście, wcale! bo brakuje owych, nic nieznaczących, dwu tygodni, jakby to miało jakieś znaczenie… bo niby  co znaczą jakieś głupie dwa tygodnie w stosunku do wieczności?…

 Nieletni  uwielbia takie drobiazgowo-szczegółowe rozliczenia, uciekając się do nich w najmniej stosownych momentach, czym mnie wprowadza w stan pasji…

Ma to po Najlepszym. Oba człony – i szczegółowość i wprowadzanie mnie.

 

 – No to powiesz mi wreszcie co to ten jakiś kolaż jest?

– Misz-masz.

– Co masz?

– Misz.

– Że co misz???

– Masz.

– A tak bardziej po ludzku? Żeby człowiek zrozumiał?

– No mówię przecież – kolaż to… no  taki misz-masz to jest właśnie…  hmmm… no takie warstwy…  jakby ci tu… no wiesz, takie jeden na drugiego, jeden na drugiego…

– I Chinole stanęli na Księżycu – wpadł mi w słowo – ja chcę wiedzieć co to jest kolaż, a nie jak Skośnookie zdobyli tego Srebrnego. Skup się.

– Rany! Kolaż to są warstwy – się z lekka zirytowałam, bo jak można nie wiedzieć co to jest misz-masz??!! – war-stwy, czaisz?… Ogr ma warstwy, kolaż ma warstwy, cebula ma warstwy, rozumiesz?

– Że co to są warstwy? No jasne, oglądałem Shreka to wiem, ja tylko  nie mam pojęcia co to ten kolaż – Synek oblekł facjatę w minę p.t. „ O ja nieszczęsny i sponiewierany przez bezduszność tego świata i własną mać do tego” – to jak w końcu?

– Och, ssssmoczyca, ale mnie męczysz! No się nakłada jedno na drugie, potem drugie na trzecie i znów… robi się taki przekładaniec, taki zlepek, z różnych rzeczy… z fotografii na ten przykład… albo gazet różnych… szmat czasem… albo transferów (no, i chyba już wiem, jak zrobić transfer na olej!), a potem z tych misz-maszów  powstaje coś zupełnie nowego, to taka technika artystyczna, taki środek wyrazu, wielcy tego świata też się parali kolażem, że wspomnę choćby Picassa… Rozumiesz?

– Noooo nieeee wieeeem…  – Młody efektownie przeciągnął samogłoski – coś mi chyba świta, ale tak do końca to chyba jeszcze nie… A ty byś umiała taki kolaż zrobić?

– No jasne!– odpowiedziałam beztrosko i z wielką pewnością w głosie, bo wciąż mi się zdarza robić za wszystkowiedzącą i umiejącą matkę, co by podbudować chwiejący się autorytet – to prościzna jest, takie jedno na drugie i już.

– Naprawdę??! Umiałabyś? – Nieletni spojrzał na mnie z podziwem i uwielbieniem bijącym wręcz z jego szarawych ócz, aż mi się ciepło na sercu zrobiło –  wiedziałem, że ty potrafisz!!! I że nie będę się musiał wstydzić.

– Ty… – poczułam nagłe ostrzegawcze ukłucie w czerepie – a o co tak naprawdę chodzi??

– No o kolaż – dziecię pozwoliło sobie na lekki uśmieszek pod miejscem na wąsy – no bo wiesz… zgłosiłem się do  referatu o kolażu… i pani powiedziała, że jak przyniosę jeszcze jakiś przykład tego kolażowego czegoś, taki zrobiony, to będzie wyższa ocena…

– Ale przecież ja to nie ty – próbowałam się desperacko ratować – ja się absolutnie nigdzie nie zgłaszałam , i kto ma tę ocenę dostać?

– No wiadomo, że ja, za referat – dziecko emanowało spokojem i samozadowoleniem wprost przesadnym – tylko nie pyszcz, już napisałem… a ten kolaż to tylko taki przykład ma być, taka kropka nad i, jak to zawsze mówisz… zresztą nie panikuj, pytałem pani, czy ty możesz zrobić, bo chciałbym, żeby było ładne, a ja nie potrafię tak ładnie jak ty, i że ja będę asystował i podawał co tam będziesz chciała, a przy okazji się będę uczył… i że tobie będzie miło, jak mi będziesz mogła pomóc, bo ty lubisz pomagać…   i pani się zgodziła, bo cię chyba lubi, pod warunkiem, że będzie jej wolno  pokazać to w pokoju nauczycielskim, to co miałem zrobić??… też się zgodziłem…

 

…………………………………………………………………………………

 

Na temat technik socjometrycznych, które, jak się już nie raz przekonałam, moje dziecko opanowało śpiewająco, można by nawet rzec, że ma je w małym palcu i że przejawia wybitne wręcz zdolności w tym kierunku, będzie innym razem…

 

…………………………………………………………………………………

 

A kolaż w temacie Belle Jardiniere, który mnie zauroczył u Grażynki co to bawi się w Decoupage wieczorową porą :),  zrobiłam na kolejnej wielgachnej tacy, która okazała się świetnym polem, nie poletkiem – polem! (z powodu oczywistego, t.zn swoich gabarytów) doświadczalnym i doskonałym narzędziem dla mojej osobistej zemsty faraona nad dziecięciem mym, po wychodkach ganiać go nie zamierzam, ale z tobołem wielkim do tej szkoły wysłać (nic większego na stanie nie posiadałam) to już i owszem… wychodzi więc na to, że okrutna nie jestem, ale złośliwa to już tak.

No cóż, trudno… jakoś to przeżyję…

 

Całość wyszła monochromatyczna, utrzymana w sepii i brązach, w stylu retro,

do kompozycji wykorzystałam transfery grafik, doskonaląc technikę transferowania na olejowane drewno, oleje, maski, stencil, złoty lakier, bitum, woski postarzające, patyny i pasty pozłotnicze, całość woskowana.

I tylko w paru miejscach pozwoliłam sobie na delikatne maźnięcia turkusu…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taca drewniana, BELLE JARDINIERE, 640 x 540 x 80 mm

TACA CZEKOLADĄ PACHNĄCA…

 

 

 

 

i przeogromna.

Wiedziałam, że będzie duża, bo zanim do mnie przyjechała (wraz ze swoimi czterema siostrami), to przecież znałam wymiary – teoretycznie… jednak  jak ją zobaczyłam, to zwątpiłam! Jest tak duża, że spokojnie za cztery tace może robić :).

Pochodzi z fabryki czekolady, wciąż jeszcze tą czekoladą pachnie, ale wysłużona była już okrutnie, służbę skończyła i przyszłoby jej zginąć marnie na jakimś tacowym śmietniku, albo i w płomieniach nawet, gdyby nie pewna osoba, która postanowiła ją i jej siostry ocalić. I tak trafiła w moje posenowe ręce.

Widać po niej, że wiele w swoim życiu przeszła, widać, że wiele czekolady przeniosła, że od pracy się nie migała i wysiłku nie unikała, że nie raz i nie dziesięć jakieś nieostrożne ręce ją upuściły, jakieś inne nią poniewierały i  szargały jej drewniane ciało.  Mogłam ją zrobić w różnym stylu, nawet nowoczesnym, bo przecież od czego wszelkie masy szpachlowe i inne czary-mary, ale ja chciałam, żeby znać po niej było jej pracowite życie, więc ją tylko oczyściłam dokładnie, dałam nową sukienkę (w róże, a jakże :)) a potem pobrudziłam na nowo ;)…

Teraz będzie całe lato mieszkać na tarasie, będzie się wygrzewać w ciepłym słońcu, czasem przyniesie zimny sok i lody…

I będzie pachnieć czekoladą…

 

Taca 640 x 540 x 80 mm, motyw – mix paierów Stamperii, stemple, stencil, malowana – farby akrylowe, patyna, bitum, drewno olejowane, lakierowana i woskowana (mat)

Starych reklam czar…

 

 

 

… trudno im się oprzeć 🙂

są tak różne od tych nachalnych, wszechobecnych, nie zawsze idących w parze ze smakiem i dobrym gustem, tych dobrze nam znanych – współczesnych…

te stare, te  retro – o, te są inne – zabawne, rozczulające i takie… z innego świata,

 chyba bardziej… hmmm…  osobiste…

ot, choćby ta o poszukiwaniu żony przez młodego leśnika – chłopak podał nawet swoje dochody, żeby jasność była, przyznał się też bez bicia, że braki w znajomości pań posiada, i że pragnie żony skromnej i dobrze wychowanej, aczkolwiek z kompletną wyprawą i nieco majątku posiadającą, oprócz zamiłowania do gospodarstwa, co też mu się niezbędne wydało :),

czy też ta, gdzie doktor od uszu i połyku krzyczy – Powróciłem!,

albo ta, gdzie pan A. Pfitzner uprzejmie donosi w formie sprawozdania, że w Mad pod Tokajem 20 grudnia 1887 roku miało miejsce winobranie w jego winnicach, gdzie i swoje tłocznie posiada, i że rezultat tego winobrania na skutek ustawicznych i beznadziejnych spustoszeń fyloxery (cokolwiek to znaczy ;)) za dość jeszcze zadowalający uznać można…

albo ta delikatnie sugerująca kupno rogali, bo przecież  jak tradycja nakazuje na Marcina każdy rogale kupuje…

kocham je wszystkie szalenie i wykorzystuję bez umiaru wszędzie, gdzie się tylko da 🙂

 

 

A tu się dało, i to jak jeszcze!

Blat tego stolika imponującymi wymiarami – jak na taki taco-stolik – się pyszni, bo te  60 cm długości i 35 szerokości daje całkiem pokaźne pole do popisu. A ja zaraz wiedziałam, że on w te reklamy się ubierze, a że duży to i dużo ich się zmieści.

Wszystkie wykorzystane przeze mnie reklamy pochodzą z początku XX w ( a niektóre nawet z końca XIXw)  i  wszystkie są wycinkami z ówczesnej posenowej prasy.

Umieściłam je w formie kolażu, który powstawał w miarę dodawania coraz to nowych transferów, urozmaiciłam fotografiami miasta z tego samego, minionego dawno czasu, dodałam równie stary (dodatkowo spatynowany przeze mnie) uchwyt od jakiejś nieistniejącej już szuflady, przywiesiłam łańcuch z dyndadełkami, żeby karty czytanej książki w porządku utrzymać (bo i blatem czytelniczym może on być, i to w siedmiu pozycjach ustawianym), wszystko to umieściłam na tle utrzymanym w ciepłej, sepiowej kolorystyce, z delikatnymi (no tak, choroba jeszcze mnie trzyma mocno :P) turkusowymi przetarciami i maźnięciami miedzi, dołożyłam parę pieczątek, kilka stempli…

i oto się stał – 

STOLIK W REKLAMY UBRANY…

stolik współczesny, a jednak nie do końca…

i bardzo się wystrzegałam sepii z zaświatów, ale chyba znowu mi się nie udało 😉

kolonialne Indie – o czym taca baje…

 

 

 

 

Ta taca, to  moje ostatnie trafienie w Starej Rzeźni*… 

była stara, brudna, porozsychana i z ubytkami, niepozorna i właściwie nijaka… ale ciągnęła mnie do siebie z jakąś magiczną siłą… bezwiednie i bez jakiegokolwiek świadomego udziału woli wracałam w miejsce, gdzie leżała, nawet nie wiem ile razy, za każdym patrząc na nią chwilę i odchodząc dalej, a po niedługim czasie łapałam się na tym, że znów tam jestem i znów patrzę… leżała przygnieciona jakimś żelastwem, wystawał jej tylko brzydki  narożnik z falbanką  wyrzeźbioną w drewnie, zwieńczającą rant…

w końcu nachyliłam się, żeby się dokładniej przyjrzeć, ostrożnie wyciągnęłam rękę w jej kierunku, delikatnie dotknęłam… i w tym momencie przepadło!

Nagle poczułam, że muszę ją mieć – teraz-zaraz-natychmiast – wyszarpnęłam ją gorączkowo spod stosu żelastwa i zapłaciłam, nawet nie pomyślawszy o targowaniu (a niezmiernie rzadko mi się zdarza nie targować się… właściwie, to nawet nie rzadko, a nigdy… wiadomo, ja z Posen jestem…).

Miałam ją! A ona była taka, jak przeczuwałam – duża, brzydka, uszkodzona, niebywale brudna, z pękniętą deską w dnie… i moja!

Tego dnia kupiłam jeszcze parę drobiazgów – jakąś porcelanę, jakąś paterę, dwie ramki, starą skrzynkę, trochę metalowych okuć, trochę starych cyferblatów, które już od dawna czasu nie liczą,  ale nic nie sprawiło mi takiej frajdy jak ta stara taca. Czułam, że skrywa jakąś tajemnicę… a może poddałam się tylko jej czarom?…

Najlepszy od wieków już nie komentuje moich giełdowych trafień, wie, że to na nic , może jedynie  wywołać burzę, a ja wciągnę go w wir „niepodważalnej argumentacji”…  a na końcu i tak będzie musiał przyznać, że „nie można było tego nie kupić”… teraz to już tylko milczy i co najwyżej pozwala sobie na uśmieszek pod wąsem – mały i półgębkiem – żebym nie zauważyła…

tym razem jednak zobaczywszy moją tacę i to, w jakim nabożnym uniesieniu ściskam ją w objęciach pozwolił sobie na wielce kąśliwą uwagę, że niby dobrze, że  ją przytargałam do domu, bo teraz przynajmniej będzie spokojny, że nam zimą drewna do kominka nie zabraknie! Profan!!!!

Ale ja nawet nie pomyślałam, żeby odpowiedzieć – pognałam do łazienki, żeby mój cud z brudu obmyć. A łatwo nie było – musiała być bardzo stara, bo drewno było niewyobrażalnie sponiewierane, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że się nie da i że będę ją musiała zostawić, ale właśnie wtedy, nagle, moim oczom ukazało się prawdziwe piękno tego drewna – a ja niespodziewanie odkryłam, że cała taca zrobiona jest z drewna oliwnego, pięknego, naturalnie postarzonego niezliczoną ilością lat, jak naturalną patyną…

Niestety, zobaczyłam również, że nie uda mi się jej pozostawić w takim naturalnym pięknie, bo jej dno było bardzo zniszczone i uszkodzone – musiałam je posklejać, wypełnić ubytki, pozbijać boki – musiałam je zrobić na nowo.

I dobrze wiedziałam, jakie ono będzie, bo sama taca zdążyła mi już wiele o sobie opowiedzieć – ja ją szlifowałam (a kto pracował z drewnem oliwnym, ten wie ile to czasu zajmuje, bo to niezwykle twarde drewno), a ona opowiadała mi – o pewnym starym, angielskim gabinecie z epoki królowej Wiktorii, ze snującym się leniwie dymem z cybucha, gabinecie  przesiąkniętym słodkim, korzennym zapachem Amphory, z ciemnozielonymi, pluszowymi zasłonami w wiktoriańskich – wąskich i wysokich – oknach, z globusem stojącym w rogu, pokazującym nieodmiennie Indie… z olbrzymim, mahoniowym biurkiem w głębokim kolorze burgunda…

opowiadała o starym pułkowniku, który po wielu latach powrócił z Indii do Starego Kraju, o  tacy (mojej tacy!) i stojącej na niej filiżance z   Masala Chai, którą pułkownik codziennie popijał, bo ona na chwilę przenosiła go z powrotem do miejsc, które ukochał i za którymi tęsknił, przesuwała  pod jego przymkniętymi powiekami dawno minione obrazy… a to  dumnego i wyniosłego maharadży, spoglądającego z wysokości słoniowego grzbietu, siedzącego w palankinie ze swoją maharani – piękną, podobną rajskiemu ptakowi, w bajecznie kolorowym sari błyskającym złotymi nitkami w zachodzącym słońcu, a to  słodki obraz młodej, kruczowłosej kumari – córki maharadży, w której się dawno temu zakochał…

Oczywistym więc było, że taca dostanie mapę,… mapę, która pozwoli pożeglować staremu pułkownikowi do kraju, gdzie był szczęśliwy, gdzie wciąż, być może, czeka na niego zakochana kumari…

 

______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

*Stara Rzeźnia – zabytkowy kompleks budynków rzeźni miejskiej w stylu eklektycznym, obejmujący teren ponad 5ha, wybudowany w latach 1897-1900 w/g projektu architekta  Fritza Moritza (w całości z cegły klinkierowej), będący w tamtym czasie najnowocześniejszym takim obiektem w całej ówczesnej Europie, jej budowa kosztowała prawie 3 mln. marek – suma olbrzymia…

S.R. mieści się na Garbarach, w dzielnicy historycznie wywodzącej swą nazwę od garbarzy (garbników), którzy zamieszkiwali te tereny od średniowiecza i trudnili się wyprawianiem skór.

Obecnie miejsce to jest wykorzystywane w celach kulturalnych, odbywają się tu m.in. przedstawienia i happeningi Międzynarodowego Festiwalu Malta, a co tydzień – największy w Posen pchli targ (zwany u nas Flohmarkt), doskonale znany wszystkim mieszkańcom miasta i okolic.

 

Miałam okazję pokazać to miejsce (dla mnie magiczne i silnie uzależniające)  moim znakomitym koleżankom z pewnego forum, bawiącym w Posen na I Forumowym Sabacie Decouczarodziejek  we wrześniu 2012 i mam ogromną nadzieję, że wycieczka nie była dla nich utrapieniem i sprawiła, że i one poczuły magię tego niezwykłego miejsca…

stare-starsze ogrodowe meble…

 

 

 

 

 

 

 

miały zostać wyrzucone…

swoje już odsłużyły, porozsychały się, wykoślawiły, a i farba miejscami z nich zlazła…

ale moja posenowa dusza łkała – jak to wyrzucić? jak???!!! no i co z tego, że stare? to ja namiętnie odwiedzam wszelkie giełdy staroci żeby coś starego wyhaczyć i upolować, a swoje własne, osobiste stare miałabym wyrzucić??!!  nigdy!  przecież można jeszcze coś z nimi zrobić…

na przykład…  postarzyć ;P ,  a najlepiej poprzecierać w stylu shabby chic (oj, lubię ten styl, lubię…)

tym bardziej, że jakiś czas temu zrobiłam tacę-stolik w tym samym, ulubionym shabby, więc  meble byłyby dopełnieniem…

rozbieliłam je więc białą farbą, mocno przetarłam, dałam transfery – trochę starych, francuskich napisów, jakieś ptaszki  – i oto są – stare meble ogrodowe jeszcze starsze…

no i teraz nareszcie pasują do tacy 🙂

 

lato pachnące miętą i diabeł….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

… czyli taca w silnie miętowym entourage z czarcim kuszeniem w tle…

 

Dawno już mnie korciło, żeby zrobić coś jasnego, prostego, bez wodotrysków i podobnych  wyprysków ;), typu złocenia, postarzenia, czy bitumienia inne. Patyn żadnych też miało nie być, o kraku nie wspominając… czyli, jak dla mnie wyzwanie ogromne, bo wiadomo – mnie zawsze diabeł decoupage’owy kusi tudzież  na pokuszenie wodzi…

Ale tym razem powiedziałam stanowcze NIE!!!

Tym razem będzie absolutnie jasno i prosto!

Tym razem pokażę kto tu rządzi, bies czy ja, kto w tej potyczce na silną wolę i determinację wygra… miałam prawie pewność, że jednak ja… prawie…

Okazja sama mi wpadła w ręce, bo zbliżają się imieniny pewnej, zaprzyjaźnionej mi wielce, amatorki jasności wszelakich, a że w tym roku obiecałam jej tacę, to i z ochotą (i determinacją w wytrwaniu wyzwaniu!) do pracy się wzięłam…

Zonk pojawił się zaraz po rozpakowaniu paki z zamówionymi drewienkami, w tym i tacy- tej konkretnej – o z góry upatrzonym kształcie …

 

( ku pamięci! nigdy nie zamawiać jednego upatrzonego egzemplarza!!!),

 

…bo oto moim oczom ukazała się rzeczona taca, tyle, że z wyłamanym narożnikiem… pozostałości tego wyłamania nie było, więc wniosek nasunął się sam – taka została zapakowana :(, a na reklamację, odsyłanie i dosyłanie czasu już nie stało.

Cóż – pomyślałam – przekuję w atut, przecież często przekuwam, to mam wprawę, będzie dobrze!

No i od tego przekuwania zaczęłam.

Do głowy mi wpadło wklejenie w ubytek kryształów. Pomysł, jak pomysł… ani wybitnie nowatorski, ani – z drugiej strony – jakoś przesadnie przyziemny, uznałam zatem, że w narożnik będą w sam raz.

Miałam je tylko w kolorze mięty…

 

 ( ku pamięci! zawsze mieć zapas kryształów  w różnych kolorach!).

 

Taca, w/g mego założenia, miała być biała, no ewentualnie najwyżej śmietankowa, jednak z tymi miętowymi kryształami już nie bardzo mogła…

Co tam! Będzie w takim razie miętowa – pomyślałam beztrosko i szybciutko, żeby się nie rozmyślić, pomalowałam ją na cudny kolor mięty…

Cudny to może i on był, jak go umieszałam pracowicie w słoiczku, na tacy niestety ściemniał i taki cudny to on już być przestał.

– Ratować! Ratować tę jasność utraconą! – wrzeszczała wniebogłosy moja Szara  Jedynaczka, miotając się w spazmach w czerepie – Ratować natychmiast!!

– Pewnie, wiśta wio łatwo powiedzieć – oburzyłam się śmiertelnie,  sama zła, że ściemniało – ale jak do qndulencji jaśnistej wielkiej?? Jak??!! Przecież nie będę malować jeszcze raz??…

 

(ku pamięci!! – właściwie czemu nie? to przecież łatwiejsze i prostsze niż wymyślanie co by tu z tym zrobić…)

 

– Weź to jakoś rozbiel może? – podsunęła Szara niepewnie.

– Jasne, rozbiel… Tylko jak?  Szkoda mi jednak tego miętowego trochę…

– Białym go maźnij – Szara najwyraźniej przejęła się problemem – białym…

– Tak zwyczajnie? Tak suchym pędzlem i już?

– No a jak! Miało przecież być prosto, nie?

– Nooo… niby miało – zgodziłam się niechętnie, bo już mnie zaczął ten zły na pokuszenie wodzić – Ale może jednak jakieś coś innego się da?

– Jakie coś innego?! Rób białym i nie wymyślaj! Ja tu jestem od myślenia, co nie? –  Szara wyraźnie traciła cierpliwość – Białym i po sprawie! Już!

– Dobra już dobra, białym… ale słuchaj… a może by tak jakiś szablon? wiesz, ten od Domi, w te piękne romby… co myślisz?? – dobrze wiedziałam co myśli, bo  wieloletnie doświadczenie w kontaktach z nią zdążyło mnie już nauczyć, że ona, Szara, uwielbia, gdy ją pytać o zdanie, zaraz złe z niej ustępuje, ważna się czuje, że niby taka najmądrzejsza, wszystkowiedząca i takie tam ble, ble, ble…– bo wiesz, jak TY powiesz, że szablon – grałam dalej poniżej pasa – to będzie znaczyło, że jednak szablon.. i że tylko szablon będzie tu najlepszy (specjalnie słowa szablon użyłam aż cztery razy, żeby nawet ona  załapała…).

Załapała!

– No niech ci będzie – łaskawie się zgodziła – myślę, że szablon się nada… Ale potem to już tylko motyw, lakier i finał! Pamiętasz? Masz zrobić jasno i prosto!

– Pewnie, że pamiętam, co mam nie pamiętać – uśmiechnęłam się pod nosem, bo czart już mnie nie odstępował na krok – prosto i bez wytrysków, wiem, wiem…

Zrobiłam ten szablon, mój ulubiony, rombowy, odbiłam go złamaną bielą na wewnętrznych bokach i dnie tacy, potem lekko przetarłam, żeby wtopić go w tło. Wyszło nawet-nawet… a na pewno rozjaśniło tę miętę.

– O widzisz! Mówiłam, że najlepszy będzie tu szablon – puszyła się Szara – mówiłam? No! Możesz mi teraz per Eminencjo…

– Mówiłaś, mówiłaś… – mruknęłam cicho (hahaha! Eminencjo! jeszcze czego??!) – a właśnie, że to ja mówiłam – domruczałam sobie pod nosem, na wszelki wypadek już zupełnie cichuteńko, żeby zołza nie dosłyszała….

– To teraz poszukaj jakiegoś miętowego motywu – wymądrzała się dalej – bo tylko mięta do tej mięty tu będzie pasowała, potem transfer i NIC JUŻ WIĘCEJ NIE RÓB! A jak przetransferujesz to mnie obudź, spać idę, bo strasznie mnie zmęczyłaś… wciąż tylko muszę naprawiać to co ty zepsujesz, wciąż…

********

– No nareszcie! –  sapnął diabeł z taką ulgą, że aż końcówki rogów mu pojaśniały – jużem myślał, że ta przemądrzała synapsa nigdy się nie wyniesie… jeszcze trochę a by mi siarka uszami uszła…

– Ale… – chciałam powiedzieć, że to nie żadna synapsa tylko zwykła szara komórka, w dodatku jedna jedyna jaką posiadam, więc o synapsie mowy być nie może, bo musiałabym mieć choć ze dwie szare, żeby jakaś synapsa miała szansę się pojawić, a nie mam… ale machnęłam ręką, bo i na co diabłu taka wiedza?… – no to co robimy??

– A co już masz? – uprzejmie się zainteresował, choć przecież widział…

– No ten motyw mięty przetransferowany…

– Tylko jeden?? !! Za mało!

– Ale miało być…

– No i co z tego, że miało – przerwał mi w pół zdania – miało-było… co było, a nie jest nie pisze się w rejestr!! Rób jeszcze!

– Znowu mięta?

– Może być znowu, ale inna.

– Ale Szara…

– Śpi! I niech tak zostanie! A ty rób, będzie pięęęknie – kusił – zobaczysz… pięęęknieee…

– OK.  Ale jakby co, to zwalę na ciebie – uprzedziłam lojalnie – pamiętaj.

– Jaaasne, zawsze  wszystko co złe, to na biednego diabła… ale dobra, przyjmę i to – rób!

 

No to zrobiłam i drugi transfer.

I na to jeszcze trzeci…

– Ty, daj jeszcze jakieś napisy – kusy kusił dalej – co ci szkodzi? Lubisz napisy, nie?

– Lubię, bardzo lubię – nawet mi się pomysł spodobał, bo ja naprawdę je lubię – to gdzie te napisy?

– A dawaj gdzie się da… na dno, i na boki… miejsca dość…, wiesz jak jest – hulaj dusza, piekła nie ma!

– I kto to mówi??

– No kto jak kto, ale ja to chyba wiem najlepiej, nie?

Faktycznie, on chyba wie, w końcu diabeł pomyślałam trochę uspokojona…

I dałam  te napisy… wszędzie gdzie wlazły…

Opamiętałam się dopiero jak już miejsca nie stało.

 

– O jezusicku – jęknęłam jak zobaczyłam – ale tego…

– Cicho!– diabeł skoczył na równe kopyta jak oparzony, bo już był trochę znużony długim transferowaniem i pokładał się pod stołem  – Uważaj co mówisz!!!

– Ale zobacz – jęknęłam – zobacz… miało być prosto i jasno…

– A nie jest?? – zdziwił się obłudnie – przecież jest. Prosto. A nawet, rzekłbym, zbyt prosto jest…

– Ja już…

– No pewnie, że nie ty, tylko ja! – znów mi wpadł w słowo (swoją drogą to chyba kindersztuba w tej diabelskiej społeczności  ostatnio mocno podupadła… żeby tak wciąż przerywać…) – mówiłem przecież, że wszystko biorę na klatę, nie? Mówiłem! To nie mazgaj się i dawaj kraka!

– O jeeezz… jeny znaczy…  jeszcze i kraka??? Nieeeeee…

– Co nie! Właśnie, że tak! – wrzasnął, pewnie, żeby mnie wystraszyć – z ciebie to jednak mazgaj jest, doopa  nie oficer, tchórz jak stąd do wieczności – nakręcał się coraz bardziej nie przestając wrzeszczeć – do ciebie to trzeba mieć anielską, tfu!, cierpliwość, jak ja, qndulencja,  mam cię na pokuszenie wodzić, jak ty na wszystko nie i nie??! Mówię rób kraka, to rób i nie dyskutuj! Już!

– Ciiicho, Szarą  obudzisz… – szepnęłam sama w strachu, że faktycznie się obudzi i piekło zrobi (ona potrafi! żaden diabeł jej nie wmówi, że piekła nie ma) i szybko, dla świętego spokoju, tego kraka machnęłam, chytrze myśląc, że przecież mogę go nie wypełniać…

Ale nie doceniłam diabła.

Wypełniłam. W dodatku na złoto.

I jeszcze miki sypnęłam. W narożniki.

I zrobiłam tacę. Prawie jasną i prostą.

Prawie*.

 

__________________________________________________

* Prawie robi różnicę.

Wielką.

 

 

 

 

 

 

 

wspomnieniowo – t jak taca

 

 

 

 

 

 

Translate »