szlagmetal

now browsing by tag

 
 

STÓŁ BYŁ, STÓŁ JEST…

 

 

 

Kupiłam go przypadkiem, pewnej ciemnej nocy na popularnym portalu aukcyjnym.

Obudził mnie deszcz, padał jakoś wyjątkowo głośno, wstałam więc, żeby zerknąć w okno. Padał. Mocno. I głośno.

Pomyślałam, że w takim hałasie i tak nie zasnę. Podeszłam do komputera, otworzył mi się wiadomy portal – przysięgam, sam z siebie się tak otworzył – a tam aukcja ze stołem…

Sama do końca nie wiem jak i kiedy kliknęłam „KUP”, bo chyba działo się to poza moją świadomością. Nie sprawdziłam nawet jakiej jest wielkości, w jakim stanie. Tak naprawdę nic nie sprawdziłam, ba, nawet nie przeczytałam opisu aukcji. Kliknęłam, bo zauroczyły mnie nogi…

Potem spokojnie wyłączyłam komputer i wróciłam do łóżka.

Dopiero rano przyjrzałam mu się dokładniej i okazało się, że jest dokładnie taki, jakiego od pewnego czasu szukałam, bez nadziei  zbytniej zresztą na poszukanie. Każdy znaleziony miał jakiś mankament, a to był za wysoki, albo za niski, za duży, albo za mały, kwadratowy, albo podłużny, zbyt wymyślny, albo bez charakteru. A ten się okazał idealny – okrągły, wysoki w sam raz, nie za duży i nie za mały, i jeszcze te nogi, które mnie uwiodły…

Przyjechał do mnie tuż przed świętami i całe trzy dni stał zapakowany na tarasie, a ja się doczekać nie mogłam, kiedy wreszcie siedziba rodowa opustoszeje po najeździe świątecznym, kiedy się wyciszy i odetchnie, a ja z dziką rozkoszą go rozpakuję i będę się napawać jego pięknem.

No i nastał wtorek. Rozpakowałam go raniutko. I znów zobaczyłam nogi – piękne. Potem co prawda zobaczyłam i resztę, już nie tak piękną jak owe cudne nogi – uszkodzony dość mocno i w różnych miejscach fornir, szramę na blacie, pęknięte spojenia krzyżaka, wyłamany kawałek drewna w stópce, jakieś plamy na rancie blatu – ale jakoś specjalnie mnie to nie przeraziło i z dziką rozkoszą zabrałam się za robotę, bez planu i pomysłu na całość. Ten brak planów to u mnie akurat nic nowego, rzadko (żeby nie powiedzieć nigdy) mam jakieś mgliste pojęcie o tym, co też chciałabym zrobić, więc nawet tym brakiem wizji sobie nie zawracałam głowy.

Naprawianie szkód zajęło mi cały dzień, ale potem poszło już z górki i oto dziś stół stanął na swoim docelowym miejscu.

Nie wiem czy jest taki, jaki miał być, ani czy właśnie taki chciałam, bo nie wiem jaki chciałam. Jest jaki się zrobił. Sam. Ja tylko trzymałam pędzel.

Ale jedno jest pewne – nogi wciąż ma piękne 😀

 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

I ZNOWU KARUZELA Z KONIKAMI…

 

 

 

…tym razem na olbrzymiej kuli-bombce.

Robiłam ją bardzo długo i już myślałam, że nie zdążę.  Ale, że ona  na specjalne zamówienie i na specjalną okazję, to się spięłam – i jest, w ostatnim momencie, bo termin na jutro już.

Pogoda jaka jest każdy widzi, co ma swoje odbicie w zdjęciach niestety… Bombka jest ogromna swoimi 20-stoma cm średnicy, błyszcząca, błyskająca i skrząca na maksa dzięki kryształom, mice i chyba kilogramowi 😉 brokatów różnych – czego oczywiście w tej dołującej aurze zaokiennej nie udało mi się pokazać… Ale możecie mi wierzyć, ona spokojnie mogłaby robić za dyskotekową kulę…

 

 

DZIEJE SIĘ BAJKA…

 

 

 

Jest taki dzień, gdy dzieje się najpiękniejsza bajka świata.

Dzień pełen gwiazd, magii, ciepłych promyków świec, blasku choinki i zapachu pierników.

Dzień, w którym wszystkie dzieci są grzeczne.

Czekają z noskami przyklejonymi do szyby  na tę czarodziejską chwilę, gdy błyśnie pierwsza gwiazdka i gdy na niebie, wysoko, pojawi się On…

I oto jest!

Jedzie w saniach ciągnionych przez renifery, cały ośnieżony, bo z daleka bieży.  Rozpędzone reny krzeszą skry, sypiąc wokół okruchami gwiazd i lodu, migającymi w świetle jak diamenty. Nad nim rozgwieżdżone, zimowe niebo, pod nim ośnieżone chatynki zagubione w bezkresnym śniegu.

I wtedy zaczyna się magia…

Już niedługo…

 

Bombka plexi, fi 20cm

mixed-media

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

SOK Z ŻUKA – BUTLA…

 

 

Kolejna moja propozycja dla Zielonych Kotów.

Tym razem butla. Czarna. I trochę srebrna. I z żukiem. I z drzewem (z drugiej strony).

Nie będę już pisać, że ja i butle to niezbyt kompatybilny układ, bo to wszyscy wiedzą.

Cały opis powstawania butli zawarłam na blogu ZielonychKotów  – zapraszam.

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

MISA Z CIEPŁYM, ENERGETYCZNYM ŚRODKIEM ZAKUTA W ZIMNE SREBRO…

 

 

 

Wciąż siedzę w szkle.

Już od dobrych trzech tygodni nic tylko szkło i szkło..

Ale nie narzekam, no może tylko troszkę, tak pro forma 🙂

Powstały już dwie butle-karafki, cztery ryby, dwie miseczki, dwa wazony, dwa talerze do jaj, no i ta misa.

A, nie… ta misa powstała pierwsza.

Duża, ciężka, z lanego, grubego szkła (jej ścianki mają 0,5 cm grubości!), obła niczym opona, z lekko wklęsłym dnem.

Było co robić, bo chciałam jej dodać dekory, żeby obciążyć jej zewnętrze, i połączyć delikatne złoto środka z ciężkim srebrem, i wkomponować w środek troszeczkę koloru, i wpasować w to, co już zrobiłam wcześniej, i co stoi w moim własnym, osobistym salonie.

No, było co robić.

Ale dałam radę. Schody zaczęły się później, gdy chciałam ten wytwór rąk moich ;P obfotografować… Co ja się namęczyłam, ile zdjęć zrobiłam tego ludzkie słowo nie wypowie. I wciąż to nie było to. W końcu się poddałam. Więcej już próbować nie będę, bo to i tak nadaremne – zdjęcia są, jakie są, i trudno.

W każdym razie misa jest delikatna w środku – pomiędzy rombami błyska tu jaśniutkie złoto, bursztyn i lustrzane srebro, które na zdjęciach przybrało kolor szary 🙁 jest trochę brązu spalonej ziemi, trochę błękitu letniego nieba i zieleni lasu, na zewnątrz zaś jest ciężka, ubrana w stare srebro (tę starość podkreśliłam bardzo delikatną fakturą), spatynowałam je czernią i bardzo ciemnym brązem. No i ma dekory, które zrobiłam z masy rzeźbiarskiej.

 

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

TALERZ-PÓŁMISEK, CZYLI DECOU NA PORCELANIE…

… i moja kolejna inspiracja dla ZielonychKotów.

Tym razem zrobiłam coś w jasnościach i w kwiatach – talerz, a właściwie półmisek na pisanki.

Spód to klasyczne decou, czyli coś, czego dawno już nie robiłam, taki mój powrót do korzeni 😉 – z piękną serwetką GreenGate – ale ranty już po mojemu obecnemu zauroczeniu, czyli mixed-mediowo zrobione 😉

Dokładny opis pracy i wykaz materiałów, których użyłam, znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

ROK SIĘ KOŃCZY…

Dziś jego dzień przedostatni.

Jaki był?

Dobry.

Zrealizował wiele planów, które sobie poczyniłam. Inne odsunął na potem, ale ich nie przekreślił, są więc wciąż przede mną, spokojnie czekają w zakładce ” do zrobienia”… Są też i takie, które bezpowrotnie przepadły, ale jest ich niewiele i chyba tak naprawdę nie jest mi ich wcale żal.

Oszczędził nam chorób i smutku.

Dał nam wiele radości w postaci małego, kociego ciałka, które pewnego, majowego dnia zawitało pod dach siedziby. Było wtedy jeszcze całkiem białe… Od tego czasu nic już nie jest takie samo.

Był więc dobry. 

A jaki będzie ten nadchodzący, Nowy?

Lepszy!! Szczerze w to wierzę. Przyniesie nowe plany, nowe wyzwania, nowe przyjaźnie. Pozwoli zrealizować marzenia, nawet te najskrytsze…

Nowy Rok będzie lepszy!

Wiem to, jakem wiedźma.

Czego też Wam i sobie szczerze życzę.

Do Siego Roku, Kochani!!!

 

A mnie może… może?… pomoże polubić… b… bbb… bbu… bbuuutle?

Eee,  to chyba jednak byłoby przegięcie…

Trzeba marzyć realnie, bo przecież… chociaż może?… w końcu cuda się zdarzają… 😉

W każdym razie tę zrobiłam bez przymusu i obrzydzenia, tak sama z siebie, bo zwyczajnie chciałam ją zrobić.

Więc może jest nadzieja??…

Butla jest prosta, bez specjalnych ozdobników.

Duża.

Czarna.

I srebrna.

Z odrobiną szmaragdu i mięty.

I turkusu.

I szczyptą złota.

I miedzi.

Lekko opalizująca błękitem.

Z przezroczystymi oknami na świat.

I z liściem, symbolem odrodzenia.

Ostatnia butla tego roku 🙂

Translate »