szlagmetal

now browsing by tag

 
 

ARRIVEDERCI ESTATE…

 

 

 

 

 

 Lato nieubłaganie zmierza ku jesieni.

Kończy się czas spacerów po łąkach i lasach, zachwytów nad każdym kwiatem, każdym liściem i najmniejszą trawą.

Kończy się czas wakacji i beztroskiego leniuchowania.

Ale pozostają wspomnienia – kolorów, kształtów, zapachów, widoku złotych łanów zbóż prztykanych czerwonymi makami, cudnych zachodów słońca nad morzem, szmaragdowych lasów hen, wysoko w górach. I one będą z nami  przez te wszystkie miesiące, aż do następnego lata.

Arrivederci estate…

Ja żegnam się z latem makami.

Zatrzymałam je na szklanym talerzu, który będzie mi przypominał wakacje.

Do zbudowania tła wykorzystałam moją ulubioną technikę monotypii. Tym razem połączyłam ją ze złoceniami.

Monotypię zrobicie z wykorzystaniem płytek Gelli Plate.

Są dostępne w kilku rozmiarach i kształtach. Ja zazwyczaj rekomenduję kupno największej, bo z jej pomocą ozdobicie nawet duży przedmiot, bez konieczności dopasowywania wzoru.

Mój talerz jest w kolorach złoto-błękitno-turkusowych. Jest jasny i świetlisty, tak jak letni poranek.

Głównym motywem są maki.

Wykorzystałam tu piękny szablon Stamperii.

No i oczywiście jest to przedmiot w pełni użytkowy, można go bez obaw przestawiać i przesuwać po stole, bez obawy o uszkodzenie ( tył jest zabezpieczony pastą Stone)

LIVE THE LIFE JULIO…

 

 

 

 

         Jeśli istnieje coś, co lubię robić, tak bez żadnych oporów (poza szkłem rzecz jasna), to są to księgi.

Nie skrzynki, szkatuły i pudełka, a właśnie księgi.

Dlatego ucieszyłam się, gdy poproszono mnie o zrobienie czegoś dla maleńkiej dziewczynki z okazji jej chrztu. Zaraz pomyślałam sobie o księdze. Wiedziałam, że będzie to taka księga, która w żadnym razie nie będzie przypominała wszelkiego typu pudeł „chrzcielnych” jakich zatrzęsienie wokół. Będzie inna, jedyna i niepowtarzalna. I taka, która będzie się kojarzyła z dzieckiem i „rosła” razem z nim, a nie z chrzcinami tylko.

Był tylko jeden problem – kolor…

Wiadomo, że powinna być jasna, a ja do jasnych prac czuję awersję, nie lubię i już.

Ale przecież to dla maleńkiej dziewczynki, więc wszelkie mroczności odpadają w przedbiegach. Czyli jednak jasna być musi.

Ale przecież nie biała.

Wybrałam zatem jako kolor przewodni rozbieloną ostrężynę i pomieszałam ją ze sproszkowanym srebrem. Dzięki temu księga nabrała elegancji i świetlistości.

Potem poszło już z górki – dodałam elementy perłowe i złote (w różnych odcieniach), część z nich podkreśliłam metalicznym srebrem, część okułam w czyste srebro.

Przemyciłam też przesłanie LIVE THE LIFE – ŻYJ ŻYCIEM – widoczne tylko pod pewnym kątem, napisane srebrnym proszkiem…

Głównym elementem zdobniczym uczyniłam Drzewo Życia Klimta. To dość gruby relief, wykonany własnoręcznie spreparowaną masą perłową, a następnie  wypaloną, dzięki czemu uzyskałam spękania, które później lekko podkreśliłam bitumem.

Z tyłu skrzynki umieściłam drugi relief – FAMILIA – wykonany w ten sam sposób. Dodałam też cztery niewielkie kaboszony z miką i tuszami alkoholowymi, żeby dodatkowo zabezpieczyć relief i które współgrając z głównym kaboszonem umieszczonym z przodu spinają obie części księgi w całość.

Środek utrzymałam w odcieniach złota. I tu elementem łączącym jest drzewo Klimta z wkomponowanym zdjęciem dziecka, przetransferowane na szlagmetal.

Dno skrzynki to transfer pięknego tekstu, który otrzymałam, traktujący o aniołach – …”abyś pamiętała, że anioły istnieją naprawdę, trzeba tylko pozwolić im być” – to jego fragment.

Bardzo lubię anioły, pokusiłam się więc o zrobienie takiego z kawałków szlagmetalu o różnych odcieniach złota i dopiero na niego przetransferowałam tekst.

Całość głęboko zatopiłam w żywicy, dzięki czemu i drzewo, i tekst o aniołach nabrały głębi.

I to już wszystko…

 

Księga drewniana

21×28 cm

mixed-media

 

SUN WINGED

To praca sprzed prawie 5 lat, nigdy nie pokazana, bo choć już parę razy próbowałam robić jej zdjęcia – nigdy nie wyszły.
Aż dziś Natura okazała się wspaniałomyślna i trafiłam na idealną porę, i idealne światło – i oto jest – SŁOŃCE ZE SKRZYDŁAMI.
To była świetna zabawa strukturami, fakturami i wszelkimi możliwymi złoceniami, zabawa szpachlą i pędzlem, gąbką i palcem, tkaniną, papierem, drewnem, piaskiem, i właściwie wszystkim co pod ręką… Sama się zdziwiłam, że wyszło z tego skrzydlate słońce…
A najfajniejsze w tym obrazie jest to, że on wciąż się zmienia. Jeszcze parę tygodni temu miał niebo w tonacji srebrno-szaro-ołowianej, a dziś ma w różnych odcieniach niebieskości, w dodatku dość ostrych, lekko tylko przytłumionych i rzadko przeze mnie używanych. Ale takich właśnie barw było mi teraz trzeba… Wystarczyło tylko zmiksować trochę farb, mgiełek i wosków. 

blejtram 90x30cm

mixed-media

ETRUSCAN HORSE – ARTIFACT…

 

Koń etruski – jedyny taki, oryginalny, typowy dla sztuki Etrurii i niespotykany w innych kulturach – dla mnie najpiękniejszy na świecie.

Chciałam takiego mieć.

Od bardzo dawna i bardzo. A nawet bardziej niż bardzo.

Wciąż się jednak nie składało, żeby sobie takiego konia zrobić i choć w kwestii chcenia nic się przez lata nie zmieniało (wciąż było constans) to konia jak nie było tak nie było.

I nagle acz niespodziewanie nadeszła odpowiednia chwila, nie zwiastowana wcześniej żadnymi znakami. Wzięłam do ręki narzędzia  i…  koń się stał.

Etruski. Z miedzi i brązu, duży i pokryty patyną tysiącleci.

Umieściłam go na żelaznej płycie,  bo to przecież epoka brązu i żelaza- stareńkiej, nadżartej przez czas i pordzewiałej,  z resztkami antycznego tynku, który  opatrzyłam w etruskie runy i ubrałam w wyblakłe już, etruskie kolory…

Panel 55×42 cm

pierwszy z projektów na jesienne warsztaty autorskie

 

 

 

 

 

DREAM OF STRUKTURES…

…czyli zabawa strukturami.

Mixed-mediowy panel na ścianę z miedzianym skrzydlatym sercem.

Zainspirowały nie korkowe panele – bogactwo faktur (i kolorów!), które występują na takich panelach jest przeogromne. Chciałabym mieć je wszystkie, ale na jednym dekorze okazało się to niemożliwe. Udało mi się stworzyć ich raptem pięć, przy czym piątą umieściłam na ramie. Najtrudniej było  te faktury połączyć w całość, przekładałam wszystkie elementy w nieskończoność zamieniając je miejscami i nie mogłam się zdecydować. Wyglądało to jak układanie puzzli i nie miało końca. Aż wreszcie, zmęczona niczym Syzyf, ułożyłam je na chybił-trafił i zaraz przykleiłam, żeby już mnie nie kusiło.

Jest jak jest.

I choć teraz myślę, że mogłabym je ułożyć inaczej, to już przepadło!

Panel  30x40cm, hdf, mixed-media.

WIATR WIEJE ZE WSCHODU…

czyli duża księga-organizer z lirą w technice ombre, z wielowarstwowym tłem i „alkoholowa” patera oraz porcelanowe jaja inspirowane starą, japońską sztuką kintsukuroi.

Słowem wabi-sabi – piękno w niedoskonałości 🙂

Projekty na najbliższe spotkanie w Skoczowie – już 09 – 10 marca.

 

 

 

ŁAZIENKA BLACK AND WHITE Z NUTKĄ DEKADENCJI…

 

 

… czyli moja stara-nowa łazienka po metamorfozie, która chodziła za mną od lat i wreszcie się stała. Kosztowała mnie mnóstwo pracy, wiele nerwów i niespodziewanych zwrotów akcji (łącznie z kuciem płytek i klejeniem ich na nowo, bo trzykrotnie zostały przewiercone kable…) ale jest taka, jaką chciałam żeby była. Farby Vittorino, transfery grafik starego Posen z  XIX i początku XX wieku i takież anonsy z ówczesnej poznańskiej prasy włożone w metalowe ramki, formy i stemple IOD. Dodatki kute (wieszaki, uchwyty i podpórki pod półki) z serii GNER, do których dorobiłam trochę swoich z tym samym logo. Stara, stuletnia komoda i jej nadstawka, która awansowała i żyje życiem samodzielnym, w zupełnie nowej szacie (bez zmiany pozostawiłam tylko oryginalne witraże w nadstawce). Część płytek przemalowana, żeby bardziej pasowały. Słowem totalna przemiana.

CHODZIŁO ZA MNĄ ZŁOTO…

Długo i wytrwale. 

Ale zawsze jakiś inny kolor brał górę i wygrywał, ot choćby czerwień, która była ze mną przez ostatnie pół roku i która dokumentnie mi się już przejadła, i z którą się definitywnie pożegnałam moją ostatnią czerwoną bombką.

Nastało zatem kolorystyczne bezkrólewie. Czemu więc nie pobawić się w Midasa? Tym bardziej, że każde spojrzenie za okno nastraja melancholią i zniechęceniem, bo nic tyko szarość, ciemność i beznadzieja? Czemu nie dać szansy złotu? Bo przecież złot różnych mam zatrzęsienie – różnych: zielonych, starych, szampańskich, diamentowych, Inków, Majów, królewskich, perłowych, satynowych, Faraonów i co tam jeszcze producenci wymyślili, w farbach, płatkach, tuszach, brokatach, 

pastach i proszkach… Czemu więc nie dodać trochę blasku i złotego blichtru szarej rzeczywistości?

Pewnie, że dodać. W końcu nadchodzi czas Świąt, więc i okazja ku temu odpowiednia.

Zrobiłam zatem złotą bombkę.

A skoro miałam być tym Midasem to nie oszczędzałam i złotem tu aż kapie. Można by rzec, że złoto tu na złocie i złotem pogania. Ale co tam – raz nie zawsze, zawsze nie wciąż. Chciałam mieć złoto to i mam. Na jakiś czas mi wystarczy 🙂

 

Medalion, akryl, 12 cm

zdobiony wewnątrz i na zewnątrz

 

 

 

 

 

CZERWIEŃ JAK PIEKŁO GORĄCA, SŁODKA JAK MIŁOŚĆ I JAK ARGENTYŃSKIE TANGO NAMIĘTNA…

 

Czas płynie nieubłaganie, nastała jesień, zima za progiem czeka, a z zimą i Święta.

Nic więc dziwnego, że moje listopadowe projekty na warsztaty w Skoczowie nawiązują do zimy i Świąt właśnie.

Przygotowałam dla Was zimowe, oszronione pudło na pachnące i rozgrzewające herbaty, tak przez wszystkich kochane, gdy za oknem śnieg, szklany lampion, magiczne szkiełko, które ożywa gdy rozświetli je migotliwy płomień, szklaną bombonierę na pierniki lub inne łakocie i naturalnie bombkę…

Łączy je czerwień, ostatnio mój ulubiony kolor, szkło, i oczywiście świąteczny klimat. I brokat, bo bez niego nie ma Świąt.

 

 

WULKAN – ASCETYCZNY GLAMOUR…

 

 

Jak tylko go zobaczyłam, natychmiast błysnęła mi myśl – wulkan! 

Bo ten wazon właśnie tak wyglądał, jak wulkan z kraterem…

Jest z grubego (0,7 cm) , lanego szkła, w pięknym kształcie, z grubym dnem.

Trochę trwało zanim mogłam do niego usiąść, musiał swoje odczekać, bo do robienia szkła trzeba mieć natchnienie i spokój. Szkło  nie lubi wykradanego czasu. Szkło jest zaborcze.

Ale jak wreszcie wyjęłam ten wazon z pudła po kilku miesiącach zapomnienia to znów pomyślałam – wulkan.

Postanowiłam zatem zrobić go inaczej niż dotychczas.

Chciałam, by z jednej strony był delikatny i gładki, z drugiej zaś surowy i chropowaty. I żeby był raczej monochromatyczny. Dlatego użyłam tylko dwóch kolorów – srebra i czerni.

I żeby był pełen kontrastów.

Stąd znalazło się tu stare, spatynowane, kute srebro obok gładkiego i jasnego, stąd jest szorstkość  lawy mieniącej się  „stopionymi” rudami metali obok przezroczystego i błyszczącego szkła. Jest też efekt lustra widoczny od środka (niestety nie udało mi się do końca tego sfotografować, ale jest, słowo!).

Połączyłam więc efekt glamour z surowością i ascetyzmem.

A oto i on – mój Wulkan 🙂

Wazon 27×27 cm, lane szkło, część kompletu

mixed-media

wypalany

przedmiot użytkowy

Projekt autorski.

 

 

 

 

JESIEŃ RETROSPEKCJA…

Kocham jesień. Od zawsze.

Co roku jak tylko kończy się wiosna zaczynam na nią czekać. Naprzeciwko mojego okna rośnie jarzębina. Patrzę na nią codziennie, obserwuję jak wypuszcza liście, jak kwitnie, jak zawiązuje owoce i jak one zaczynają się przebarwiać. Najpierw są niepozorne, zielone, potem stają się różowe i z każdym dniem ich barwa intensywnieje. Teraz są czerwone i to znak, że jesień już blisko. Więc czekam…

Lubię czekać. Wyobrażam sobie wtedy jaka ta jesień będzie – ciepła i słoneczna? Kolorowa jak paleta szalonego malarza? Zamglona i nostalgiczna? Szara jak dym z ogniska czy brązowa jak kasztany? A może złota jak astry? Deszczowa? Bardziej wrześniowo-październikowa czy listopadowa? 

Jaka?

Nie wiem, czekam…

Żeby sobie skrócić ten czas oczekiwania spróbowałam sobie namalować jesienie, które przeminęły. Połączyłam wszystkie moje wspomnienia w jedno. Stąd jest tu i ciepłe, wrześniowe słońce, błyszczące kolorami październikowe drzewa, jest jasne, zamglone niebo i jesienna szaruga listopadowych dni.

Jesień. Rozpasana kolorami, bogata owocami, romantyczna i zadumana odlotem ptaków, smutna deszczem, dynamiczna wiatrem i spokojna mgłą.

Nie jestem malarzem, nawet nie próbuję być, bo zwyczajnie nie umiem malować.

Ale ten obraz namalować musiałam…

Jesień retrospekcja.

Taka moja w środku lata.

deska, farby kredowe, barwniki mineralne, mika, złocenia, postarzenia, fakrury

WIELKA TACA I KUFEREK W PARZE…

 

 

 

Taca sama w sobie już była fajna. I duża, a ja duże gabaryty lubię, więc poszło gładko.

Tym bardziej, że znowu poszłam w kontrasty. Stąd obok faktur na rantach pojawia się gładka i błyszcząca tafla, obok matu błysk, obok złota – szarość i czerń. Przemyciłam też czerwień, od której się ostatnio nie mogę odczepić. I ulubione stemple…

Wykorzystałam tu mix technik i mix materiałów i w rezultacie powstało coś, co wygląda tak:

 

Za to z kuferkiem już tak łatwo nie było.

Zdobienia musiałam zgrać ze stylem, w jakim wykonano kufer, powalczyć z mdf, a to zupełnie inna bajka niż drewno i zmierzyć się z samą sobą, żeby nie iść w przekorę :), a bardzo mnie ciągnęło.

Tu też jest całe mnóstwo kontrastów – i w kolorystyce, i błysku i macie, gładkości i chropowatości.

I wiele technik połączonych w jedność 🙂

taca – 52×40 cm, mixed-media

kufer – 26x17x10 cm, mixed-media

Oba przedmioty to projekty na sierpniowe warsztaty w Gdyni, w DecoHobby, zapisy tu: klik 

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW…

 

 

Kocham kontrasty.

Fascynują mnie od zawsze.

Odkąd tylko pamiętam uwielbiałam przyglądać się zmierzwionej wiatrem wodzie, błyszczącej i migocącej milionem iskier  tuż obok gładkiego, matowego piasku plaży, blaskowi i cieniowi, rozpalonemu  zachodzącym słońcem  niebu nad zimnym i czarnym horyzontem, bajecznie kolorowemu Feniksowi i popiołom, z których powstaje…

Tak, kontrasty mnie fascynują.

Może właśnie dlatego w tym co robię tak często ku nim sięgam, łącząc kontrastowe kolory, faktury, mat z połyskiem, gładkość z chropowatością, jasność z ciemnością?

Może.

A może zwyczajnie nie potrafię inaczej, bo prawie zawsze wychodzi mi tak samo – kontrastowo…

Tak jak w tej, ostatnio zrobionej księdze.

Jest tu głęboka, matowa czerń i połysk złota, jest drewno i metal, jest Feniks i popiół, jest blask i mrok, gładkość i faktura, wklęsłość i wypukłość, bogactwo i ascetyzm, zwątpienie i nadzieja – jest kontrast.

I jest czerwień. Znów.

I milion zdjęć dla wytrwałych 🙂

To największa z ksiąg jakie kiedykolwiek zrobiłam (28X32 cm)

Swój początek miała na pewnym wakacyjnym, bardzo twórczym spotkaniu 🙂

LUDWICZKA Z SZACHOWNICZKĄ…

 

 

Z każdego wyjazdu coś przywożę, tak już mam.

Raz jest to wazon, raz świecznik, albo inny gadżet mniej lub bardziej przydatny, innym razem krzesło (albo 6 krzeseł), stolik czy lampa. Ale zawsze coś.

Tym razem przywiozłam, no dobra – nie przywiozłam z powodu gabarytów, dojechało później  – komodę. Ludwiczkę. Dokładnie taką, jakiej szukałam od pewnego czasu. Miała idealne wymiary i w dodatku spodobała mi się od pierwszego spojrzenia. Kupiłam bez zastanowienia.

Potem przyszło mi tylko czekać na przesyłkę. Z ogromną niecierpliwością…

Od początku wiedziałam, że chcę ją mieć w czerwieni., co było o tyle dziwne i nieoczywiste, że ja wcale czerwieni nie lubię. Więcej – czerwieni u mnie nie ma, nie tylko w meblach, ale również w dodatkach, garderobie, gadżetach, nie ma nic a nic. Ale tu ta czerwień wydawała mi się jedynym słusznym kolorem. Uparłam się. Nic to, że Najlepszy usłyszawszy co planuję spojrzał na mnie wzrokiem pt. ” OSZALAŁAŚ!”, nic to, że podobno do mebla w stylu Ludwika czerwień nie pasuje, nic to, że czerwieni nie lubię. Chciałam i już. W dodatku, co jest już absolutnym ewenementem, umyśliłam sobie, że na blacie zrobię szachownicę…

Cóż, każdego szkoda – skwitowała Szara.

Cóż, co racja, to racja – zgodziłam się z jedynaczką – i jak tylko komoda pojawiła się w Siedzibie Rodowej zabrałam się do pracy.

Łatwo nie było, bo jak się okazało, była o wiele bardziej zniszczona niż mi się wydawało. Szpachlowania, wypełniania ubytków i pęknięć, szlifowania było co niemiara, ale dałam radę.

 

 

 

 

W końcu jednak ją pomalowałam, pozłociłam (pulment + szlagmetal) i przystąpiłam do tej szachownicy…

Tego co przy niej przeżyłam to ludzkie słowo nie wypowie. Trzy razy ją rozmierzałam i mazałam, bo wciąż wychodziła krzywo. Trzydzieści trzy razy chciałam wszystko rzucić w diabły 😉 Ale ja zawzięta jestem jak nie wiem co i w końcu zrobiłam. Namalowałam równiutko, równiusieńko 255 kwadratów urobiwszy się przy tym jak dziki osioł, a potem…. a potem je mocno spatynowałam.

Cóż, każdego szkoda.

Ale szachowniczkę mam! Jest (bo chciałam), a jakby jej nie było (bo niektórzy – nie powiem, że Najlepszy, bo obiecałam – pukali się w czoło).

Ze złoceniami było podobnie.

Zrobiłam je zgodnie ze sztuką pozłotniczą – na pulmencie, pracowicie, długo i w pocie czoła wygładzając złoto agatem, a potem… a potem je spatynowałam. Brawo ja.

Szkoda każdego?? Pewnie, że szkoda.

Ale też mam 🙂

A co jest najdziwniejsze?

Ano to, że Najlepszemu się podoba 😀

farba – Tuscan Red GF
złocenia – pulment + szlagmetal
patyny
pasty Treasure
lakier Flat out Flat GF

LUSTROBRAZ, CZYLI BALONEM WŚRÓD DRZEW…

Wreszcie mam i ja!

No dobra, mam od dawna, odkąd na pewnym dekuzlocie  Maria  wprowadzała nas w magię robienia obrazu w lustrze, mistrzowsko pokazując nam tę magię i zaczarowując nas wszystkie.

Powstało wtedy kilkanaście prac. Pięknych, oryginalnych, niepowtarzalnych i fascynujących swoją odmiennością.

Wtedy powstało też moje (dzięki Ata, dzięki Ada – bez Was by go nie było! Ani w tym kształcie, ani w tej wielkości.).

Od dawna chciałam je pokazać, ale miałam z tym jeden, za to wielki i taki nie do przeskoczenia, problem.

Otóż moje lustro jest ogromne… Długo nie mogłam znaleźć dla niego miejsca w domu. Nigdzie mi nie pasowało, a jak pasowało to ściana okazywała się zbyt mała. No i dodatkowo jeszcze nie mogłam mu zrobić zdjęcia (całościowo), bo mi się nie mieściło w obiektywie. Nawet wyniosłam je do ogrodu, żeby tam zrobić sesję. I to była porażka na całej linii, bo w tej wielkiej tafli, która przecież dalej była lustrem mimo, że obrazem, odbijała się moja ogrodowa dżungla zamazując dokładnie cały ten misternie dziergany obraz. Byłam bliska załamania, bo chociaż zdjęć detali miałam milionpięćsetstodziewięćset, to na co mi one były, jak zdjęcia całości jak nie miałam, tak nie miałam. No bo kto potrafi sobie wyobrazić jak coś wygląda oglądając tylko narożnik? Albo gałązkę? Albo jakieś złoconko? No nikt!

Mogłam je co prawda wynieść na górę i wygospodarować odpowiedni kawał ściany, żeby je tam umieścić, tylko że nikt by tam go nie zobaczył. Mogłam również je powiesić w łazience, to jednak wydawało mi się profanacją.

Aż wreszcie kiedyś, siedząc przy stole w jadalni, spojrzałam na schody…

No i to było to! Sama się zdziwiłam dlaczego wcześniej na to nie wpadłam – przecież jeśli je powieszę na klatce schodowej, to i z dołu, i z góry będzie je widać. Bingo! I nawet wtedy uda mi się zrobić zdjęcie w całości 🙂

Później pozostało mi tylko czekać, aż Najlepszy dojrzeje do wywiercenia odpowiedniego otworu w odpowiednim miejscu (bo lustro swoją wagę ma!) i stanie się, wreszcie mój lustrobraz zawiśnie.

Ta wiekopomna chwila nadeszła wczoraj wieczorem. Lustrobraz zawisł!

Nie mogłam się doczekać rana, żeby złapać Obywatela Ce i te foty, te wciąż brakujące foty całościowe zrobić.

Wstałam więc skoro świt, bo dospać nie mogłam i nie bacząc już na żadne światło, perspektywę i inne bzdety cyknęłam byle już/teraz/natychmiast, bo mnie pchało.

Zdjęcia wyszły jak wyszły, widać jak na dłoni, że nie jest to szczyt sztuki fotograficznej, dalej niewiele na nich widać, ale chociaż jakiś ogląd całości jest. A resztę, mam nadzieję, pokażą fragmenty…

 

Translate »