szkło

now browsing by tag

 
 

NA SPECJALNE ZAMÓWIENIE – BUTLA…

 

 

 

 

Pierwsza z dwóch.

Obie miały być w stary kruszec odziane, pierwsza w złoto, druga w srebro.

I tyle wytycznych, reszta miała być taka, jak mi w duszy zagra. Ucieszyłam się, bo lubię mieć wolną rękę. Złocić i srebrzyć lubię też, więc robota jawiła mi się w świetlanych barwach. I byłaby. Gdyby nie to, że to… butle, a to już  zdecydowanie gorzej, bo wiadomo, że ja i butle to mało kompatybilne zestawienie. Do każdej podchodzę jak do jeża, nie mam na nie pomysłu, ciężko mi się je robi, nie czuję ich i w ogóle – nie lubię i już!

Te jednak miały bardzo fajny kształt, taki „mało butlowy” i wzrost słuszny przy tym, no i to stare złoto i srebro, które uwielbiam, czyli – reasumując – tym razem nie było tak źle 🙂

A skoro wolno mi było kombinować, to skwapliwie z tego skorzystałam i, co tu kryć, wsiadłam na ulubionego konika i pocwałowałam sobie w inne światy.

Teraz tylko będę się martwić, czy nie za bardzo jednak i co na to moja ulubiona Inwestorka 😉

 

Ale butle się urodziły. Dwie siostry. Z jednego gniazda wyszły, a wszystko je różni. Są jak słońce i księżyc, jak ogień i woda, jak ciepło i mróz, dzień i noc, niebo i ziemia, zima i lato…

Dwie siostry – złoto i srebro.

Dziś pierwsza z nich – siostra złota.

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

SŁOJE DO KUCHNI 1,2,3,4,5… I JAJO, CO KURĘ PRZEROSŁO

Siedziba Rodowa już po remoncie, chlubnie ukończonym parę miesięcy temu, ale wciąż się natykam na jakieś braki w wyposażeniu, które wpasowałyby się w jej nowy look. Najwięcej ich, braków, jest w kuchni, gdzie wymyśliłam sobie stare srebro rzucone tu i tam. Pomalutku zamysł realizuję, jednak idzie mi to jak krew z nosa, bo dla siebie coś zrobić jest najtrudniej – głównie z braku czasu.

No ale wreszcie coś się w tej materii ruszyło i oto moja kuchnia wzbogaciła się o kilka słoi, srebrnych, a jakże.

Powstał komplet pięciu – trzech dużych i dwóch małych. Jeszcze nie wiem co w nich zamieszka, pewnie czas sam pokaże najlepiej,

a na razie stoją w dumnym szyku na półce i oko me cieszą.

Są stare. Dlatego, że w siedzibie mieszkały od dawna i dlatego, że ich srebrne teraz koszulki zostały dodatkowo jeszcze postarzone i spatynowane.

Są kwadratowe, więc mają po cztery ścianki, co bardzo mi się spodobało, bo mogłam każdą z nich ozdobić inaczej i – jako, że lubię zmiany – ustawiać je na cztery różne sposoby, w razie gdyby mi się jedno znudziło. A gdyby jeszcze ustawienia mieszać, to kombinacje ustawień znacząco jeszcze rosną 😉

Każdy słój otrzymał również kryształową gałkę na głowie – nie do kręcenia, a jedynie do ozdoby. Ot taki mały element dekoracyjny służący do rzucania słonecznych refleksów na ściany, bo słoje przy oknie stoją…

No i każdy otrzymał też numer porządkowy, pokryty przeze mnie czarną emalią, żeby wsad  mi się nie pomieszał 🙂

A jak już się uporałam ze słojami, to poszłam za ciosem i dorobiłam jajo, co by kura z poprzedniego postu samotną nie była.

Jajo słusznych rozmiarów jest, ba, ono jest ogromne, tak ogromne, że kurę przerosło…

KURA ZAKUTA W SREBRO

 

 

 

 

 

Kurę miałam jedną.

Starą, szklaną, minioną epokę pamiętającą.

Zapomnianą.

Czekającą na swoje pięć minut w czeluści szafy.

I nagle mnie naszło – srebro, kute, zniszczone, z wżerami, takie, które lubię najbardziej, będzie dla niej najodpowiedniejsze.

A, jako że na nadmiar starego, rodowego srebra jakoś specjalnie nie narzekam, więcej – wciąż cierpię na jego niedostatek – to sobie zrobiłam. Nie bez winy pozostaje tu pewne forum, gdzie temat kucia ostatnio wypłynął i inspirację we mnie obudził 😉

A że właśnie kura?

A otóż kura wystąpiła tu nieprzypadkowo, bo przecież Wielkanoc za pasem 🙂

 

A WIOSNĄ W SIEMIANACH…

… będzie się działo!

Liczę, że się spotkamy 🙂

Będę na Was czekać.

 

 

 

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

ROK SIĘ KOŃCZY…

Dziś jego dzień przedostatni.

Jaki był?

Dobry.

Zrealizował wiele planów, które sobie poczyniłam. Inne odsunął na potem, ale ich nie przekreślił, są więc wciąż przede mną, spokojnie czekają w zakładce ” do zrobienia”… Są też i takie, które bezpowrotnie przepadły, ale jest ich niewiele i chyba tak naprawdę nie jest mi ich wcale żal.

Oszczędził nam chorób i smutku.

Dał nam wiele radości w postaci małego, kociego ciałka, które pewnego, majowego dnia zawitało pod dach siedziby. Było wtedy jeszcze całkiem białe… Od tego czasu nic już nie jest takie samo.

Był więc dobry. 

A jaki będzie ten nadchodzący, Nowy?

Lepszy!! Szczerze w to wierzę. Przyniesie nowe plany, nowe wyzwania, nowe przyjaźnie. Pozwoli zrealizować marzenia, nawet te najskrytsze…

Nowy Rok będzie lepszy!

Wiem to, jakem wiedźma.

Czego też Wam i sobie szczerze życzę.

Do Siego Roku, Kochani!!!

 

A mnie może… może?… pomoże polubić… b… bbb… bbu… bbuuutle?

Eee,  to chyba jednak byłoby przegięcie…

Trzeba marzyć realnie, bo przecież… chociaż może?… w końcu cuda się zdarzają… 😉

W każdym razie tę zrobiłam bez przymusu i obrzydzenia, tak sama z siebie, bo zwyczajnie chciałam ją zrobić.

Więc może jest nadzieja??…

Butla jest prosta, bez specjalnych ozdobników.

Duża.

Czarna.

I srebrna.

Z odrobiną szmaragdu i mięty.

I turkusu.

I szczyptą złota.

I miedzi.

Lekko opalizująca błękitem.

Z przezroczystymi oknami na świat.

I z liściem, symbolem odrodzenia.

Ostatnia butla tego roku 🙂

ZIMOWY SŁÓJ NA PIERNIKI…

Lubię je robić, bo lubię pierniki.

Tym razem stał się zimowy i śnieżny, tak z tęsknoty za świętami, które drzewiej bywały, żeby choć na świątecznym stole jakaś namiastka zimy była 😉

To moja kolejna propozycja dla ZielonychKotów.

Słój jest duży, z elementami 3D, z obsypanymi śniegiem i skrzącym brokatem choinkami, z górami w białych czapach i z romantyczną chatką w zimowej scenerii…

Taki zimowy słój na pierniki.

Słój mixed-media, sole patynujące, stemple, wykrojniki, brokaty, złocenia, postarzenia

ONA I ON, CZYLI ICH DWOJE…

-Ja! Ja! Ja będę mówił! – wydarł się Ori gdy tylko zobaczył, że siadam do klawiatury by napisać post – Ja!

-Ty nie możesz, maleńtas jeszcze jesteś i nie będziesz wiedział co powiedzieć – rzuciłam rozwrzeszczanemu futru próbując przywołać je do porządku – jak dorośniesz to będziesz.

-Już dorosłem, sama mówiłaś jak mierzyłaś „O, jaki duży kotek„, mówiiiłaś… Nie pamiętasz?

-Ależ pamiętam –  powiedziałam łagodnie jak do chorego, zgodnie z prawdą zresztą, bo mówiłam – ale to znaczyło, że jesteś duży kotek jak na kotka,  nie jak na dorosłego kota jednak. Na dorosłego to ty musisz jeszcze urosnąć.

-Ale ja wiem co powiedzieć – wrzeszczał dalej awanturując się na całego, strosząc groźnie wibrysy i tupiąc dodatkowo wszystkimi czterema łapkami dla większego efektu w podłogę, jakby chciał wydrukować na niej cztery dziurki – wiem, bo jestem bardzo mądry kotek. Też tak mówiłaś! Kłamałaś??

-No skąd! – spojrzałam z czułością na nastroszone futro  – Matki nie kłamią. Jak urośniesz to będziesz mógł pisać posty, obiecuję.

-Ale ja chcę teraz!

-Ty, niech mówi – mruknęła zaspana Szara, przewracając się na drugi bok w ciemnym kącie czerepu – spokój będzie. Nie mam  dzisiaj zdrowia do roboty, skonana jestem tymi twoimi bombkami, odpocząć muszę, śpiąca jestem. 

– Nooo moooże?… – zaczęłam się lekko łamać, bo prawdę mówiąc sama nie bardzo wiedziałam co by tu napisać, w dodatku Szara się sfoszyła i musiałabym gimnastykować się solo – przecież kiedyś dzieciak musi się zacząć uczyć, no to czemu nie właśnie teraz? W końcu faktycznie mądry z niego kotek, rokuje dobrze, może mnie zaskoczy?

Dobrze – zgodziłam się wracając do klawiatury – dzisiaj ty mówisz, a ja piszę. Zastanów się tylko dobrze, bo post musi być ciekawy, mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie, rozumiesz?

-No! Łatwizna! – napuszyło się futro, wywracając niebieskimi ślepkami z irytacją p.t. „nie gadaj bzdur, przecież każdy kot to wie!”

-To zaczynaj.

-Matka zrobiła butlę.

……………………………………………

-I co???

-I już!

 

Hmmm….no i w sumie ma rację…. w końcu „I już” wyczerpuje temat 😉

0IMG_5691 (32) 0IMG_5691 (30) 0IMG_5691 (29) 0IMG_5691 (28) 0IMG_5691 (27) 0IMG_5691 (26) 0IMG_5691 (25) 0IMG_5691 (24) 0IMG_5691 (23) 0IMG_5691 (22) 0IMG_5691 (21) 0IMG_5691 (20) 0IMG_5691 (19) 0IMG_5691 (18) 0IMG_5691 (17) 0IMG_5691 (16) 0IMG_5691 (15) 0IMG_5691 (14) 0IMG_5691 (13) 0IMG_5691 (12) 0IMG_5691 (11) 0IMG_5691 (9) 0IMG_5691 (8) 0IMG_5691 (7) 0IMG_5691 (6) 0IMG_5691 (5) 0IMG_5691 (1) 0IMG_5426 0IMG_5394 00IMG_5691 (12) 00IMG_5691 (11) 00IMG_5691 (10)

O POSENOWEJ DUSZY RAZ JESZCZE…

 

 

 

 

Raz jeszcze, bo już kiedyś było.

No więc ciężko z nią żyć, bo niereformowalna ona  jak rzadko.

I przechytrzyć się nie da.

 I zawsze postawi na swoim.

 

Nie inaczej było i tym razem.

Otóż miałam ja sobie lampę. Nic specjalnego – zwykłą taką, z mlecznego szkła, kupioną w zamierzchłej przeszłości, w czasach pierwszego zauroczenia Ikeą, słowem lampa, jak lampa, miała światło dawać i tyle.

I dawała wiernie.

Aż do tego nieszczęsnego remontu.

Przed Sodomą i Gomorą schowałam ją, pieczołowicie wprzódy owinąwszy, do kartonu, bo mimo, że jakąś gorącą miłością do niej nie pałałam, to przecież zasady znam –  szkło to szkło, musi być zabezpieczone, bo kruche z natury i strzaskać się może.

Remont się skończył (o, dzięki ci, Panie, bo jeszcze trochę i bym zwariowała jak nic). Pomału zaczęłam wypakowywać majątek rodowy poupychany w każdym zakamarku siedziby rodowej, no i siłą rzeczy i boskim prawem kolejności dokopałam się w końcu i do niej.

Wyjęłam  ostrożnie (szkło!), odwinęłam delikatnie i – no do tej pory pojęcia  nie mam zielonobladego jak to się mogło stać – upuściłam na podłogę… Ja! Szkło! Mnie się nie zdarza nic zbić! Ja zawsze ze szkłem jak z jajkiem! U mnie w domu szkło i owszem, tłuczone jest, ale zawsze przez Najlepszego albo Nieletniego – nigdy przeze mnie! A tu masz…

Moja posenowa dusza jęknęła głucho, aż się echo po całym kadłubie rozeszło, po czym załkała gorzko i rzuciła mięsem soczyście.

Spojrzałam na tę nieszczęsna lampę i zaraz zobaczyłam wielką dziurę w miejscu, gdzie jeszcze chwilę przedtem był sobie narożnik. Ziała ciemna i poszarpana, jak wyrzut sumienia, bo faktycznie sumienie mną szarpało, a dusza jęczała i zawodziła, bo uszczupliłam wszak zasoby rodowe, co to kiedyś w masę spadkową wejdą.

I w tym momencie każdy normalny człowiek wziąłby taką kaleką lampę i zwyczajnie wyrzuciłby ją do wora na szkło (segregujemy odpady), bo nie oszukujmy się, majątku nie kosztowała, ba – ona była wręcz tania – i spokojnie kupiłby sobie nową.

Każdy, ale nie taki, co posenową duszę w sobie nosi.

Ta dusza moc wielką posiada i na takie marnotrawstwo w żadnym razie nie pozwoli.

Nic wyrzucić nie da.

Będzie gniotła z siłą walca, będzie smędzić i jęczeć do znudzenia, dniem i nocą, na okrągło. Oszaleć można…

Człowiek z taką duszą już na starcie jest przegrany.

Człowiek, a co dopiero słaba kobieta…

Nawet się zbytnio nie opierałam, dobrze wiem do czego ta posenowa jest zdolna, znam ją przecież jak zły szeląg, albowiem  żyję z oną we wspólnym stadle już prawie od stu lat (przypominam, że „prawie” robi wielką różnicę :P)

 

Skoro więc zwykła utylizacja nie wchodziła w grę, no to się zabawiłam…

I „urodziłam” tę lampę na nowo.

Musiałam tylko zamaskować ten roztrzaskany narożnik…

lampa Ikea,

szkło malowane delikatnym srebrnym lakierem – efekt koronki

srebrny dekor

srebrne nóżki

SŁÓJ Z WYKOPALISK…

… moich prywatnych, garażowych – to tak gwoli ścisłości, żeby ktoś nie pomyślał, że to artefakt jakiś średniowieczny jest.

Nie jest.

To całkiem współczesny słój typu Weck, zadołowany przeze mnie w ciemnym kącie garażu, bo mi w kuchni zawadzał, a teraz cudownie odnalezion i do łask powrócon, niczym owo dziecię  ukochane, co to od płaczącej matki (…) do zdrowia powróciło cudem.

Też powrócił.

Do zdrowia.

Po wstrząsowej, inwazyjnej i szokowej terapii.

I błyskawicznej, bo rano znaleziony teraz już na półce stoi i  nowym lookiem oczy me cieszy.

Zardzewiony moimi osobistymi rękoma, bez udziału jakichkolwiek soli.

Tym razem wszelkiej chemii powiedziałam stop i zrobiłam go od A  do Z(iet) sama, albowiem kaprys taki miałam 🙂

I wieko zrobiłam, co by kłopotu z otwieraniem nie było.

Jeszcze nie wiem co będzie w swoich trzewiach krył, bo użytkowy on jest, ale coś wymyślę.

Później.

Teraz wystarcza mi, że go mam i na razie niech tak zostanie 🙂

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

TAAAKA RYBA

Czy ja lubię ryby?

Nie.

Zdecydowanie nie.

Absolutnie nie.

Nie lubię.

Więcej – ryby to jedyne stworzenia boskie, których się najzwyczajniej w świecie boję.

Nie rusza mnie pająk, wąż, żaba, ani nawet mysz czy inny robal. Za to rusza mnie ryba.

Nie dotknę tego za nic na świecie. Nie i już. Obojętnie czy to jest w całości, czy w formie  filetów. Ryba to ryba, nawet rozkawałkowana.

Ja nawet ryb nie jadam. I Wigilia nie stanowi tu wyjątku.

Gdyby nie to, że podoba mi się ich różnorodność, boskie kolory, często w takich zestawieniach barw, że sama nigdy bym na takie nie wpadła (tych egzotycznych), i że kocham chłodne srebro ich łusek (tych naszych), i że godzinami mogę patrzeć na ich taniec i zwinność w wodzie – ot, kobieta zmienną jest i nieprzewidywalną – to mogłyby dla mnie zniknąć z tego łez padołu.

Aż tu kiedyś, niespodziewanie, dostałam RYBĘ (dziękuję raz jeszcze Gosiu) w formie suweniru.

I o cielsku imponujących rozmiarów – 34 x 41 cm! – swojej szklanej powierzchni. Szklanej! Czyli spokojnie swoją niechęć mogłam odłożyć do kąta, bo ona szkła (nawet jeśli ono rybą jest) nie obejmuje.

Bo szkło to ja kocham miłością przeogromną, gdyby ktoś, w co wątpię, jeszcze o tym nie słyszał :).

Bo szkło daje się cudnie malować i przeinaczać.

Bo szkła dawno nie tykałam.

Bo strasznie mi się już chciało tknąć.

Bo… Bo… I bo…

Więc to, że to szkło rybą było, kompletnie się przestało liczyć. Liczyło się tylko malowanie.

No to sobie zmalowałam. Po swojemu. A że – jak rzekłam – cielsko imponujące w swej wielkości ryba miała, to i malowania było, że hej. I mogłam tu wszystko (bo to moje szkło) – i kolory egzotycznych, i srebro naszych, i wszystko inne też…

I nawet mogłam rdzę, z czego skwapliwie skorzystałam i cały spód zardzewiłam 😉

Wiedziałam, że druga TAAAKA RYBA  może  już mi się nie trafić, więc z tym większą ochotą pozbyłam się wszelkich hamulców…

No, a potem… a potem wzięłam na randkę OCD i urodziliśmy wspólnie wiele, naprawdę wiele dzieci. Tak wiele, że z wyborem tych, które dostąpią zaszczytu prezentacji na blogu miałam strasznie dużo roboty. Chyba nawet więcej niż z samymi malowankami.

Tak to już niestety jest, że każdy fragment tego malowanego szkła żyje własnym życiem i aż żal życia tego nie pokazać.

Stąd też ta histeryczna w ilości mnogość zdjęć.

I wcale nie jestem pewna, że wybrałam te naj…

 

POD SŁOŃCE…

– Wies co? Wyglałem w chińcyka!
Tsy lazy! Tsy!!!!
Az sam nie wiedziałem, ze jestem taaaki zdolny…
Zaskocyłem się!!!

 

 

Takim oto tekstem uraczył mnie Budrys Młodszy jakiś czas temu.
Spojrzałam wtedy na tego ledwo odrośniętego ponad kolana bajtla, na ocean szczęścia w szafirowych jeziorkach, co to je po obu stronach nosa ma, i pomyślałam, że też bym tak chciała…
Zaskoczyć się.
Chociaż raz.

No i proszę – chcieć to móc – bo oto stało się.
Zaskoczyłam się.
I to jak jeszcze! Na całego, rzec można.
A wszystko za sprawą jednej butli, którą ostatnio zrobiłam.
A ja przecież tych butli, to… no, wiadomo co.
A tym razem sięgnęłam po nią sama, bez przymusu.
I wcale nie w celach terapeutycznych (a to mi się zdarza w stanach furii, wtedy  rzucam taką na ołtarz decou, żeby się odstresować, wyżyć do wypęku, żeby wyrzucić emocje, żeby po skończonej pracy móc bez żalu tę taką na beee o najbliższy mur spokojnie roztrzaskać, co prawda jeszcze nigdy nie roztrzaskałam, ale wystarczy mi już sama świadomość, że mogę).
A tym razem byłam w pełni władz umysłowych (hmmm… właściwie już samo to stanowi zaskoczenie), działałam świadomie i z premedytacją – chciałam zrobić butlę. Tę dokładnie butlę.
Mając do wyboru cały arsenał skrzynek, tac, herbaciarek czy innych talerzy – ja chciałam butlę. No!
Ale nie tym jeszcze się zaskoczyłam (może trochę tak, ale tylko trochę).
Tak naprawdę się zaskoczyłam, jak uświadomiłam sobie ile satysfakcji dała mi praca nad tym znienawidzonym przeze mnie przedmiotem.
Satysfakcji i czystej radości.
I zadowolenia z wykonanej pracy.
I tym jeszcze, że po raz pierwszy nie miałam chęci natychmiast wszystkiego zmywać i zaczynać od początku, inaczej…
Zaskoczyłam się!

Może to za sprawą kształtu, a może jej koloru tego najbardziej mi bliskiego odcienia brązu?
A może motywu, który nie jest przypadkowy, a który odzwierciedla moje rozdarcie między miłością do widoku nagich drzew i rysunku gałęzi na tle nieba, niczym etruskich filigranów i najpiękniejszych koronek stworzonych przez niedościgłą Naturę, a tęsknotą za wiosennym słońcem.
Stąd to drzewo i stąd kolor nieba za nim – drzewo jeszcze zimowe, ale niebo już złotego, wiosennego zmierzchu…

POD SŁOŃCE.
Właśnie tak – pod, a nie po, bo to jakby patrzeć na te filigrany pod słońce…

Takie imię otrzymała butla.

Pierwsza, którą lubię.

Zaskoczyłam się.

Zdjęć milionpięćsetstodziewięćset, w różnych konfiguracjach – z lampą i bez, w świetle sztucznym i naturalnym – bo za każdym razem butla się zmienia…

A oto i rzeczona żona 🙂

ZABAWA ZE SZKŁEM…

… chyba ostania w tym roku… no chyba, żeby jednak nie 😉

Tym razem bawiłam się misą i paterą (kolejną już, chyba piątą, o ile się nie mylę, w tym kształcie i tej wielkości).
Co z tej zabawy wyszło widać na zdjęciach.
Dużo ich – tych zdjęć – wiadomo, ze szkłem tak zawsze, ale proszę nie narzekać, bo i tak nie pokazałam wszystkiego, co w tym szkle siedzi.

Misa wyszła ciepła i energetyczna, więc dla kontrastu umieściłam ją w ciężkim, „starym” metalu, żeby zbyt słodko nie było.
Patera z kolei zrobiła się delikatna i romantyczna, może to za sprawą kolorów?
Nieletni, ujrzawszy ją, rzekł był – TĘCZA!
No chyba nie do końca jednak tęcza, ale i tak jego skojarzenie mi się podoba.
I jedno i drugie jest w pełni użytkowe.

Translate »