szkło wypalane

now browsing by tag

 
 

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

TAAAKA RYBA

Czy ja lubię ryby?

Nie.

Zdecydowanie nie.

Absolutnie nie.

Nie lubię.

Więcej – ryby to jedyne stworzenia boskie, których się najzwyczajniej w świecie boję.

Nie rusza mnie pająk, wąż, żaba, ani nawet mysz czy inny robal. Za to rusza mnie ryba.

Nie dotknę tego za nic na świecie. Nie i już. Obojętnie czy to jest w całości, czy w formie  filetów. Ryba to ryba, nawet rozkawałkowana.

Ja nawet ryb nie jadam. I Wigilia nie stanowi tu wyjątku.

Gdyby nie to, że podoba mi się ich różnorodność, boskie kolory, często w takich zestawieniach barw, że sama nigdy bym na takie nie wpadła (tych egzotycznych), i że kocham chłodne srebro ich łusek (tych naszych), i że godzinami mogę patrzeć na ich taniec i zwinność w wodzie – ot, kobieta zmienną jest i nieprzewidywalną – to mogłyby dla mnie zniknąć z tego łez padołu.

Aż tu kiedyś, niespodziewanie, dostałam RYBĘ (dziękuję raz jeszcze Gosiu) w formie suweniru.

I o cielsku imponujących rozmiarów – 34 x 41 cm! – swojej szklanej powierzchni. Szklanej! Czyli spokojnie swoją niechęć mogłam odłożyć do kąta, bo ona szkła (nawet jeśli ono rybą jest) nie obejmuje.

Bo szkło to ja kocham miłością przeogromną, gdyby ktoś, w co wątpię, jeszcze o tym nie słyszał :).

Bo szkło daje się cudnie malować i przeinaczać.

Bo szkła dawno nie tykałam.

Bo strasznie mi się już chciało tknąć.

Bo… Bo… I bo…

Więc to, że to szkło rybą było, kompletnie się przestało liczyć. Liczyło się tylko malowanie.

No to sobie zmalowałam. Po swojemu. A że – jak rzekłam – cielsko imponujące w swej wielkości ryba miała, to i malowania było, że hej. I mogłam tu wszystko (bo to moje szkło) – i kolory egzotycznych, i srebro naszych, i wszystko inne też…

I nawet mogłam rdzę, z czego skwapliwie skorzystałam i cały spód zardzewiłam 😉

Wiedziałam, że druga TAAAKA RYBA  może  już mi się nie trafić, więc z tym większą ochotą pozbyłam się wszelkich hamulców…

No, a potem… a potem wzięłam na randkę OCD i urodziliśmy wspólnie wiele, naprawdę wiele dzieci. Tak wiele, że z wyborem tych, które dostąpią zaszczytu prezentacji na blogu miałam strasznie dużo roboty. Chyba nawet więcej niż z samymi malowankami.

Tak to już niestety jest, że każdy fragment tego malowanego szkła żyje własnym życiem i aż żal życia tego nie pokazać.

Stąd też ta histeryczna w ilości mnogość zdjęć.

I wcale nie jestem pewna, że wybrałam te naj…

 

Translate »