święta

now browsing by tag

 
 

JAK TEN CZAS SZYBKO PŁYNIE…

 

 

 

 

 

… dopiero były warsztaty w Skoczowie, a tu już za progiem następne…

Przedstawiam więc trzy nowe projekty – wszystkie będą realizowane na lutowych warsztatach.

Maska karnawałowa, bo jeszcze karnawał trwa,

jajo w stylu Faberge, bo Wielkanoc wkrótce

i skrzynka z romantycznym żaglowcem na skryte marzenia…

 

 

 

 

Ach, i byłabym zapomniała – pobawimy się nowymi żywicami Pentartu, a ja będę miała dla was niespodziankę – zupełnie, ale to zupełnie nową metodę złoceń, dopiero co wymyśloną przeze mnie właśnie przy okazji robienia jaja.

Zatem spotkajmy się w Skoczowie 🙂

Już dziś zapraszam.

BETONOWA DONICA…

Była mi potrzebna zaraz, już, natychmiast, bo ja niecierpliwa jestem ogromnie, a właśnie nabyłam drogą kupna fajowską choinkę i musiałam ją w coś posadzić. 

Już musiałam, bo mi jej żal było……

No dobrze, kłamię. Tak naprawdę to chciałam zrobić donicę, choinka to tylko pretekst.

Zabawiłam się więc w murarza i tynkarza, a potem w PSUJA, bo musiałam z niej cośtam odkuć, cośtam popsuć, bo jakaś taka za grzeczna była.

W efekcie moich konstruktywnych i destrukcyjnych działań powstało takie oto coś…

Póki co zamieszkała w niej choinka, a wiosną się zobaczy 🙂

I ZNOWU KARUZELA Z KONIKAMI…

 

 

 

…tym razem na olbrzymiej kuli-bombce.

Robiłam ją bardzo długo i już myślałam, że nie zdążę.  Ale, że ona  na specjalne zamówienie i na specjalną okazję, to się spięłam – i jest, w ostatnim momencie, bo termin na jutro już.

Pogoda jaka jest każdy widzi, co ma swoje odbicie w zdjęciach niestety… Bombka jest ogromna swoimi 20-stoma cm średnicy, błyszcząca, błyskająca i skrząca na maksa dzięki kryształom, mice i chyba kilogramowi 😉 brokatów różnych – czego oczywiście w tej dołującej aurze zaokiennej nie udało mi się pokazać… Ale możecie mi wierzyć, ona spokojnie mogłaby robić za dyskotekową kulę…

 

 

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA…

… za pasem.

Już wkrótce nadejdzie tan najcudowniejszy w roku czas – oczekiwanie na magię.

Czas kolęd, choinki, świec, zapachu pierników  i ubierania domu w świąteczną szatę. I śniegu.

No z tym śniegiem to różnie ostatnio bywa, więc może go sobie zrobić samemu? Choćby na zawieszce, takiej, którą można powiesić w oknie żeby zaczarować pogodę? Może się opamięta i sypnie białym puchem w Wigilię?

No więc zrobiłam – taką szklaną, dużą, z mrozem i śniegiem, z błyszczącymi gwiazdami i z domkami utopionymi w śniegu…

 

 

szklana zawieszka, fi 15cm

 

 

DZIEJE SIĘ BAJKA…

 

 

 

Jest taki dzień, gdy dzieje się najpiękniejsza bajka świata.

Dzień pełen gwiazd, magii, ciepłych promyków świec, blasku choinki i zapachu pierników.

Dzień, w którym wszystkie dzieci są grzeczne.

Czekają z noskami przyklejonymi do szyby  na tę czarodziejską chwilę, gdy błyśnie pierwsza gwiazdka i gdy na niebie, wysoko, pojawi się On…

I oto jest!

Jedzie w saniach ciągnionych przez renifery, cały ośnieżony, bo z daleka bieży.  Rozpędzone reny krzeszą skry, sypiąc wokół okruchami gwiazd i lodu, migającymi w świetle jak diamenty. Nad nim rozgwieżdżone, zimowe niebo, pod nim ośnieżone chatynki zagubione w bezkresnym śniegu.

I wtedy zaczyna się magia…

Już niedługo…

 

Bombka plexi, fi 20cm

mixed-media

ZIMOWY WIDOK III, CZYLI BOMBKA DLA E-WNUKA…

Dawno, dawno temu zaadoptowałam sobie jedno takie dziewczę, wirtualnie, ale jednak. Adopcja, to adopcja.

I był to przebłysk geniuszu, bo dziewczę wyrosło na rasową decoupażystkę. Dumna jestem z niej niesłychanie.

A że e-córka była w pakiecie z dziecięciem, to za jednym zamachem mam też i e-wnuka 🙂

Gwizdka za pasem, bycie e-babcią zobowiązuje, zrobiłam więc mały prezent.

Kubusiu, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Wesołych Świąt!!

 

 

ZIMOWY WIDOK II…

Dzisiaj szybko, bo w biegu, więc bez zbędnych słów.

Znowu bombka z zimowym widokiem.

I wcale nie ostatnia 🙂

 

 

 

 

ŻEBY BYŁO JASNO I BŁYSZCZĄCO, I ŚWIĄTECZNIE, I MAGICZNIE…

Święta.

Już tuż, niemal za progiem, a siedziba rodowa jeszcze nawet nie zaczęła się stroić. Jeszcze jest jesienna i szara.

A ja zaplanowałam,  że w tym roku będzie skrząca, osypana szronem, jasna i migocząca blaskiem drgających płomieni świec, przeglądających się w każdej  drobinie brokatu, w każdym szklanym soplu wiszącym pod sufitem na jemiole, w każdej bombce na choince, w każdej perłowej gwiazdce leżącej na obrusie. Pracy jest więc mnóstwo, należałoby już się za owo strojenie zabrać, a tymczasem wciąż tkwię w pracowni… Co prawda mimochodem układam sobie w głowie plan co, jak i gdzie, ale jak na razie czysto teoretycznie. Jednak i takie teoretyzowanie ma sens, bo wpadł mi do głowy pomysł, który – mam nadzieję – rozwiąże mi problem, z którym borykam się co roku. Problem dla niektórych być może błahy, ale mnie on zawsze wprawia w mniejsze lub większe świąteczne rozedrganie. Otóż rzecz tyczy sztućców… 

Siedziba rodowa świętuje co roku w bardzo dużym gronie, jest fajnie, gwarnie, wesoło i, nie bójmy się przyznać, suto.

Stół jest pięknie przygotowany, biały obrus, świąteczna zastawa, srebra rodowe – wyczyszczone i błyszczące – karnie spięte świątecznymi pierścieniami , potrawy malowniczo ułożone w misach i na półmiskach zdobią środek stołu… 

Sprzątanie po wieczerzy polega li tylko  na zmianie zastawy, która teraz stoi sobie na bocznym stoliku w słupkach, kto chce bierze sobie talerz i podjada, bo na stole wciąż jest mnóstwo smakołyków, bierze sztućce… no właśnie, sztućce… zwykle leżą na owym stoliku  byle jak, w jakimś przypadkowym naczyniu, psujące mi ogólny ogląd i humor mi warząc wrażeniem bałaganu.

I otóż w tym roku już nie będzie przypadkowości, albowiem one też dostaną swoje własne, świąteczne pudło, oczywiście wpisane w ogólną, tegoroczną, skrząco-błyszczącą koncepcję dekoracyjną 🙂

Z zewnątrz surowe, ciemne, bardzo postarzone,  w środku jasne i błyskające milionem brokatowych drobinek na choinkach i ośnieżonych chatkach. Dałam mu uchwyty dla wygody i ozdoby, oraz nóżki, by można było wsunąć pod nie serwetki.

 

A gdy będzie już po Świętach wsypię do niego orzechy i postawię pod choinką. Ori hr. Kot bardzo lubi wybierać łapką orzechowe kulki i turlać je po całej podłodze, niech więc też ma świąteczną uciechę…

 

 

BOMBKI 2014

Tegoroczne bombki.
Te, którym zdążyłam zrobić sesję, bo z uwagi na pogodę – fatalną – niektóre odfrunęły bez dokumentacji…
Jeśli uda mi się jeszcze jakieś w tym roku popełnić i zdążę im zrobić portrety, to je tu dołożę.
Jeśli…

 

 

 

 

Ponieważ gdzieś tak pomiędzy bigosem a lepieniem pierogów udało mi się zrobić jeszcze jakieś bombki więc je tu wklejam 🙂

a właściwie wklejam jedną z trzech podobnych, bo ta została dla mnie.

To akrylowe serce zrobione na stare, baardzo stare, srebro, takie, co to błyszczącą świetność ma już jedynie we wspomnieniach…

Kto uważnie śledził tegoroczne bombkowe trendy, ten odgadnie, że w tym sercu widać moje zauroczenie dyziowymi sercami i gdzieś tam w tle jej serca majaczą, a kto jeszcze dokładniej się przyjrzy, ten zauważy, że zaopatrujemy się chyba w tym samym sklepie 😀

BOMBKI W KORONKACH…

 

 

 

 

Zauroczyły mnie przepiękne bombki Sylwii Serwin.

Rzadko mnie już ostatnio coś tak zaurocza. A one owszem. Bardzo. A nawet bardziej niż bardzo.

Udałam się więc do źródła pięknoty i wyraziłam chęć zainspirowania się, bo one w snach mnie nawiedzały, a moja szara komóreczka, co to ją na stanie mam w ilości sztuk jeden, zwana w skrócie Szarą , w kółko ględziła i nudziła – ty, no idź zobacz je jeszcze raz, no idź! No to szłam i się napawałam.

Słowem jednym ostatnio życie mi się kręciło tylko wokół nich, męczące to było poniekąd  i trzeba było coś z tym szybko począć, bo nieprzerobiona robota w kącie leżała i kwiczała cienko, a ja tylko te bombki oglądałam i oglądałam w kółko Macieju, no to w końcu poszłam do źródła z pytaniem czy zainspirować się mogę.

 

– A inspiruj się – rzekła Dobra Kobieta –  i rób, ale pod warunkiem, że jak zrobisz, to pokażesz.

 

Phi, łatwy warunek, pomyślałam sobie, pewnie, że mogę pokazać, co tam.

Ale zaraz, zaraz… a jak wyjdzie koszmarek? A przecież może! Nawet bardzo prawdopodobne jest, to co?

Przecież wstyd i śmiech na sali huknie. A ja mam dziecię nieletnie, które w jakąś traumę popaść może jak mać jego obśmieją (na bank nie popadnie, ale miło mi się tak myśli).

Jednak z drugiej strony  taką bombę a’la Sylvi to ja chcę mieć jak nie wiem co, to co?

 

– Ty, test najpierw zrób – szepnęła Szara – jak przeżyjesz to pokażesz.

 

No właśnie! Test!

 

– Dobra, mogę pokazać – odpowiedziałam Dobrej Kobiecie – ale tylko wtedy, jak po zrobieniu i zobaczeniu co mi wyszło trupem bladym nie padnę.

 

No i zabrałam się za robotę.

Bombę na stanie miałam tylko jedną jeszcze, dużą, akrylową setkę, pomysłu na nią już nie, a powielać ostatnio zrobionych obsydianowych nie chciałam, no to ją poświęciłam na ołtarzu chcenia.

 

Nie bardzo wiedziałam jak się za tę koronkową robotę zabrać, bo ja nie z tych „szydełkowych”, co prawda Sylwia mówiła, żeby wpaść na kawę, a ona pokaże co i jak, tyle, że ja musiałam jużteraznatychmiast, a to się nijak nie dawało pogodzić z jakimikolwiek podróżami, nawet bliskimi.

Ci co mnie znają, wiedzą aż za dobrze, że czekanie nie jest moją mocną stroną, ba, ono nie jest żadną moją stroną, bo  ja  nie posiadam w szerooookim wachlarzu zalet mych  rozlicznych czegoś takiego, co się nazywa cierpliwość, ja muszę już, albo wcale. Innej możliwość brak.

Tu „wcale” nie wchodziło w grę, zatem musiałam już.

 

To zaczęłam.

Najpierw kolor – łatwo poszło, padło na turkus.

Jasne, że turkus, bo lubię.

Potem…

No tego potem to ja już  nie pamiętam, bo niezauważenie odpłynęłam sobie w światy równoległe i dość szybko straciłam kontakt z bazą.

 

Gdy wróciłam do realności zobaczyłam COŚ.

 

– O jaśnista qundulencja, A-CO-TO-JEST?? – wyrwało mi się z głębi jestestwa mego, zdziwionego niepomiernie na widok.

 

– Jakieś chorelne Faberge? – uprzejmie, aczkolwiek złośliwie bardzo podsunął Najlepszy – tyle, że nie jajeczne, a bombowe. Widać przecież, nie?

 

Fakt. Widać. Chorelnie dobrze widać nawet, niestety…

 

No, że też ja trupem bladym na miejscu nie padłam, to ja pojąć nie mogę… zapewne uratował mnie ten turkus, albo cud jakiś nadprzyrodzony zaistniał, bo co innego?

 

Nic wszakże straconego i wszystko jeszcze przede mną, gdyż/albowiem/ponieważ/że Sylwia zabije mnie teraz śmiechem…

 

Ale umowa to umowa, a ja honorowa jestem i nie ma zmiłuj – zatem pokazuję.

Ech…

 

Proszę nie pytać dlaczego tylko trzy zdjęcia i dlaczego nie ma takich „dziennych”.

Już i tak nadto, że są te 😛

Nie wiem jak to się stało, ale Sylwia obejrzawszy tę moją  bombkę darowała mi życie i nie zabiła mnie śmiechem zaraz natychmiast, jak to coś ujrzała, więcej, ona nawet kurtuazyjnie powiedziała, że jej się podoba Big Grin Big Grin Big Grin 
no koń by się uśmiał…
mówiłam – Dobra Kobieta to jest!

Powtórzyła tylko, żebym jednak na tę kawę przyjechała, to nade mną popracuje 😉 No dało mi do myślenia.

Ale, że ja honorna jestem jakem już wyżej rzekła, a do tego postanowiłam się  zrehabilitować  – to i zrobiłam jeszcze jedną, tym razem obsydianową, otuloną srebrno-perłową koronką (podeszłam do zadania naukowo i tę koronkę robiłam już  inaczej i bardzo się pilnowałam żeby w równoległe nie ulecieć przy robocie).
Wszyscy wiedzą, że nie przepadam za symetrią, więc i tu jest asymetrycznie, inaczej niż u Sylwii, ale też nie chodziło mi o kopiowanie, a o inspirację jeno.
Bombka to spory sopel (11 cm), malowany od środka w „obsydiana”, na zewnątrz ma rzuconą koronkę, tak na ukos trochę, bo maskowałam łączenia Tongue

( strasznie mnie one drażnią w tych akrylowych bombkach i zawsze próbuję je jakoś utylizować, znaczy w tych, które robię ja, bo w innych aż tak mi nie przeszkadzają).

Zdjęć zrobiłam 115, słownie: sto piętnaście! z czego wybrałam 5, słownie: pięć! i to na siłę, bo i te powinnam odrzucić.
Trudność polega na tym, że ta koronka „łapie” światło w jakiś niekontrolowany sposób i dopiero wtedy ożywa, bez tego światła jest tylko srebrna, ze światłem – błyszcząco-srebrno-perłowa, tyle, że między złapanym, a niezłapanym światłem jest ułamek kąta tylko i złap tu biedny człeku ten ułamek tak, żeby tę perłę i błysk pokazać, w dodatku Sonka miała olbrzymią trudność, żeby dobrą ostrość chwycić, ale może coś na tych zdjęciach dojrzycie jednak, a jak nie, to chociaż może wyobraźnia Wam podpowie.

 

 

OBSYDIANOWE BOMBKI? DLACZEGO NIE…

Takie nietypowe, inne, czarne chodziły za mną od zawsze.

W zeszłym roku robiłam bombki – łezki, wymyśliłam je sobie  na wzór minerałów występujących w przyrodzie – ni to granity, ni to malachity, tudzież inne marmury – takie niekontrolowane przenikanie kolorów. Do tego trochę „metalu”, trochę złoceń i brokatu, i wyszło coś, co mnie samej się spodobało 🙂 .
Wyglądały tak:

 

 

Zrobiłam ich całkiem sporo, ale na czarne już czasu nie stało.
A chodzić za mną nie przestały…
No to wróciłam do pomysłu w tym roku i – jako przerywnik kolorystyczny, bo opanowały mnie bombki „kamienne” z użyciem Art Stone – popełniłam sobie dwie czarne…
Inspiracją był mi obsydian śnieżny, który w naturze wygląda tak (zdjęcie pochodzi z Internetu):

a moje bomby (bo przecież nie bombki ;)) tak:

Prawda, że trochę podobne?

Za surówkę posłużyły mi bombki akrylowe 100 mm, malowałam je ręcznie, od środka, żeby uzyskać ten nieskazitelny błysk oryginalnego minerału, mam nadzieję, że mi się udało 🙂
Łączenia zamaskowałam płynnymi perłami w kolorze srebra.

Z Wikipedii:

Obsydian (izofir) – kwaśna skała wylewna, złożona niemal wyłącznie ze szkliwa wulkanicznego, zawiera do 1% wody. Naturalne szkło. Powstaje w wyniku natychmiastowego stygnięcia magmy (lawy). Skład chemiczny związany jest z typem lawy i obejmuje bardzo wiele form, od obsydianu ryolitowego po fonolitowy. Obsydian znajduje się w wylewach lawy datowanych od ok. 60 mln lat aż do współczesności.

Obsydian śnieżny (ten, który był mi inspiracją) – to odmiana obsydianu czarnego, zwana też kwiatową, zawierającego liczne biało-szare krystality układające się w kształt płatków śniegu lub kwiatów.

W ezoteryce – obsydian jest kamieniem Koziorożca (Koziorożec to ja 🙂 ), wiąże się z działaniem Saturna. Amulety z obsydianu mają łagodne działanie, chronią, mobilizują do działania, każą mocno stąpać po ziemi. Jest to kamień wzmacniający poczucie własnej wartości, ale również zmuszający do stawiania sobie wymagań. Chroni przed złym wpływem innych, dlatego poleca się go osobom nieśmiałym, o łagodnym usposobieniu i miękkim sercu.
Uaktywnia zdolności parapsychiczne.

No! Osoba nieśmiała, o łagodnym usposobieniu i miękkim sercu, to wypisz-wymaluj – ja! Poza tym, że wiedźma 😛

Święta, Święta, Święta!…

 

 

 

 

Niech Wilii noc magiczna radość przyniesie.

I spokój.

Niech anioł z nieba myśli białych przywieje, zwiewnych jak puch…

Niech otoczy skrzydłem nadziei…

I kolędę zaśpiewa…

Niech…

Niech każda chwila tych Świąt  własnym żyje pięknem.

Niech grzeje i skrzy się w złotym blasku świec.

Niech ktoś do drzwi zapuka- przecież czeka nań miejsce…

I błękit betlejemski kołysze nas leciuchno, trwających w zachwycie nad cudem…

Niech.

Niech brylantowe gwiazdeczki skrzypią pod butami w drodze na Pasterkę…

Niech dzwony biją na chwałę…

Niech marzenia płyną wysoko… wysoko…

I niech się spełnią…

Niech!

….Kochani, wszyscy, którzy to czytacie –  

życzę Wam roziskrzonych, cudownych, pełnych magii Świąt.

Niech świętość Świąt w Was trwa.

I niech będą anielskie!

Niech!

I bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie życzenia – i te, które dotarły pocztą (również elektroniczną), i te zamieszczone już na blogu.

Anioł Świąt Bożego Narodzenia…

 

 

 

 

 

 

Anioły są wokół nas

 ale czy zawsze je widzimy?

Czy czujemy ich anielską obecność?

A one są. Tuż obok.

Chodzą za nami krok w krok…

Siadają przy naszym stole…

Mijają nas na ulicy…

Lecą ku nam z przestworzy…

Anioł w locie… tak, ten wygląda najpiękniej – jednym skrzydłem rozrzuca chmury, drugim ze świstem rozcina  powietrze…

Anioły są dobre.

I bywają anioły złe…

Wszystkie są piękne i niezbędne.

Pomagają .

Ale i zwodzą….

 

Są takie z przetrąconym skrzydłem…

I takie, które skrzydeł nie mają wcale…

 

Każdy z nich ma takie samo prawo do istnienia.

Życie bez nich nie miałoby sensu żadnego.

*******************************************************************************

Chodzę tak sobie już od czasu jakiegoś, chodzę… i prace anielskie wykonuję, a to okna umyję, a to pierniki upiekę, a to bombkę wymodzę, czy inny stroik jaki…

 Aż wreszcie czas przyszedł, żeby jako ten anioł rodzinny prezenty pod choinkę sprawić, więc do miasta się wybrałam – w Anielską choć nie Złotą Niedzielę…

 a bo to  jutro już poniedziałek – muszę pranie i prasowanie z anielskim spokojem poczynić,

potem wtorek – czeka mnie konieczne wyjście w sprawach urzędowych,

a po powrocie o anielskich pracach świątecznych już mowy nie będzie, bo urzędy mnie wykańczają…

potem środa – środek tygodnia – zleci, nawet się nie obejrzę i nie zarejestruję kiedy…

czwartek anielsko w pracach przedświątecznych sobie odpuszczam, bo  któż to wie co mi wypadnie?…

a potem  piątek, z absolutnie anielskim ubieraniem choinki, zawieszaniem światełek anielskich gdzie popadnie i gdzie nie popadnie, z oplataniem girlandami balustrad w siedzibie rodowej, z wykładaniem w różne dziwne miejsca anielskich zapachów świąt, w postaci rozczochranych goździków, lasek cynamonu , gwiazd anyżu i suszonych pomarańczy, z przytroczeniem jemioły u powały z wielką wiarą w jej anielską moc przynoszenia szczęścia domowi…

potem pracowity weekend – z dawno już zaplanowanym gotowaniem i słodkim pieczeniem makowca i sernika…

później to już znowu poniedziałek – ostatni dzień przed, więc jeszcze makiełki, pierogi i ryba z pieca, bo musi się z sosem przegryźć…

 No a potem to już Wigilia i anielska cicha noc…

 

Więc wybrałam się dzisiaj…
Chodzę tak sobie po ulicach i sklepach, rozglądam się z ciekawością wielką, i same czynności anielskie widzę.
A więc najpierw – anioły zaświeciły  na Starym Rynku, na Placu Wolności i Świętym Marcinie, przytuliły się do latarń i murów, przysiadły na pustych klombach i opustoszałych ławkach, ubrały Koziołki w kożuszki. Niektóre snują się cokolwiek znudzone po chodnikach, inne rozsiadły się po wystawach i spoglądają zdziwione na zabieganych ludzi…

Jeszcze inne ze zwykłych ludzkich okien zerkają ciekawie i świątecznie, w poświacie kolorowych lampek…

Są też takie etatowe w sklepach – a to jogurtem taki poczęstuje, a to dzwoneczkiem podzwoni, a to aureolką zatrzęsie, a to cukierka dziecku wciśnie (obcemu, bo moje w domu zostało)…..

Potem zobaczyłam  anioły przebrane.

Mrowie całe anielskich ludzi przyodziało czerwone gwiazdorowe szatki, worki wielkie do boków reniferów mechanicznych przytroczyło, głowy z rozwianym anielskim włosem czapkami ( z pomponikiem białym, a jakże!) przyozdobiło – i tak to tysiąc anielskich Gwiazdorów ( bo w Posen Gwiazdor chodzi, nie Mikołaj) na ogromnych harleyowych reniferach trzymanych za wygięte rogi, trąbiąc przeraźliwie, a głośno,  przejechało Świętym Marcinem i ruszyło w świat daleki,  powiewając tysiącem białych bród…

Pewnie prezenty rozwożą, bo cóż by innego mogli w takim pędzie i w takiej ciżbie  czynić??

I myślę sobie teraz, że to wcale nie  przebrane,  ale najprawdziwsze anioły  były!

No i wreszcie anielskie zakupy w Plazie, zaiste też anielskiej, bo anielską cnotę spokoju i opanowania ćwiczyć mi tam przyszło, co by nie chwycić za bombkę jaką i nie zrobić anielskiego porządku z tą idiotyczną plazową architekturą, no bo ileż można – nawet anielską cierpliwością dysponując! – wytrzymać,  gdy wciąż tylko schody w górę, schody w dół… schody w górę i znów w dół… i znów w górę, i … i co z tego, że ruchome??!!… Schody to schody!

Ale zdzierżyłam i anieli wynagrodzili mi brak reakcji, bo otóż tam oczarował mnie i uwiódł  na amen nastoletni, prześlicznej aparycji anielskiej będący, długoblondkręconowłosy  aniołeczek z cudnie migocącymi skrzydełkami (lampki tam miał! nic nie cyganię! lampki… migocące w rytm kolędy!). Siedział sobie skromnie przed wejściem do sklepu któregoś i miał zapewne w kontrakcie przykazane oferować z anielską natrętnością  jakiś anielski towar…

miał, ale…

ale on zakrył sobie uszy białymi, puchatymi słuchawkami, anielską głowinę z lekko przekręconą aureolką wdzięcznie na ręce skłonił, oparł książkę o kolana, żeby widać nie było… i zaczytał się na całego, odpłynął do swojego anielskiego świata, o tym tu, ziemskim, kompletnie zapominając, a i kontrakt na czynności anielskie w głębokim poważaniu mając…

aż anielsko  było popatrzeć….

Com też z upodobaniem ogromnym  czyniła parę dobrych chwil, zaglądając ciekawie, cóż że z takim zapamiętaniem poczytuje to anielsko cudne dziecię…

Doskonale zobojętniałam na wcale gromkie pomruki Najlepszego Upadłego Anioła, z iście anielską cierpliwością ignorując natarczywe wyrywanie ręki ze stawu, a nawet – tak!! – popychanie od tyłu!…O zupełnie nieanielskim szarpaniu za torebkę już nawet nie wspomnę…

 A potem  kupiliśmy anielsko piękną choinkę.

I teraz jeszcze tylko  powieszę na ścianie Anioła Świąt Bożego Narodzenia, dopiero co skończonego, żeby w Święta nad domem czuwał  i anielskimi skrzydły go otulał…

I prześlę Wam anielskich myśli odrobinę…

I w nocnej chwili uzmysłowię Najlepszemu, że anioła on ma najprawdziwszego, a nie zwykłą żonę…

I dzień uznam za skończony…

Anioł jest wynikiem mojej zabawy z Powertexem, ale zabawy „po mojemu” 🙂

jest wysoki (33cm), w płaszczu koloru starego, patynowanego złota, złamanego miejscami oliwką, miejscami miedzią i bursztynem, zdobionego dwoma turkusowymi guzami-kaboszonami…

 

pod nim widać spodnią suknię, jaśniejszą i bardziej połyskliwą jasnym, ciepłym złotem i z kolejnym kaboszonem, tym razem skrzącym się niczym diament,

 skrzydła połyskują mu perłową miką, mienią się srebrem i brylantowymi, maleńkimi iskierkami, ukrytymi wśród piór.

To Anioł Świąt, nie szczędziłam mik i złota, miał być „bogaty” – i jest, tyle, że teraz nie potrafię zrobić mu takiego portretu, na którym wszystko dałoby się pokazać… stąd tyle zdjęć, stąd tyle ujęć i tak różne oświetlenie…

Wokół Świąt c.d. – lampiony, reny, kartki, koniki i inne zawieszki…

 

 

 

 

Miałam w tym roku dać sobie spokój z ozdobami świątecznymi.

Miałam.

Ale znowu się złamałam – najpierw z bombkami – zrobiłam kilka (naście 🙁 ),  mimo, że się zarzekałam, że w tym roku ani jednej, nawet na pici kłak…

Potem lampiony…

A teraz jeszcze te renifery… Choć tu akurat winna jest Gonia bo mogła nie pokazywać swoich… ale pokazała i mnie zainspirowała, a że miałam jeszcze parę niezrobionych, co to mi zostały z zeszłego roku, a w głowie pomysł, który coraz nachalniej domagał się sprawdzenia, to i poszło…

I z dumą mogę stwierdzić, że pomysł się sprawdził 🙂 udało mi się zrobić to, co sobie zamyśliłam –   przenikanie kolorów i strukturę (nieregularną )  bez użycia mas strukturalnych, bazując tylko na farbach (metaliki), brokatach i mikach ( i jeszcze na czymś, ale na razie cicho-sza, póki nie dopracuję metody).

No i skoro jednak się złamałam, to przy okazji pokażę też parę rzeczy, które robiłam wcześniej, ot choćby kartki świąteczne, które z prawdziwymi, tymi robionymi przez profesjonalne scraperki, nie mają absolutnie nic wspólnego, bo ja ani w ząb na scrapowaniu się nie znam, ale kartki chciałam mieć to i zrobiłam po swojemu

i zawieszki-tagi zimowo-świąteczne (tu już się trochę znam, bo to decoupage ;))

i tabliczki zimowe, które za dekoracje mogą robić

i zeszłoroczne koniki na biegunach…

Świąteczne klimaty…

 

 

 

 

 

… bombki.

 

Akryl, fi 120mm, decoupage, złocenia

Akryl łezka, srebrny i złoty lakier, miki, złocenia, struktura

 

Translate »