struktura

now browsing by tag

 
 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

WIOSNA! PORA ŁĄCZYĆ SIĘ W PARY…

Wiosna! Pora łączyć się w pary.
Na dworze zrobiło się cieplej, powiały łagodniejsze wiatry, po niebie gonią się klucze dzikich gęsi, ptaki głośno krzyczą w ogrodzie – znaczy wiosna już.
A jak wiosna to najwyższa pora zakładać gniazda i składać jaja.
Miałam w swoich zasobach dwa gipsowe ptaszki. Do tej pory były surowe, w kolorze gipsu i wcale mi to nie przeszkadzało. Podobały mi się takie jakie były. (Ćma, poznajesz? 🙂 )
Teraz jednak postanowiłam je trochę zmienić, dodać koloru, lekko podrasować.
Ptaszki miały fakturę, jednak z uwagi na to, że chciałam je malować farbami kredowymi, pogłębiłam tę fakturę rylcem. Farby kredowe są gęste, bałam się, że po pomalowaniu faktura zostanie zniwelowana, a tego nie chciałam. Wśród moich szablonów znalazłam taki z serduszkami i ozdobiłam nimi brzuszki ptaszków.
Pomalowałam je trzema kolorami – szarym, białym i brązowym – za każdym razem przecierając farby przed wyschnięciem.
Na koniec lekko przetarłam złotym woskiem, żeby dodatkowo podkreślić fakturę.
Później wylałam z gipsu dwa jaja, jako formy używając skorupek zwykłych kurzych jaj. Ozdobiłam je w ten sam sposób.
Tym samym powstał wiosenny, wielkanocny komplet.
Postawiłam go na parapecie, żeby przypominał mi, że Wielkanoc tuż-tuż…
Ptaszki są moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA…

… za pasem.

Już wkrótce nadejdzie tan najcudowniejszy w roku czas – oczekiwanie na magię.

Czas kolęd, choinki, świec, zapachu pierników  i ubierania domu w świąteczną szatę. I śniegu.

No z tym śniegiem to różnie ostatnio bywa, więc może go sobie zrobić samemu? Choćby na zawieszce, takiej, którą można powiesić w oknie żeby zaczarować pogodę? Może się opamięta i sypnie białym puchem w Wigilię?

No więc zrobiłam – taką szklaną, dużą, z mrozem i śniegiem, z błyszczącymi gwiazdami i z domkami utopionymi w śniegu…

 

 

szklana zawieszka, fi 15cm

 

 

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

ANTYCZNY OBRAZ Z ANIOŁEM I GOŁĘBIEM…

 

 

 

 

W drewnianych ramach własnoręcznie zbijanych.

Chciałam je też własnoręcznie ciąć, ale poległam i musiałam w tej materii posiłkować się pomocą Najlepszego. Ale tylko w tym.

Bo cała reszta to już samodzielna moja twórczość – począwszy od zbicia ram, poprzez wyprodukowanie farb, zrobienie tynku, jego położenie, pomalowanie, klejenie dekorów, i co tam jeszcze po drodze było, to już ja 😉

Napracowałam się setnie, nie raz i nie dwa chciałam rzucić to wszystko w kąt, i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że akurat żadnego pustego kąta, w którym obraz ów by się zmieścił, nie posiadałam. Więc się zaparłam zadnimi łapami i skończyłam.

Obraz jest duży i ciężki (waży – bagatela – 15 kg). Ramy pomalowałam farbami mlecznymi, złocenia dekorów temperą jajową. Anioł pomalowany jest farbą z pigmentami mineralnymi.

Obraz antyczny, 600×500 mm

anioł – 300 mm

woskowany i olejowany

 

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

ETUI MIXED-MEDIA VINTAGE

 

 

Kolejne zrobione w tej technice. Na specjalne zamówienie. 

Miało być „kinowe”, bo Inwestorka jest niepoprawną kinomanką, taką z krwi i kości, uwielbiającą stare, nieme filmy.

No to jest kinowe, bo znalazły się na nim postaci Chaplina i perforacja taśmy filmowej. Są tu też cyfry zdobiące spodnią jego stronę, bo wszak kiedyś właśnie cyfry pojawiały się na ekranie zanim zaczął się film.

Nie miało być czarno-białe.

Więc nie jest.

Jest kolorowe. No może nie do końca, bo  kolory błyskają tylko miejscami pośród sepiowej całości, ale są tu i zielenie, i czerwienie, jest złoto i błękit, i czerń, a dzięki użyciu miki i opalizujących wosków kolorystyka zmienia  się w zależności od kąta pod jakim się  patrzy.

I są faktury, przetarcia i postarzenia, bo etui miało być w stylu vintage.

I dużo w nim pozytywnej energii, bo radość jaką dała mi praca nad nim pozostanie w nim zaklęta już na zawsze 🙂

POKŁOSIE PEWNEGO SABATU – MIX-MEDIOWY NOTATNIK…

Jakiś czas temu do Posen zjechały wiedźmy i odbyły sabat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Działo się, oj działo – i to nie tylko w sferze twórczej.  Zostały podjęte postanowienia, zapadły ważne decyzje, a nawet wykonano pierwsze kroki w celu ich realizacji, ale o tym innym razem.

W przerwach pomiędzy dyskusją, a dyskusją, zdołałyśmy  wszakże pobawić się w pracowni – oczywiście, że mix-mediowo – i powstały zeszyty na tajne wiedźmińskie notatki 🙂

Każdy inny, jak to w zabawach mix-mediowych bywa, każdy jedyny w swoim rodzaju, każdy fajny i niepowtarzalny, bo ile wiedźm, tyle wizji 🙂

Mój jest mroczny, z odrobiną bieli, z turkusem i ceglastą czerwienią (sama się dziwię skąd u mnie pomysł na tę czerwień…), z kapką złota i srebra.

Właściwie, jak tak teraz na niego patrzę, to gdyby nie cudny koprowy szablon, com go w prezencie od jednej wiedźmy dostała (Ćma, raz jeszcze dziękuję pięknie:) ) nic specjalnego by w nim  nie było, a tak koper zrobił całą robotę i właściwie nic poza nim mogłabym nie robić…

Nie na darmo starzy Indianie mówią, że diabeł siedzi w szczegółach, nie na darmo 🙂

ZIMOWY WIDOK 1

Ta bombka miała być powrotem do decoupage, tego tradycyjnego, czystego, tego, którego od dawna już nie uprawiam.

Miała być prosta i tradycyjna – jasne tło, motyw  z pięknym, zimowym widokiem, ze śniegiem, z dymem z komina, ze ślizgawką. Taki vintage, jak lubię…

I była.

Do momentu, gdy postanowiłam domalować tło… 

A potem to już poszło rozpędem.

I zamiast prostej i tradycyjnej jest… taka jak zwykle.

Ale przynajmniej utrzymała się w konwencji vintage.

medalion akryl, 120 mm

zdobiony od środka i na zewnątrz

struktura, sole patynujące, złocenia, postarzenia

ZABAWY ZE SZKŁEM…

 

 

 

… nieustające, bo lubię i już 🙂

Ostatnie niebieskie anioły dały mi porządnie w kość, no rzec można, że mnie wykończyły nawet.

Niebieskości śniły mi się po nocach, nawet Szara była nimi oczadziała i zachowywała się jak po najlepszym zielu, nic robić nie mogłam, bo natychmiast oczy zachodziły mi sinoniebieską mgłą, a robota czekała.

No dłużej już tak być nie mogło, trzeba było coś zaradzić i to natychmiast.

A co jest najlepszym odstresowywaczem i lekiem na wszelkie zło?

Jasne, szkło!!!

A w jakim kolorze?

A w najdalszym od niebieskości!

A co z tego szkła?

A obojętnie, byle szklane było.

Tyle, że nic akurat wolnego nie miałam, w Starej Rzeźni nie byłam już wieki całe, zamówione patery jeszcze do mnie  nie dotarły, żadne czyste szkło mi się po siedzibie rodowej jakoś nie walało i w oczy nie lazło, a ja MUSIAŁAM!

A w dodatku dostałam całe mnóstwo cudownych, nowych mediów do szkła prosto z niemieckiej VIVY i aż ręce mnie świerzbiły, żeby się nimi pobawić…

I wtedy przypomniałam sobie o nim…

Stał w łazience od wieków, znaczy jakieś siedem lat, czyli od czasu, gdy ktoś – znowu wiem kto, ale nie powiem 🙁  – wlał do niego gorącą wodę w celu umycia (jakby nie można było umyć zimną!) i on wtedy złośliwie sobie pękł był…

I tak sobie potem stał (pęknięciem do tyłu) i stał.

Wielki szklany dzban.

Wkładałam w niego różne ustrojstwo, w zależności od potrzeby aktualnej – a to wsypałam potpourri,  a to wetknęłam jakiś wiecheć traw, a to upchnęłam przytargane ze spaceru badyle i gałęzie, albo powciskałam  bombki tudzież jaja, w zależności od rodzaju świąt.

No zwyczajnie się marnował.

A miał potencjał, co natychmiast zobaczyłam jak na niego spojrzałam nowym okiem.  I co, że pęknięty?? Do moich celów nadawał się śpiewająco 🙂

I jeszcze gabaryty słuszne posiadał, więc i zabawy obiecywał więcej.

Szybko wysypałam z niego co tam wcześniej wsadziłam i jeszcze szybciej zaciągnęłam do mojej sutereny, co by go poddać obróbce.

I się zrobił…

Teraz jest czarny, z przetarciami w kolorze srebra, ma turkusowy, półtransparentny pas z drobnymi pęknięciami, przetykany srebrnymi nitkami, a dookoła rosną na nim trawy połyskujące metalicznym srebrem. Dalej jest szklany, choć już inaczej 😉

I nie jest gładki, jako, że wciąż jestem zafascynowana różnorakimi strukturami…

 

 

Dzban 260 mm x 220 mm (dolna średnica), szkło, witraż, mixed media

 

 

RATUNEK DLA DZBANA…

 

 

 

Ten dzban był w moim rodzinnym domu od zawsze. Jakoś nigdy nie wpadło mi do głowy spytać skąd się tam wziął, choć mam pewne podejrzenia. Myślę, że należał do ślubnej wyprawy mojej Mamy i był częścią białej, porcelanowej zastawy Fryderyka.

Później, gdy tworzył się mój własny dom, zamieszkał w nim razem ze mną, jako jedyny ocalały element owej zastawy.

Dzielnie służył nam jeszcze przez czas jakiś, ale nasze rozliczne przeprowadzki zrobiły swoje – najpierw zaginęło gdzieś wieczko, potem obtłukł się sam dzban, aż wreszcie – całkiem niedawno – ktoś upuścił go na podłogę (wiem kto! ale litościwie zmilczę i epitetów oszczędzę) i dzban rozpadł się na kilka kawałków. Łzy mi stanęły w oczach gdym zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy… Najlepszy rzucił się zmiatać skorupy, by mi je sprzed oczu zabrać z zamiarem wyrzucenia – alem nie dała.

Posklejałam  pieczołowicie i postawiłam na widoku.

Niestety, wyglądał okropnie… Mnie to nie przeszkadzało, ale te dziwne spojrzenia, te zawoalowane aluzje, te półuśmieszki w końcu do mnie dotarły i kazały mi się zastanowić co dalej. Wyrzucić nie miałam siły, bo to przecież pamiątka, ale tak jak był zostać też nie mógł, bo uczciwie mówiąc zwyczajnie straszył i złe wzorce estetyczne w Nieletnim ugruntowywał. 

A traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie obtłukł się przez zwyczajną nieuwagę jeden taki mój ulubiony aniołek, nic specjalnego, zwykły gipsowy odlew, bez żadnych wybitnych wartości artystycznych, ale miałam do niego sentyment. Ten też po sklejeniu wyglądał… ech, szkoda gadać…

No i przypomniałam sobie jeszcze o drugim, sporym aniele, którego dla przeciwwagi wcale nie lubiłam i dawno usunęłam sprzed ócz mych pięknych w kąt ciemny, na banicję skazując.

Z jednego posklejanego, wyglądającego koszmarnie dzbana zrobił się więc równie koszmarny tercet, no i to pobudziło mnie wreszcie  do działania. 

Pomyślałam, że w/w tercetowi nic już nie jest w stanie zaszkodzić, że wóz albo przewóz, że teraz albo nigdy, że koniec biadolenia – nadszedł czas działania.

No i zadziałałam. Sam proces transformacji  był długotrwały i szarpany, bo mający swe początki  u samego zarania wakacji, a skończony ledwie trzy dni temu, ale też ostatnie wakacje były u mnie niezwykle pracowite i zupełnie, ale to zupełnie skupieniu na jednym niesprzyjające.

A zadanie miałam wcale niełatwe, bo postanowiłam sobie porcelanę i gips w kamień obrócić, w dodatku taki grubo ciosany.

W miarę postępu prac  jednak zmieniłam trochę swój początkowy radykalizm i jakkolwiek pozostając przy opcji kamiennej, to  początkową grubość ciosania zdecydowałam się jednak cokolwiek zrewidować.

No i jako się rzekło, trzy dni temu skończyłam…

Zrobiłam nawet próbę szczelności dzbana na okoliczność ewentualnego przepuszczania cieczy różnorakich – wypadła zadowalająco – mogę więc go używać jako osłonki do doniczki (gdy już jakąś pasującą znajdę), albo może zrobię z niego pojemnik na pędzle? Się jeszcze zobaczy.

W każdym razie dzban reinkarnację przeszedł, żyje i ma się dobrze.

A anioły naprawdę wyglądają jak z kamienia 🙂

P.S. Proszę mnie nie pytać dlaczego użyłam w tych obróceniach w kamień koloru niebieskiego, skoro wszyscy wiedzą, że za nim nie przepadam i właściwie to on  mi nawet do niczego nie pasuje, bo tego to nie wiem nawet sama ja, więc i tak pytanie pozostanie retorycznym…

ANIOŁY DOMOWE – QUINTUS, ANIOŁ CODZIENNEJ TROSKI…

 

 

 

 

Quintus urodził się piąty.

 

 

 

 

 

Przysiadł  na desce spokojnie

skrzydła połyskujące srebrem

jak jutrzenka delikatne

perłowe jak mgła

odważnie rozpostarł  na wiatr

otulił się płaszczem piór

i zapatrzył  w dal

hen

za horyzont

rękoma objął kolana  

głowę wdzięcznie skłonił 

i zadumał się

i rozmarzył 

jak tylko anioł potrafi…

Anioł Codziennej Troski

będzie zbierał i sklejał okruchy miłości co się w życiu potłukły na milion kawałków

rozsypane puzzle przyjaźni ułoży  w nowe obrazy

będzie leczył blizny po łzach

pieścił wspomnienia

kolekcjonował dawno przeczytane listy…

 

Zbiera siły.

 

Mówią, że anioły mają zieloną duszę.

 

 

 

 

z cyklu ANIOŁY DOMOWE

deska, mixed media, olej, wosk

 

Translate »