stencil

now browsing by tag

 
 

A WIOSNĄ W SIEMIANACH…

… będzie się działo!

Liczę, że się spotkamy 🙂

Będę na Was czekać.

 

 

 

MAPY, LATANIE I PTAK.

 

Lubię patrzeć z góry.
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało – lubię.
To bardzo przyjemna czynność.
Różnie można patrzeć.
Tak trochę z przypadku, leniwie i bez większego zaangażowania, tak człowieczo – z okna, balkonu, tarasu widokowego, albo z dachu. Nawet z Fernsehturm na Aleksanderplatz.
Można też tak hardcorowo  – z urwiska, z lotni, samolotu, wiszącego mostu gdzieś w Andach.. Albo z balonu.
Można też tak już całkiem, całkiem z góry, z perspektywy nieba – patrzeć na mapy.

Tak człowieczo – z okna, balkonu czy tarasu – patrzą wszyscy. Ja też. Czasem.
Z urwiska, lotni, mostu czy balonu – patrzą wybrańcy. Ja nie. Nigdy.
Choć kiedyś miałam okazję polecieć balonem.
Nie skorzystałam. Nie żałuję.
Z samolotu patrzą niektórzy. Ja… hmmm… trudno powiedzieć, że patrzę, ja zerkam.

Otóż w samolocie jestem zwykle niebywale zajęta. Głównie baniem się. Choć zdecydowanie wolę bać się na miejscu przy oknie, bo jednak… gdyby… nie daj Boże… ten samolot miał spaść… to ja koniecznie chciałabym to widzieć.
Najlepszy ma lęk wysokości, nie muszę z nim o to miejsce walczyć, a Nieletni nigdy nie wykazywał chęci patrzenia (on używa samolotu jedynie do spania, poza oczywiście przemieszczaniem się – śpi przemieszczając się, albo przemieszcza się śpiąc). Mam więc to miejsce przypisane do siebie niejako z urzędu, odgórnie i na zawsze w każdej podróży. Zerkam więc sobie jednym okiem co widać, jednym, żeby sobie nie przeszkadzać w tym baniu. Chyba, że jest coś nieziemsko pięknego – chmury, słońce, ośnieżone wierzchołki gór, połyskujące daleko w dole morze, rozświetlone nocą maleńkie miasta, rozrzucone w niezmierzonym błękicie wód tycie wysepki, albo pioruny bijące w skrzydło… no, wtedy to co innego, wtedy zapominam o strachu i patrzę, patrzę, patrzę… bez opamiętania.
Potem oczywiście boję się podwójnie, bo przecież przez chwilę nie bałam się wcale i muszę nadrobić… Bilans, wiadomo, musi wyjść na zero.

Za to mapom przyglądam się od zawsze.
Pewnie to zamiłowanie do ich oglądania wyssałam z mlekiem ojca.
Mój ojciec, geograf, zawsze powtarzał, że wykarmił mnie własną piersią.
I choć nigdy jakoś nie sprecyzował tego karmienia, mimo, że usilnie domagałam się wyjaśnień w tej niezwykle intrygującej mnie kwestii, to chyba innej możliwości jednak nie ma – mapy zaaplikowano mi w mleku ojca.
Ale w moim wewnętrznym jestestwie kołacze się też zamiłowanie do wszelkich działań z szeroko pojętej dziedziny sztuk plastycznych, a to już na pewno nie po ojcu, a po mamie… Mam więc silne podejrzenie, graniczące niemal z pewnością, że musieli mnie chyba karmić na zmianę, bo niby skąd to u mnie?
Niemniej jednak fakt map pozostaje faktem – przyglądam się im zawsze i z ogromną przyjemnością.
Wszystkim.
Patrzę sobie na nie z okazji okazji (np. jakichś podróży małych i dużych) i bez żadnej okazji też, z czystej przyjemności przyglądania się. Mogę tak godzinami.

Ale kiedyś…
Kiedyś dane mi było doznać zupełnie innego, wręcz metafizycznego widzenia…
Kiedyś miałam okazję spojrzeć na świat z innej, nieznanej, nawet nie przeczuwanej, ptasiej perspektywy…
Zdarzyło się parę lat temu.
Jechałam kolejką górską, wysoko, wysoko… na Jaworzynę Krynicką.
Było upalne, letnie popołudnie, trasa wiodła wąską przecinką, między dwoma zalesionymi zboczami, stojącymi tuż obok siebie, bliziusieńko,
okna kolejki były otwarte…
pomyślałam wtedy, że gdybym wyciągnęła ręce to bez problemu dotknęłabym ich obu.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, kolejka stanęła, lekko się zakołysała i znieruchomiała.
Była jak zawieszona w próżni – bez styczności z ziemią, bez styczności z niebem…
Nim zdążyłam się przestraszyć – spojrzałam w bok i tuż obok siebie zobaczyłam gałęzie rosnącego drzewa, odurzyło mnie przesycone zapachem igliwia i żywicy, rozedrgane od ptasich treli i gęste od skwaru, powietrze.
Było zielone jak to drzewo, poprzecinane słonecznymi smugami.
Znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Do tamtej pory myślałam, że drzewa rosną po to, by na nie patrzeć z dołu, by zadzierając głowę i przysłaniając ręką oczy od światła lejącego się z nieba, oglądać sączące się przez koronę promienie, poruszane wiatrem liście…
I nagle wtedy, w tamtej magicznej chwili, zrozumiałam, że to jest tylko myślenie ludzi, że ptaki myślą inaczej…

I ja się właśnie wtedy poczułam jak ptak – jakbym sobie na chwilkę przysiadła na jednej gałęzi, złożyła skrzydła, by przyjrzeć się tej drugiej z bliska i spokojnie, bez pośpiechu, mogła policzyć szmaragdowe igły… i za chwilkę miała lecieć dalej, na inne drzewo, na inną gałąź, innym igłom się przyglądać…
I przez jedno mgnienie byłam wolna.
Jak ptak.

NO ZROBIŁAŚ MI WRESZCIE TEGO ANIOŁA??…

 

 

 

Dzisiaj też będzie o aniołach, ale zgoła innych.

Przyznam, że ich zrobienie było dla mnie nie lada wyzwaniem i traumą, bo zleceniodawcy stali nade mną bez przerwy, podpowiadali i komentowali postępy w pracy i co tu dużo mówić – krytykowali ile wlezie – a to, że włosy nie takie, a to, że sukienka na jednym bardziej, a aureolka nad drugim  ksyfsa, a to, że jeden ma więcej literek, a drugi ma nóżkę wyżej, a to, że niebieski jest za mało niebieski, a to… ech, szkoda słów…
A jedności i zgody w narodzie nie było za grosz, bo jeden chciał niebiańskiego przedstawiciela odziać koniecznie w kosulkę ze spajdelmenem, a drugi oblec w mundur konfederata (autentyczne, nic a nic nie ściemniam!),
do tej pory nie mogę wyjść z szoku, że w końcu, po niekończących się negocjacjach, obaj jakimś cudem zgodzili się na białe giezło.

Anioły są zatem zrobione na specjalne życzenie Budrysów i według ich „dokładnych” wytycznych miały być:

– na desce (nie wiem skąd im się ta deska wzięła, pewnie stwierdzili, że skoro inne anioły na deskach robię, to i ich mają być też takie… niestety odpowiednich desek akurat nie miałam, więc zrobiłam na kawałkach barlineckiej, odpowiednio złachanych),

– koniecznie/bezapelacyjnie/i tylko w niebieskościach (czyli w sferach kolorystycznych doskonale mi obcych),

– i z literkami,

– i tańczące,

– i mają mieć listki (?),

– i gwiazdki (!),

– i zegar, ale „taki mały zeby go nie było widać, ale zeby był, wies jaki, plawda?”,

– i mają być absolutnie i zupełnie takie same tylko inne Naughty

No, łatwo nie było…

Nawet w pewnej chwili myślałam, że osiwieję i zaraz potem wybuchnę niby jaki noworoczny fajerwerk, ale w końcu dałam radę, choć przyznaję się dobrowolnie do manipulacji – końcowy efekt deczko nagięłam pod siebie, gdy cerbery spały – szczególnie w kwestii ocieplenia jadowicie niebieskiego koloru, wybranego przez Budrysów na tło, dodając mu trochę czerwieni i turkusów, tyle tylko, żeby nie zbijał patrzącego natychmiast, a dopiero po chwili… na więcej się nie odważyłam, bo i tak musiałabym przemalowywać, znam moje Budrysy od podszewki – zobaczyłyby natychmiast i nie odpuściłyby mi nawet na pici kłak… Kenshin2

A to, jakie wyniki dała nasza kolektywna praca (ha,ha,ha…kolektywna!!! w tym tercecie byłam tylko wyrobnikiem Sad), oceńcie sami Smile

 

I już wiem, skąd im się wzięła deska, przypomniała mi wczoraj o tym Shanni, mówiąc, że przecież sami tę deskę łowili…

No fakt!!!
Parę tygodni temu łowili Smile
A ściślej, zobaczywszy ją pływającą w toni jeziora Kierskiego – nie bacząc na narażanie życia Najlepszego, zmusili go siłą (znaczy prośbą, groźbą, przekupstwem i wypychaniem) do wejścia do wody i wyłowienia jej z głębin, wzbudzając tym ogólną wesołość na plaży, a jeszcze większą okazując żywiołową radość po szczęśliwym wyłowieniu, wydając pełne zachwytu dwuwrzaski w stylu „jaka ona piękna!!” i „jaka slicnie stala, plawda??!” (hmmm… podejrzewam, że niechcący obdarzyłam ich pewnym genem…).

Najlepszy zeznawał później, że przyglądająca się tej interesującej scenie gawiedź, w ilości rosnącej w postępie geometrycznym , wprost tarzała się w piachu ze śmiechu, co na Budrysach nie wywierało żadnego wrażenia.

A potem Budrys Starszy, który raz wziąwszy ją w ręce nie pozwolił już jej sobie z nich wydrzeć, bohatersko wiózł zdobycz do domu, przytroczoną do pleców koszulką zamotaną wokół brzucha, bo Najlepszy nie wykazał się był Wink zmysłem przewidywania i żadnego powrósła ze sobą nie wziął, a inaczej nie dało się prowadzić pojazdu, znaczy rowerka, a do plecaka się nie mieściła.
A jeszcze później wpadli w drzwi siedziby rodowej jak huragan zmieszany z orkanem.
– Zobacz jaką pięęękną, starą deskę dla ciebie zdobyłem!!!! – darł się Budrys Starszy machając mi przed nosem mokrą dechą wyrwaną z jakiejś ławki, jak wskazywały ślady – i jaki ma fajowy gwóźdź!!!!.
– I ja! I ja tes zdobyłem pięęękną deskę, plawda? – Budrys Młodszy bardzo często kończy zdanie wyrazem „prawda” z pytajnikiem na końcu, upewniając się w słuszności swoich sądów 😉 –  Zobac!!!! – wtórował Starszemu, wciskając mi w rękę… patyk od loda i wlepiając we mnie swoje oczy wielkości najpiękniejszych błękitnych pater (normalnie ma je wielkości spodków, ale w chwilach podniecenia to one mu się zwiększają i to do rozmiarów niekontrolowanych).
– Zrobisz mi anioła??
– I dla mnie tes zlobis, plawda?
No rozczuliłam się wtedy na całego, i tym, że dechy były piękne i stare, i tym, do jakiego poświęcenia są zdolne Budrysy, żeby sprawić mi radość starą dechą (Najlepszy przysięgał, że nawet nie zauważył kiedy Młodszy wygrzebał z piachu swoją „dechę” i gdzie ją schował, bo kieszeni w spodenkach nie miał… musiał ściskać w rączce… i musiało mu być strasznie niewygodnie swój pojazd prowadzić…).
I zaraz też wysłałam swoją radość w świat chwaląc się Shanni-Dorci Smile
I faktycznie wtedy obiecałam, że im zrobię anioła…
No a teraz przyszło mi się z obietnicy wywiązać, bo Budrysy strasznie pamiętliwe są i każde „obiecałaś” bezwzględnie egzekwują Smile

A dechy mam!
Oto dowód

 

anioł, deska 350x250mm, relief, stencil, mika, patyna, wosk

TACA Z WAŻKĄ I ROMBAMI W TLE…

 

 

 

 

Gdziekolwiek ostatnio spoglądam, cokolwiek ostatnio czytam – wszyscy robią tace.

No to ja też 🙂

Chodziło mi od dawna po głowie pytanie co się da zrobić z mieszanki bejcy, tuszu, oleju, wosku wybielającego i lakieru metalicznego, dało się zrobić tacę, ale tylko dlatego, że akurat ją miałam pod ręką 🙂

Najwięcej czasu zabrało mi przemielenie tych bejc, tuszów i olei z lakierem i woskiem, dorobienie potem do tego grafiki to już pikuś i czysta przyjemność była.


Dno tacy wygląda jak metal  z narysowanym wzorem, gdzieniegdzie wyżartym  (o metalu mowa) przez to co pod nim – myślę, że to sprawka duetu olejowowoskowego jest, tyle, że ten duet żarł jakoś tak wybiórczo i nieprzewidywalnie, tu tak, obok już nie…

 ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się na to patrzy.


Chciałam zrobić zdjęcie w słońcu, żeby wydobyć cienie, które powstały z tła pod lakierem, ale okazało się to niemożliwością – ten złoty metaliczny lakier zachowywał się jak kawałek szkła odbijający słońce.

BELLE JARDINIERE – MISZ-MASZ CZYLI KOLAŻ…

 

– Mamuś?…

– Mami?!

– Maaamooo!!!!

 

 

 

– Tak? Mówiłeś coś?

– A jak! I to od dobrych 5 minut – Nieletni wywinął orła oczami, żeby dobitniej zaznaczyć te 5 minut – a ty nic…

– Nie ściemniaj synuś, nie ściemniaj, co najwyżej od marnych czterech… tak mi się właśnie wydawało, że coś mi brzęczy nad uchem od czterech minut, na pewno nie od pięciu, bujać to my ale nie nas – odpowiedziałam  wracając z konieczności, acz niechętnie,  do rzeczywistości  z moich światów równoległych, gdzie przebywałam od rana i próbowałam, teoretycznie na razie, rozwiązać arcyważną kwestię transferowania na olejowane drewno, co wydało mi się rzeczą nie cierpiącą zwłoki w rozwiązaniu, jako, że transfery uwielbiam, a ostatnio i do olei pałam miłością wielką, a one jak powszechnie wiadomo tłuste dość są i z transferami niekoniecznie kompatybilne – czego dusza chciała?

– Pytałem co to jest kolaż?

– To nie pytaj po próżnicy jak mnie nie ma, poczekaj aż wrócę, szkoda  czasu i atłasu, a w ogóle to mógłbyś sobie poczytać – odpowiedziałam z lekka zirytowana, bo nie lubię wracać znienacka i z zemsty owiałam dziecię  smrodkiem dydaktycznym – kto czyta, nie błądzi…

– Chyba kto pyta? Poprzednio mówiłaś – kto pyta nie błądzi… – Nieletni machnął ręką w bardzo wymowny sposób, mający wyrażać podobne treści, co wywijanie orła oczyma, ale bardziej dosadnie – jak to cię nie ma? A ty to kto?

– Ja to ja, ale czasem wybywam w światy równoległe… znaczy duchem wybywam, bo ciało zostawiam, kto by tam targał taki ciężar – dałam się wkręcić w dyskusję, choć dobrze wiedziałam, że przecież dziecię doskonale ze stanami nieważkości rodzicielki obeznane, więcej – przejawia symptomy bardzo podobne moim, szczególnie jak matka – istota powołana do dręczenia młodej duszy – każe wynieść śmieci / wypakować zmywarkę / wyprowadzić psa/ itp. itd… – pytasz jakbyś nie wiedział, a wiesz! – też wzmocniłam wypowiedź wymownym gestem – i to od piętnastu lat! Te dwa brakujące tygodnie się nie liczą – dodałam szybko, uprzedzając reakcję  Nieletniego, który już się szykował do riposty (wiem, bo oczy mu błysnęły), że jeszcze wcale nie piętnaście, wcale! bo brakuje owych, nic nieznaczących, dwu tygodni, jakby to miało jakieś znaczenie… bo niby  co znaczą jakieś głupie dwa tygodnie w stosunku do wieczności?…

 Nieletni  uwielbia takie drobiazgowo-szczegółowe rozliczenia, uciekając się do nich w najmniej stosownych momentach, czym mnie wprowadza w stan pasji…

Ma to po Najlepszym. Oba człony – i szczegółowość i wprowadzanie mnie.

 

 – No to powiesz mi wreszcie co to ten jakiś kolaż jest?

– Misz-masz.

– Co masz?

– Misz.

– Że co misz???

– Masz.

– A tak bardziej po ludzku? Żeby człowiek zrozumiał?

– No mówię przecież – kolaż to… no  taki misz-masz to jest właśnie…  hmmm… no takie warstwy…  jakby ci tu… no wiesz, takie jeden na drugiego, jeden na drugiego…

– I Chinole stanęli na Księżycu – wpadł mi w słowo – ja chcę wiedzieć co to jest kolaż, a nie jak Skośnookie zdobyli tego Srebrnego. Skup się.

– Rany! Kolaż to są warstwy – się z lekka zirytowałam, bo jak można nie wiedzieć co to jest misz-masz??!! – war-stwy, czaisz?… Ogr ma warstwy, kolaż ma warstwy, cebula ma warstwy, rozumiesz?

– Że co to są warstwy? No jasne, oglądałem Shreka to wiem, ja tylko  nie mam pojęcia co to ten kolaż – Synek oblekł facjatę w minę p.t. „ O ja nieszczęsny i sponiewierany przez bezduszność tego świata i własną mać do tego” – to jak w końcu?

– Och, ssssmoczyca, ale mnie męczysz! No się nakłada jedno na drugie, potem drugie na trzecie i znów… robi się taki przekładaniec, taki zlepek, z różnych rzeczy… z fotografii na ten przykład… albo gazet różnych… szmat czasem… albo transferów (no, i chyba już wiem, jak zrobić transfer na olej!), a potem z tych misz-maszów  powstaje coś zupełnie nowego, to taka technika artystyczna, taki środek wyrazu, wielcy tego świata też się parali kolażem, że wspomnę choćby Picassa… Rozumiesz?

– Noooo nieeee wieeeem…  – Młody efektownie przeciągnął samogłoski – coś mi chyba świta, ale tak do końca to chyba jeszcze nie… A ty byś umiała taki kolaż zrobić?

– No jasne!– odpowiedziałam beztrosko i z wielką pewnością w głosie, bo wciąż mi się zdarza robić za wszystkowiedzącą i umiejącą matkę, co by podbudować chwiejący się autorytet – to prościzna jest, takie jedno na drugie i już.

– Naprawdę??! Umiałabyś? – Nieletni spojrzał na mnie z podziwem i uwielbieniem bijącym wręcz z jego szarawych ócz, aż mi się ciepło na sercu zrobiło –  wiedziałem, że ty potrafisz!!! I że nie będę się musiał wstydzić.

– Ty… – poczułam nagłe ostrzegawcze ukłucie w czerepie – a o co tak naprawdę chodzi??

– No o kolaż – dziecię pozwoliło sobie na lekki uśmieszek pod miejscem na wąsy – no bo wiesz… zgłosiłem się do  referatu o kolażu… i pani powiedziała, że jak przyniosę jeszcze jakiś przykład tego kolażowego czegoś, taki zrobiony, to będzie wyższa ocena…

– Ale przecież ja to nie ty – próbowałam się desperacko ratować – ja się absolutnie nigdzie nie zgłaszałam , i kto ma tę ocenę dostać?

– No wiadomo, że ja, za referat – dziecko emanowało spokojem i samozadowoleniem wprost przesadnym – tylko nie pyszcz, już napisałem… a ten kolaż to tylko taki przykład ma być, taka kropka nad i, jak to zawsze mówisz… zresztą nie panikuj, pytałem pani, czy ty możesz zrobić, bo chciałbym, żeby było ładne, a ja nie potrafię tak ładnie jak ty, i że ja będę asystował i podawał co tam będziesz chciała, a przy okazji się będę uczył… i że tobie będzie miło, jak mi będziesz mogła pomóc, bo ty lubisz pomagać…   i pani się zgodziła, bo cię chyba lubi, pod warunkiem, że będzie jej wolno  pokazać to w pokoju nauczycielskim, to co miałem zrobić??… też się zgodziłem…

 

…………………………………………………………………………………

 

Na temat technik socjometrycznych, które, jak się już nie raz przekonałam, moje dziecko opanowało śpiewająco, można by nawet rzec, że ma je w małym palcu i że przejawia wybitne wręcz zdolności w tym kierunku, będzie innym razem…

 

…………………………………………………………………………………

 

A kolaż w temacie Belle Jardiniere, który mnie zauroczył u Grażynki co to bawi się w Decoupage wieczorową porą :),  zrobiłam na kolejnej wielgachnej tacy, która okazała się świetnym polem, nie poletkiem – polem! (z powodu oczywistego, t.zn swoich gabarytów) doświadczalnym i doskonałym narzędziem dla mojej osobistej zemsty faraona nad dziecięciem mym, po wychodkach ganiać go nie zamierzam, ale z tobołem wielkim do tej szkoły wysłać (nic większego na stanie nie posiadałam) to już i owszem… wychodzi więc na to, że okrutna nie jestem, ale złośliwa to już tak.

No cóż, trudno… jakoś to przeżyję…

 

Całość wyszła monochromatyczna, utrzymana w sepii i brązach, w stylu retro,

do kompozycji wykorzystałam transfery grafik, doskonaląc technikę transferowania na olejowane drewno, oleje, maski, stencil, złoty lakier, bitum, woski postarzające, patyny i pasty pozłotnicze, całość woskowana.

I tylko w paru miejscach pozwoliłam sobie na delikatne maźnięcia turkusu…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taca drewniana, BELLE JARDINIERE, 640 x 540 x 80 mm

TACA CZEKOLADĄ PACHNĄCA…

 

 

 

 

i przeogromna.

Wiedziałam, że będzie duża, bo zanim do mnie przyjechała (wraz ze swoimi czterema siostrami), to przecież znałam wymiary – teoretycznie… jednak  jak ją zobaczyłam, to zwątpiłam! Jest tak duża, że spokojnie za cztery tace może robić :).

Pochodzi z fabryki czekolady, wciąż jeszcze tą czekoladą pachnie, ale wysłużona była już okrutnie, służbę skończyła i przyszłoby jej zginąć marnie na jakimś tacowym śmietniku, albo i w płomieniach nawet, gdyby nie pewna osoba, która postanowiła ją i jej siostry ocalić. I tak trafiła w moje posenowe ręce.

Widać po niej, że wiele w swoim życiu przeszła, widać, że wiele czekolady przeniosła, że od pracy się nie migała i wysiłku nie unikała, że nie raz i nie dziesięć jakieś nieostrożne ręce ją upuściły, jakieś inne nią poniewierały i  szargały jej drewniane ciało.  Mogłam ją zrobić w różnym stylu, nawet nowoczesnym, bo przecież od czego wszelkie masy szpachlowe i inne czary-mary, ale ja chciałam, żeby znać po niej było jej pracowite życie, więc ją tylko oczyściłam dokładnie, dałam nową sukienkę (w róże, a jakże :)) a potem pobrudziłam na nowo ;)…

Teraz będzie całe lato mieszkać na tarasie, będzie się wygrzewać w ciepłym słońcu, czasem przyniesie zimny sok i lody…

I będzie pachnieć czekoladą…

 

Taca 640 x 540 x 80 mm, motyw – mix paierów Stamperii, stemple, stencil, malowana – farby akrylowe, patyna, bitum, drewno olejowane, lakierowana i woskowana (mat)

Translate »