steampunk

now browsing by tag

 
 

SEKRETARZYK NA LWICH ŁAPACH…

i ze steampunkową ważką.

Motyw ważki przewija się w moich pracach często, bo – pomijając już to, że,  jak mówią, ważka przynosi szczęście – zwyczajnie ją  lubię.

Tym razem przysiadła na sekretarzyku.

Ubrała się w turkusy.

Błyska srebrem.

I złotem.

A czasem, gdy słońce łaskawe, to i miedzią potrafi.

Czyli wszystko tak, jak ważki w zwyczaju mają.

A żeby jej smutno samotnej nie było, to dodałam jej trochę rombów i – skoro to sekretarzyk – to literek nieco.

W ten sposób powstała steampunkowa płyta, która zdobi wieko mebelka. Całości dopełnia kilka dekorów, równie jak ważka spatynowanych, i lwie łapy, na których sekretarzyk spoczął.

I jeszcze środek – tu już spokojnie – na ciepłym brązie (w odcieniu cieplejszym i nieco jaśniejszym niż boki i wieko) położyłam metalicznie błyskające literki, u góry, na otwieranej klapie, posadziłam maleńką turkusowo-srebrną ważkę, koleżankę tej dużej z przodu.

I tyle.

 

mixed media

drewno olejowane, przecierane metalicznym lakierem

 

KUFER I PECH, CZYLI PIĄTEK TRZYNASTEGO…

Jak to z kufrem było?***…

 

 

Ano – ciężko… i to już prawie od samego początku, a do tego pechowo…

Dostałam zlecenie na kufer ślubny – nic nadzwyczajnego, popełniłam ich już parę w swoim decoużyciu i podołałam, ba… nawet się ich zbytnio nie musiałam wstydzić.
Ale tym razem miał to być kufer nietypowy i nie tylko o gabarytach tu mówię, tym razem miał to być kufer ślubny z elementami steampunku.
No i dotąd zawsze miałam wystarczającą ilość czasu na robotę, dotąd…
A teraz, jak się miało okazać, i wbrew temu co mi się wydawało na początku – nie…

Zlecenie dostałam już dość dawno, ale takie bez dogadania szczegółów, w zarysie jeno ogólnym, do przetrawienia, do przemyślenia i do przespania.

To konkretne zmaterializowało się jakieś  dwa tygodnie przed odbiorem, a dokładnie dwanaście dni przed.

Optymalnie.

Kufer w założeniu miał być prezentem ślubnym, ale dodatkowo jeszcze  we wnętrzu swym skrywać miał inny prezent – zapełnioną po brzegi skarbonkę-świnkę.
Spodobało mi się, lubię takie dwa w jednym, łosz-end-goł można powiedzieć, więc się zgodziłam natychmiast. Spytałam jeszcze tylko dla spokoju (swojego) o wymiary tej wkładki świńskiej, otrzymałam odpowiedź, że ona taka zwykła, jak to świnka, chodzi tylko o to, żeby weszła w całości do środka i dała się zamknąć bez wciskania jej wiekiem na siłę w dno, bo ona szklana – Inwestor rozsunął ręce co bym ogląd na wielkość świństwa miała, oceniłam natychmiast, że wejdzie spokojnie do któregoś z pudeł, co to je w zapasie mam, mogę dla pewności wybrać największe.
Zatem OK. mogę robić.

Dogadaliśmy dokładnie termin gotowości obstalunku, uścisnęliśmy sobie ręce przybijając interes i Inwestor udał się w kierunku otworu wyjściowego z siedziby rodowej mej, celem jej opuszczenia.
Na schodach się jeszcze odwrócił i rzucił, że on jednak się poświęci i dla pewności ową nierogaciznę w domu obmierzy i tak na wszelki niewiadomy jej wymiary mi prześle wraz ze zdjęciem Młodych i sentencją konieczną do zamieszczenia..
Jeszcze lepiej z tymi wymiarami – pomyślałam – nerwów sobie zaoszczędzę, i co to tam jeden czy nawet dwa dni zwłoki, kufry robić lubię, to pójdzie jak z płatka, steampunku też już sobie przecież popróbowałam, a i odpowiedni park maszynowy zza oceanu już do mnie dotarł co by ten steampunk bardziej profesjonalnie wyglądał.

Dwa dni minęły sama nie wiem jak. Trzeci też przeszedł do historii, a ja tych gabarytów jak nie miałam, tak nie miałam.
Czwartego poszłam jednak przejrzeć swój zapas pudeł, myśląc, że skoro Inwestor liczb nie śle, to widocznie doszedł do wniosku, że dokładnie te ręce rozsunął i wymiary trzody chlewnej określił w sam raz.
Jedno z pudeł z zapasu na oko mi podpasowało, było duże, prostokątne, na świnię idealne.
Zabrałam się za szlifowanie, poodkręcałam co tam do odkręcenia było, słowem – zabrałam się do roboty, niemrawo jeszcze, bo wieczór się zrobił, upał męczył i na burzę się zbierało. W końcu miałam jeszcze całe siedem dni w zapasie, dzisiejszego nie licząc, to przecież nie będę się zarzynać, w dodatku jeszcze w taką pogodę, gdzie nawet myśli się ruszały jak muchy w smole.

Piątego dnia rano, zgodnie z usankcjonowanym od lat rytuałem rozpoczęłam życie od otwarcia mojej komputerowej poczty. Pierwszym mailem w kolejce do przeczytania był ten od Inwestora, zwięźle podający dokładne wymiary owego cielska na forsę.
– No spora sztuka – pomyślałam zapisując sobie wzrost, grubość i długość zwierza na karteczce, żebym czasem nie zapomniała w drodze do suterenki swojej, jakie to ono rosłe jest.
Wzięłam pudło będące już we wstępnej obróbce produkcyjnej, pomierzyłam co pomierzyć się dało i się zdziwiłam trochę – z wymiarów wynikało, że ta z chlewa nawet w połowie do tego pudła nie wejdzie. Wzięłam inną miarę i całą operację powtórzyłam raz jeszcze – to samo.
– Rany, Inwestor się pomylił, albo to nie jest świnka-skarbonka, a świńskomonstrumomutant-skarbonisko jakieś – myślałam sobie lecąc po schodach na sam wierch siedziby rodowej, żeby uzgodnić jeszcze raz te cyferki z Inwestorem. Potwierdzenie dostałam już po chwili – wszystkie wymiary się zgadzały – świństwo ma cielsko długie na 36cm, brzuch rozpuchnięty na 25cm, a w kłębie mierzy całe 21cm. No wypisz, wymaluj – knur nie świnia.

Nawet bym się zbytnio nie przejęła, gdyby nie to, że żadnego surowca w domu w takich wymiarach (wewnętrznych) nie miałam (pech), więc zaraz jak tylko Inwestor zapewnił, że żadnej pomyłki nie ma, zasiadłam przed komputerem, co by zamówienie odpowiednie uczynić i kupić wszystko co ze zrobieniem kufra się wiązało, trochę mi zeszło zanim w ogóle takie coś ogromne znalazłam i zanim się zdecydowałam na kształt onego (jak się później miało okazać – kliknęłam nie w to okienko, w które miałam – pech!, ale o nim jeszcze wtedy nie miałam pojęcia), dobrałam śliczne i niebanalne okucia, wszak to miał być kufer pokazowy(!), trochę się rozpasałam przy reszcie zamówień, bo to wiadomo – za jednym zamachem, za jedną przesyłką… słowem, zanim skończyłam, minęło sporo czasu.
Ale zamówiłam, zapłaciłam i zaraz zadzwoniłam do miłego pana z tego internetowego El Dorado z prośbą, żeby może szybciej, może z racji przywilejów stałego klienta, którym obiecuję zostać, może się da?
No pewnie, że się da, ale jest jedno małe ale… pan koniecznie musi widzieć na koncie, że wpłynęły pieniądze (fakt, kwota była znaczna dość i sama bym tak zareagowała), ja na to, że jasne, jeszcze dziś powinien je mieć – wiadomo, internetowi mają lepiej i szybciej, pan – no to nie ma sprawy, jak tylko te bejmy zobaczy, pakuje nabój i kuriera jeszcze dzisiaj pcha, w poniedziałek mieć będę.
No to, to ja rozumiem, szacunek dla klienta wzorcowy!
Był piątek – zdążę!

Jeszcze tylko sprawdziłam, tak na wszelki wypadek, czy te pieniądze na pewno…
I po chwili mało ataku serca nie dostałam – pieniądze wysłałam, jasne, że wysłałam… ale 5 minut PO OSTATNIEJ tego dnia sesji wychodzącej banku, a był piątunio… a następna sesja wychodząca dopiero w poniedziałek!
Miły pan po drugiej stronie kabla już aż tak miły nie był…
Stanęło na tym, że chyba dopiero we wtorek paka dojdzie o ile się uda (pech zaczął pokazywać rogi).

Sobota i niedziela minęła mi na martwieniu się.
Zdołałam jednak w przerwach między martwieniem, a martwieniem, zrobić elementy steampunkowe, trochę tak w ciemno, bazując tylko na wymiarach pudła podanych w Internecie, przerobiłam sobie otrzymane zdjęcie Młodych, co to miało zdobić wieko od środka w postaci transferu pięknego, wydrukowałam sentencję otrzymaną od Inwestora, która miała obok tego zdjęcia być. Wymyśliłam całą koncepcję zdobienia, opracowałam szczegółowy harmonogram prac i…. czekałam…

W poniedziałek czekałam nadal.
We wtorek  zaczęłam wstępnie wariować.

W środę  rano niezwykle uprzejmy pan kurier dostarczył mi pakę!

Byłam tak szczęśliwa, że nawet nie zauważyłam ciężaru tejże i w podskokach zaniosłam ją do suterenki.
Kufer był na samym dnie, ale co tam – ważne, że był…
Duży, śliczny i…. i z płaskim wiekiem!… a miał mieć zaokrąglone, bo taki chciałam…
Chciałam, ale kliknęłam jedno okienko niżej i zamówiłam inny. Pech!!
Cała, szczegółowo obmyślana koncepcja wieka, wzięła w łeb.
Pięknie zrobione płytki steampunkowe, które miały na tym zaokrąglonym, jak łuski na ogonie aligatora się układać, kłuły mnie w oczy, szczęście, że chociaż boczne pasowały.

I wtedy Szara postawiła mnie do pionu – no co ty? i co z tego, że płaskie??
dorobisz jeszcze jedną nową płytę na wierzch i będzie git, no już-już! zabieraj się, bo nie zdążysz! już! nie gap się tylko do roboty!!! Ruchy, ruchy! NO!!!

…faktycznie, czas ucieka, nie ma na co czekać, mam tylko trzy dni, a właściwie, jak dobrze policzyć to już tylko dwa, bo w piątek rano musi być gotowe, dobrze, że  te cztery boczne płyty są już prawie na sicher

Odsunęłam pakę w kąt jednym zgrabnym ruchem kończyny dolnej, zasiadłam do zrobienia brakującej płyty górnej i wreszcie zabrałam się za ten transfer w środku.
Przygotowałam tło – wyschło błyskawicznie… nawet przelotnie się tym zainteresowałam, że tak błyskawicznie, ale powierzchownie tylko i bez głębszej analizy, a trzeba było!
potem nałożyłam transfer, oczywiście jak wszystkie moje – lakierowy…
trochę miałam problemów z nałożeniem, bo to gabaryty tegoż imponujące jednak, i transfer szedł na olej, bo olejami kufer malowałam… ale dałam radę, spojrzałam jeszcze z aprobatą na wytwór moich rąk, potem na ręce, i czym prędzej pobiegłam do łazienki je umyć.
A trzeba było zostać!
Czy to komuś kiedyś brudne ręce zaszkodziły??!!
Czyścioszka się znalazła, a feee!!!
No i co z tego, że kończyny górne miałam czyste niczym ten kryształ górski piękny, jak ten qundulencki transfer zdążył wyschnąć na wiór (powinnam się zastanowić wcześniej nad tym błyskawicznym schnięciem tła i wnioski wyciągnąć! – pech!!)
No nic… trzeba go zrolować – pomyślałam zrezygnowana.
Namoczyłam i zaczęłam trzeć… właśnie minęła czwarta…
Tarłam i tarłam… tarłam i tarłam… co zmoczyłam to suche było… moczyłam i tarłam, tarłam i moczyłam… tarłam… a upał był jak w Afryce czarnej…
Koło szóstej zorientowałam się, że moje linie papilarne są już tylko wspomnieniem

(jeśli ktoś myśli o napadzie na bank, to śmiało! ja się piszę w ciemno, mogę bez rękawiczek, odcisków nie zostawiam, nikt mnie nie namierzy, nie ma najmniejszych szans na wpadkę, organa ścigania pozostaną bezsilne!)

O siódmej odpuściłam…
W nocy śniły mi się jakieś koszmary, z latającymi, niedokończonymi kuframi, z przesuszonymi na wiór transferami w roli głównej…
Obudziłam się gdzieś tak między czwartą, a piątą i zasiadłam do tarcia… wreszcie koło szóstej stwierdziłam, że więcej już nic się zetrzeć nie da.
Teraz można kleić te „metalowe” tablice na boki.
Można, ale nie bolącymi palcami przecież, najpierw muszą przestać boleć, bo inaczej się nie da. Najlepiej przestają boleć w łóżku, więc je tak na chwilę tylko położyłam.

Obudziłam się o dziewiątej i natychmiast zabrałam się za te boczne.
Najpierw tylna, tak na wszelki, gdyby coś poszło nie tak, bo jest najmniej widoczna.
Nałożyłam klej na ściankę, nałożyłam na płytę, musiałam parę minut poczekać, żeby klej odparował i lekko wysechł, bo taki przepis na ten klej jest i tak  robić trzeba, kleję nim od dawna, to wiem, muszę  to schnięcie przeczekać…
… no schło! ale zbyt szybko – błyskawicznie robiła się skorupa na wierzchu, w środku co prawda mokre, ale bez szans na „złapanie” z tym drugim, też już zresztą suchym, bo suche zatraca właściwości klejące…
a mogłam przecież wynieść do garażu, bo tam chłodniej, no mogłam…
nie wyniosłam, bo mi się nie chciało, choć myśl taka nawet mi przez moment zaświtała… Pech.
Podziurawiłam wszystko co się w skorupę zamieniło igłą do cerowania – pomogło o tyle, że część tego mokrego ze środka udało mi się wydusić, szybko dosmarowałam jeszcze jedną warstwę klejową, przyłożyłam zussamen do kupy, chwyciło, dość szybko nawet, uczciwie doduszałam narożniki, żeby nie odstawały, wyschło, stwardniało i… przykleiło mi palce…
oderwałam, jasne, że je oderwałam, ale razem z płytą, która tym samym bezpowrotnie się zniszczyła, no pech…
Musiałam tę płytę zrobić jeszcze raz.

Koło jedenastej już ją miałam i mogłam kleić od nowa.
Zaczęłam – od tyłu, bo w razie gdyby…
Uwijałam się jak w ukropie, głupia nie jestem – wiedziałam już przecież, że w takim upale to ten mój klej zachowuje się złośliwie, unikałam jak ognia pobrudzenia palców tym lepkim, żeby znów mi się nie przykleiły, bo dociskać w tych narożnikach jednak trzeba, zrobiłam tył, jeden bok, drugi bok, zabrałam się za front…
i spokojnie bym go zrobiła, bo już nabrałam wprawy i leciałam jak jakaś taśma produkcyjna na akord, gdyby nagle w połowie ciapania płyty nie zabrakło mi kleju, nawet niewiele, tak coś około ¼ powierzchni… PECH!!!

Do sklepu mam blisko, mimo obezwładniającego upału, obróciłam w jakieś 40 minut, bo szybciej nie dało się przestawiać nóg w tym ukropie, klej co prawda kupiłam zupełnie inny i absolutnie mi nie znany, bo mojego nie było, ale wyszłam z założenia, że dobry taki jak żaden, a na następną zwłokę już sobie nie mogę pozwolić…
tak, nie mogę, ale przecież musiałam najpierw usunąć pozostałości tego „zabrakniętego” kleju, bo ten nowy, co to go kupiłam, to polimerowy jest, a tamten nie i mogłyby się zagryźć w walce, no i w dodatku tamten był przecież suchy na kamień…
koło pierwszej miałam już całość poklejoną – łącznie z wiekiem, koło drugiej wszystkie płyty były  pomalowane i spatynowane i prawie suche, transfer wewnątrz zdążyłam wcześniej zalać lakierem, bo na wielokrotne nakładanie warstw nie miałam już czasu i przystąpiłam do okuwania kufra w te wszystkie elementy metalowe, co to je specjalnie zamówiłam…
Paka nie rozpakowana stała tam, gdzie ją kopnęłam…
Zaczęłam wypakowywać…
spokojnie, bo upał niemożebny…
pudła, herbaciarki, tace, wieszaki…
wszystko, tylko nie okucia!
Jeszcze raz, już w żywszym tempie, przerzuciłam całą tę górę dobra…
i jeszcze raz, tym razem w panice, otwierając wszystko co się otworzyć dało!
Nie ma!!!
Nie wsadzili!!!
PECH!!

Telefon do przyjaciela złapał Najlepszego gdzieś w centrum, pokonującego w tempie takiego jednego, co to skorupę na plecach nosi siódmy już korek i wcale go nie ucieszył…
Musiał jednak usłyszeć coś na podobieństwo spiżu w moim głosie, albo dostrzegł pierwsze oznaki furii, bo w końcu, acz niechętnie, obiecał wstąpić po drodze do jakiegoś żelaznego – po drodze miał dwa, sprawdziłam w zumi (chęć wstępowania do jakiegokolwiek marketu budowlano-innego już na dzień dobry paliła na panewce, bo korek wymuszał tylko jazdę do przodu) – miał wstąpić i kupić kuty uchwyt retro do kufra ładny… i każdy, TYLKO NIE ZŁOTY!
Po godzinie zadzwonił – to miał być porcelanowy ten uchwyt?
– Jaki porcelanowy??!! Kuty! Kuty i nie złoty!!!
– Aaaa… to takich tu nie ma… Jadę do drugiego.
Zadzwonił już po pół godzinie…
– To miał być kuty?
– Kutyyyy…
– Dobra, są, nawet ładne, to kupuję.

Nooo… jeszcze zdążę – pomyślałam z ulgą – jeszcze kupa czasu,
przyjedzie, zamontuje, jakieś lakier na wierzch i finto! Uda się!

Przyjechał, nawet dość szybko… i wręczył mi piękny, kuty, retro… ZŁOTY uchwyt… bo przecież ja mówiłam, że złoty! tego „nie” przed nie zarejestrował… NO PECH!!!!

Kolejny raz potwierdziła się znana mi przecież skądinąd doskonale zasada, że w kontaktach z osobnikami płci, że się tak wyrażę, męskiej, a już w sytuacji gdy się od takiego osobnika wymaga zrobienia czegoś konkretnego, należy koniecznie zwracać się do onego utrzymując nieprzerwany kontakt wzrokowy i bezwzględnie kazać powtórzyć ostatnie nasze zdanie, korygując natychmiast nieścisłości.
Musiałam chyba stracić czujność i rozkojarzył mnie pech, bo zapomniałam kazać powtórzyć frazę „każdy TYLKO NIE ZłOTY”, ten kontakt wzrokowy  już nawet pomijam, bo od razu poszedł na straty – nie mam videotelefonu, gadaliśmy „w ciemno”.
Pech.

Po obiedzie miałam już uchwyt przerobiony – ze złotego zmienił się w miedziano-srebrno-złoto-brązowe cudo, bardzo, ale to bardzo pasujące wyglądem do kufra…

No nareszcie! Teraz tylko wymierzyć, wywiercić, przykręcić, i będzie.

Mam w domu faceta, kupił zły… niech się teraz wykaże – pomyślałam mściwie.
No i musiałam pomyśleć w nieodpowiedniej chwili….
Najlepszy bez żadnych oporów zabrał cały nabój do garażu, słyszałam wiertarkę, jakieś stuki, ciszę, znowu wiertarkę… czas mijał…
Po godzinie poszłam sprawdzić co jest grane.
Najlepszy, obłożony suwmiarkami, młotkami, wkrętakami, ołówkami i czym tam jeszcze, cóż oto robił? – otóż Najlepszy mierzył!!
On cały ten czas mierzył, gdzie mają być otwory pod ten uchwyt! Podobno nawet jeden  już prawie namierzył (przez godzinę jeden!!), ale nie był do końca pewien, czy dobrze… a za nic nie odważyłby się przecież zepsuć nieprzemyślaną dziurką tak pięknego kufra… więc wolał się nie spieszyć, bo co nagle to po diable… i tak, dla urozmaicenia sobie tego mierzenia (pewnie mu się nudziło, biedakowi…) co jakiś czas włączał wiertarkę, żeby sprawdzić czy  ona aby dobrze działa, bo jak już będzie wiercił, to chce mieć pewność, że bez niespodzianek się obejdzie… po czym ją  wyłączał, żeby prądu nie żarła nadaremnie, bo my wszak z Posen jesteśmy…

Wyszłam bez słowa.

Tak go to przeraziło, że po 10 minutach trzymałam w rękach kufer z pięknym, równo przykręconym uchwytem.
Da się? Da!!

No i wtedy poczułam co to jest szczęście. Skończony na czas!!!
Bo ja jednak chyba nie przeżyłabym, gdybym go nie skończyła w terminie, a przesunięcie tegoż nie wchodziło w grę, bo on się zaraz w dalszą drogę wybierał, no sumienie zżarłoby mnie na czczo.

Otworzyłam wieko, bo przecież ślady po wkrętach trzeba jeszcze zamaskować.
Otworzyłam i…

Czerwone mroczki na oczy mi się rzuciły.  Że ja na zawał nie zeszłam wtedy ekspresowo z tego łez padołu, albo na inną apopleksję, to do tej pory ogarnąć nie potrafię.
Na moim transferze zdjęcia, pięknie zalanym lakierem i, zdało się, wystarczająco już suchym, ukazały mi się w całej swej szpetocie okropne, wstrętne, ohydne wręcz, ślady po wiertarce, lakier miejscami został zdarty do gołego, miejscami poszarpany jak po napadzie geparda… no obraz nędzy, rozpaczy i załamanie nerwowe, a w dodatku Najlepszy tego nie widział (?).
PECH!! PECH!! PECH!!

Szlifowanie skończyłam o północy. O pierwszej miałam całość polakierowaną, nowego transferu zdjęcia już się nie dało zrobić, czego niezmiernie żałowałam, bo świetny był, niestety ślady i przebarwienia na drewnie pomimo reanimacji pozostały i zamaskować się ich nie dało, malowanie tła farbą też nie wchodziło w grę, bo to kompletnie nie bajka tego kufra…
Przerobiłam więc wydruk, który miał być transferem, na starą, retro fotografię, taką jak ze strych fotograficznych atelier, drukowaną na tekturce.
Wydruki miałam dwa – ten lepszy został już wykorzystany i bezpowrotnie zniszczony, ostał się ten gorszy, jakiś taki mniej wyraźny, więc go maksymalnie spatynowałam, dodałam trochę spękań, polakierowałam na porcelanę i przybiłam w środku malutkimi delikatnymi gwoździkami z ozdobnymi łebkami, bo klej jakoś tym razem nie chciał się dać przekonać do przyklejenia narożników…

Miedzy trzecią a czwartą sprawdziłam – wszystko grało.

O ósmej odczyniłam urok, żeby pech z kufra na Młodych nie przeszedł.

Potem szybko go wyniosłam na taras, co by jeszcze sesję zdjęciową do albumu zrobić.
Tego, że w przyrodzie zaszły zdecydowane zmiany pogodowe i zamiast fajnego oświetlenia mam teraz szaro-buro-ciemne, bo zniknęło słońce, a zapanowały chmury, z których popaduje sobie równo, i że w związku z tym zdjęcia wyjdą do doopencji, prawie nie zauważyłam, a już zupełnie się tym nie przejęłam, trudno, widocznie to jeszcze jakieś popłuczyny pecha są…

O dziesiątej kufer został odebrany i wywieziony w obce kraje,

a ja pierwszy raz od paru dni usiadłam spokojnie i pomyślałam jak dobrze, że to już po, wracam do żywych… a co to my właściwie dziś mamy?
O, qundulencja! Przecież trzynastego! I w dodatku piątek!!!!
No i stała się jasność.
Pech być musiał.

 

Jestem wykończona, nerwy mam w strzępach, i w dodatku żadnej pewności, że kufer się udał…

kufer, drewno, wieko frezowane, 45 x 35 x 25  kolorystyka – gorzka  czekolada, turkus, srebro, miedź

______________________________________________________________________

*** nie ma absolutnie żadnego obowiązku czytania, długie jest i nudne,  odreagować musiałam, to sobie pisałam…  

można  spokojnie pominąć i z czystym sumieniem  przejść od razu do zdjęć 🙂

 

WIZYTÓWKA DLA MATEUSZA…

 

 

 

 

… Matim zwanego 🙂

Młodego chłopaka, którego koła fascynują…

 Wizytówka ma być prezentem na urodziny Młodego Człowieka (urodziny dzisiaj!).

Miałam się co uwijać, bo zlecenie wpłynęło prawie na ostatnią chwilę i czasu miałam zastraszająco mało.

Ale cóż – para w brzuch, koła w ruch… i się dało 🙂 – wizytówka się zrobiła, w odpowiednim czasie się wysłała i dziś powinna już cieszyć oczy Jubilata.

Mam tylko nadzieję, że Poczta Polska  nie zawiedzie i stanie na wysokości zadania…

STEAMPUNK NA DRZWI NIELETNIEGO…

 

 

 

Jak to jednak czasem niedaleko pada jabłko od jabłoni…

znaczy dziecię od mamuś swojej pada.

Niedaleko czasem jednak  🙂

 

Jakiś czas temu pokazałam Nieletniemu kilka prac wykonanych w technice steampunk, z delikatnym przekazem – patrz Młody jakie to fajne, mnie się to podoba! A tobie?
Wówczas nie raczył się zachwycić, ba, nie skomentował tego co widział ani jednym pomrukiem, błyskiem oka, ani nawet skrzywieniem paszczęki choćby w półuśmiechu chociaż… Nic. Ani be, ani me, ani itede.
Nie to nie, pomyślałam, nie każdemu musi się podobać, wszak nie każdemu psu  Burek i  przecież jedni lubią rybki, drudzy lubią  pippp…anią Malinowską (nazwisko przypadkowe, żeby nie było…).

I zapomniałam, że pokazałam.
No i teraz,  po długim czasie, wróciło!
Właśnie skończyłam metamorfozę nieletniowego pokoju – z takiego wczesnoletniego w poważny, właściwy nieletnim podrostkom w zaawansowanym wieku,  byłam już na etapie tylko doboru dodatków, takich kropek nad i, gdy niespodziewanie Nieletni wyraził chęć posiadania  tabliczki-wizytówki na drzwi, i to jakiej, proszę ja kogo??  steampunkowej!!!
Się okazało, że jednak zapadło mu w pamięć, że się spodobało tak jak mamuś jego wprzódy, mimo, że żadnych znaków w czas ówczesny nie raczył był dać … 
 i że padł  jednak niedaleko rodzicielki swej, choć się nie zanosiło.

No to nie omieszkałam zrobić, chociaż odpowiednich narzędzi do techniki powyższej nie posiadam (ma się zmienić wkrótce, ale póki co posiłkuję się paterackim i przypadkowym dość oprzyrządowaniem) Sadwalk

A że czeka mnie wykonanie dużej skrzyni i to właśnie steampunkowej, to tę tabliczkę (sporą) potraktowałam jak poligon doświadczalny… Smile

Wyszło tak:

Całość, jeszcze przed patynowaniem, potraktowałam pastami pozłotniczymi (złoto i miedź), wykorzystałam spinacze, puzzle, siatki i kawałki koronki.

Wykończyłam matowym woskiem.

Nieletni zaakceptował 🙂

Translate »