srebrzenie

now browsing by tag

 
 

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

ZABAWY ZE SZKŁEM…

 

 

 

… nieustające, bo lubię i już 🙂

Ostatnie niebieskie anioły dały mi porządnie w kość, no rzec można, że mnie wykończyły nawet.

Niebieskości śniły mi się po nocach, nawet Szara była nimi oczadziała i zachowywała się jak po najlepszym zielu, nic robić nie mogłam, bo natychmiast oczy zachodziły mi sinoniebieską mgłą, a robota czekała.

No dłużej już tak być nie mogło, trzeba było coś zaradzić i to natychmiast.

A co jest najlepszym odstresowywaczem i lekiem na wszelkie zło?

Jasne, szkło!!!

A w jakim kolorze?

A w najdalszym od niebieskości!

A co z tego szkła?

A obojętnie, byle szklane było.

Tyle, że nic akurat wolnego nie miałam, w Starej Rzeźni nie byłam już wieki całe, zamówione patery jeszcze do mnie  nie dotarły, żadne czyste szkło mi się po siedzibie rodowej jakoś nie walało i w oczy nie lazło, a ja MUSIAŁAM!

A w dodatku dostałam całe mnóstwo cudownych, nowych mediów do szkła prosto z niemieckiej VIVY i aż ręce mnie świerzbiły, żeby się nimi pobawić…

I wtedy przypomniałam sobie o nim…

Stał w łazience od wieków, znaczy jakieś siedem lat, czyli od czasu, gdy ktoś – znowu wiem kto, ale nie powiem 🙁  – wlał do niego gorącą wodę w celu umycia (jakby nie można było umyć zimną!) i on wtedy złośliwie sobie pękł był…

I tak sobie potem stał (pęknięciem do tyłu) i stał.

Wielki szklany dzban.

Wkładałam w niego różne ustrojstwo, w zależności od potrzeby aktualnej – a to wsypałam potpourri,  a to wetknęłam jakiś wiecheć traw, a to upchnęłam przytargane ze spaceru badyle i gałęzie, albo powciskałam  bombki tudzież jaja, w zależności od rodzaju świąt.

No zwyczajnie się marnował.

A miał potencjał, co natychmiast zobaczyłam jak na niego spojrzałam nowym okiem.  I co, że pęknięty?? Do moich celów nadawał się śpiewająco 🙂

I jeszcze gabaryty słuszne posiadał, więc i zabawy obiecywał więcej.

Szybko wysypałam z niego co tam wcześniej wsadziłam i jeszcze szybciej zaciągnęłam do mojej sutereny, co by go poddać obróbce.

I się zrobił…

Teraz jest czarny, z przetarciami w kolorze srebra, ma turkusowy, półtransparentny pas z drobnymi pęknięciami, przetykany srebrnymi nitkami, a dookoła rosną na nim trawy połyskujące metalicznym srebrem. Dalej jest szklany, choć już inaczej 😉

I nie jest gładki, jako, że wciąż jestem zafascynowana różnorakimi strukturami…

 

 

Dzban 260 mm x 220 mm (dolna średnica), szkło, witraż, mixed media

 

 

MISA Z PROMIENI SŁONECZNYCH I KSIĘŻYCOWEJ POŚWIATY UTKANA…

 

 

 

 

Słońce przetoczyło swą rozpaloną, złotą głowę na zachodnią stronę nieba, czesząc  promieniami gałęzie drzew i lekko muskając szmaragdową taflę leśnego stawu, rozsypując na niej milion diamentowych iskierek.

Tęczowoskrzydła ważka przysiadła na nagrzanym kamieniu wystającym z wody, rozłożyła swoje opalizujące bajkowymi kolorami skrzydła i zastygła w bezruchu.

Na omszałym, starym pniu, nad brzegiem stawu, siedziała Driada, była zamyślona i zapatrzona w toń. Martwiła się.

– Coś się stało? – Skrzat, który pojawił się nie wiadomo skąd, delikatnie dotknął jej ramienia.

– E, jeszcze nic, ale się stanie… – odpowiedziała cichutko – jeśli nie zaniosę zimnej, wieczornej rosy Różanopalcej Jutrzence, aby mogła sobie obmyć i schłodzić palce, którymi co rano barwi Niebo, przygotowując je na powitanie Świtu, to się stanie… Ona jest wciąż w drodze, wciąż biegnie do przodu budząc Dzień, nie ma czasu aby się zatrzymać nawet na chwilę, obiega niestrudzenie Ziemię dookoła i wkrótce tu wróci, muszę jej dać chłodnej rosy, bo jej rozgrzane palce tracą moc, ale nie mam jej w co zebrać… Potrzebuję naczynia, a w całym lesie takiego nie ma…

– Rozumiem, to musi być coś specjalnego – mruknął Skrzat przysiadając obok.

– Właśnie! Musi mieć w sobie ciepło letniego dnia i chłód nocy, musi być złote jak Słońce i jednocześnie srebrne jak Księżyc w pełni, i jeszcze mieć zieleń traw i malachit leśnego stawu…

Ech…. – westchnęła bezradnie i smutno – skąd ja coś takiego wezmę…

– Złoto Słońca i srebro Księżyca… – powtórzył zamyślony Skrzat – czekaj, może coś poradzimy.

Wyjął swoją zaczarowaną różdżkę, zapatrzył się na słoneczne promienie tnące leśne powietrze i  pieszczące powierzchnię stawu, spojrzał na łąkę pełną żółtych kwiatów i szepczących, turkusowych traw, na siwą mgłę czającą się w ciemnych ostępach lasu, na srebrną głowę Księżyca przygotowującego się do swej nocnej podróży, sypnął diamentowym pyłem, który zaiskrzył w słońcu miriadem brylantowych iskierek i zanim pył zdążył się unieść w górę i osiąść na Niebie zmieniając się w gwiazdy, już trzymał w rękach misę…

Była cała otulona w złoto Słońca prześwitujące przez gałęzie drzew, które gdzieniegdzie wydobywało szmaragdowy turkus  traw i głęboki malachit stawowej wody, a w środku miała srebro Księżyca i szarość leśnej mgły, z której wychylały  zaczarowane kwiaty z kielichami pełnymi wieczornej rosy…

– Och – szepnęła oczarowana Driada – jaka piękna… gorąca na zewnątrz, chłodna w środku… mogę? – spytała wyciągając ręce.

– Tak, wyczarowałem ją dla ciebie przecież – odparł Skrzat podając jej misę, odwrócił się i zniknął tak nagle, jak nagle wcześniej się pojawił.

– Dziękuję – zawołała szczęśliwa Driada.

Ale  tylko Echo, hasające boso po lesie i roznoszące głosy, odpowiedziało jej głosem Skrzata  – drobiazg, przecież jestem tu po to, żeby pomagać  …

A Driada, niczym płocha sarenka, czym prędzej pobiegła na łąkę, otuloną już dziurawym płaszczem Zmierzchu, przez który prześwitywały gwiazdy, by szukać chłodnych kropel wieczornej rosy i strząsać je z kwiatów i źdźbeł traw – kropla po kropli – do misy, żeby, jak tylko pojawi się  Jutrzenka, przynieść ukojenie jej różanym palcom…

 

Oczywiście ta misa, którą oglądacie, to tylko replika tej czarodziejskiej, ale starałam się wiernie oddać tę grę cieni i światła oryginału 😉

choć, przyznaję, z pokazaniem tego, co zrobiłam, miałam  ogromny kłopot, pewnie to za sprawą tych różnych odcieni złota, a może winne jest  srebro ze środka? W każdym razie  gdybym zamieściła jeszcze ze 150 zdjęć to i tak na każdym wyglądałaby inaczej…

Misa jest duża, o wys.140 mm i średnicy 275 mm, wypalana

Translate »