słowa

now browsing by tag

 
 

JESIEŃ RETROSPEKCJA…

Kocham jesień. Od zawsze.

Co roku jak tylko kończy się wiosna zaczynam na nią czekać. Naprzeciwko mojego okna rośnie jarzębina. Patrzę na nią codziennie, obserwuję jak wypuszcza liście, jak kwitnie, jak zawiązuje owoce i jak one zaczynają się przebarwiać. Najpierw są niepozorne, zielone, potem stają się różowe i z każdym dniem ich barwa intensywnieje. Teraz są czerwone i to znak, że jesień już blisko. Więc czekam…

Lubię czekać. Wyobrażam sobie wtedy jaka ta jesień będzie – ciepła i słoneczna? Kolorowa jak paleta szalonego malarza? Zamglona i nostalgiczna? Szara jak dym z ogniska czy brązowa jak kasztany? A może złota jak astry? Deszczowa? Bardziej wrześniowo-październikowa czy listopadowa? 

Jaka?

Nie wiem, czekam…

Żeby sobie skrócić ten czas oczekiwania spróbowałam sobie namalować jesienie, które przeminęły. Połączyłam wszystkie moje wspomnienia w jedno. Stąd jest tu i ciepłe, wrześniowe słońce, błyszczące kolorami październikowe drzewa, jest jasne, zamglone niebo i jesienna szaruga listopadowych dni.

Jesień. Rozpasana kolorami, bogata owocami, romantyczna i zadumana odlotem ptaków, smutna deszczem, dynamiczna wiatrem i spokojna mgłą.

Nie jestem malarzem, nawet nie próbuję być, bo zwyczajnie nie umiem malować.

Ale ten obraz namalować musiałam…

Jesień retrospekcja.

Taka moja w środku lata.

deska, farby kredowe, barwniki mineralne, mika, złocenia, postarzenia, fakrury

SREBRNY PÓŁMISEK, JAK ZE SZLACHECKIEGO DWORKU…

 

 

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej pracy, tak do końca zadowolona. 

Zazwyczaj zaraz po jej skończeniu już bym coś zmieniła, lub poprawiła, albo zrobiła od nowa, zupełnie inaczej.

A tym razem  podoba mi się takie, jakie się zrobiło 😉 Bez najmniejszej chęci poprawy.

 

 

To był zwykły, metalowy półmisek, taki, jakich dużo spotykało się w minionej, peerelowskiej epoce.

Udawał plater.

Dostałam go do przerobienia ze słowami – zrób taki – wiesz –  stary, i w srebrze niech będzie.

Lubię srebro, stare w szczególności, więc zbytnio nie marudząc i się nie ociągając zabrałam go do pracowni.

Na początek dostał nóżki, co zdecydowanie poprawiło jego wygląd.

A potem to już było tylko szaleństwo srebrzenia.

I patynowania.

I znowu srebrzenia.

I patynowania…

Wykorzystałam wszystko srebrne, co tylko miałam w pracowni – szlagaluminium w różnych grubościach i w różnym połysku, srebrne lakiery, płynny metal, pasty pozłotnicze, srebrną mikę. Pewnie coś tam jeszcze się przewinęło z tego srebra, czego zwyczajnie nie zarejestrowałam.

Do tego patyny w różnych nasyceniach czerni, antracytu i szarości, i odrobina brązów.

I wielokrotne wypalanie. A potem polerowanie…

To była długa i dość żmudna praca, ale się opłaciło – jestem zadowolona 🙂

Powstał „stary, srebrny” półmisek, na którym mijający czas odcisnął swoje piętno, z takich, jakie lubię najbardziej – ze „swoją historią”.

I nic to, że  historia  udawana… Wystarczy tylko odrobinę uruchomić wyobraźnię i bajka zaczyna opowiadać się sama.

Mogłaby się zacząć  choćby tak:

„Dawno temu, gdzieś pod koniec XIX w., w pewnym starym szlacheckim dworku na dalekim Wołyniu, przycupniętym malowniczo pomiędzy polami pszenicy i prastarą dębiną,  gdzieniegdzie  przetykaną kępami buczyny, a błyskającym szmaragdową wodą Bugiem, leniwie toczącym swe wody uroczymi zakolami, meandrującym od wieków wśród złotych pól i mrocznych lasów, pewna młoda, wiejska dziewczyna zabrała się właśnie za czyszczenie rodowych sreber.  Wyniosła wszystko na ogromnej tacy przed dom, żeby mieć lepsze światło. W garnuszku miała miałki, specjalnie przesiany popiół  i miękką, lekko wilgotną szmatkę, przeznaczoną tylko do tego celu.

Była bardzo przejęta, bo po raz pierwszy wyznaczono jej tak odpowiedzialne zadanie. Dobrze wiedziała, że od tego, jak wykona pracę, zależy jej przyszłość – albo wróci do kuchni i jak do tej pory będzie tylko pomocą kuchenną, popychadłem i nikomu nieznaną kuchtą, albo zostanie dziewczyną od sreber… A ona za nic nie chciała wracać do kuchni i ze wszystkich sił chciała być dziewczyną od sreber. Musi wyjść zwycięsko z tej próby. Musi! Już oczyma duszy widziała, jak się matula  ucieszy i jaka będzie z niej dumna. I jaka ona sama stanie się ważna. Nie każdy przecież może dostąpić takiego zaszczytu. Zresztą od dawna pracowała na tę chwilę. Była ambitna, pojętna i pracowita. I wreszcie dostała tę szansę. Za nic jej nie zaprzepaści! 

Spojrzała na piętrzący się przed nią stos sreber chwilę zastanawiając się od czego zacząć. A potem pomalutku wyjęła ze spodu spory półmisek z małymi, kutymi nóżkami. Był zaskakująco delikatny. Wiedziała, że to ten sam, który Pani przywiozła rok temu ze swojej podróży po Europie,  z której wróciła taka odmieniona, niby radosna jak dawniej, a jakby czegoś smutna.  Dziewczyna sama widziała nie raz, jak Pani siedzi przy oknie zamyślona, nieobecna, patrząc tęsknie w kierunku rzeki. To ten sam półmisek, który Pani tak lubiła, i  który stał zawsze na jej nocnym stoliku. Pani kładła na nim listy przewiązane karminową wstążką i zabierała go ze sobą w każdą podróż. Zupełnie jakby ten kawałek srebra miał dla niej jakąś niezwykłą wartość…”

 

NIEWIELE TAK…

 

 

 

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień już,

zielony dym, upadły liść,

herbata, rum…

 i jeszcze tak 

dojrzały sad

i żeby w górze ptak.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień jest,

z grzybami kosz

i siwa mgła, i pies…

 i jeszcze tak

jeziora blask,

i żeby iść przez las.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień trwa,

kasztanów stos

parasol, deszcz, i ja…

 i jeszcze tak

stubarwny wiatr

i żeby stanął czas…

 

Smochowice, 2014

 

KUFER I PECH, CZYLI PIĄTEK TRZYNASTEGO…

Jak to z kufrem było?***…

 

 

Ano – ciężko… i to już prawie od samego początku, a do tego pechowo…

Dostałam zlecenie na kufer ślubny – nic nadzwyczajnego, popełniłam ich już parę w swoim decoużyciu i podołałam, ba… nawet się ich zbytnio nie musiałam wstydzić.
Ale tym razem miał to być kufer nietypowy i nie tylko o gabarytach tu mówię, tym razem miał to być kufer ślubny z elementami steampunku.
No i dotąd zawsze miałam wystarczającą ilość czasu na robotę, dotąd…
A teraz, jak się miało okazać, i wbrew temu co mi się wydawało na początku – nie…

Zlecenie dostałam już dość dawno, ale takie bez dogadania szczegółów, w zarysie jeno ogólnym, do przetrawienia, do przemyślenia i do przespania.

To konkretne zmaterializowało się jakieś  dwa tygodnie przed odbiorem, a dokładnie dwanaście dni przed.

Optymalnie.

Kufer w założeniu miał być prezentem ślubnym, ale dodatkowo jeszcze  we wnętrzu swym skrywać miał inny prezent – zapełnioną po brzegi skarbonkę-świnkę.
Spodobało mi się, lubię takie dwa w jednym, łosz-end-goł można powiedzieć, więc się zgodziłam natychmiast. Spytałam jeszcze tylko dla spokoju (swojego) o wymiary tej wkładki świńskiej, otrzymałam odpowiedź, że ona taka zwykła, jak to świnka, chodzi tylko o to, żeby weszła w całości do środka i dała się zamknąć bez wciskania jej wiekiem na siłę w dno, bo ona szklana – Inwestor rozsunął ręce co bym ogląd na wielkość świństwa miała, oceniłam natychmiast, że wejdzie spokojnie do któregoś z pudeł, co to je w zapasie mam, mogę dla pewności wybrać największe.
Zatem OK. mogę robić.

Dogadaliśmy dokładnie termin gotowości obstalunku, uścisnęliśmy sobie ręce przybijając interes i Inwestor udał się w kierunku otworu wyjściowego z siedziby rodowej mej, celem jej opuszczenia.
Na schodach się jeszcze odwrócił i rzucił, że on jednak się poświęci i dla pewności ową nierogaciznę w domu obmierzy i tak na wszelki niewiadomy jej wymiary mi prześle wraz ze zdjęciem Młodych i sentencją konieczną do zamieszczenia..
Jeszcze lepiej z tymi wymiarami – pomyślałam – nerwów sobie zaoszczędzę, i co to tam jeden czy nawet dwa dni zwłoki, kufry robić lubię, to pójdzie jak z płatka, steampunku też już sobie przecież popróbowałam, a i odpowiedni park maszynowy zza oceanu już do mnie dotarł co by ten steampunk bardziej profesjonalnie wyglądał.

Dwa dni minęły sama nie wiem jak. Trzeci też przeszedł do historii, a ja tych gabarytów jak nie miałam, tak nie miałam.
Czwartego poszłam jednak przejrzeć swój zapas pudeł, myśląc, że skoro Inwestor liczb nie śle, to widocznie doszedł do wniosku, że dokładnie te ręce rozsunął i wymiary trzody chlewnej określił w sam raz.
Jedno z pudeł z zapasu na oko mi podpasowało, było duże, prostokątne, na świnię idealne.
Zabrałam się za szlifowanie, poodkręcałam co tam do odkręcenia było, słowem – zabrałam się do roboty, niemrawo jeszcze, bo wieczór się zrobił, upał męczył i na burzę się zbierało. W końcu miałam jeszcze całe siedem dni w zapasie, dzisiejszego nie licząc, to przecież nie będę się zarzynać, w dodatku jeszcze w taką pogodę, gdzie nawet myśli się ruszały jak muchy w smole.

Piątego dnia rano, zgodnie z usankcjonowanym od lat rytuałem rozpoczęłam życie od otwarcia mojej komputerowej poczty. Pierwszym mailem w kolejce do przeczytania był ten od Inwestora, zwięźle podający dokładne wymiary owego cielska na forsę.
– No spora sztuka – pomyślałam zapisując sobie wzrost, grubość i długość zwierza na karteczce, żebym czasem nie zapomniała w drodze do suterenki swojej, jakie to ono rosłe jest.
Wzięłam pudło będące już we wstępnej obróbce produkcyjnej, pomierzyłam co pomierzyć się dało i się zdziwiłam trochę – z wymiarów wynikało, że ta z chlewa nawet w połowie do tego pudła nie wejdzie. Wzięłam inną miarę i całą operację powtórzyłam raz jeszcze – to samo.
– Rany, Inwestor się pomylił, albo to nie jest świnka-skarbonka, a świńskomonstrumomutant-skarbonisko jakieś – myślałam sobie lecąc po schodach na sam wierch siedziby rodowej, żeby uzgodnić jeszcze raz te cyferki z Inwestorem. Potwierdzenie dostałam już po chwili – wszystkie wymiary się zgadzały – świństwo ma cielsko długie na 36cm, brzuch rozpuchnięty na 25cm, a w kłębie mierzy całe 21cm. No wypisz, wymaluj – knur nie świnia.

Nawet bym się zbytnio nie przejęła, gdyby nie to, że żadnego surowca w domu w takich wymiarach (wewnętrznych) nie miałam (pech), więc zaraz jak tylko Inwestor zapewnił, że żadnej pomyłki nie ma, zasiadłam przed komputerem, co by zamówienie odpowiednie uczynić i kupić wszystko co ze zrobieniem kufra się wiązało, trochę mi zeszło zanim w ogóle takie coś ogromne znalazłam i zanim się zdecydowałam na kształt onego (jak się później miało okazać – kliknęłam nie w to okienko, w które miałam – pech!, ale o nim jeszcze wtedy nie miałam pojęcia), dobrałam śliczne i niebanalne okucia, wszak to miał być kufer pokazowy(!), trochę się rozpasałam przy reszcie zamówień, bo to wiadomo – za jednym zamachem, za jedną przesyłką… słowem, zanim skończyłam, minęło sporo czasu.
Ale zamówiłam, zapłaciłam i zaraz zadzwoniłam do miłego pana z tego internetowego El Dorado z prośbą, żeby może szybciej, może z racji przywilejów stałego klienta, którym obiecuję zostać, może się da?
No pewnie, że się da, ale jest jedno małe ale… pan koniecznie musi widzieć na koncie, że wpłynęły pieniądze (fakt, kwota była znaczna dość i sama bym tak zareagowała), ja na to, że jasne, jeszcze dziś powinien je mieć – wiadomo, internetowi mają lepiej i szybciej, pan – no to nie ma sprawy, jak tylko te bejmy zobaczy, pakuje nabój i kuriera jeszcze dzisiaj pcha, w poniedziałek mieć będę.
No to, to ja rozumiem, szacunek dla klienta wzorcowy!
Był piątek – zdążę!

Jeszcze tylko sprawdziłam, tak na wszelki wypadek, czy te pieniądze na pewno…
I po chwili mało ataku serca nie dostałam – pieniądze wysłałam, jasne, że wysłałam… ale 5 minut PO OSTATNIEJ tego dnia sesji wychodzącej banku, a był piątunio… a następna sesja wychodząca dopiero w poniedziałek!
Miły pan po drugiej stronie kabla już aż tak miły nie był…
Stanęło na tym, że chyba dopiero we wtorek paka dojdzie o ile się uda (pech zaczął pokazywać rogi).

Sobota i niedziela minęła mi na martwieniu się.
Zdołałam jednak w przerwach między martwieniem, a martwieniem, zrobić elementy steampunkowe, trochę tak w ciemno, bazując tylko na wymiarach pudła podanych w Internecie, przerobiłam sobie otrzymane zdjęcie Młodych, co to miało zdobić wieko od środka w postaci transferu pięknego, wydrukowałam sentencję otrzymaną od Inwestora, która miała obok tego zdjęcia być. Wymyśliłam całą koncepcję zdobienia, opracowałam szczegółowy harmonogram prac i…. czekałam…

W poniedziałek czekałam nadal.
We wtorek  zaczęłam wstępnie wariować.

W środę  rano niezwykle uprzejmy pan kurier dostarczył mi pakę!

Byłam tak szczęśliwa, że nawet nie zauważyłam ciężaru tejże i w podskokach zaniosłam ją do suterenki.
Kufer był na samym dnie, ale co tam – ważne, że był…
Duży, śliczny i…. i z płaskim wiekiem!… a miał mieć zaokrąglone, bo taki chciałam…
Chciałam, ale kliknęłam jedno okienko niżej i zamówiłam inny. Pech!!
Cała, szczegółowo obmyślana koncepcja wieka, wzięła w łeb.
Pięknie zrobione płytki steampunkowe, które miały na tym zaokrąglonym, jak łuski na ogonie aligatora się układać, kłuły mnie w oczy, szczęście, że chociaż boczne pasowały.

I wtedy Szara postawiła mnie do pionu – no co ty? i co z tego, że płaskie??
dorobisz jeszcze jedną nową płytę na wierzch i będzie git, no już-już! zabieraj się, bo nie zdążysz! już! nie gap się tylko do roboty!!! Ruchy, ruchy! NO!!!

…faktycznie, czas ucieka, nie ma na co czekać, mam tylko trzy dni, a właściwie, jak dobrze policzyć to już tylko dwa, bo w piątek rano musi być gotowe, dobrze, że  te cztery boczne płyty są już prawie na sicher

Odsunęłam pakę w kąt jednym zgrabnym ruchem kończyny dolnej, zasiadłam do zrobienia brakującej płyty górnej i wreszcie zabrałam się za ten transfer w środku.
Przygotowałam tło – wyschło błyskawicznie… nawet przelotnie się tym zainteresowałam, że tak błyskawicznie, ale powierzchownie tylko i bez głębszej analizy, a trzeba było!
potem nałożyłam transfer, oczywiście jak wszystkie moje – lakierowy…
trochę miałam problemów z nałożeniem, bo to gabaryty tegoż imponujące jednak, i transfer szedł na olej, bo olejami kufer malowałam… ale dałam radę, spojrzałam jeszcze z aprobatą na wytwór moich rąk, potem na ręce, i czym prędzej pobiegłam do łazienki je umyć.
A trzeba było zostać!
Czy to komuś kiedyś brudne ręce zaszkodziły??!!
Czyścioszka się znalazła, a feee!!!
No i co z tego, że kończyny górne miałam czyste niczym ten kryształ górski piękny, jak ten qundulencki transfer zdążył wyschnąć na wiór (powinnam się zastanowić wcześniej nad tym błyskawicznym schnięciem tła i wnioski wyciągnąć! – pech!!)
No nic… trzeba go zrolować – pomyślałam zrezygnowana.
Namoczyłam i zaczęłam trzeć… właśnie minęła czwarta…
Tarłam i tarłam… tarłam i tarłam… co zmoczyłam to suche było… moczyłam i tarłam, tarłam i moczyłam… tarłam… a upał był jak w Afryce czarnej…
Koło szóstej zorientowałam się, że moje linie papilarne są już tylko wspomnieniem

(jeśli ktoś myśli o napadzie na bank, to śmiało! ja się piszę w ciemno, mogę bez rękawiczek, odcisków nie zostawiam, nikt mnie nie namierzy, nie ma najmniejszych szans na wpadkę, organa ścigania pozostaną bezsilne!)

O siódmej odpuściłam…
W nocy śniły mi się jakieś koszmary, z latającymi, niedokończonymi kuframi, z przesuszonymi na wiór transferami w roli głównej…
Obudziłam się gdzieś tak między czwartą, a piątą i zasiadłam do tarcia… wreszcie koło szóstej stwierdziłam, że więcej już nic się zetrzeć nie da.
Teraz można kleić te „metalowe” tablice na boki.
Można, ale nie bolącymi palcami przecież, najpierw muszą przestać boleć, bo inaczej się nie da. Najlepiej przestają boleć w łóżku, więc je tak na chwilę tylko położyłam.

Obudziłam się o dziewiątej i natychmiast zabrałam się za te boczne.
Najpierw tylna, tak na wszelki, gdyby coś poszło nie tak, bo jest najmniej widoczna.
Nałożyłam klej na ściankę, nałożyłam na płytę, musiałam parę minut poczekać, żeby klej odparował i lekko wysechł, bo taki przepis na ten klej jest i tak  robić trzeba, kleję nim od dawna, to wiem, muszę  to schnięcie przeczekać…
… no schło! ale zbyt szybko – błyskawicznie robiła się skorupa na wierzchu, w środku co prawda mokre, ale bez szans na „złapanie” z tym drugim, też już zresztą suchym, bo suche zatraca właściwości klejące…
a mogłam przecież wynieść do garażu, bo tam chłodniej, no mogłam…
nie wyniosłam, bo mi się nie chciało, choć myśl taka nawet mi przez moment zaświtała… Pech.
Podziurawiłam wszystko co się w skorupę zamieniło igłą do cerowania – pomogło o tyle, że część tego mokrego ze środka udało mi się wydusić, szybko dosmarowałam jeszcze jedną warstwę klejową, przyłożyłam zussamen do kupy, chwyciło, dość szybko nawet, uczciwie doduszałam narożniki, żeby nie odstawały, wyschło, stwardniało i… przykleiło mi palce…
oderwałam, jasne, że je oderwałam, ale razem z płytą, która tym samym bezpowrotnie się zniszczyła, no pech…
Musiałam tę płytę zrobić jeszcze raz.

Koło jedenastej już ją miałam i mogłam kleić od nowa.
Zaczęłam – od tyłu, bo w razie gdyby…
Uwijałam się jak w ukropie, głupia nie jestem – wiedziałam już przecież, że w takim upale to ten mój klej zachowuje się złośliwie, unikałam jak ognia pobrudzenia palców tym lepkim, żeby znów mi się nie przykleiły, bo dociskać w tych narożnikach jednak trzeba, zrobiłam tył, jeden bok, drugi bok, zabrałam się za front…
i spokojnie bym go zrobiła, bo już nabrałam wprawy i leciałam jak jakaś taśma produkcyjna na akord, gdyby nagle w połowie ciapania płyty nie zabrakło mi kleju, nawet niewiele, tak coś około ¼ powierzchni… PECH!!!

Do sklepu mam blisko, mimo obezwładniającego upału, obróciłam w jakieś 40 minut, bo szybciej nie dało się przestawiać nóg w tym ukropie, klej co prawda kupiłam zupełnie inny i absolutnie mi nie znany, bo mojego nie było, ale wyszłam z założenia, że dobry taki jak żaden, a na następną zwłokę już sobie nie mogę pozwolić…
tak, nie mogę, ale przecież musiałam najpierw usunąć pozostałości tego „zabrakniętego” kleju, bo ten nowy, co to go kupiłam, to polimerowy jest, a tamten nie i mogłyby się zagryźć w walce, no i w dodatku tamten był przecież suchy na kamień…
koło pierwszej miałam już całość poklejoną – łącznie z wiekiem, koło drugiej wszystkie płyty były  pomalowane i spatynowane i prawie suche, transfer wewnątrz zdążyłam wcześniej zalać lakierem, bo na wielokrotne nakładanie warstw nie miałam już czasu i przystąpiłam do okuwania kufra w te wszystkie elementy metalowe, co to je specjalnie zamówiłam…
Paka nie rozpakowana stała tam, gdzie ją kopnęłam…
Zaczęłam wypakowywać…
spokojnie, bo upał niemożebny…
pudła, herbaciarki, tace, wieszaki…
wszystko, tylko nie okucia!
Jeszcze raz, już w żywszym tempie, przerzuciłam całą tę górę dobra…
i jeszcze raz, tym razem w panice, otwierając wszystko co się otworzyć dało!
Nie ma!!!
Nie wsadzili!!!
PECH!!

Telefon do przyjaciela złapał Najlepszego gdzieś w centrum, pokonującego w tempie takiego jednego, co to skorupę na plecach nosi siódmy już korek i wcale go nie ucieszył…
Musiał jednak usłyszeć coś na podobieństwo spiżu w moim głosie, albo dostrzegł pierwsze oznaki furii, bo w końcu, acz niechętnie, obiecał wstąpić po drodze do jakiegoś żelaznego – po drodze miał dwa, sprawdziłam w zumi (chęć wstępowania do jakiegokolwiek marketu budowlano-innego już na dzień dobry paliła na panewce, bo korek wymuszał tylko jazdę do przodu) – miał wstąpić i kupić kuty uchwyt retro do kufra ładny… i każdy, TYLKO NIE ZŁOTY!
Po godzinie zadzwonił – to miał być porcelanowy ten uchwyt?
– Jaki porcelanowy??!! Kuty! Kuty i nie złoty!!!
– Aaaa… to takich tu nie ma… Jadę do drugiego.
Zadzwonił już po pół godzinie…
– To miał być kuty?
– Kutyyyy…
– Dobra, są, nawet ładne, to kupuję.

Nooo… jeszcze zdążę – pomyślałam z ulgą – jeszcze kupa czasu,
przyjedzie, zamontuje, jakieś lakier na wierzch i finto! Uda się!

Przyjechał, nawet dość szybko… i wręczył mi piękny, kuty, retro… ZŁOTY uchwyt… bo przecież ja mówiłam, że złoty! tego „nie” przed nie zarejestrował… NO PECH!!!!

Kolejny raz potwierdziła się znana mi przecież skądinąd doskonale zasada, że w kontaktach z osobnikami płci, że się tak wyrażę, męskiej, a już w sytuacji gdy się od takiego osobnika wymaga zrobienia czegoś konkretnego, należy koniecznie zwracać się do onego utrzymując nieprzerwany kontakt wzrokowy i bezwzględnie kazać powtórzyć ostatnie nasze zdanie, korygując natychmiast nieścisłości.
Musiałam chyba stracić czujność i rozkojarzył mnie pech, bo zapomniałam kazać powtórzyć frazę „każdy TYLKO NIE ZłOTY”, ten kontakt wzrokowy  już nawet pomijam, bo od razu poszedł na straty – nie mam videotelefonu, gadaliśmy „w ciemno”.
Pech.

Po obiedzie miałam już uchwyt przerobiony – ze złotego zmienił się w miedziano-srebrno-złoto-brązowe cudo, bardzo, ale to bardzo pasujące wyglądem do kufra…

No nareszcie! Teraz tylko wymierzyć, wywiercić, przykręcić, i będzie.

Mam w domu faceta, kupił zły… niech się teraz wykaże – pomyślałam mściwie.
No i musiałam pomyśleć w nieodpowiedniej chwili….
Najlepszy bez żadnych oporów zabrał cały nabój do garażu, słyszałam wiertarkę, jakieś stuki, ciszę, znowu wiertarkę… czas mijał…
Po godzinie poszłam sprawdzić co jest grane.
Najlepszy, obłożony suwmiarkami, młotkami, wkrętakami, ołówkami i czym tam jeszcze, cóż oto robił? – otóż Najlepszy mierzył!!
On cały ten czas mierzył, gdzie mają być otwory pod ten uchwyt! Podobno nawet jeden  już prawie namierzył (przez godzinę jeden!!), ale nie był do końca pewien, czy dobrze… a za nic nie odważyłby się przecież zepsuć nieprzemyślaną dziurką tak pięknego kufra… więc wolał się nie spieszyć, bo co nagle to po diable… i tak, dla urozmaicenia sobie tego mierzenia (pewnie mu się nudziło, biedakowi…) co jakiś czas włączał wiertarkę, żeby sprawdzić czy  ona aby dobrze działa, bo jak już będzie wiercił, to chce mieć pewność, że bez niespodzianek się obejdzie… po czym ją  wyłączał, żeby prądu nie żarła nadaremnie, bo my wszak z Posen jesteśmy…

Wyszłam bez słowa.

Tak go to przeraziło, że po 10 minutach trzymałam w rękach kufer z pięknym, równo przykręconym uchwytem.
Da się? Da!!

No i wtedy poczułam co to jest szczęście. Skończony na czas!!!
Bo ja jednak chyba nie przeżyłabym, gdybym go nie skończyła w terminie, a przesunięcie tegoż nie wchodziło w grę, bo on się zaraz w dalszą drogę wybierał, no sumienie zżarłoby mnie na czczo.

Otworzyłam wieko, bo przecież ślady po wkrętach trzeba jeszcze zamaskować.
Otworzyłam i…

Czerwone mroczki na oczy mi się rzuciły.  Że ja na zawał nie zeszłam wtedy ekspresowo z tego łez padołu, albo na inną apopleksję, to do tej pory ogarnąć nie potrafię.
Na moim transferze zdjęcia, pięknie zalanym lakierem i, zdało się, wystarczająco już suchym, ukazały mi się w całej swej szpetocie okropne, wstrętne, ohydne wręcz, ślady po wiertarce, lakier miejscami został zdarty do gołego, miejscami poszarpany jak po napadzie geparda… no obraz nędzy, rozpaczy i załamanie nerwowe, a w dodatku Najlepszy tego nie widział (?).
PECH!! PECH!! PECH!!

Szlifowanie skończyłam o północy. O pierwszej miałam całość polakierowaną, nowego transferu zdjęcia już się nie dało zrobić, czego niezmiernie żałowałam, bo świetny był, niestety ślady i przebarwienia na drewnie pomimo reanimacji pozostały i zamaskować się ich nie dało, malowanie tła farbą też nie wchodziło w grę, bo to kompletnie nie bajka tego kufra…
Przerobiłam więc wydruk, który miał być transferem, na starą, retro fotografię, taką jak ze strych fotograficznych atelier, drukowaną na tekturce.
Wydruki miałam dwa – ten lepszy został już wykorzystany i bezpowrotnie zniszczony, ostał się ten gorszy, jakiś taki mniej wyraźny, więc go maksymalnie spatynowałam, dodałam trochę spękań, polakierowałam na porcelanę i przybiłam w środku malutkimi delikatnymi gwoździkami z ozdobnymi łebkami, bo klej jakoś tym razem nie chciał się dać przekonać do przyklejenia narożników…

Miedzy trzecią a czwartą sprawdziłam – wszystko grało.

O ósmej odczyniłam urok, żeby pech z kufra na Młodych nie przeszedł.

Potem szybko go wyniosłam na taras, co by jeszcze sesję zdjęciową do albumu zrobić.
Tego, że w przyrodzie zaszły zdecydowane zmiany pogodowe i zamiast fajnego oświetlenia mam teraz szaro-buro-ciemne, bo zniknęło słońce, a zapanowały chmury, z których popaduje sobie równo, i że w związku z tym zdjęcia wyjdą do doopencji, prawie nie zauważyłam, a już zupełnie się tym nie przejęłam, trudno, widocznie to jeszcze jakieś popłuczyny pecha są…

O dziesiątej kufer został odebrany i wywieziony w obce kraje,

a ja pierwszy raz od paru dni usiadłam spokojnie i pomyślałam jak dobrze, że to już po, wracam do żywych… a co to my właściwie dziś mamy?
O, qundulencja! Przecież trzynastego! I w dodatku piątek!!!!
No i stała się jasność.
Pech być musiał.

 

Jestem wykończona, nerwy mam w strzępach, i w dodatku żadnej pewności, że kufer się udał…

kufer, drewno, wieko frezowane, 45 x 35 x 25  kolorystyka – gorzka  czekolada, turkus, srebro, miedź

______________________________________________________________________

*** nie ma absolutnie żadnego obowiązku czytania, długie jest i nudne,  odreagować musiałam, to sobie pisałam…  

można  spokojnie pominąć i z czystym sumieniem  przejść od razu do zdjęć 🙂

 

GONIĄC MARZENIA…

 

 

 

Marzenie mam.

Jestem z nim zżyta bardzo, bo towarzyszy mi od zarania jestestwa mego, odkąd tylko młodym pacholęciem będąc, zauważyłam swoją od świata odrębność… rzec więc można, że  towarzyszy mi od zawsze.

Marzę o nim na  jawie,  śnię po nocach (można marzyć o Marzeniu?? zresztą nieważne, ja marzę).

Marzenie owo nie ma żadnych szans na spełnienie, bo wciąż ewoluuje, rozrasta się i się zmienia.

A ja je jedynie nieustannie gonię…

Otóż Marzeniem – wielka litera użyta nieprzypadkowo, a nawet z rozmysłem, jako, że owo już bytem samodzielnym i autonomicznym się stało – otóż Marzeniem mym jest, by damą być było mi dane.

Taką subtelną istotą, delikatną jak ta lelija, bladością przezroczystą efemeryczna,

i jak owa lelija podcięta, padać wdzięcznie na glebę, mdlejąc na zawołanie,

i jeszcze żebym tajemnicza była,

i nienaganne maniery miała,

i bladą cerę w kolorze rozwodnionego mleka, albo ewentualnie Bianco lunare Stamperii,

i takim damskim elegantiae arbiter bym była,

i wdzięk wrodzony żebym miała też,

i żebym, leżąc w powabnej, acz z pozoru niedbałej  pozie na szezlongu, jedną ręką kartkowała żurnale w sepii lub stare albumy z fotografiami swych przodków arystokratycznych, a w drugiej długą lufkę z papierosem trzymała (uaktualnienie: dodaję długie, piękne rękawiczki),

i żeby w zasięgu wzroku kolorowy drink z palemką zawsze rezydował,

i u moich stóp żeby ze dwa charty afgańskie wiernie warowały (uaktualnienie: afgańskie zmieniam na borzoje) ,

i kawę – oczywiście wyłącznie kopi luwak z jedynie słusznej miśnieńskiej porcelany (albo może jednak z Rosenthala?… jeszcze do końca nie zdecydowałam) – z wdziękiem wrodzonym  pijała,

i jeszcze żebym wszystkie przeciwności losu mogła załatwiać migreną – leżałabym sobie wtedy z chłodnym okładem parfumą Golden Deliciouasa  od DKNY zalatującym,  na zbolałym, alabastrowym czole bym go z boleścią i rezygnacją wielką nosiła, a moja mina jasno i wyraźnie  wniebogłosy by się darła ociekając pogardą – „co wy wiecie o cierpieniu??!! wy! co prawdziwymi damami nie jesteście!!!”, a domowi chodziliby na paluszkach i szeptem wymieniali uwagi czy już po medyka słać, czy jeszcze chwilę poczekać,

no i żeby ta tajemniczość ze mnie biła jako ta łuna złota,

i wszyscy, którzy by mnie spotykali na swej drodze, musieliby pytać  z uwielbieniem w oczach i głosie – Qvo vadis, Domina?… no qurna, qvo vadis?…

a ja tchnęłabym ledwie słyszalnie, co by tajemniczości nie tracić, takie tylko małe, tajemnicze –  eeeech… (że niby i tak nie zrozumieją przecież),

i żebym do wód jeździła skołatane nerwy leczyć ( albo chociaż na tych wyspach bananowych dyrdymały śnić bym mogła),

no i bentley z szoferem żeby był na każde moje zawołanie…

Nie myślcie, że ja tylko marzę – o, co to, to nie!!!!

Doskonale wiem, że marzeniom trzeba w spełnieniu pomagać! Wiem i raz spróbowałam.

 Kupiłam sobie kapelusz…

 Czarny, bo kolor wydał mi się elegancki, w sam raz dla damy i postanowiłam go nosić, żeby nie wiem co (a lata siermiężnego PRL-u były), do tego uszyłam sobie długą i szeroką spódnicę z maminej, eleganckiej sukni „na wielkie wyjścia” (też czarną – wiedziałam przecie, że strój damy pasować do siebie w szczegółach musi), bentleya z szoferem chwilowo zastąpił maluch, nawet zbytnio się nie upierałam, że marka się nie zgadza, w końcu to drobiazg, ważne, że jeździł, szofer zaś pasował mi bez zastrzeżeń, bo mój osobisty był. Wystroiłam się jak dama, szofer z fantazją pod wrota zajechał, dama wsiadła (nie bez kłopotów, bo kapelusz odznaczał się imponującym rondem, wybrałam największe jakie było dostępne – boć przecież jak spadać, to z wysokiego konia! –  a i spódnica szerokością mu nie ustępowała).

I pojechali…

Spojrzenia  mijanych kładłam na karb zauroczenia i zachwytu damą (mną znaczy) i łaskawie je odwzajemniałam, wdzięcznie chyląc głowę i rzucając od niechcenia zalotne spojrzenia z rzęs trzepotem w pakiecie spod tego ronda (musiałam ostrożnie, bo rondo zamiatało szybę), tudzież pozdrawiając publikę skinieniem omdlewającej dłoni.

 Zajechali na miejsce, szofer, doskonale wpisując się w moje marzenie, popędził drzwi przed damą otwierać (już mu niestety przeszło), dama z wdziękiem wysiadła…

tak miało być! – wysiadła!!!!… ale złośliwa, zawistna rzeczywistość  okazała się dla damy poniżająca i okrutna.

Otóż dama nie wysiadła z wdziękiem wrodzonym oraz powabem powalającym, a zwyczajnie wypadła jak wór z pyrami, okutana w zwoje spódnicy na tę glebę ojczystą, gołą, twardą, zimną i nieczułą, znaczy na trotuar jeden…

i tak leżała w przekrzywionym kapeluszu, z nogami spętanymi czarną jak rozpacz materią, nie śmiejąc podnieść swych pięknych ócz, ze spłonionym dziewiczo licem, wśród śmiechów szyderczych, marząc o cudzie i modląc się z całej siły – o matko kochana – niech ja zemdleję, błagam, ten jeden-jedyny raz!…

No i nie zemdlałam… ani wtedy,  ani przed, ani nigdy potem…

I to jest niezbity i niepodważalny dowód, że bycie damą wciąż pozostaje u mnie w sferze marzeń niestety.

 

Tak więc mam Marzenie…

 

A że ono wciąż dla mnie niespełnione i niedościgłe, to sobie niemożność bycia rekompensuję wtryniając te damy gdzie się da… Tak raz na jakiś czas, dla uspokojenia.

Ot, choćby na tę skrzynkę.

Mogę sobie wtedy spokojnie – choć po cichu – marzyć, że to właśnie ja – dama,  leżę oto sobie w powabnej, acz z pozoru niedbałej pozie, schowana za rondem kapelusza, a u mych stóp wierne charty warują dwa…

A żeby było wytwornie, to dama z przyległościami w szlagmetal jest ubrana, taki trochę przygaszony bitumem, bo przecież nie wypada, żeby dama, jak jakaś dziewka tania, się bezwstydnie wybłyszczała. Damie przystoi stateczność i ciemne złoto 🙂

MISA Z PROMIENI SŁONECZNYCH I KSIĘŻYCOWEJ POŚWIATY UTKANA…

 

 

 

 

Słońce przetoczyło swą rozpaloną, złotą głowę na zachodnią stronę nieba, czesząc  promieniami gałęzie drzew i lekko muskając szmaragdową taflę leśnego stawu, rozsypując na niej milion diamentowych iskierek.

Tęczowoskrzydła ważka przysiadła na nagrzanym kamieniu wystającym z wody, rozłożyła swoje opalizujące bajkowymi kolorami skrzydła i zastygła w bezruchu.

Na omszałym, starym pniu, nad brzegiem stawu, siedziała Driada, była zamyślona i zapatrzona w toń. Martwiła się.

– Coś się stało? – Skrzat, który pojawił się nie wiadomo skąd, delikatnie dotknął jej ramienia.

– E, jeszcze nic, ale się stanie… – odpowiedziała cichutko – jeśli nie zaniosę zimnej, wieczornej rosy Różanopalcej Jutrzence, aby mogła sobie obmyć i schłodzić palce, którymi co rano barwi Niebo, przygotowując je na powitanie Świtu, to się stanie… Ona jest wciąż w drodze, wciąż biegnie do przodu budząc Dzień, nie ma czasu aby się zatrzymać nawet na chwilę, obiega niestrudzenie Ziemię dookoła i wkrótce tu wróci, muszę jej dać chłodnej rosy, bo jej rozgrzane palce tracą moc, ale nie mam jej w co zebrać… Potrzebuję naczynia, a w całym lesie takiego nie ma…

– Rozumiem, to musi być coś specjalnego – mruknął Skrzat przysiadając obok.

– Właśnie! Musi mieć w sobie ciepło letniego dnia i chłód nocy, musi być złote jak Słońce i jednocześnie srebrne jak Księżyc w pełni, i jeszcze mieć zieleń traw i malachit leśnego stawu…

Ech…. – westchnęła bezradnie i smutno – skąd ja coś takiego wezmę…

– Złoto Słońca i srebro Księżyca… – powtórzył zamyślony Skrzat – czekaj, może coś poradzimy.

Wyjął swoją zaczarowaną różdżkę, zapatrzył się na słoneczne promienie tnące leśne powietrze i  pieszczące powierzchnię stawu, spojrzał na łąkę pełną żółtych kwiatów i szepczących, turkusowych traw, na siwą mgłę czającą się w ciemnych ostępach lasu, na srebrną głowę Księżyca przygotowującego się do swej nocnej podróży, sypnął diamentowym pyłem, który zaiskrzył w słońcu miriadem brylantowych iskierek i zanim pył zdążył się unieść w górę i osiąść na Niebie zmieniając się w gwiazdy, już trzymał w rękach misę…

Była cała otulona w złoto Słońca prześwitujące przez gałęzie drzew, które gdzieniegdzie wydobywało szmaragdowy turkus  traw i głęboki malachit stawowej wody, a w środku miała srebro Księżyca i szarość leśnej mgły, z której wychylały  zaczarowane kwiaty z kielichami pełnymi wieczornej rosy…

– Och – szepnęła oczarowana Driada – jaka piękna… gorąca na zewnątrz, chłodna w środku… mogę? – spytała wyciągając ręce.

– Tak, wyczarowałem ją dla ciebie przecież – odparł Skrzat podając jej misę, odwrócił się i zniknął tak nagle, jak nagle wcześniej się pojawił.

– Dziękuję – zawołała szczęśliwa Driada.

Ale  tylko Echo, hasające boso po lesie i roznoszące głosy, odpowiedziało jej głosem Skrzata  – drobiazg, przecież jestem tu po to, żeby pomagać  …

A Driada, niczym płocha sarenka, czym prędzej pobiegła na łąkę, otuloną już dziurawym płaszczem Zmierzchu, przez który prześwitywały gwiazdy, by szukać chłodnych kropel wieczornej rosy i strząsać je z kwiatów i źdźbeł traw – kropla po kropli – do misy, żeby, jak tylko pojawi się  Jutrzenka, przynieść ukojenie jej różanym palcom…

 

Oczywiście ta misa, którą oglądacie, to tylko replika tej czarodziejskiej, ale starałam się wiernie oddać tę grę cieni i światła oryginału 😉

choć, przyznaję, z pokazaniem tego, co zrobiłam, miałam  ogromny kłopot, pewnie to za sprawą tych różnych odcieni złota, a może winne jest  srebro ze środka? W każdym razie  gdybym zamieściła jeszcze ze 150 zdjęć to i tak na każdym wyglądałaby inaczej…

Misa jest duża, o wys.140 mm i średnicy 275 mm, wypalana

BELLE JARDINIERE – MISZ-MASZ CZYLI KOLAŻ…

 

– Mamuś?…

– Mami?!

– Maaamooo!!!!

 

 

 

– Tak? Mówiłeś coś?

– A jak! I to od dobrych 5 minut – Nieletni wywinął orła oczami, żeby dobitniej zaznaczyć te 5 minut – a ty nic…

– Nie ściemniaj synuś, nie ściemniaj, co najwyżej od marnych czterech… tak mi się właśnie wydawało, że coś mi brzęczy nad uchem od czterech minut, na pewno nie od pięciu, bujać to my ale nie nas – odpowiedziałam  wracając z konieczności, acz niechętnie,  do rzeczywistości  z moich światów równoległych, gdzie przebywałam od rana i próbowałam, teoretycznie na razie, rozwiązać arcyważną kwestię transferowania na olejowane drewno, co wydało mi się rzeczą nie cierpiącą zwłoki w rozwiązaniu, jako, że transfery uwielbiam, a ostatnio i do olei pałam miłością wielką, a one jak powszechnie wiadomo tłuste dość są i z transferami niekoniecznie kompatybilne – czego dusza chciała?

– Pytałem co to jest kolaż?

– To nie pytaj po próżnicy jak mnie nie ma, poczekaj aż wrócę, szkoda  czasu i atłasu, a w ogóle to mógłbyś sobie poczytać – odpowiedziałam z lekka zirytowana, bo nie lubię wracać znienacka i z zemsty owiałam dziecię  smrodkiem dydaktycznym – kto czyta, nie błądzi…

– Chyba kto pyta? Poprzednio mówiłaś – kto pyta nie błądzi… – Nieletni machnął ręką w bardzo wymowny sposób, mający wyrażać podobne treści, co wywijanie orła oczyma, ale bardziej dosadnie – jak to cię nie ma? A ty to kto?

– Ja to ja, ale czasem wybywam w światy równoległe… znaczy duchem wybywam, bo ciało zostawiam, kto by tam targał taki ciężar – dałam się wkręcić w dyskusję, choć dobrze wiedziałam, że przecież dziecię doskonale ze stanami nieważkości rodzicielki obeznane, więcej – przejawia symptomy bardzo podobne moim, szczególnie jak matka – istota powołana do dręczenia młodej duszy – każe wynieść śmieci / wypakować zmywarkę / wyprowadzić psa/ itp. itd… – pytasz jakbyś nie wiedział, a wiesz! – też wzmocniłam wypowiedź wymownym gestem – i to od piętnastu lat! Te dwa brakujące tygodnie się nie liczą – dodałam szybko, uprzedzając reakcję  Nieletniego, który już się szykował do riposty (wiem, bo oczy mu błysnęły), że jeszcze wcale nie piętnaście, wcale! bo brakuje owych, nic nieznaczących, dwu tygodni, jakby to miało jakieś znaczenie… bo niby  co znaczą jakieś głupie dwa tygodnie w stosunku do wieczności?…

 Nieletni  uwielbia takie drobiazgowo-szczegółowe rozliczenia, uciekając się do nich w najmniej stosownych momentach, czym mnie wprowadza w stan pasji…

Ma to po Najlepszym. Oba człony – i szczegółowość i wprowadzanie mnie.

 

 – No to powiesz mi wreszcie co to ten jakiś kolaż jest?

– Misz-masz.

– Co masz?

– Misz.

– Że co misz???

– Masz.

– A tak bardziej po ludzku? Żeby człowiek zrozumiał?

– No mówię przecież – kolaż to… no  taki misz-masz to jest właśnie…  hmmm… no takie warstwy…  jakby ci tu… no wiesz, takie jeden na drugiego, jeden na drugiego…

– I Chinole stanęli na Księżycu – wpadł mi w słowo – ja chcę wiedzieć co to jest kolaż, a nie jak Skośnookie zdobyli tego Srebrnego. Skup się.

– Rany! Kolaż to są warstwy – się z lekka zirytowałam, bo jak można nie wiedzieć co to jest misz-masz??!! – war-stwy, czaisz?… Ogr ma warstwy, kolaż ma warstwy, cebula ma warstwy, rozumiesz?

– Że co to są warstwy? No jasne, oglądałem Shreka to wiem, ja tylko  nie mam pojęcia co to ten kolaż – Synek oblekł facjatę w minę p.t. „ O ja nieszczęsny i sponiewierany przez bezduszność tego świata i własną mać do tego” – to jak w końcu?

– Och, ssssmoczyca, ale mnie męczysz! No się nakłada jedno na drugie, potem drugie na trzecie i znów… robi się taki przekładaniec, taki zlepek, z różnych rzeczy… z fotografii na ten przykład… albo gazet różnych… szmat czasem… albo transferów (no, i chyba już wiem, jak zrobić transfer na olej!), a potem z tych misz-maszów  powstaje coś zupełnie nowego, to taka technika artystyczna, taki środek wyrazu, wielcy tego świata też się parali kolażem, że wspomnę choćby Picassa… Rozumiesz?

– Noooo nieeee wieeeem…  – Młody efektownie przeciągnął samogłoski – coś mi chyba świta, ale tak do końca to chyba jeszcze nie… A ty byś umiała taki kolaż zrobić?

– No jasne!– odpowiedziałam beztrosko i z wielką pewnością w głosie, bo wciąż mi się zdarza robić za wszystkowiedzącą i umiejącą matkę, co by podbudować chwiejący się autorytet – to prościzna jest, takie jedno na drugie i już.

– Naprawdę??! Umiałabyś? – Nieletni spojrzał na mnie z podziwem i uwielbieniem bijącym wręcz z jego szarawych ócz, aż mi się ciepło na sercu zrobiło –  wiedziałem, że ty potrafisz!!! I że nie będę się musiał wstydzić.

– Ty… – poczułam nagłe ostrzegawcze ukłucie w czerepie – a o co tak naprawdę chodzi??

– No o kolaż – dziecię pozwoliło sobie na lekki uśmieszek pod miejscem na wąsy – no bo wiesz… zgłosiłem się do  referatu o kolażu… i pani powiedziała, że jak przyniosę jeszcze jakiś przykład tego kolażowego czegoś, taki zrobiony, to będzie wyższa ocena…

– Ale przecież ja to nie ty – próbowałam się desperacko ratować – ja się absolutnie nigdzie nie zgłaszałam , i kto ma tę ocenę dostać?

– No wiadomo, że ja, za referat – dziecko emanowało spokojem i samozadowoleniem wprost przesadnym – tylko nie pyszcz, już napisałem… a ten kolaż to tylko taki przykład ma być, taka kropka nad i, jak to zawsze mówisz… zresztą nie panikuj, pytałem pani, czy ty możesz zrobić, bo chciałbym, żeby było ładne, a ja nie potrafię tak ładnie jak ty, i że ja będę asystował i podawał co tam będziesz chciała, a przy okazji się będę uczył… i że tobie będzie miło, jak mi będziesz mogła pomóc, bo ty lubisz pomagać…   i pani się zgodziła, bo cię chyba lubi, pod warunkiem, że będzie jej wolno  pokazać to w pokoju nauczycielskim, to co miałem zrobić??… też się zgodziłem…

 

…………………………………………………………………………………

 

Na temat technik socjometrycznych, które, jak się już nie raz przekonałam, moje dziecko opanowało śpiewająco, można by nawet rzec, że ma je w małym palcu i że przejawia wybitne wręcz zdolności w tym kierunku, będzie innym razem…

 

…………………………………………………………………………………

 

A kolaż w temacie Belle Jardiniere, który mnie zauroczył u Grażynki co to bawi się w Decoupage wieczorową porą :),  zrobiłam na kolejnej wielgachnej tacy, która okazała się świetnym polem, nie poletkiem – polem! (z powodu oczywistego, t.zn swoich gabarytów) doświadczalnym i doskonałym narzędziem dla mojej osobistej zemsty faraona nad dziecięciem mym, po wychodkach ganiać go nie zamierzam, ale z tobołem wielkim do tej szkoły wysłać (nic większego na stanie nie posiadałam) to już i owszem… wychodzi więc na to, że okrutna nie jestem, ale złośliwa to już tak.

No cóż, trudno… jakoś to przeżyję…

 

Całość wyszła monochromatyczna, utrzymana w sepii i brązach, w stylu retro,

do kompozycji wykorzystałam transfery grafik, doskonaląc technikę transferowania na olejowane drewno, oleje, maski, stencil, złoty lakier, bitum, woski postarzające, patyny i pasty pozłotnicze, całość woskowana.

I tylko w paru miejscach pozwoliłam sobie na delikatne maźnięcia turkusu…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taca drewniana, BELLE JARDINIERE, 640 x 540 x 80 mm

WRONA ZIMOWA

 

 

Siedzi wrona  na gałęzi i zrzędzi:

– czy- jak wrona – to musi zaraz, że czarna?

– czy – na szpaka! –  zawsze musi krakać?

– czy zamiast latać, nie mogłaby – dajmy na to – skakać??

 

Siedzi wrona na gałęzi i kracze:

– że głodno,

– że zimno,

– że biało,

– że chciałoby się, oj chciało….

 

Siedzi wrona na gałęzi,

nastroszona myśli smętnie,

że ma zimy dość na wskroś,

i że chętnie

lata by już zakosztować rada…

 

Ale tak się kiepsko składa,

że do lata, moi mili –

157 dni… i..

nocy (! 😉 )   oczywiście też!!  

 

Posen, 2014. 17. stycznia

 

 

Sikoreczki, panieneczki, podróżniczki dwie…

 

 

 

 

Dwie panienki, Sikoreczki-Żółtobrzuszki

lecieć chciały na Bahamy, ogrzać sobie nóżki. 

U nas zima, jeść co nie ma,

w piórka szczypie mróz…

A tam za to – słońce, lato,

gąsieniczek w bród!

 

Spakowały swoje torby w kratę,

(pożyczyły je od sójek, latem),

sprawiły sobie po czapce z pomponem,

po szaliku, po parze bucików,

do tego skarpety wełniane

i po kożuszku, podbitym baranem,

bo droga daleka, a tu mróz…

 

Wzięły nuty, żeby zaraz

u kanarków na Bahamach

lekcje śpiewu brać,

żeby w cudnym entourage,

romantycznie, na gitarach,

w ciepłe noce grać.

 

Nie ma czasu – trzeba gnać!

 

Spakowały kanapki na drogę – ze słoniną,

Do termosu herbaty nalały – z cytryną.

I poleciały się żegnać  – z rodziną.

– Możemy już lecieć.

– Jeszcze tylko bilety kupimy

i fruuu… na lotnisko lecimy!

A potem

samolotem

na Bahamy z LOT-em.

Wrócimy tu z wiosną, za tygodni osiem….

 

– A córeczki- sikoreczki – Sikor-tata pyta:

– wszystko macie?

– Okulary?

– Opalacze?

– Z filtrem krem?

– Tak  tatusiu,  we all  have!

– I paszporty? I piżamę? I bieliznę na zmianę?

– Eeeee…. paszporty??? A one nam na co???

– Jak to „na co”?! – Sikor twardo rzecze 

– Wszak Bahamy nie są w Unii – wie to każde dziecię 

– trzeba mieć paszporty!!

– Nie możecie lecieć…

😉

V.

Smochowice, 2012

 

Mgła.

 

 

 

 

 

 

… a dziś siwa mgła otuliła świat płaszczem zwiewnym, półprzejrzystym…

wymazała ludziom twarze, skradła barwy liści…

 

i szarością horyzont zakryła …

i kąty wyobliła, 

 

skróciła ulice, wytłumiła dźwięki…

i ziemi przychyliła nieba,

 a drzewa mokrym spięła welonem…

 

i na igłach sosen i nitkach pajęczyn nanizała brylantowych kropli rój….

 

i świat wstrzymała w pędzie szaleńczym – na mgnienie tylko…

bo zaraz potem, potajemnie, jak mgielne wspomnienie

rozwieje się w nicość…

 

A jesień kocham…

Lubię zimę.

Za jej nieskalaną biel śniegu…   

i  za  wrony na śniegu Konstantego…

Lubię wiosnę.

Za nowe, zielone,  rozświergotane  Życie…

i  za optymizm…

Lubię lato.

Za malachit zaklęty w lipowym miodzie …

i za wieczorne burze nad morzem…

Lubię jesień.

Za…

Nie, nie! Jesień kocham…

 

***

 

     A ona właśnie przyszła, Pani Barwnooka –  pachnąca,  rozkolorowana,  wspaniała …

z  odurzającym  zapachem  dojrzałych  jabłek i śliwek,

ze słodkim  aromatem  konfitury z róż,

i pachnącym  Świętami,  grzybnym  koszem  na kuchennym stole,

z karminowymi  koralami  jarzębiny,

lawendowymi i wrzośnymi wiankami,

i atramentowymi  jagodami winnych gron,

i ze szkarłatnymi głogami,

i kasztanami lecącymi jak rudy grad, wprost pod nogi,

i prześwietlonymi słońcem, rubinowymi nalewkami, zamkniętymi w szklanych słojach,

i woskowymi ożynami, nabrzmiałymi sokiem w kolorze indygo,

i rokitnikiem,  całym w maleńkich, oranżowych pomarańczach,

i cynamonem  sosnowych szyszek,

i…

 

    Jesień…

czas z drzewami w sadach uginającymi się  pod ciężarem owoców,

z ogrodami pełnymi astrów, i chryzantem, i wrzosów, i  lawendy, i ostatnich herbacianych róż,

i z babim latem…

czas kipiący całą paletą barw na targowych straganach,

i stubarwnych  liści zaglądających do okien,

i z kluczem odlatujących dzikich gęsi, zamykającym lato …

 

     Kocham ten czas – niespiesznych, rowerowych wycieczek pośród ogrodów, w których zapobiegliwi gospodarze, równie niespiesznie, palą ostatnie letnie chwasty  i spadłe z drzew kolorowe liście… kocham obserwować jak fantastyczne kształty przybiera zielony dym, jak się snuje po ogrodach  wśród sztachet i krzewów, przydając im jakiegoś nieziemskiego i baśniowego wyglądu –  tyle w nim tajemniczości i  romantyzmu…

i tak pięknie obejmuje,  i otula sobą wszystko co napotka…

kocham zapach tego dymu  –

gęsty i  zielony, jak jego kolor…

ma w sobie  woń  mięty  i macierzanki,  i tymianku, lubczyku, i oregano,  i majeranku,

i letnich, gorących wieczorów,

i kwiatów,  i liści  skąpanych rosą,

i ziemi przygotowującej się do snu,

i ma obietnicę…

i tajemnicę…

   

     Kocham jechać aż do jeziora, drogą  pośród drzew pyszniących się feerią barw…

miliona barw zebranych z całego świata, bo przecież jest tu i mahoń kardamonu sprzedawanego na targu w Kalkucie, amarant szafranu z  suku w Casablance, i królewskie złoto kurkumy z bazaru w Stambule,  jest purpura  morskich zachodów słońca nad Egejskim Morzem, i głęboki antracyt wulkanicznych  piasków  z cypryjskich plaż, i cytryny ,  i ochra  afrykańskiej ziemi, i ugier Sahary, i bursztyn z zagubionej bałtyckiej wydmy, gdzieniegdzie błyska jeszcze zieleń oliwnych gajów, jak  lata cudne wspomnienie… bogactwo barw jest tak wielkie, że aż  w głowie się kręci, niektóre nienazywalne, bo jak tu nazwać kolor będący mieszaniną moreli, gorzkiej czekolady, granatu, wrzosu, fuksji, cytryny, sepii i jeszcze bógwieczego???…

 

    Kocham usiąść na chwilę na piaszczystym, jeziornym brzegu, zapatrzyć się  w pomarszczoną leciutkim wietrzykiem jesienną wodę, ponadziwiać  pływającym po powierzchni kolorowym plamkom opadłych liści, ponawdychać powietrza przesyconego wonią tataraku  i jeszcze czegoś, ledwie wyczuwalnego i  nienazwanego…

gdzieś daleko widać mleczne żagle łodzi zmierzających do mariny…

dużo bliżej, podobne żaglówkom, dumne łabędzie rozpościerają szeroko skrzydła i chwytają wiatr…

a ponad nimi goreje niebo, mieni się, jakby pozazdrościło malarskiego przepychu liściom…

powietrze nie ma już tej przejrzystości co latem, ale i tak widzę jak  na drugim brzegu zaczynają tajemniczo błyskać maleńkie światełka…

każde oznacza czyjąś obecność,…

czyjeś ważne sprawy…

radości…

smutki…

może zdrady?…

może miłość?…

 a z jeziora rodzi się mgła…

    

   Kocham wracać do domu, już prawie na samej granicy dnia,  owiana wiatrem, pachnąca  zielnym dymem, napatrzona do syta kolorowym  cudownościom, zmęczona i trochę zmarznięta…

kocham przysiąść…  jeszcze na chwilkę…  z filiżanką herbaty pachnącej słodkością różanej konfitury, w otwartym oknie…

dać się otulić szeptom i szelestom, poprzyglądać jak gaśnie dzień – wciąż jeszcze  trwa, bo widzę ogród, ale powietrze staje się coraz bardziej mgliste, cienie drzew robią się z każdą minutą dłuższe i dłuższe…

już prawie zlały się  ze  zmierzchem wypełzającym z mrocznych  kątów ogrodu…

skądś, z innego świata,  dobiega zgrzytliwy, jęczący i tęskny głos piły, ale zamiast mnie irytować – w jakiś dziwny, czarodziejski  sposób potęguje uczucie spokoju…

i… sielskości…

i… nostalgii…

może dlatego, że ledwo się przebija przez gęste, mgliste  powietrze, że jest wytłumiony i  zupełnie niedokuczliwy…

znowu czuję woń zielonego dymu – znalazł drogę  do mojego ogrodu… wciąż jeszcze dostrzegam  przepych rubinowych  liści dzikiego wina, pnącego się po murze…

wyglądają jak duże, rozcapierzone dłonie, które za mgnienie pochwycą noc…

 A ja rozpalę ogień w kominku brzozowym polanem.

 Kocham jesień.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   Smochowice, wrzesień

 

 

 

 

 

Ten pean 😉 na cześć jesieni napisałam dwa lata temu, ale od tego czasu nic, a nic w tej materii się nie zmieniło – kocham, jak kochałam, piękna jak była, tak jest, więc i pean jak najbardziej aktualny 😉

 

kolonialne Indie – o czym taca baje…

 

 

 

 

Ta taca, to  moje ostatnie trafienie w Starej Rzeźni*… 

była stara, brudna, porozsychana i z ubytkami, niepozorna i właściwie nijaka… ale ciągnęła mnie do siebie z jakąś magiczną siłą… bezwiednie i bez jakiegokolwiek świadomego udziału woli wracałam w miejsce, gdzie leżała, nawet nie wiem ile razy, za każdym patrząc na nią chwilę i odchodząc dalej, a po niedługim czasie łapałam się na tym, że znów tam jestem i znów patrzę… leżała przygnieciona jakimś żelastwem, wystawał jej tylko brzydki  narożnik z falbanką  wyrzeźbioną w drewnie, zwieńczającą rant…

w końcu nachyliłam się, żeby się dokładniej przyjrzeć, ostrożnie wyciągnęłam rękę w jej kierunku, delikatnie dotknęłam… i w tym momencie przepadło!

Nagle poczułam, że muszę ją mieć – teraz-zaraz-natychmiast – wyszarpnęłam ją gorączkowo spod stosu żelastwa i zapłaciłam, nawet nie pomyślawszy o targowaniu (a niezmiernie rzadko mi się zdarza nie targować się… właściwie, to nawet nie rzadko, a nigdy… wiadomo, ja z Posen jestem…).

Miałam ją! A ona była taka, jak przeczuwałam – duża, brzydka, uszkodzona, niebywale brudna, z pękniętą deską w dnie… i moja!

Tego dnia kupiłam jeszcze parę drobiazgów – jakąś porcelanę, jakąś paterę, dwie ramki, starą skrzynkę, trochę metalowych okuć, trochę starych cyferblatów, które już od dawna czasu nie liczą,  ale nic nie sprawiło mi takiej frajdy jak ta stara taca. Czułam, że skrywa jakąś tajemnicę… a może poddałam się tylko jej czarom?…

Najlepszy od wieków już nie komentuje moich giełdowych trafień, wie, że to na nic , może jedynie  wywołać burzę, a ja wciągnę go w wir „niepodważalnej argumentacji”…  a na końcu i tak będzie musiał przyznać, że „nie można było tego nie kupić”… teraz to już tylko milczy i co najwyżej pozwala sobie na uśmieszek pod wąsem – mały i półgębkiem – żebym nie zauważyła…

tym razem jednak zobaczywszy moją tacę i to, w jakim nabożnym uniesieniu ściskam ją w objęciach pozwolił sobie na wielce kąśliwą uwagę, że niby dobrze, że  ją przytargałam do domu, bo teraz przynajmniej będzie spokojny, że nam zimą drewna do kominka nie zabraknie! Profan!!!!

Ale ja nawet nie pomyślałam, żeby odpowiedzieć – pognałam do łazienki, żeby mój cud z brudu obmyć. A łatwo nie było – musiała być bardzo stara, bo drewno było niewyobrażalnie sponiewierane, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że się nie da i że będę ją musiała zostawić, ale właśnie wtedy, nagle, moim oczom ukazało się prawdziwe piękno tego drewna – a ja niespodziewanie odkryłam, że cała taca zrobiona jest z drewna oliwnego, pięknego, naturalnie postarzonego niezliczoną ilością lat, jak naturalną patyną…

Niestety, zobaczyłam również, że nie uda mi się jej pozostawić w takim naturalnym pięknie, bo jej dno było bardzo zniszczone i uszkodzone – musiałam je posklejać, wypełnić ubytki, pozbijać boki – musiałam je zrobić na nowo.

I dobrze wiedziałam, jakie ono będzie, bo sama taca zdążyła mi już wiele o sobie opowiedzieć – ja ją szlifowałam (a kto pracował z drewnem oliwnym, ten wie ile to czasu zajmuje, bo to niezwykle twarde drewno), a ona opowiadała mi – o pewnym starym, angielskim gabinecie z epoki królowej Wiktorii, ze snującym się leniwie dymem z cybucha, gabinecie  przesiąkniętym słodkim, korzennym zapachem Amphory, z ciemnozielonymi, pluszowymi zasłonami w wiktoriańskich – wąskich i wysokich – oknach, z globusem stojącym w rogu, pokazującym nieodmiennie Indie… z olbrzymim, mahoniowym biurkiem w głębokim kolorze burgunda…

opowiadała o starym pułkowniku, który po wielu latach powrócił z Indii do Starego Kraju, o  tacy (mojej tacy!) i stojącej na niej filiżance z   Masala Chai, którą pułkownik codziennie popijał, bo ona na chwilę przenosiła go z powrotem do miejsc, które ukochał i za którymi tęsknił, przesuwała  pod jego przymkniętymi powiekami dawno minione obrazy… a to  dumnego i wyniosłego maharadży, spoglądającego z wysokości słoniowego grzbietu, siedzącego w palankinie ze swoją maharani – piękną, podobną rajskiemu ptakowi, w bajecznie kolorowym sari błyskającym złotymi nitkami w zachodzącym słońcu, a to  słodki obraz młodej, kruczowłosej kumari – córki maharadży, w której się dawno temu zakochał…

Oczywistym więc było, że taca dostanie mapę,… mapę, która pozwoli pożeglować staremu pułkownikowi do kraju, gdzie był szczęśliwy, gdzie wciąż, być może, czeka na niego zakochana kumari…

 

______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

*Stara Rzeźnia – zabytkowy kompleks budynków rzeźni miejskiej w stylu eklektycznym, obejmujący teren ponad 5ha, wybudowany w latach 1897-1900 w/g projektu architekta  Fritza Moritza (w całości z cegły klinkierowej), będący w tamtym czasie najnowocześniejszym takim obiektem w całej ówczesnej Europie, jej budowa kosztowała prawie 3 mln. marek – suma olbrzymia…

S.R. mieści się na Garbarach, w dzielnicy historycznie wywodzącej swą nazwę od garbarzy (garbników), którzy zamieszkiwali te tereny od średniowiecza i trudnili się wyprawianiem skór.

Obecnie miejsce to jest wykorzystywane w celach kulturalnych, odbywają się tu m.in. przedstawienia i happeningi Międzynarodowego Festiwalu Malta, a co tydzień – największy w Posen pchli targ (zwany u nas Flohmarkt), doskonale znany wszystkim mieszkańcom miasta i okolic.

 

Miałam okazję pokazać to miejsce (dla mnie magiczne i silnie uzależniające)  moim znakomitym koleżankom z pewnego forum, bawiącym w Posen na I Forumowym Sabacie Decouczarodziejek  we wrześniu 2012 i mam ogromną nadzieję, że wycieczka nie była dla nich utrapieniem i sprawiła, że i one poczuły magię tego niezwykłego miejsca…

Do zobaczenia w Paryżu o dziewiątej…

 

 

 

 – mówi i wręcza jej szkatułę – pamiętaj, o dziewiątej!– a potem wkłada do szkatuły dziewięć maleńkich turkusów, po jednym na każdą godzinę.

Będę pisał… i będę tęsknił, już tęsknię – uśmiecha się do niej tym swoim dziecięcym uśmiechem, tak  bardzo niepasującym do dorosłego mężczyzny i tak  przez to rozczulającym.

Ja też – szepce cichutko i szybko opuszcza głowę, żeby nie zobaczył rumieńca, który  pali jej policzki.

Patrzy jak odchodzi, jak wsiada do pociągu, jak odwraca się i podnosi rękę w geście pożegnania.

Patrzy jak nikną w dali światła, wciąż mniejsze i mniejsze.

Do zobaczenia w Paryżu, o dziewiątej – powtarza cicho raz po raz – do zobaczenia…

 

Nie zauważa, że została sama na peronie, że ludzie  porozchodzili się do swoich ważnych spraw, że rozpłynęli się jak światła pociągu, że dzień zmienił się w mrok, że zaczął padać deszcz, nie czuje chłodu…

Patrzy, choć nic już nie może zobaczyć.

W Paryżu, o dziewiątej– powtarza jak mantrę, ściskając szkatułę z dziewięcioma  turkusami – do zobaczenia…

A potem czeka.

Wciąż na nowo przelicza dni na godziny, godziny na minuty i minuty na sekundy, nie mogąc się nadziwić powolności z jaką mijają.

Czeka.

Tylko od czasu do czasu przestaje, żeby przeczytać kolejny list od Niego, a potem, przeczytany,  pieczołowicie układa  w szkatule obok dziewięciu turkusów.

……………………………………………………………………………………………….

To już dziś – myśli podekscytowana – dziś! Paryż, dziewiąta!

Zabiera dziewięć turkusów, po jednym na każda godzinę…

………………………………………………………………………………………………..

Czeka.

Wciąż nie może się nadziwić, jak szybko mijają sekundy, jak niepostrzeżenie zmieniają się w minuty, miesiące, lata…

Czeka.

Tylko od czasu do czasu przestaje i otwiera szkatułę, czyta listy od Niego, a potem, przeczytane, pieczołowicie układa  obok dziewięciu turkusów…

 Do zobaczenia w Paryżu… o dziewiątej…

Była wtedy w Paryżu o dziewiątej.

Sama.

………………………………………………………………………………………………..

Czeka.

Ma wszystko.

Ma szkatułę.

Ma listy.

I dziewięć turkusów, po jednym na każdą godzinę, na  miesiąc, na rok…

Ma czas.

Nie ma tylko łez…

 

 

Skrzynka na listy lub inne pamiątki – decoupage, złocenia, postarzenia, stemple, utrzymana w kolorystyce turkusowej z elementami brązu i złota, woskowana złotym woskiem koloryzującym.

z życia ogrodu – Powolniak, spotkanie drugie…

 

 

 

 

 

 

 

Drugi raz mięczak nawinął mi się już po jakimś tygodniu…

i znów  Pióro przyszło z pomocą i opisało jak było…

A było tak:

 

Ledwo dziś podeszłam do schodów  od razu usłyszałam znajomy głos..

– Pse Pani, pse Pani …

– Wiem, wiem … chcesz skoczyć ze schodka… – odpowiedziałam na zaczepkę trochę od niechcenia, bo zamierzałam właśnie zmieść z moich pięknych, świeżo pomalowanych schodów, liście …
– Nie, to nie to … chciałaby Pani  wiedzieć, co się u nas w oglodzie dziś wydazyło?

– No pewnie, że tak – przyznałam  z lekka zaciekawiona …

– A cy mogę najpielw skocyć ze schodka?

”Szczwany lis” – pomyślałam,  ale odstawiłam szczotę i nawet pomogłam mu  wgramolić się na ten schodek …

Skoczył raz…

Skoczył drugi…

Skoczył trzeci…

I… zażądał skoku z balustrady …

”No, bezkręgowy,… przegiąłeś!!!…”

– Dość tego! – mruknęłam i zgarnęłam miotłę  zdecydowana odejść, sama na siebie wściekła, że dałam się wkręcić jak Nieletni – gdy  nagle mięczak wypalił:

– A u nas dzisiaj była bunga-bunga !!!

– CO było??

– No bunga-bunga…  cy jakoś tak… no, ten Silvio tak to nazywa ..

– Jaki Silvio? Marychę paliłeś, czy klej wąchałeś !?- spojrzałam na  oślizłego..

– Psę Pani… ja to bym Pani  nigdy nie osukał, nigdy… a ten  Silvio pzybył z zaglanicy… wcolaj … o, stamtąd…. – oburzył się, chyba szczerze, i  machnął czułkiem w kierunku , który wyraźnie mówił , że nie łgał. Za płotem, u sąsiadki, faktycznie jest taka mała, lewa hodowla pełzających…

– No, dobrze … załóżmy…  ale tylko załóżmy!,  że ci wierzę – rzuciłam niezobowiązująco, żeby skubany nie myślał, że ciekawość mną szarpie… – opowiedz mi teraz  wszystko od a do zet…

– A mogę skocyć ze schodka??? …
– Nie przeginaj!
– Dobla juz, dobla… no  więc w nocy obudziła mnie muza, wysedłem z domu, patzę….  a tam,  na południu, pod labalbalem,  zlobił się niezły lejwach wślód moich kolegów i kolezanek…  ni stąd, ni zowąd, zjawił się tajemnicy gość … elokwentny, salmancki, wypomadowany… od lazu było  widać , ze nadziany, choćby po tej wypicowanej willi, do któlej panienki zaplasał…  cułkami gestykulował…  plezenty lozdawał… gościu młody juz nie był, fakt, i podobno nawet nosił tupecik…  ale te plezenty, oj…

– Zaraz! – przerwałam – a ty? Ciebie nie zaproszono?

– Aaa…. bo na mnie wołają Powolniak … zawse najlepse balangi mnie omijają  🙁 – pełzający z zakłopotaniem opuścił oczęta i zamilkł na dłuższą chwilę …

Już, już miałam pozwolić mu skoczyć, bo mi się żal śluzowatego zrobiło, gdy ten nieoczekiwanie podjął :
– …no i ten nowy kazał do siebie mówić Silvio ….  biba była, ze lajuśku!… nawet skolki zazdlościły… a śpiewali coś jakby bunga-bunga właśnie…     a dalli się, ze az musiałem dać nogę  do chaty, zeby nie ogłuchnąć …… i tyle wiem, psę Pani… … no moze jesce to, ze dziewcynki dziś ślizgiem kątowym chodzą… …

– A telaz, pse Pani, to mogę skocyć ze schodka?? – zakończył chytrze.
Poszłam zaraz spenetrować rzeczone rejony ogrodu, nie do końca wierząc w to, co usłyszałam …   a tu – proszę, jest!…   Silvio jak malowany… trochę blady i zmęczony, jeszcze cokolwiek ubzdryngolony… ale to on!… relaksował się skurczybyk na kamieniu po nocnej bunga…

– No, Silvio!…

…chciałam dodać jeszcze – „wracaj gościu, skądeś przyszedł!” – no, może nie tak kurtuazyjnie… – ale nie zdążyłam, bo rozpasana wyobraźnia złośliwie podesłała mi obraz mojego wiosennego ogrodu…

…oczyma duszy zobaczyłam nagle,  jak spod każdego krzaczka, każdego źdźbła, zza każdego kamienia i kwiatka wychyla się do mnie blado uśmiechnięta kopijka Silvia… wizja była porażająca!…tak porażająca, że zamiast „spadaj” zdołałam jedynie jęknąć

– ooo, (piiiip)!!!!!!!!!!!!…

 ********************************************************************************************

i  żeby nie było, że z fauny ogrodowej mam tylko oslizłe, to voila – mam też inne…

 

aaaa… i całkiem niedawno znów spotkałam Powolniaka…

czyli c.d.n…

z życia ogrodu – Powolniak, spotkanie pierwsze…

 

 

 

 

 

 

 

 

Ci, którzy  znają mój ogród, wiedzą, że  mieszka w nim  Powolniak…

Powolniak to mięczak, powolny bardzo on jest (stąd zapewne i imię  jego), ale sympatyczny… sprytu też nie sposób mu odmówić, a do tego rozśmiesza mnie i bawi…

pierwszy raz spotkałam go jakiś czas temu  i to spotkanie – spisane wówczas przez Pióro dość wiernie – wyglądało tak :

 

Pewnej niedzieli siedzi sobie zamyślona Violunia na schodkach tarasu , patrzy z troską na stopnie i zastanawia się czy czas już je malować.

Nagle z trawy wychyla się ślimak :

– Pse Pani, cy ja mógłbym psejść się po schodku i zeskocyć w tlawę?

– A przejdź sobie – odpowiada Violunia.

Ślimak wgramolił się na schodek, przemaszerował po nim i zeskoczył w trawę .

 

 Violunia ponownie zamyśliła się nad malowaniem.

 

Po chwili ślimak znowu wychyla się z trawy:

– Pse Pani, cy ja mógłbym psejść się po schodku i zeskocyć w tlawę?

– No przejdź sobie! – odpowiada trochę już poirytowana Violunia …

Ślimak wgramolił się na schodek, przemaszerował po nim i zeskoczył w trawę.

 

 Violunia nieustannie myśli o malowaniu.

 

Po chwili ślimak znowu się wychyla:

– Pse Pani, cy ja mógłbym… – widzi wielką już irytację Violuni – … usiąść obok Pani??

– A siadaj – odpowiada zdziwiona Violunia.

 

Ślimak usiadł na schodku obok Violuni.

Siedzą tak sobie w milczeniu, siedzą (Violunia myśli o malowaniu)…

 

Aż tu z trawy wychyla się drugi ślimak:

-Proszę Pani, czy ja mógłbym przejść się po schodku i zeskoczyć w trawę?

Na to pierwszy ślimak:

– Spadaj oślizły!… Dobze mu powiedziałem, pse Pani??… :

😀 😀 😀

 

Potem nastąpiło spotkanie drugie….

ale o tym  już w następnym poście 😉

 

a póki co ogród w odsłonie czerwcowej…

 

Translate »