skrzynka

now browsing by tag

 
 

JAK TEN CZAS SZYBKO PŁYNIE…

 

 

 

 

 

… dopiero były warsztaty w Skoczowie, a tu już za progiem następne…

Przedstawiam więc trzy nowe projekty – wszystkie będą realizowane na lutowych warsztatach.

Maska karnawałowa, bo jeszcze karnawał trwa,

jajo w stylu Faberge, bo Wielkanoc wkrótce

i skrzynka z romantycznym żaglowcem na skryte marzenia…

 

 

 

 

Ach, i byłabym zapomniała – pobawimy się nowymi żywicami Pentartu, a ja będę miała dla was niespodziankę – zupełnie, ale to zupełnie nową metodę złoceń, dopiero co wymyśloną przeze mnie właśnie przy okazji robienia jaja.

Zatem spotkajmy się w Skoczowie 🙂

Już dziś zapraszam.

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

KAMIEŃ I SZKLANA MOZAIKA – CZYLI SKRZYNKA DREAMS…

 

 

 

 

 

 

 

No prawie kamień i prawie szklana, ale za to na pewno skrzynka 🙂

Trochę trwało zanim powstała i tym razem nie dlatego, że nie miałam na nią pomysłu, a dlatego, że zachciało mi się malować tę mozaikę specjalnymi farbami do szkła, a one schną 72 godziny – każda warstwa, a tu są dwie, a potem jeszcze musiałam ją zalać żywicą, czyli doszło kolejne 36 godzin, a przedtem robiłam obramowanie do tej mozaiki – wysokie, żeby farby i żywica się nie przelały i żeby wyglądało jakby każdy kwadracik mozaiki był w srebro okuty,  więc konturówkę kładłam czterokrotnie, oczywiście czekając aż każda poprzednio położona wyschnie. Zrobienie kamienia przy tym to pikuś – raptem pół dnia i już, ale ta mozaika dała mi popalić. Jedyną rozrywką w czasie oczekiwania na końcowy efekt było podglądanie jak te farby z każdą godziną się zmieniają, jak się przenikają zanim wyschną i za każdym spojrzeniem wyglądają inaczej…

Ale w końcu skończyłam i oto jest – kamienna skrzynka z mozaiką na wieku.

Kamień wygląda jak trawertyn, czego niestety nie udało mi się do końca pokazać na fotografiach, a mozaika ma turkusowe kropki i oglądana pod kątem wygląda jak trójwymiarowa (skutek malowania warstwami). 

Ten sam odcień turkusu „włożyłam” również do środka skrzynki żeby zgrać kolorystycznie wnętrze z zewnętrzem 😉

 

 

 

WAŻKA O KRYSZTAŁOWYCH SKRZYDŁACH…

 

 

 

A w kryształkach, tych maleńkich, niepozornych kryształkach uwięzionych w jej skrzydełkach, przegląda się tęcza.

I poranna rosa.

I promienie słońca, takie bursztynowe, w kolorze zachodu.

Jest tu nocne światło księżyca.

I okruchy gwiazd skradzionych granatowemu niebu.

Jest delikatny fiolet obłoków rozwieszanych tuż nad horyzontem przez zaspaną Jutrzenkę.

I opalizująca zieleń leśnego stawu, w którym kąpią się Driady w upalny, letni dzień…

Jest czerwień maków rosnących przy polnej drodze i ochra spalonej słońcem ziemi, i złoto pszenicy zebranej w snop.

A one same mienią się, błyskają i strzelają milionem diamentowych iskier jak tylko boski Helios zechce na nie spojrzeć.

 

Jak u prawdziwej ważki 🙂

 

 

Kryształki są jak najbardziej prawdziwe, wykrystalizowane dzięki siarczanowi magnezu zmieszanego z farbami i mikami, dzięki bursztynowemu lakierowi, w którym zostały zatopione i żywicy, która je utwardziła.

I tylko zdjęcia są niedoskonałe, bo robione ręką śmiertelnika, a boską powinny, żeby całą tę grę światła i barw pokazać.

 

 

 

MROCZNA KSIĘGA Z ZAMYŚLONYM ANIOŁEM I SZKLANICA Z RÓŻĄ…

Księga taka chodziła za mną od dawna. Mroczna, ale nie tak do końca, bo z aniołem, a wiadomo, że każdy anioł ociepla.
Anioł być musiał, bo właścicielka onej anioły uwielbia, więc jest. Zamyślony.
W srebrze, ciemnym brązie i szarościach, ale z odrobiną złota połyskującą na skrzydłach.
Są też romby – wiadomo, ciemne, bo mrocznie miało być. I turkusowa patyna.
Tył księgi zdobi medalion delikatnie podkreślony złocistym reliefem.
Najbardziej drapieżny i mroczny jest jednak grzbiet i okucia – w czerni i starym, spatynowanym złocie, chropowaty, matowy i przywodzący na myśl ciężki metal.

Do kompletu powstała też szklanica z białego szkła z maleńką, złotą różą.

CZARNE PRZEGRYWA…

 

 

 

 

… kolor wygrywa.

A nie, nie…  nie tym razem!

Teraz i tu to właśnie czerń gra pierwsze skrzypce.

I biel drugie.

I trochę srebro jeszcze przygrywa.

To komplet przeznaczony do konkretnego pomieszczenia, utrzymanego właśnie w tych trzech barwach – czerni i bieli z elementami srebra.

Motyw też konkretny, wskazany przez Inwestora.

Ale już wariacje na powyższe są moje własne.

Jest tu motyw rombów, bo wpasował mi się idealnie, jest czerń – głęboka, matowa, „aksamitna”, jest biel, w niektórych miejscach złamana delikatnie szarością, jest wreszcie srebro – na „główce” butli i na niektórych rombach, zapięciu skrzynki  i na rantach motywu.

A że faktura wszelka wciąż mnie w swoich okowach trzyma i puścić uścisku nie myśli, to i jej nie mogło zabraknąć. 

Widać więc czarno na białym 😉 że poszłam w kontrasty, niejako narzucone mi odgórnie kolorystyką zadaną,  i wyszło  coś, co łączy w sobie jasność i ciemność, gładkość i chropowatość, błysk i mat.

GONIĄC MARZENIA…

 

 

 

Marzenie mam.

Jestem z nim zżyta bardzo, bo towarzyszy mi od zarania jestestwa mego, odkąd tylko młodym pacholęciem będąc, zauważyłam swoją od świata odrębność… rzec więc można, że  towarzyszy mi od zawsze.

Marzę o nim na  jawie,  śnię po nocach (można marzyć o Marzeniu?? zresztą nieważne, ja marzę).

Marzenie owo nie ma żadnych szans na spełnienie, bo wciąż ewoluuje, rozrasta się i się zmienia.

A ja je jedynie nieustannie gonię…

Otóż Marzeniem – wielka litera użyta nieprzypadkowo, a nawet z rozmysłem, jako, że owo już bytem samodzielnym i autonomicznym się stało – otóż Marzeniem mym jest, by damą być było mi dane.

Taką subtelną istotą, delikatną jak ta lelija, bladością przezroczystą efemeryczna,

i jak owa lelija podcięta, padać wdzięcznie na glebę, mdlejąc na zawołanie,

i jeszcze żebym tajemnicza była,

i nienaganne maniery miała,

i bladą cerę w kolorze rozwodnionego mleka, albo ewentualnie Bianco lunare Stamperii,

i takim damskim elegantiae arbiter bym była,

i wdzięk wrodzony żebym miała też,

i żebym, leżąc w powabnej, acz z pozoru niedbałej  pozie na szezlongu, jedną ręką kartkowała żurnale w sepii lub stare albumy z fotografiami swych przodków arystokratycznych, a w drugiej długą lufkę z papierosem trzymała (uaktualnienie: dodaję długie, piękne rękawiczki),

i żeby w zasięgu wzroku kolorowy drink z palemką zawsze rezydował,

i u moich stóp żeby ze dwa charty afgańskie wiernie warowały (uaktualnienie: afgańskie zmieniam na borzoje) ,

i kawę – oczywiście wyłącznie kopi luwak z jedynie słusznej miśnieńskiej porcelany (albo może jednak z Rosenthala?… jeszcze do końca nie zdecydowałam) – z wdziękiem wrodzonym  pijała,

i jeszcze żebym wszystkie przeciwności losu mogła załatwiać migreną – leżałabym sobie wtedy z chłodnym okładem parfumą Golden Deliciouasa  od DKNY zalatującym,  na zbolałym, alabastrowym czole bym go z boleścią i rezygnacją wielką nosiła, a moja mina jasno i wyraźnie  wniebogłosy by się darła ociekając pogardą – „co wy wiecie o cierpieniu??!! wy! co prawdziwymi damami nie jesteście!!!”, a domowi chodziliby na paluszkach i szeptem wymieniali uwagi czy już po medyka słać, czy jeszcze chwilę poczekać,

no i żeby ta tajemniczość ze mnie biła jako ta łuna złota,

i wszyscy, którzy by mnie spotykali na swej drodze, musieliby pytać  z uwielbieniem w oczach i głosie – Qvo vadis, Domina?… no qurna, qvo vadis?…

a ja tchnęłabym ledwie słyszalnie, co by tajemniczości nie tracić, takie tylko małe, tajemnicze –  eeeech… (że niby i tak nie zrozumieją przecież),

i żebym do wód jeździła skołatane nerwy leczyć ( albo chociaż na tych wyspach bananowych dyrdymały śnić bym mogła),

no i bentley z szoferem żeby był na każde moje zawołanie…

Nie myślcie, że ja tylko marzę – o, co to, to nie!!!!

Doskonale wiem, że marzeniom trzeba w spełnieniu pomagać! Wiem i raz spróbowałam.

 Kupiłam sobie kapelusz…

 Czarny, bo kolor wydał mi się elegancki, w sam raz dla damy i postanowiłam go nosić, żeby nie wiem co (a lata siermiężnego PRL-u były), do tego uszyłam sobie długą i szeroką spódnicę z maminej, eleganckiej sukni „na wielkie wyjścia” (też czarną – wiedziałam przecie, że strój damy pasować do siebie w szczegółach musi), bentleya z szoferem chwilowo zastąpił maluch, nawet zbytnio się nie upierałam, że marka się nie zgadza, w końcu to drobiazg, ważne, że jeździł, szofer zaś pasował mi bez zastrzeżeń, bo mój osobisty był. Wystroiłam się jak dama, szofer z fantazją pod wrota zajechał, dama wsiadła (nie bez kłopotów, bo kapelusz odznaczał się imponującym rondem, wybrałam największe jakie było dostępne – boć przecież jak spadać, to z wysokiego konia! –  a i spódnica szerokością mu nie ustępowała).

I pojechali…

Spojrzenia  mijanych kładłam na karb zauroczenia i zachwytu damą (mną znaczy) i łaskawie je odwzajemniałam, wdzięcznie chyląc głowę i rzucając od niechcenia zalotne spojrzenia z rzęs trzepotem w pakiecie spod tego ronda (musiałam ostrożnie, bo rondo zamiatało szybę), tudzież pozdrawiając publikę skinieniem omdlewającej dłoni.

 Zajechali na miejsce, szofer, doskonale wpisując się w moje marzenie, popędził drzwi przed damą otwierać (już mu niestety przeszło), dama z wdziękiem wysiadła…

tak miało być! – wysiadła!!!!… ale złośliwa, zawistna rzeczywistość  okazała się dla damy poniżająca i okrutna.

Otóż dama nie wysiadła z wdziękiem wrodzonym oraz powabem powalającym, a zwyczajnie wypadła jak wór z pyrami, okutana w zwoje spódnicy na tę glebę ojczystą, gołą, twardą, zimną i nieczułą, znaczy na trotuar jeden…

i tak leżała w przekrzywionym kapeluszu, z nogami spętanymi czarną jak rozpacz materią, nie śmiejąc podnieść swych pięknych ócz, ze spłonionym dziewiczo licem, wśród śmiechów szyderczych, marząc o cudzie i modląc się z całej siły – o matko kochana – niech ja zemdleję, błagam, ten jeden-jedyny raz!…

No i nie zemdlałam… ani wtedy,  ani przed, ani nigdy potem…

I to jest niezbity i niepodważalny dowód, że bycie damą wciąż pozostaje u mnie w sferze marzeń niestety.

 

Tak więc mam Marzenie…

 

A że ono wciąż dla mnie niespełnione i niedościgłe, to sobie niemożność bycia rekompensuję wtryniając te damy gdzie się da… Tak raz na jakiś czas, dla uspokojenia.

Ot, choćby na tę skrzynkę.

Mogę sobie wtedy spokojnie – choć po cichu – marzyć, że to właśnie ja – dama,  leżę oto sobie w powabnej, acz z pozoru niedbałej pozie, schowana za rondem kapelusza, a u mych stóp wierne charty warują dwa…

A żeby było wytwornie, to dama z przyległościami w szlagmetal jest ubrana, taki trochę przygaszony bitumem, bo przecież nie wypada, żeby dama, jak jakaś dziewka tania, się bezwstydnie wybłyszczała. Damie przystoi stateczność i ciemne złoto 🙂

DMUCHAWCE, LATAWCE, WIATR…

 

 

 

i coś, czego szczerze nie lubię – mdf…

Ilekroć przychodzi mi coś zrobić na surówce z mdf-u mam ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony już na dzień dobry mam zwarzony humor, że mdf, ale z drugiej tak troszkę się cieszę, że… mdf,  że będę  mogła bez żadnych wyrzutów sumienia  wskoczyć sobie na ulubionego konika i się oddać bez reszty najulubieńszemu DD (skrót pochodzi wcale nie od Do Doopencji, a od  Doświadczalnego Decoupage)  terminu ukuty przeze mnie i na własny mój użytek, więc próżno go szukać w sieci, którego to DD jestem absolutną fanką…

będę mogła się oddać bez reszty, bo jak skopię, to żal nie będzie, boć przecież tego mdf-u szczerze nie cierpię.

A skrzynka, kupiona w zamierzchłej dekupażowej  przeszłości, zawadzała mi koncertowo, wciąż ją przestawiałam z kąta w kąt, chowałam „na wieczne zapomnienie”, a ona ciągle mi w oczy właziła, no to w końcu postanowiłam ją zniszczyć raz, a dobrze, a że od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pewien pomysł wart spróbowania, to się skusiłam…

Skrzynka, jak skrzynka, nic specjalnego ( w końcu to tylko  mdf  zwykły, bleee), w dodatku przypominająca bardziej kufer niż skrzynkę, o dziwnych proporcjach, zbyt wysoka jak na mój gust, ale do DD się nadawała. Boki pomalowałam  dwoma olejami o różnych kolorach, oddzielając je złotym paskiem i powoskowałam, a wieko… no, tu to już sobie pogalopowałam na tym ulubionym koniku do woli, ale efekt, który się mym oczom na popasie ukazał, w pełni mnie zadowolił. Otóż owa góra wygląda jak inkrustowana metalem (ciepłe, stare złoto), na którym delikatną, czarną kreską rysują się owe dmuchawce z tematu, a wokół nich fruwają pojedyncze, malutkie, porwane przez wiatr parasolki. Część z nich jest też rysowana delikatną, ledwie widoczną czarną kreską (transfer),  a część to spękania, które w te parasolki się ułożyły. Dodałam jeszcze trochę turkusowych jeziorek, żeby przełamać monotonię kolorystyczną, trochę bitumicznego wosku (ostatnio mój ulubiony specyfik), żeby wydobyć głębię i dodać temu złotu patyny lat, gdzieniegdzie sypnęłam złotego mikowego pyłu, a potem wszystko  zatopiłam w szklącym żelu, żeby uzyskać grubość warstwy zdobionej.

I muszę przyznać, że doświadczenie uważam za udane 🙂

No tak, na drugie mam Skromność…. 😛

 

 

 

KOSZYK NA SERWETKI, ALBO SKRZYNKA NA PRZYPRAWY ORAZ CHUSTECZNIK I PUDŁO DLA IRENE RAZ…

 

 

 

 

Nie wiem co się ostatnio z tym czasem porobiło, pędzi, gna gdzieś na złamanie karku, dogonić go nie mogę, wciąż w jakimś „niedoczasie” jestem, wciąż gdzieś spóźniona, wciąż muszę sprawdzać, czy czegoś nie przeoczyłam, czy nie minął jakiś termin… no jakby ktoś klątwę rzucił albo i co jeszcze gorszego…

Mam tak od samego początku roku.

I nawet na uzupełnienie bloga czasu mi brak…

Parę prac czeka na sesję zdjęciową, parę się na nią nie zdążyło załapać i wybyło nie doczekawszy się upamiętnienia dla potomnych, trudno, widocznie tak miało być. 

Więc dzisiaj rozpisywać się nie będę, wrzucę tylko kilka (naście) zdjęć i już.

Po pierwsze – słodko-liliowe pudło dla malutkiej Irene, która, jak każda kobiet(k)a, ma swoje tajemnice i musi je przecież gdzieś chować 🙂

Zupełnie nie wiedziałam jak się za nie zabrać, bo przecież dla dwuletniej istoty nie będę szaleć ze złoceniami, postarzeniami, kombinacjami alpejskimi i innymi mikami… no to zrobiłam prosto i jasno. Mam nadzieję, że jej się spodoba 🙂

Po drugie – pudło na chusteczki – tu już miałam wolną rękę, to sobie odreagowałam to pudło „po pierwsze” i poszalałam na całego – są i szlagmetale, i reliefy, i bitum, i patyny, i woski, i bógwiecojeszcze… w dodatku postarzyłam je i sponiewierałam jak tylko się dało – i zaraz poczułam się lepiej, i to nawet do tego stopnia lepiej, że zrobiłam jeszcze z rozpędu – tym razem dla siebie – …

Po trzecie – koszyk na przyprawy, albo skrzynkę na serwetki, jeszcze sama nie wiem do czego konkretnie to-to wykorzystam. Nie napracowałam się przy tym czymś zbytnio, ot trochę serwetki, trochę malowanek, parę transferów, przetarć, kropek i gotowe. O dziwo też jasne wyszło…

HERBACIARKA ANGIELSKIE RÓŻE…

 

 

 

w stylu klasycznym, dawno przeze mnie nie uprawianym 😉

ciekawa byłam czy jeszcze tak umiem … i tak 🙂 🙂 :), umiem :).

Wieko ozdobiłam bukietem angielskich róż, domalowałam ramki, narożniki i brzegi bardzo delikatnie pozłociłam i, żeby dodatkowo podkreślić styl retro, dodałam złote kropki, lakier satynowy.

Dół olejowany (mieszanka mahoniu i ciepłego brązu).

 

Jednak dobrze czasem wrócić do klasyki…

 

HERBACIARKA Z RELIEFEM…

 

 

 

W zupełnie nowym dla mnie kształcie, z czterema przegrodami.

Boki w kolorze lekko połyskującego srebra wydobywającego rysunek słoi i hebanowych przetarć, wieko – gładka srebrno-szara rama, środek – czerń przetarta bitumem (faktura), z rozrzuconymi drobinkami złota i turkusu – tworzy tło dla reliefu w kolorze metalicznego brązu cieniowanego złotem, srebrem i miedzią (całość patynowana).

Wykończenie – elementy drewniane – wosk, ciemne tło – lakier półmat, relief – lakier w wysokim połysku.

 

Do zobaczenia w Paryżu o dziewiątej…

 

 

 

 – mówi i wręcza jej szkatułę – pamiętaj, o dziewiątej!– a potem wkłada do szkatuły dziewięć maleńkich turkusów, po jednym na każdą godzinę.

Będę pisał… i będę tęsknił, już tęsknię – uśmiecha się do niej tym swoim dziecięcym uśmiechem, tak  bardzo niepasującym do dorosłego mężczyzny i tak  przez to rozczulającym.

Ja też – szepce cichutko i szybko opuszcza głowę, żeby nie zobaczył rumieńca, który  pali jej policzki.

Patrzy jak odchodzi, jak wsiada do pociągu, jak odwraca się i podnosi rękę w geście pożegnania.

Patrzy jak nikną w dali światła, wciąż mniejsze i mniejsze.

Do zobaczenia w Paryżu, o dziewiątej – powtarza cicho raz po raz – do zobaczenia…

 

Nie zauważa, że została sama na peronie, że ludzie  porozchodzili się do swoich ważnych spraw, że rozpłynęli się jak światła pociągu, że dzień zmienił się w mrok, że zaczął padać deszcz, nie czuje chłodu…

Patrzy, choć nic już nie może zobaczyć.

W Paryżu, o dziewiątej– powtarza jak mantrę, ściskając szkatułę z dziewięcioma  turkusami – do zobaczenia…

A potem czeka.

Wciąż na nowo przelicza dni na godziny, godziny na minuty i minuty na sekundy, nie mogąc się nadziwić powolności z jaką mijają.

Czeka.

Tylko od czasu do czasu przestaje, żeby przeczytać kolejny list od Niego, a potem, przeczytany,  pieczołowicie układa  w szkatule obok dziewięciu turkusów.

……………………………………………………………………………………………….

To już dziś – myśli podekscytowana – dziś! Paryż, dziewiąta!

Zabiera dziewięć turkusów, po jednym na każda godzinę…

………………………………………………………………………………………………..

Czeka.

Wciąż nie może się nadziwić, jak szybko mijają sekundy, jak niepostrzeżenie zmieniają się w minuty, miesiące, lata…

Czeka.

Tylko od czasu do czasu przestaje i otwiera szkatułę, czyta listy od Niego, a potem, przeczytane, pieczołowicie układa  obok dziewięciu turkusów…

 Do zobaczenia w Paryżu… o dziewiątej…

Była wtedy w Paryżu o dziewiątej.

Sama.

………………………………………………………………………………………………..

Czeka.

Ma wszystko.

Ma szkatułę.

Ma listy.

I dziewięć turkusów, po jednym na każdą godzinę, na  miesiąc, na rok…

Ma czas.

Nie ma tylko łez…

 

 

Skrzynka na listy lub inne pamiątki – decoupage, złocenia, postarzenia, stemple, utrzymana w kolorystyce turkusowej z elementami brązu i złota, woskowana złotym woskiem koloryzującym.

Translate »