resist stamping

now browsing by tag

 
 

DREAM TIME…

 

 

 

Organizer na biurko.

Mój własny.

Zrobiony z potrzeby chwili, bo już sobie nie dawałam rady z milionem pisadeł walających się na biurku. Musiałam je okiełznać już i teraz, bo za chwilę nawet komputera nie byłoby gdzie postawić.

No to siadłam i zrobiłam ;).

Jest w kolorze… no, właśnie, dość „niestabilnym”, w zależności z której strony się na niego patrzy – trochę oliwkowym, trochę śmietanowym, a trochę szarym, bo użyłam wszystkich tych kolorów (mieszając je uprzednio z mikami) i przetarłam, tak trochę niestarannie, żeby różnie się przenikały. Później wyposażyłam go w transfery, nóżki, wymyśliłam i stworzyłam  dekory, a jeszcze później zamieniłam je  w „metal” ze złotym połyskiem.

Nazwałam go DREAM TIME.

Chyba trochę z przekory, bo niezmiernie rzadko zdarza mi się marzyć przy biurku…

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE…

 

 

 

 

 

…łatwo i przyjemnie, bo i temat przewodni mi leżał – dmuchawce (latawce, lalala…)

a i kolory moje

no i  zielone światło było mi dane, więc żadnych ograniczeń, czyli żyć, nie umierać…

I było pięknie.

Do czasu.

Wieko wyszło tak jak chciałam – dmuchawce ok, maziajów w sam raz, kolory rozłożyły mi się smakowicie, nawet byłam zadowolona.

I wtedy mnie podkusiło, jak nic czart się wmieszał w interes, na pokuszenie powiódł, siarką owionął, czujność uśpił, Szarą jedynaczkę otumanił niczym najlepsze zioło.  I   zepsułam! Nie, nie wieko na szczęście, a bok…

Zachciało mi się efektów specjalnych, wtopienie srebra w farbę mi się zamarzyło i przygrzałam. A trzeba było najpierw się zastanowić, pomyśleć (ale jak na Boga, skoro Szara oczadziała w kątku czerepu siedziała i była niczym ta biedroneczka, co to ani rączką, ani nóżką?) albo było próbę najpierw sobie strzelić na czymś, na butli na ten przykład może… było… A ja przygrzałam i spsułam 😉 ten bok koncertowo – farba się podniosła, jeziorko się zrobiło i ręce mi opadły… na chwilę na szczęście, bo zaraz rzuciłam się ratować – wywinęłam brzegi tej podniesionej i zgrzałam ją na tych nieszczęsnych brzegach, do środka turkusu rzuciłam (chyba obraz onego jeziorka mi się przed dusznymi oczyma utrwalił, bo skąd  by mi się niby ten turkus wziął?), a potem, nie wiadomo po co i na co, kropnęłam jeszcze na niego czerwienią. Pozostało mi już tylko zatopić tego zonka w UTEE i modlić się, żeby Inwestor  pomyślał, że to właśnie tak miało być 🙂

I pomyślał!

Ale moja wrodzona uczciwość (zawsze się wyrwie, zołza niemyta, przed szereg) kazała mi jednak wyjawić prawdę…

No i po co – się pytam -po co?!   Inwestor i tak  nie uwierzył i wyszłam na kłamczuchę 🙁 …

Czyli co za tym? Czyli uczciwość nie popłaca.

Mówię to szeptem i w tajemnicy i lojalnie uprzedzam –  jak ktoś mi to wytknie, to się wyprę w żywe oczy!

A potem zrobiłam próbę. Tego srebra w tę farbę. A że jednak byłam wyprowadzona z równowagi, to padło na co?

Tak właśnie.

Na butlę.

Bo ja tych butli… itd itp.

 

 

 

 

 

 

 

 

PUDŁO W TURKUSACH RESIST STAMPING…

 

 

 

 

 

 

Nic nie będę o nim pisać, bo to wciąż z kategorii Trudne Piękno

Niech się broni samo.

TRUDNE PIĘKNO.

 

 

 

 

 

Inne.

Nieoczywiste.

Nieprzystające do ogólnie przyjętych kanonów.

Chropowate.

Takie nie wprost.

Kamienno-metalowe.

Surowe.

Posępne i mroczne.

Moje.

Trudne.

 

A może to wcale nie jest piękno??….

ANIOŁY DOMOWE – Tribus – Przed skokiem…

 

 

 

 

ANIOŁY DOMOWE – Przed Skokiem – Tribus…

Bardzo lubię ten anielski ludek, choć może niekoniecznie w wydaniu sielsko-słodko-łzawym (no chyba, że rzecz tyczy okresu  okołobożonarodzeniowego 🙂 ) lubię też prace na desce (ot, choćby ikony…) stąd też powstał zamysł zrobienia serii prac aniołowych pod wspólną nazwą ANIOŁY DOMOWE – ten pokazywany tu – właśnie szykujący się do skoku na ziemię –  to Tribus (bo urodził się jako trzeci)…

Z obu poprzednich jeden, ten o imieniu Unum właśnie jest w drodze do  domu, którym ma się opiekować (jak już dostanę potwierdzenie, że dotarł, to go pokażę), drugi – Duo –   w swoim domu docelowym zdążył już zamieszkać – ale pokazać go nie mogę, bo niestety nie zdążyłam  zrobić mu sesji…

 

 

deska 330 x 160 x 28 mm

praca z wykorzystaniem masy strukturalnej, tkaniny, szlagmetali, szlagaluminium, wosków pozłotniczych, mik, patyn, bitumu, masy perłowej, metalizowanych akryli.

Wykończenie – wosk.

 

skrzynia z perłowym wiekiem…

 

 

 

i śladem czarciej racicy…

 

 

Stała od jakiegoś czasu pobejcowana, stała… i czekała.

Patrzyłam sobie na nią od czasu do czasu, patrzyłam… i nic… dalej stała… i czekała.

Może dlatego, że bejca na niej ma kolor zielony? może…

lubię zielony, ale niekoniecznie w pracy (o swojej mówię oczywiście, bo u innych to i owszem…).

 

Można by więc – nie bez racji wielkiej – spytać dlaczego, u kaduka, dałam jej zieloną bejcę?…

właśnie – dlaczego, do czarta, pobejcowałam ją na zielono???!!!

otóż tego „dlaczego?” nie wie nikt, nawet ja – pobejcowałam i już….

może to Diabeł mnie znów podkusił? (taaa… na bank to wina Złego!)

a może to bozia rozum mi odebrała?… (też być może…)

bo też faktycznie  po co?  skoro nie lubię??  i trudno mi się z zielenią współpracuje???

 

Stała więc sobie taka zielona, stała…. i wciąż nic… czekała…

żadnej struny we mnie nie poruszyła, nic mi w jestestwie mym wewnętrznym nie zadrgało, nic moja szara jedynaczka nie szeptała, żadnych obrazów moje duszne oczy nie widziały…

Nic.

Aż przyszedł czas, że zupełnie nieoczekiwanie wzięłam ją w ręce – bez żadnej głębszej myśli, bez żadnego konkretnego projektu, bez żadnego planu, bez udziału woli nawet  – ja tylko wzięłam, a ręce już same zrobiły to, co zrobiły…

nooo, może nie tak do końca same, bo udział Diabła w tym, że się tak wyrażę – dziele stworzenia – też jednak jakiś musiał być, bo ślady swe zostawił, i to wcale niemało – ba! tak bogiem a prawdą,  to całkiem nawet sporo…

 

Zupełnie nie wiem jak tę skrzynię sklasyfikować? Bo, że nie do decoupage ją przypisać, to pewne  – ona nic z decoupage nie ma wspólnego, nic a nic…

 

Więc w jaką szufladę ją wsadzić??

 

Wieko ma pokryte masą perłową – to dzieło rąk, a w niej Diabeł perfidnie kopytem  wzory poodciskał, więc  ręce  ratować próbowały zapamiętale papierem ściernym trąc, no to Diabeł podstępnie tuszami chlapnął, no to ręce znów tym papierem przecierały metodycznie i cierpliwie, no to Diabeł-wstręciuch jeszcze raz tusze wylał, ale pewnie się wściekł, bo złośliwie użył innych zupełnie kolorów, no to ręce  apiat  za papier, no to Diabeł na złość złotem pojechał, no to ręce

uff, lekko nie było…

 

a potem jeszcze te boki – ręce szablony walnęły złotą farbą metaliczną, no to  Diabeł na to stemple machnął – dwukolorowe, a co!… i jeszcze miejscami emboss wtrynił…

 

cóż więc to jest??

 

chyba jak nic diabelską szufladę na takie twory przyjdzie mi stworzyć…

Jak nic.

 

Ja to tylko uchwyt z guzika zrobiłam, ćwieki wbiłam i ten rant na wieku… i tyle w niej – skrzyni – mojego…

aaaa…. no i ta bejca zielona też moja…

chociaż może i nie… bo skoro ona z kuszenia się wzięła, to może ona nie tak do końca moja??…

ech….

 

odchodząca carewna…

 

 

 

… czyli 1+1=3 🙂

 

 

praca  inspirowana poczynaniami Dominiki i Ma.ryski (to te dwie jedynki w równaniu )

stąd stemple, embossing, odciskanie i tusze – to Domi,

stąd złocenia, srebrzenia i klimat starej Rosji emanujący z  sekretarzyka z  Soborem Wasyla Błogosławionego – to Ma.ryska,

ja tylko  zmiksowałam powyższe jedynkowe inspiracje, dodałam kolorystyczne rozpasanie –  no  i  wyszło 3 – czyli moja Odchodząca Carewna…

A Ma.ryskowe równanie (1+1=3) ogromnie mi przypadło do gustu 🙂

Praca na desce 23×32 cm z nałożoną fakturą (masa strukturalna), farby akrylowe, bejce i alkohole, embossing, stemple, złocenia, postarzenia (bitum, patyna, tusz, lakier Laccaticante), miki, zabezpieczona werniksem damarowym

 

ikona na pękniętej desce…

 

 

 

 

 

 

 

Ikony to jest to, co lubię robić, zresztą moja przygoda z decoupage zaczęła się właśnie od nich , zachwycały mnie, nadal zachwycają, wręcz fascynują… i nie chodzi tu wcale  o religijny przekaz  – nawet zupełnie nie – one zachwycają mnie sobą jako całością…

Kiedyś, dawno, zakochałam się w bizantyjskich ikonach z XI-wiecznego cypryjskiego monastyru w Kykkos, schowanego gdzieś wśród dzikich gór Troodos, u stóp Olimpu. Udało mi się nawet zobaczyć ikonę Matki Bożej, napisaną przez ewangelistę Łukasza, ikonę  przechowywaną  jak relikwię, w zamkniętej skrzyni z macicy perłowej i szylkretu,  pokazywaną tylko w czasie bardzo ważnych uroczystości… miałam szczęście na taką uroczystość trafić… niestety w klasztorze obowiązuje bezwzględny, surowo przestrzegany zakaz fotografowania, więc jej obraz pozostał tylko w mej pamięci, bo i reprodukcje z jej wizerunkiem są niedostępne.

To  właśnie dla  ikon postanowiłam zgłębić tajniki  decoupage…

 

Od tego czasu minęło parę lat, a ja zawsze chętnie do nich wracam.

 

Wypracowałam sobie nawet swój własny sposób ich robienia.

 

Zaczynam od wyszukania starej deski, a to wcale niełatwa sprawa, bo o taką wiekową, wypraną setki razy przez deszcz, suszoną przez słońce, osmaganą wiatrem wcale, a wcale łatwo nie jest…

Na szczęście teraz mam ich zapas, dzięki pewnej kochanej dziewczynie rodem z Koszalina, która znając moją szaloną miłość do starych dech,  swego czasu sprawiła mi niebywałą niespodziankę przysyłając ogromną pakę wypełnioną po brzegi… czym? samymi, cudnymi, stareńkimi dechami  – Małgoniu – jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję :).

Dechy zostały posortowane i odłożone na dwie sterty – jedne z przeznaczeniem dla aniołów, drugie dla ikon…

 

Ikony zawsze lepiej wyglądają na starym, steranym życiem, drewnie.

Tym razem wybrałam deskę nie tylko starą ale i spękaną, dodatkowo jeszcze  ją wyszczotkowałam, żeby jej faktura była lepiej widoczna.

Pomalowałam ją bejcą, najpierw brązową, a po kolejnym szczotkowaniu w niektórych miejscach dodatkowo jeszcze czarną.

Przykleiłam motyw.

Teraz nastąpiła najbardziej przeze mnie ulubiona część pracy – zaczęłam od zabawy z reliefami i konturówkami, aby nadać pracy przestrzeni, potem pobawiłam się szlagmetalami pamiętając,  że ikony muszą mieć złoto bo taka ich natura (ja dałam jeszcze miedź i srebro),

a na koniec zabawy w kolory użyłam farb metalicznych i patyn.

Teraz przyszła kolej na przydanie pracy lat, wiadomo – im ich więcej, tym dla ikony  lepiej – pobawiłam się więc bitumem nakładając go i ścierając wiele razy, aż efekt końcowy mnie zadowolił.

Pozostało już tylko zabezpieczenie pracy. Moja ikona jest lakierowana na mat (tylko w niektórych miejscach, już po lakierowaniu, przetarłam ją pastą pozłotniczą w różnych kolorach złota, tak, aby uzyskać delikatne refleksy na grzbietach reliefów), a sam motyw pokryłam woskiem, po uprzednim postarzeniu go lakierem Laccanticante, dzięki czemu świetnie się wtopił w tło…

 

Nie jest to typowa, pisana ikona, ale i nie taki był mój zamysł…

no i strasznie trudno taką pracę pokazać na zdjęciach…

 

 

 

Monastyr Kykkos

 

 

Translate »