pudło

now browsing by tag

 
 

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW…

 

 

Kocham kontrasty.

Fascynują mnie od zawsze.

Odkąd tylko pamiętam uwielbiałam przyglądać się zmierzwionej wiatrem wodzie, błyszczącej i migocącej milionem iskier  tuż obok gładkiego, matowego piasku plaży, blaskowi i cieniowi, rozpalonemu  zachodzącym słońcem  niebu nad zimnym i czarnym horyzontem, bajecznie kolorowemu Feniksowi i popiołom, z których powstaje…

Tak, kontrasty mnie fascynują.

Może właśnie dlatego w tym co robię tak często ku nim sięgam, łącząc kontrastowe kolory, faktury, mat z połyskiem, gładkość z chropowatością, jasność z ciemnością?

Może.

A może zwyczajnie nie potrafię inaczej, bo prawie zawsze wychodzi mi tak samo – kontrastowo…

Tak jak w tej, ostatnio zrobionej księdze.

Jest tu głęboka, matowa czerń i połysk złota, jest drewno i metal, jest Feniks i popiół, jest blask i mrok, gładkość i faktura, wklęsłość i wypukłość, bogactwo i ascetyzm, zwątpienie i nadzieja – jest kontrast.

I jest czerwień. Znów.

I milion zdjęć dla wytrwałych 🙂

To największa z ksiąg jakie kiedykolwiek zrobiłam (28X32 cm)

Swój początek miała na pewnym wakacyjnym, bardzo twórczym spotkaniu 🙂

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

ŻEBY BYŁO JASNO I BŁYSZCZĄCO, I ŚWIĄTECZNIE, I MAGICZNIE…

Święta.

Już tuż, niemal za progiem, a siedziba rodowa jeszcze nawet nie zaczęła się stroić. Jeszcze jest jesienna i szara.

A ja zaplanowałam,  że w tym roku będzie skrząca, osypana szronem, jasna i migocząca blaskiem drgających płomieni świec, przeglądających się w każdej  drobinie brokatu, w każdym szklanym soplu wiszącym pod sufitem na jemiole, w każdej bombce na choince, w każdej perłowej gwiazdce leżącej na obrusie. Pracy jest więc mnóstwo, należałoby już się za owo strojenie zabrać, a tymczasem wciąż tkwię w pracowni… Co prawda mimochodem układam sobie w głowie plan co, jak i gdzie, ale jak na razie czysto teoretycznie. Jednak i takie teoretyzowanie ma sens, bo wpadł mi do głowy pomysł, który – mam nadzieję – rozwiąże mi problem, z którym borykam się co roku. Problem dla niektórych być może błahy, ale mnie on zawsze wprawia w mniejsze lub większe świąteczne rozedrganie. Otóż rzecz tyczy sztućców… 

Siedziba rodowa świętuje co roku w bardzo dużym gronie, jest fajnie, gwarnie, wesoło i, nie bójmy się przyznać, suto.

Stół jest pięknie przygotowany, biały obrus, świąteczna zastawa, srebra rodowe – wyczyszczone i błyszczące – karnie spięte świątecznymi pierścieniami , potrawy malowniczo ułożone w misach i na półmiskach zdobią środek stołu… 

Sprzątanie po wieczerzy polega li tylko  na zmianie zastawy, która teraz stoi sobie na bocznym stoliku w słupkach, kto chce bierze sobie talerz i podjada, bo na stole wciąż jest mnóstwo smakołyków, bierze sztućce… no właśnie, sztućce… zwykle leżą na owym stoliku  byle jak, w jakimś przypadkowym naczyniu, psujące mi ogólny ogląd i humor mi warząc wrażeniem bałaganu.

I otóż w tym roku już nie będzie przypadkowości, albowiem one też dostaną swoje własne, świąteczne pudło, oczywiście wpisane w ogólną, tegoroczną, skrząco-błyszczącą koncepcję dekoracyjną 🙂

Z zewnątrz surowe, ciemne, bardzo postarzone,  w środku jasne i błyskające milionem brokatowych drobinek na choinkach i ośnieżonych chatkach. Dałam mu uchwyty dla wygody i ozdoby, oraz nóżki, by można było wsunąć pod nie serwetki.

 

A gdy będzie już po Świętach wsypię do niego orzechy i postawię pod choinką. Ori hr. Kot bardzo lubi wybierać łapką orzechowe kulki i turlać je po całej podłodze, niech więc też ma świąteczną uciechę…

 

 

WAŻKA O KRYSZTAŁOWYCH SKRZYDŁACH…

 

 

 

A w kryształkach, tych maleńkich, niepozornych kryształkach uwięzionych w jej skrzydełkach, przegląda się tęcza.

I poranna rosa.

I promienie słońca, takie bursztynowe, w kolorze zachodu.

Jest tu nocne światło księżyca.

I okruchy gwiazd skradzionych granatowemu niebu.

Jest delikatny fiolet obłoków rozwieszanych tuż nad horyzontem przez zaspaną Jutrzenkę.

I opalizująca zieleń leśnego stawu, w którym kąpią się Driady w upalny, letni dzień…

Jest czerwień maków rosnących przy polnej drodze i ochra spalonej słońcem ziemi, i złoto pszenicy zebranej w snop.

A one same mienią się, błyskają i strzelają milionem diamentowych iskier jak tylko boski Helios zechce na nie spojrzeć.

 

Jak u prawdziwej ważki 🙂

 

 

Kryształki są jak najbardziej prawdziwe, wykrystalizowane dzięki siarczanowi magnezu zmieszanego z farbami i mikami, dzięki bursztynowemu lakierowi, w którym zostały zatopione i żywicy, która je utwardziła.

I tylko zdjęcia są niedoskonałe, bo robione ręką śmiertelnika, a boską powinny, żeby całą tę grę światła i barw pokazać.

 

 

 

A PO DNIU PRZYCHODZI NOC…

 

Pojechały!
Moje Budrysy pojechały. Do domu! Swojego!
Po dwóch tygodniach bytności w siedzibie rodowej – pojechały.
Nie powiem, poczułam ulgę. I zmęczenie…
I żeby nie było – ja bardzo kocham moje Budrysy,  cieszę się jak są obok i lubię z nimi być.
Ale teraz poczułam ulgę. Rozlała się po całym mym jestestwie, jak ciepła, morska fala rozlewa się po nagrzanym, złotym piasku plaży. Otuliła, jak letni wiatr otula drzewa. Wypełniła całą, jak powietrze wypełnia wszystko wokół…

– Nareszcie! – szepnęła Szara, bo na tyle ją tylko było stać, na szept jeno, i legła bez życia w najdalszym i najciemniejszym kącie czerepu.

Nawet jej się nie dziwiłam. W końcu przez ostatnie dwa tygodnie uczciwie pracowała, bez przerwy na sen i wikt, że o opierunku nie wspomnę, na najwyższych obrotach, przez 24 godziny na dobę, nie zważając na porę – dzień czy noc.

Nawet Orin hrabia Kot, absolutny władca siedziby, niekwestionowany i jedyny, kochający Budrysy jak swoje własne kociecięstwo  całym sercem, noskiem, uszkami, łapkami i ogonkiem, zawsze skory do swawoli z nimi – miał dość. Serdecznie, noskowo, uszkowo i łapkowo. I ogonkowo też.
Każdy by miał dość, a co dopiero hrabia…
Traktowany przez Budrysów bez śladu respektu należnego władcy, robiący za obiekt
bezceremonialnego wyrywania swojej boskiej osoby z rąk do rąk budrysowych, wpychania paluchów do uszu, zaglądania do pyszczka celem prześledzenia drogi pokarmu micha-żołądek, zakłócania świętego czasu snu, kąpania w umywalce, łapania za ogon, żeby czmychnąć nie mógł, oraz innych jeszcze, mających znamiona tortur rodem ze średniowiecza, czynności, których nazw nawet nie będę wymieniać, bo sama myśl o nich budzi grozę i woła o pomstę do nieba.
Spojrzał więc tylko na drzwi zamykające się za Budrysami, darując już sobie bezpośrednie ocieranie o nogi wychodzących, co jest u niego obowiązkowym rytuałem pożegnalnym, wzrokiem wyrażającym ogromną ulgę, starannie omijającym miejsce, gdzie kotłował się cały jego koci dobytek w postaci wędek z piórkami, myszek z kocimiętką i bez, piłeczek różnorakiego autoramentu, piszczących, szeleszczących, skaczących – i legł z westchnieniem tam, gdzie stał. Znaczy na płytkach, bo cofnięcie się choćby krokiem jednym na dywan przerastało w tej chwili jego siły.

– Nareszcie – powtórzyłam za Szarą – nareszcie!

Powiodłam wzrokiem po zszarganej siedzibie rodowej, leniwie omiotłam okiem leżące pod komodą kredki, dwa resorki (jeden spoczywający nie wiedzieć czemu na dachu) garażujące na kuchennym blacie, zerknęłam na kocie zabawki, skotłowane według jakiegoś tajemniczego planu, znanego tylko Budrysom (nie wolno ich było przestawić, bo zaburzało się ten plan tajemniczy, zabawki na chwilę ułożone przeze mnie, natychmiast były przywracane do stanu wcześniejszego z groźnym przesłaniem – tak to ma być!), dwa kubki z niedopitym sokiem na okiennym parapecie, but na schodach (mój… ale nijak nie mogłam sobie przypomnieć żebym go tam zaparkowała) i całą resztę bajzlu, i zamknęłam oczy.

– Rany… ale jestem skonana… – uzmysłowiłam sobie resztką sił – ale za to nic nie muszę! a nie, nie… muszę… jedno muszę – odpocząć!!
Tymczasem pomalutku kończył się dzień. 

Powoli, niespiesznie, odchodził ze strony „jest” na stronę „był”, pozostała mu  tylko chwila by stać się wspomnieniem…
Za oknami czaił się wieczór, zasnuwając zmęczoną siedzibę coraz gęstszym mrokiem, wydobywając z kątów jakieś fantastyczne, bajkowe cienie, kładąc się spokojem na podłodze. Przyglądałam się temu leniwie, jakby zza szyby, wypompowana z wszelkiej energii.
Orin hr. Kot spał.
Najlepszy z Nieletnim pojechali na mecz (Lech wygrał!!).
Byłam sama, wykończona, z jedną kołacząca się myślą – odpocząć…
Odpocząć, odpocząć, odpocząć, bo ze zmęczenia nie zasnę…
Powoli zeszłam do pracowni, zapomnianej przez ostatnie dwa tygodnie, zapaliłam światło…
……………..
Gdzieś z tyłu głowy zarejestrowałam powrót domowników (stąd wiem, że Kolejorz ma Puchar, czy Mistrza, albo jakoś tak…)
……………..
O trzeciej z minutami zamknęłam za sobą pracowniane drzwi, po omacku znalazłam drogę do swojego małżeńskiego łoża – bez zapalania światła, żeby nie budzić hrabiego Kota, i spokojnie oddałam się objęciom Morfeusza…
…………….
A rano zrobiłam zdjęcia.
Dużo zdjęć 😉 

 

Pudło

mixed-media

złocenia, efekt rdzy

 

A Ori hrabia Kot śpi nadal…

PUDŁO Z MEDALIONEM…

… a właściwie, jakby tak się przyjrzeć, to z pięcioma… choć nie wiem, czy te cztery boczne to medaliony? Może bezpieczniej nazwać je dekorami jednak.

A więc pudło z medalionem i czterema dekorami.

Mixed-mediowe.

Z elementami decoupage. I z fakturą. I przecierkami. I złoceniami. I srebrzeniami.

Malowane kredówkami, metalikami, patynami i woskami, ostro przetarte bitumem.

Bardzo złośliwe pudło, bo absolutnie niefotografowalne.

Zrobiłam mu 114 zdjęć (sto czternaście!!!) i właściwie nie bardzo miałam co wybrać… 

Nawet kolorystyka jest nie do końca uchwycona, bo ta prawdziwa – szarość zmieszana z oliwką, brązem i starym złotem – na zdjęciach wychodzi albo szara, albo szarozłota pobrudzona brązem, gubiąc gdzieś tę oliwkę, no może nie całą, ale w każdym razie jakąś jej część…

TAŃCZĄCA W ZŁOTYCH BUCIKACH I JEJ PUDŁA NA KAPELUSZE…

 

 

Bardzo dawno nie pracowałam z papierami do decou, aż tu wpadły mi w ręce cudne papiery Rossi i Sweet Rose (Drzewo Sekretów Jednoskrzydłej) i zakochałam się! Szczególnie ujęły mnie papiery Rossi – cudne, delikatnie złocone i bezproblemowe w pracy, a do tego zdecydowanie cieńsze niż inne dostępne na rynku, że o oryginalności motywów nie wspomnę.

Musiałam więc coś z nimi zrobić. Natychmiast musiałam. W dodatku obojętnie co, bo trwałam w zauroczeniu i na innej robocie nie mogłam się skupić. Padło na damowy papier Rossi i deseczkę – bo była akurat pod ręką, żadnego przeznaczenia nie miała, wymiary miała idealne  i akurat pod damę pasujące.

Wystarczyło się tylko pobawić tłem, pomieszać kolory, wpasować stencil, wmanewrować w to wszystko motyw, trochę pozłocić, trochę pobrudzić, dołożyć delikatny relief i oto się stała Ona, czyli Tańcząca W Złotych Bucikach…

 

Ale cóż znaczy dama, nawet w złotych bucikach, bez kapeluszy?

Nic, albo prawie nic…

A jak kapelusze ( tu ich nie widać, ale je ma! Na sto procent ma!) to i przecież pudła na nie mieć musi.

No to jej zrobiłam. Od razu cztery, bo co ją będę ograniczać, w dodatku w różnych rozmiarach, żeby zawsze mogła któreś (pudło) do któregoś (kapelusza) dopasować. Wszystkie są w jednej – turkusowej – tonacji, ale jedno ma dodatkowo na wieku dekor w złotej ramie (za dekor posłużyły mi różyczki z papieru Sweet Rose) i to pudło jest najbardziej strojne. Pozostałe mają tylko pasy.

PUDŁO W TURKUSACH RESIST STAMPING…

 

 

 

 

 

 

Nic nie będę o nim pisać, bo to wciąż z kategorii Trudne Piękno

Niech się broni samo.

KOSZYK NA SERWETKI, ALBO SKRZYNKA NA PRZYPRAWY ORAZ CHUSTECZNIK I PUDŁO DLA IRENE RAZ…

 

 

 

 

Nie wiem co się ostatnio z tym czasem porobiło, pędzi, gna gdzieś na złamanie karku, dogonić go nie mogę, wciąż w jakimś „niedoczasie” jestem, wciąż gdzieś spóźniona, wciąż muszę sprawdzać, czy czegoś nie przeoczyłam, czy nie minął jakiś termin… no jakby ktoś klątwę rzucił albo i co jeszcze gorszego…

Mam tak od samego początku roku.

I nawet na uzupełnienie bloga czasu mi brak…

Parę prac czeka na sesję zdjęciową, parę się na nią nie zdążyło załapać i wybyło nie doczekawszy się upamiętnienia dla potomnych, trudno, widocznie tak miało być. 

Więc dzisiaj rozpisywać się nie będę, wrzucę tylko kilka (naście) zdjęć i już.

Po pierwsze – słodko-liliowe pudło dla malutkiej Irene, która, jak każda kobiet(k)a, ma swoje tajemnice i musi je przecież gdzieś chować 🙂

Zupełnie nie wiedziałam jak się za nie zabrać, bo przecież dla dwuletniej istoty nie będę szaleć ze złoceniami, postarzeniami, kombinacjami alpejskimi i innymi mikami… no to zrobiłam prosto i jasno. Mam nadzieję, że jej się spodoba 🙂

Po drugie – pudło na chusteczki – tu już miałam wolną rękę, to sobie odreagowałam to pudło „po pierwsze” i poszalałam na całego – są i szlagmetale, i reliefy, i bitum, i patyny, i woski, i bógwiecojeszcze… w dodatku postarzyłam je i sponiewierałam jak tylko się dało – i zaraz poczułam się lepiej, i to nawet do tego stopnia lepiej, że zrobiłam jeszcze z rozpędu – tym razem dla siebie – …

Po trzecie – koszyk na przyprawy, albo skrzynkę na serwetki, jeszcze sama nie wiem do czego konkretnie to-to wykorzystam. Nie napracowałam się przy tym czymś zbytnio, ot trochę serwetki, trochę malowanek, parę transferów, przetarć, kropek i gotowe. O dziwo też jasne wyszło…

W imię Odysa…

 

 

 

 

 

 Zastanawiałam się kiedyś, czy – a jeśli tak to na ile – nastrój, w którym jesteśmy,  determinuje naszą pracę, czy można z niej odczytać ten nastrój (nie mówię tu o stylu czy jego braku, a o charakterze pracy, jakkolwiek zawile to brzmi)…

I już wiem – determinuje, niezależnie od naszej woli nastrój wpływa na to co i jak robimy… 

  Moje samopoczucie przez parę ostatnich dni oscylowało blisko  poziomu zero,   ba, spadało nawet poniżej tego poziomu… martwiłam się, było mi smutno,  zwątpiłam w siłę magii, a to naprawdę nie zdarza mi się często, w końcu więc, żeby zająć czymś myśli i ręce, zabrałam się za pudełko, pamiętałam oczywiście o haśle „Rób swoje„, tym bardziej, że nic nie musiałam, mogłam robić swoje…  

obstawiłam się wszystkimi ulubionymi mediami  i mimo, że używałam ich tak jak zwykle, to pudło wyszło nostalgiczne i stonowane – jest tu spokój, i smutek, i zamyślenie… nie zmieniły tego ani miki, których nie oszczędzałam, ani złoto…

pudło było już prawie gotowe, brakowało tylko lakieru we wnętrzu, gdy niespodziewanie, w samym środku nocy, dotarła do mnie pewna bardzo radosna i optymistyczna wiadomość,

wiadomość, której się nie spodziewałam,

wiadomość, która odbudowała moją wiarę w magię,

wiadomość, która mimo późnej nocy sprawiła, że kończyłam pudło już w zupełnie innym nastroju, i zamiast sięgnąć po lakier chwyciłam znowu te same miki, to samo złoto, tą samą ręką  je kładłam, a efekt absolutnie inny :),   widać to doskonale w środku pudła (bo to ono załapało się na radosny nastrój :)), kolory niby te same, ale ta mika jakoś inaczej błyska, złoto inaczej się kładło i całość odważniejsza jakby…

A na koniec dodałam jeszcze kryształową kulkę na zapięcie, żeby rozsyłała świetlne, optymistyczne promienie w świat.

I żeby przypominała mi, że trzeba wierzyć… 

I mieć nadzieję.

 

Jako Penelopa miała na Odysa czekając.

Translate »