przedmiot użytkowy

now browsing by tag

 
 

WHITE WINTER…

 

 

WHITE WINTER

Światem zaczęła rządzić jesień, a ja – zamiast kolorowymi liśćmi – powitałam ją  zimową księgą WHITE WINTER.

Nie wiem czy zainspirowałam się pierwszymi świątecznymi ozdobami, które pojawiły się już w sklepach, czy zadziałała moja wrodzona przekora?

W każdym razie księga jest faktem i jest zimowa, i nawet trochę świąteczna, bo do zimy i świąt nawiązuje zarówno jej kolorystyka (szaro-perłowo-biała) jak też i główne motywy zdobnicze (choinki i bombki).

Jest to kolejna moja inspiracja dla Sztuki Zdobienia – znajdziecie tam wykaz wszystkich użytych przeze mnie mediów i opis wykonania księgi.

 

ARRIVEDERCI ESTATE…

 

 

 

 

 

 Lato nieubłaganie zmierza ku jesieni.

Kończy się czas spacerów po łąkach i lasach, zachwytów nad każdym kwiatem, każdym liściem i najmniejszą trawą.

Kończy się czas wakacji i beztroskiego leniuchowania.

Ale pozostają wspomnienia – kolorów, kształtów, zapachów, widoku złotych łanów zbóż prztykanych czerwonymi makami, cudnych zachodów słońca nad morzem, szmaragdowych lasów hen, wysoko w górach. I one będą z nami  przez te wszystkie miesiące, aż do następnego lata.

Arrivederci estate…

Ja żegnam się z latem makami.

Zatrzymałam je na szklanym talerzu, który będzie mi przypominał wakacje.

Do zbudowania tła wykorzystałam moją ulubioną technikę monotypii. Tym razem połączyłam ją ze złoceniami.

Monotypię zrobicie z wykorzystaniem płytek Gelli Plate.

Są dostępne w kilku rozmiarach i kształtach. Ja zazwyczaj rekomenduję kupno największej, bo z jej pomocą ozdobicie nawet duży przedmiot, bez konieczności dopasowywania wzoru.

Mój talerz jest w kolorach złoto-błękitno-turkusowych. Jest jasny i świetlisty, tak jak letni poranek.

Głównym motywem są maki.

Wykorzystałam tu piękny szablon Stamperii.

No i oczywiście jest to przedmiot w pełni użytkowy, można go bez obaw przestawiać i przesuwać po stole, bez obawy o uszkodzenie ( tył jest zabezpieczony pastą Stone)

LIVE THE LIFE JULIO…

 

 

 

 

         Jeśli istnieje coś, co lubię robić, tak bez żadnych oporów (poza szkłem rzecz jasna), to są to księgi.

Nie skrzynki, szkatuły i pudełka, a właśnie księgi.

Dlatego ucieszyłam się, gdy poproszono mnie o zrobienie czegoś dla maleńkiej dziewczynki z okazji jej chrztu. Zaraz pomyślałam sobie o księdze. Wiedziałam, że będzie to taka księga, która w żadnym razie nie będzie przypominała wszelkiego typu pudeł „chrzcielnych” jakich zatrzęsienie wokół. Będzie inna, jedyna i niepowtarzalna. I taka, która będzie się kojarzyła z dzieckiem i „rosła” razem z nim, a nie z chrzcinami tylko.

Był tylko jeden problem – kolor…

Wiadomo, że powinna być jasna, a ja do jasnych prac czuję awersję, nie lubię i już.

Ale przecież to dla maleńkiej dziewczynki, więc wszelkie mroczności odpadają w przedbiegach. Czyli jednak jasna być musi.

Ale przecież nie biała.

Wybrałam zatem jako kolor przewodni rozbieloną ostrężynę i pomieszałam ją ze sproszkowanym srebrem. Dzięki temu księga nabrała elegancji i świetlistości.

Potem poszło już z górki – dodałam elementy perłowe i złote (w różnych odcieniach), część z nich podkreśliłam metalicznym srebrem, część okułam w czyste srebro.

Przemyciłam też przesłanie LIVE THE LIFE – ŻYJ ŻYCIEM – widoczne tylko pod pewnym kątem, napisane srebrnym proszkiem…

Głównym elementem zdobniczym uczyniłam Drzewo Życia Klimta. To dość gruby relief, wykonany własnoręcznie spreparowaną masą perłową, a następnie  wypaloną, dzięki czemu uzyskałam spękania, które później lekko podkreśliłam bitumem.

Z tyłu skrzynki umieściłam drugi relief – FAMILIA – wykonany w ten sam sposób. Dodałam też cztery niewielkie kaboszony z miką i tuszami alkoholowymi, żeby dodatkowo zabezpieczyć relief i które współgrając z głównym kaboszonem umieszczonym z przodu spinają obie części księgi w całość.

Środek utrzymałam w odcieniach złota. I tu elementem łączącym jest drzewo Klimta z wkomponowanym zdjęciem dziecka, przetransferowane na szlagmetal.

Dno skrzynki to transfer pięknego tekstu, który otrzymałam, traktujący o aniołach – …”abyś pamiętała, że anioły istnieją naprawdę, trzeba tylko pozwolić im być” – to jego fragment.

Bardzo lubię anioły, pokusiłam się więc o zrobienie takiego z kawałków szlagmetalu o różnych odcieniach złota i dopiero na niego przetransferowałam tekst.

Całość głęboko zatopiłam w żywicy, dzięki czemu i drzewo, i tekst o aniołach nabrały głębi.

I to już wszystko…

 

Księga drewniana

21×28 cm

mixed-media

 

MALACHIT I SREBRO…

 

 

Dwa drewniane świeczniki w kolorze głębokiego malachitu, okute w srebrne trawy…

VINTAGE Z GABINETU GENTLEMANA…

 

 

 

 

 

Witacie Wszyscy Skądkolwiek Jesteście.

Przybywam do Was z kolejnym projektem.

To organizer na listy i klucze.

Na rynku jest sporo różnych organizerów, mnie jednak zauroczył właśnie ten.

Wybrałam go z paru powodów:

po pierwsze – i dla mnie nie do przecenienia – jest duży,

po drugie ma bardzo niespotykany, oryginalny kształt,

i po trzecie – można go powiesić na ścianie.

Postanowiłam ozdobić go w stylu vintage. Chciałam, żeby choć trochę kojarzył się z gabinetem angielskiego gentlemana z przełomu XIX i XX w, żeby pomimo upływu lat, które odcisnęły na nim piętno (jest dość mocno postarzany) był wciąż elegancki…

Wykaz wszystkich użytych przeze mnie materiałów i sposobu jego wykonania znajdziecie na blogu Sztuki Zdobienia, gdzie post się ukazał jako inspiracja na lipiec.

MIXED-MEDIA Z PENTACOLOREM, EDYCJA DZIESIĄTA…

 

 

 

… już wkrótce, w czerwcu, spotkamy się w Skoczowie 🙂

Przedstawiam Wam więc projekty, które na to spotkanie przygotowałam:

  1. Notatnik i piórnik wykonany w technice monotypii (mojej ostatniej miłości)

2. White Angel – tynk

3. Czas Maków – blejtram, impasto

Zapisy: tu…

LAMPION Z POWIEWEM SECESJI…

 

 

Przyszła.

Nareszcie!

I rozgościła się na dobre.

Pani Zielonooka, pachnąca kwiatami, rozśpiewana ptasimi trelami, kolorowa i wyzłocona słońcem.

Wyczekana i wytęskniona.

Wiosna.

A wraz z nią nastał czas romantycznych wieczorów, ciepłych i długich, czas spotkań z przyjaciółmi w ogrodzie, na tarasie lub na balkonie.

Lubicie takie wieczory?

Wiem, że lubicie, bo kto by siedział w domu, gdy wokół szaleje przyroda i mami nas milionem woni przypisanych tylko wiośnie, a gdzieś obok śpiewa słowik ukryty w bzach?

Znacie kogoś takiego? Ja nie znam…

Zapraszam więc Was na wieczorne pogaduchy do wiosennego ogrodu, usiądźmy i porozmawiajmy przy lampce wina i nastrojowym blasku świecy.

Przygotowałam nawet na tę okazję lampion, żeby psotny wiatr nie zdmuchnął jej płomienia…

Jest szklany i duży. Zdobią go elementy roślinne, trochę nawiązujące do ukochanej przeze mnie secesji.

Wykonany w technice mixed-media.

Pozostawiłam na nim dość dużo czystego szkła, żeby nie tłumił światła, a tylko je rozpraszał.

 

 

 

PUDŁO STAMPS VOYAGER VINTAGE…

Jestem Vika, i jestem stemploholiczką.

Tak, tak, jestem nieuleczalną stemploholiczką. Zbieram te stemple od lat, wrzucam  bez ładu i składu do szuflady, a jak trzeba jakiś znaleźć, to przerzucam te góry silikonu i gumy w nieskończoność, tracąc przy tym nerwy. Postanowiłam więc coś z tym zrobić i jakoś nad tym chaosem wreszcie zapanować.

I stąd pomysł na pudło (pierwsze u mnie, ale już wiem, że będą następne, bo pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę) i na tematyczną segregację.

Jako pierwsze postanowiłam ujarzmić stemple o tematyce podróżniczej, a to za sprawą cudnych papierów Stamperii z serii Sea Land.

Jak tylko je ujrzałam to zaraz wiedziałam, że muszę coś z nimi zrobić, bo były na nich… balony.

A balony kocham miłością wielką i  dozgonną….

Pudło powstało jako inspiracja dla Sztuki Zdobienia – tam też znajdziecie opis wykonania pudła i specyfikację wszystkich materiałów użytych przeze mnie w tym projekcie.

 

JAJO W STEAMPUNKOWEJ KLATCE…

…czyli Milczenie Owiec, znaczy chciałam powiedzieć Gęsi…

Nie jestem jajowa (ani zresztą bombkowa też nie). Nie lubię ich robić. Moja niechęć jest duża i zatwardziała i prawie tak wielka jak ta, którą czuję do butelek. Choć „prawie” robi tu jednak różnicę.

Nie zmienia to jednak faktu, że nie lubię i już. A ostatnio w ogóle czuję awersję do jakiejkolwiek aktywności craftowej, więc dawno temu zamówione pisanki nie miały wielkich szans na zrobienie.

Obiecałam…

Ale w żaden sposób nie mogłam się za nie zabrać.

Cóż więc począć, gdy trzeba zrobić na gwałt ileś tam, sporo, tych jaj, a nie można się zmusić do roboty? Gdy się nie chce ogromnie, gdy nie ma motywacji, a czas goni?

Otóż wtedy należy zrobić coś dla siebie, takie coś-bylecoś, bez ładu, składu i planu, bez napinki, bez myślenia, dla samej zabawy i przełamania niechęci do jakiejkolwiek aktywności, i liczyć, że potem siłą rozpędu uda się zrobić również i te zaległe.

Kiedyś już korzystałam z tej metody i pomogło, więc i tym razem postanowiłam spróbować, choć wielkich nadziei nie miałam. No ale nóż-widelec…

I co??

I pomogło!!!

To co ujrzałam w swoich rękach, gdy skończyłam, rozśmieszyło mnie do łez 😀 Było tak niepodobne do niczego, że bardziej już nie można. Choć właściwie nie, trochę było podobne, bo natychmiast skojarzyło mi się z maską na twarzy Hannibala Lectera, a to rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej. I jeszcze w dodatku w niczym, absolutnie w niczym, nawet w najmniejszym fragmencie (ogólny kształt jaja się nie liczy!) nie przypominało pięknych, jasnych, wiosennych pisanek, które zamierzałam zrobić.  Rozśmieszyłam się więc jeszcze bardziej 🙂

A że śmiech zawsze działał na mnie mobilizująco i ozdrowieńczo to i zachciało mi się te czekające jaja jednak zrobić.

Tego śmiesznego jaja nie zamierzałam nigdy  nikomu pokazywać.  Jednak po zastanowieniu zmieniłam zdanie – właśnie z uwagi na terapeutyczne właściwości śmiechu.

I jako, że śmiech jest ostatnio u mnie towarem mocno deficytowym, a przecież bez niego życie jest smutne, szare i ponure, postanowiłam się nimi – i jajem, i śmiechem –  z Wami podzielić.

Śmiejcie się więc na zdrowie, jako i ja się śmiałam.

 

KŁAMAŁAM…

Tak, nie da się ukryć – kłamałam… Całkiem niedawno powiedziałam głośno i wyraźnie, że kończę z czerwienią. Że mam jej dosyć. Że jej czas przeminął. Że definitywne finito. Że  doszłyśmy do rozdroża i nasze drogi się rozchodzą, i koniec, kropka, szlus.

No i co? Kłamałam!

Na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, bo co to za tłumaczenie, że naprawdę tak myślałam? Żadne. I nie ma co się oszukiwać. Kłamałam i tyle.

Kłamałam, bo całkiem niespodziewanie wróciłam do czerwieni.

Jakoś tak bez zastanowienia sięgnęłam po tubę z czerwoną farbą i poooszłooo… Znowu popełniła się czerwona bombka. Znowu, choć zaklinałam się, że już nigdy więcej…

Jaki z tego  wniosek? Nigdy nie mów nigdy 😉

 

Medalion, akryl, średnica 12 cm, mixed-media

embossing, złocenia, mika,

szklane mikrokulki, barwniki dyspersyjne

czarny brokat diamentowy, biały brokat diamentowy, czerwony brokat,

farby akrylowe

żel z efektem szkła

 

 

CHODZIŁO ZA MNĄ ZŁOTO…

Długo i wytrwale. 

Ale zawsze jakiś inny kolor brał górę i wygrywał, ot choćby czerwień, która była ze mną przez ostatnie pół roku i która dokumentnie mi się już przejadła, i z którą się definitywnie pożegnałam moją ostatnią czerwoną bombką.

Nastało zatem kolorystyczne bezkrólewie. Czemu więc nie pobawić się w Midasa? Tym bardziej, że każde spojrzenie za okno nastraja melancholią i zniechęceniem, bo nic tyko szarość, ciemność i beznadzieja? Czemu nie dać szansy złotu? Bo przecież złot różnych mam zatrzęsienie – różnych: zielonych, starych, szampańskich, diamentowych, Inków, Majów, królewskich, perłowych, satynowych, Faraonów i co tam jeszcze producenci wymyślili, w farbach, płatkach, tuszach, brokatach, 

pastach i proszkach… Czemu więc nie dodać trochę blasku i złotego blichtru szarej rzeczywistości?

Pewnie, że dodać. W końcu nadchodzi czas Świąt, więc i okazja ku temu odpowiednia.

Zrobiłam zatem złotą bombkę.

A skoro miałam być tym Midasem to nie oszczędzałam i złotem tu aż kapie. Można by rzec, że złoto tu na złocie i złotem pogania. Ale co tam – raz nie zawsze, zawsze nie wciąż. Chciałam mieć złoto to i mam. Na jakiś czas mi wystarczy 🙂

 

Medalion, akryl, 12 cm

zdobiony wewnątrz i na zewnątrz

 

 

 

 

 

ŚWIĘTA, MAGIA I BROKAT…

Za oknem mokro i ponuro. Wiatr gnie drzewa, deszcz dzwoni w okienne szyby, dni są krótkie i szare. I to jest właśnie ten czas gdy zaczynamy myśleć o Świętach. Tęsknimy do rozświetlonej choinki, do skrzących się w blasku świec bombek, do odświętnie przystrojonych okien. Tęsknimy do magii…

I ja Wam tę magię przynoszę, bo mój świąteczny witraż specjalnie przygotowany na najbliższe warsztaty w Farbach i Kredkach, gościnnym poznańskim sklepie, taki jest. Roziskrzony brokatem, błyskający złotem i miedzią, delikatnie przepuszczający światło – słowem świąteczny i radosny. I magiczny, zmieniający kolory jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki, gdy tylko padnie na niego najmniejszy promyk światła…

CZERWIEŃ JAK PIEKŁO GORĄCA, SŁODKA JAK MIŁOŚĆ I JAK ARGENTYŃSKIE TANGO NAMIĘTNA…

 

Czas płynie nieubłaganie, nastała jesień, zima za progiem czeka, a z zimą i Święta.

Nic więc dziwnego, że moje listopadowe projekty na warsztaty w Skoczowie nawiązują do zimy i Świąt właśnie.

Przygotowałam dla Was zimowe, oszronione pudło na pachnące i rozgrzewające herbaty, tak przez wszystkich kochane, gdy za oknem śnieg, szklany lampion, magiczne szkiełko, które ożywa gdy rozświetli je migotliwy płomień, szklaną bombonierę na pierniki lub inne łakocie i naturalnie bombkę…

Łączy je czerwień, ostatnio mój ulubiony kolor, szkło, i oczywiście świąteczny klimat. I brokat, bo bez niego nie ma Świąt.

 

 

FRESK, KAMIEŃ, TYNK I RDZA…

słowem mural, czyli drugi projekt siemiański.

To duży kawałek „ściany” ze starym, w niektórych miejscach zatartym przez czas freskiem, gdzieniegdzie tylko czarującym swym dawnym blaskiem i powycieraną przez upływ lat  farbą. Zdobią ją żelazne, zardzewiałe dekory umieszczone w narożnikach.

W centralnej części ściany umieszczony jest fragment muru, jakby wycięty z jakiejś starej, antycznej budowli po to tylko, żeby uratować zamieszczone na nim kamienne dekory.

Trzymają go żelazne śruby nawiązujące do dekorów na ścianie i podkreślające jego ciężar.

Całość jest utrzymana w kolorystyce przybrudzonej, poszarzałej bieli, w szarościach i wyblakłej zieleni.

Projekt autorski.

Mixed-media

deska 65×50 cm

 

 

 

 

 

WULKAN – ASCETYCZNY GLAMOUR…

 

 

Jak tylko go zobaczyłam, natychmiast błysnęła mi myśl – wulkan! 

Bo ten wazon właśnie tak wyglądał, jak wulkan z kraterem…

Jest z grubego (0,7 cm) , lanego szkła, w pięknym kształcie, z grubym dnem.

Trochę trwało zanim mogłam do niego usiąść, musiał swoje odczekać, bo do robienia szkła trzeba mieć natchnienie i spokój. Szkło  nie lubi wykradanego czasu. Szkło jest zaborcze.

Ale jak wreszcie wyjęłam ten wazon z pudła po kilku miesiącach zapomnienia to znów pomyślałam – wulkan.

Postanowiłam zatem zrobić go inaczej niż dotychczas.

Chciałam, by z jednej strony był delikatny i gładki, z drugiej zaś surowy i chropowaty. I żeby był raczej monochromatyczny. Dlatego użyłam tylko dwóch kolorów – srebra i czerni.

I żeby był pełen kontrastów.

Stąd znalazło się tu stare, spatynowane, kute srebro obok gładkiego i jasnego, stąd jest szorstkość  lawy mieniącej się  „stopionymi” rudami metali obok przezroczystego i błyszczącego szkła. Jest też efekt lustra widoczny od środka (niestety nie udało mi się do końca tego sfotografować, ale jest, słowo!).

Połączyłam więc efekt glamour z surowością i ascetyzmem.

A oto i on – mój Wulkan 🙂

Wazon 27×27 cm, lane szkło, część kompletu

mixed-media

wypalany

przedmiot użytkowy

Projekt autorski.

 

 

 

 

Translate »