przecierki

now browsing by tag

 
 

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

DREAM TIME…

 

 

 

Organizer na biurko.

Mój własny.

Zrobiony z potrzeby chwili, bo już sobie nie dawałam rady z milionem pisadeł walających się na biurku. Musiałam je okiełznać już i teraz, bo za chwilę nawet komputera nie byłoby gdzie postawić.

No to siadłam i zrobiłam ;).

Jest w kolorze… no, właśnie, dość „niestabilnym”, w zależności z której strony się na niego patrzy – trochę oliwkowym, trochę śmietanowym, a trochę szarym, bo użyłam wszystkich tych kolorów (mieszając je uprzednio z mikami) i przetarłam, tak trochę niestarannie, żeby różnie się przenikały. Później wyposażyłam go w transfery, nóżki, wymyśliłam i stworzyłam  dekory, a jeszcze później zamieniłam je  w „metal” ze złotym połyskiem.

Nazwałam go DREAM TIME.

Chyba trochę z przekory, bo niezmiernie rzadko zdarza mi się marzyć przy biurku…

SREBRNY PÓŁMISEK, JAK ZE SZLACHECKIEGO DWORKU…

 

 

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej pracy, tak do końca zadowolona. 

Zazwyczaj zaraz po jej skończeniu już bym coś zmieniła, lub poprawiła, albo zrobiła od nowa, zupełnie inaczej.

A tym razem  podoba mi się takie, jakie się zrobiło 😉 Bez najmniejszej chęci poprawy.

 

 

To był zwykły, metalowy półmisek, taki, jakich dużo spotykało się w minionej, peerelowskiej epoce.

Udawał plater.

Dostałam go do przerobienia ze słowami – zrób taki – wiesz –  stary, i w srebrze niech będzie.

Lubię srebro, stare w szczególności, więc zbytnio nie marudząc i się nie ociągając zabrałam go do pracowni.

Na początek dostał nóżki, co zdecydowanie poprawiło jego wygląd.

A potem to już było tylko szaleństwo srebrzenia.

I patynowania.

I znowu srebrzenia.

I patynowania…

Wykorzystałam wszystko srebrne, co tylko miałam w pracowni – szlagaluminium w różnych grubościach i w różnym połysku, srebrne lakiery, płynny metal, pasty pozłotnicze, srebrną mikę. Pewnie coś tam jeszcze się przewinęło z tego srebra, czego zwyczajnie nie zarejestrowałam.

Do tego patyny w różnych nasyceniach czerni, antracytu i szarości, i odrobina brązów.

I wielokrotne wypalanie. A potem polerowanie…

To była długa i dość żmudna praca, ale się opłaciło – jestem zadowolona 🙂

Powstał „stary, srebrny” półmisek, na którym mijający czas odcisnął swoje piętno, z takich, jakie lubię najbardziej – ze „swoją historią”.

I nic to, że  historia  udawana… Wystarczy tylko odrobinę uruchomić wyobraźnię i bajka zaczyna opowiadać się sama.

Mogłaby się zacząć  choćby tak:

„Dawno temu, gdzieś pod koniec XIX w., w pewnym starym szlacheckim dworku na dalekim Wołyniu, przycupniętym malowniczo pomiędzy polami pszenicy i prastarą dębiną,  gdzieniegdzie  przetykaną kępami buczyny, a błyskającym szmaragdową wodą Bugiem, leniwie toczącym swe wody uroczymi zakolami, meandrującym od wieków wśród złotych pól i mrocznych lasów, pewna młoda, wiejska dziewczyna zabrała się właśnie za czyszczenie rodowych sreber.  Wyniosła wszystko na ogromnej tacy przed dom, żeby mieć lepsze światło. W garnuszku miała miałki, specjalnie przesiany popiół  i miękką, lekko wilgotną szmatkę, przeznaczoną tylko do tego celu.

Była bardzo przejęta, bo po raz pierwszy wyznaczono jej tak odpowiedzialne zadanie. Dobrze wiedziała, że od tego, jak wykona pracę, zależy jej przyszłość – albo wróci do kuchni i jak do tej pory będzie tylko pomocą kuchenną, popychadłem i nikomu nieznaną kuchtą, albo zostanie dziewczyną od sreber… A ona za nic nie chciała wracać do kuchni i ze wszystkich sił chciała być dziewczyną od sreber. Musi wyjść zwycięsko z tej próby. Musi! Już oczyma duszy widziała, jak się matula  ucieszy i jaka będzie z niej dumna. I jaka ona sama stanie się ważna. Nie każdy przecież może dostąpić takiego zaszczytu. Zresztą od dawna pracowała na tę chwilę. Była ambitna, pojętna i pracowita. I wreszcie dostała tę szansę. Za nic jej nie zaprzepaści! 

Spojrzała na piętrzący się przed nią stos sreber chwilę zastanawiając się od czego zacząć. A potem pomalutku wyjęła ze spodu spory półmisek z małymi, kutymi nóżkami. Był zaskakująco delikatny. Wiedziała, że to ten sam, który Pani przywiozła rok temu ze swojej podróży po Europie,  z której wróciła taka odmieniona, niby radosna jak dawniej, a jakby czegoś smutna.  Dziewczyna sama widziała nie raz, jak Pani siedzi przy oknie zamyślona, nieobecna, patrząc tęsknie w kierunku rzeki. To ten sam półmisek, który Pani tak lubiła, i  który stał zawsze na jej nocnym stoliku. Pani kładła na nim listy przewiązane karminową wstążką i zabierała go ze sobą w każdą podróż. Zupełnie jakby ten kawałek srebra miał dla niej jakąś niezwykłą wartość…”

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

KOSZ-OSŁONKA-NOSIDŁO…

… na zioła. Żeby na kuchennym parapecie ładnie było 🙂

Własnoręcznie wycięty z deseczek (nareszcie miałam okazję wykorzystać mój gwiazdkowy prezent, przepiękną, wymarzoną przeze mnie wyrzynarkę 🙂 ), własnoręcznie zbity i własnoręcznie ozdobiony.

Moja inspiracja dla ZieloneKoty

WALENTYNKOWE SERCE JAK ZE STAREGO, POPĘKANEGO MURU…

 

 

 

Takie chciałam, walentynkowe, ale ani czerwone, ani różane, ani wymuskane i ze wstążeczką. Żadne słodkie i cukierkowe, wręcz przeciwnie – miało być surowe i chropowate.

Miało być stare już na dzień dobry.

Inne.

Popękane.

Wyblakłe upływem lat, a jednak wciąż czytelne.

Chciałam, by kojarzyło się ze starym murem, z jego fakturą, z popękanym tynkiem pobrudzonym dotykiem wielu rąk, z wyblakłą farbą…

Jest moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów.

 

 

 

KARECIAK…

…czyli zegar nr 2.

Lubię zegary. Lubię ich cichy, tik-takowy szept. Lubię ich bicie. 

Chętnie się nimi otaczam, nie przeraża mnie, że pracowicie, sekunda po sekundzie, odmierzają bezustannie płynący czas.

Lubię jak dostojnie i melodyjnie śpiewają kurantami.

Lubię słuchać o czym opowiadają, szczególnie nocą, gdy nie mogę spać, a one na wiele głosów prowadzą ze sobą rozmowy – tik-tak, tik-tak, cyk-cyk-cyk, tak-tak, tik… Te rozmowy nigdy ich nie męczą, wciąż mają sobie coś ciekawego do powiedzenia, wciąż się czymś ze sobą dzielą, a ja sobie słucham…

Zegary są jak wierni przyjaciele.

Każdy nowy zegar przybywający do siedziby rodowej, jest przeze mnie witany z otwartymi rękoma.

Tak. Lubię zegary.

Kareciak, to zegar podróżny.

W czasach, gdy nie było samochodów, komórek, tabletów i innych nowomodnych gadżetów, podróżowało się karetą.

I zapewne jakiś ówczesny przyjaciel zegarów, pewnie taki, który nie wyobrażał sobie rozstania z ulubionym nawet na czas podróży, wymyślił zegar podróżny – niewielki, z uchwytem, by łatwo go było nosić, zdobiony, by i w czasie podróży mógł cieszyć oko, zazwyczaj mający kształt prostokątnego pudła z jakiegoś metalu lub kamienia, by chronić delikatny mechanizm mieszkający w środku.

Nie miałam wśród swoich zegarów kareciaka. 

Więc go sobie zrobiłam 🙂

Dawno już się za niego zabierałam. Raz chciałam go w srebrze, raz w złocie, to znów myślałam o marmurze, albo o granicie.

A tymczasem zrobił się, zupełnie dla mnie niespodziewanie, taki całkiem inny…

Jak każdy kareciak ma uchwyt. Nie będę się chwalić skąd ów pochodzi, bo oglądający by mnie śmiechem zabili, powiem tylko, że „zniknęłam” ten jego bijący po oczach blask i  wypolerowaną gładkość, żeby lat mu przydać. Podobnie potraktowałam obręcz skrywającą mechanizm. Cyferblatu nie chciałam postarzać, dodałam mu tylko maleńki diamencik, sama nie wiem po co, chyba z przekory, albo może żeby nie było mu przykro, że jest taki surowy i żeby nie czuł się jak ubogi krewny tych oryginalnych, często kapiących złotem i drogimi kamieniami. Wiem, że jeden diamencik wiosny nie czyni, ale mojemu kareciakowi chyba się spodobał, bo cichutko szepnął w podzięce tik-tak…

I żeby już taki całkiem ostatni nie był to zatopiłam mu bladozłote, a właściwie to nawet bardziej srebrne jak złote,  jeziorka w dekorach.

 

 

 

 

ZEGAR W STYLU SHABBY CHIC…

pierwszy z dwóch różnych.

Będzie kompletem do lustra z wcześniejszego postu.

Surówką był stary i popękany plastikowy koszmarek, kupiony kiedyś za dwa złote w mojej ukochanej Starej Rzeźni.

Czekał spokojnie na swoje pięć minut. Nie bardzo wiedziałam, co z nim zrobić, był brzydki, w jakimś bliżej nieokreślonym, brązowocośtam kolorze i  – jak już wspomniałam – popękany i z  ubytkami.

To wymusiło na mnie taki, a nie inny sposób jego reinkarnacji, stąd dodanie faktury i przecierek, żeby zamaskować wypełnienia i ślady sklejeń.

Wykorzystałam farby kredowe, te oryginalne i takie „własnej produkcji”.

Zabezpieczyłam go tylko jedną, cieniutką warstwą wosku, bo nie chciałam wygładzać zbytnio jego chropowatości i zadziorności.

Przedmiotów w tym stylu będzie więcej.

MAPY, LATANIE I PTAK.

 

Lubię patrzeć z góry.
Jakkolwiek dwuznacznie to zabrzmiało – lubię.
To bardzo przyjemna czynność.
Różnie można patrzeć.
Tak trochę z przypadku, leniwie i bez większego zaangażowania, tak człowieczo – z okna, balkonu, tarasu widokowego, albo z dachu. Nawet z Fernsehturm na Aleksanderplatz.
Można też tak hardcorowo  – z urwiska, z lotni, samolotu, wiszącego mostu gdzieś w Andach.. Albo z balonu.
Można też tak już całkiem, całkiem z góry, z perspektywy nieba – patrzeć na mapy.

Tak człowieczo – z okna, balkonu czy tarasu – patrzą wszyscy. Ja też. Czasem.
Z urwiska, lotni, mostu czy balonu – patrzą wybrańcy. Ja nie. Nigdy.
Choć kiedyś miałam okazję polecieć balonem.
Nie skorzystałam. Nie żałuję.
Z samolotu patrzą niektórzy. Ja… hmmm… trudno powiedzieć, że patrzę, ja zerkam.

Otóż w samolocie jestem zwykle niebywale zajęta. Głównie baniem się. Choć zdecydowanie wolę bać się na miejscu przy oknie, bo jednak… gdyby… nie daj Boże… ten samolot miał spaść… to ja koniecznie chciałabym to widzieć.
Najlepszy ma lęk wysokości, nie muszę z nim o to miejsce walczyć, a Nieletni nigdy nie wykazywał chęci patrzenia (on używa samolotu jedynie do spania, poza oczywiście przemieszczaniem się – śpi przemieszczając się, albo przemieszcza się śpiąc). Mam więc to miejsce przypisane do siebie niejako z urzędu, odgórnie i na zawsze w każdej podróży. Zerkam więc sobie jednym okiem co widać, jednym, żeby sobie nie przeszkadzać w tym baniu. Chyba, że jest coś nieziemsko pięknego – chmury, słońce, ośnieżone wierzchołki gór, połyskujące daleko w dole morze, rozświetlone nocą maleńkie miasta, rozrzucone w niezmierzonym błękicie wód tycie wysepki, albo pioruny bijące w skrzydło… no, wtedy to co innego, wtedy zapominam o strachu i patrzę, patrzę, patrzę… bez opamiętania.
Potem oczywiście boję się podwójnie, bo przecież przez chwilę nie bałam się wcale i muszę nadrobić… Bilans, wiadomo, musi wyjść na zero.

Za to mapom przyglądam się od zawsze.
Pewnie to zamiłowanie do ich oglądania wyssałam z mlekiem ojca.
Mój ojciec, geograf, zawsze powtarzał, że wykarmił mnie własną piersią.
I choć nigdy jakoś nie sprecyzował tego karmienia, mimo, że usilnie domagałam się wyjaśnień w tej niezwykle intrygującej mnie kwestii, to chyba innej możliwości jednak nie ma – mapy zaaplikowano mi w mleku ojca.
Ale w moim wewnętrznym jestestwie kołacze się też zamiłowanie do wszelkich działań z szeroko pojętej dziedziny sztuk plastycznych, a to już na pewno nie po ojcu, a po mamie… Mam więc silne podejrzenie, graniczące niemal z pewnością, że musieli mnie chyba karmić na zmianę, bo niby skąd to u mnie?
Niemniej jednak fakt map pozostaje faktem – przyglądam się im zawsze i z ogromną przyjemnością.
Wszystkim.
Patrzę sobie na nie z okazji okazji (np. jakichś podróży małych i dużych) i bez żadnej okazji też, z czystej przyjemności przyglądania się. Mogę tak godzinami.

Ale kiedyś…
Kiedyś dane mi było doznać zupełnie innego, wręcz metafizycznego widzenia…
Kiedyś miałam okazję spojrzeć na świat z innej, nieznanej, nawet nie przeczuwanej, ptasiej perspektywy…
Zdarzyło się parę lat temu.
Jechałam kolejką górską, wysoko, wysoko… na Jaworzynę Krynicką.
Było upalne, letnie popołudnie, trasa wiodła wąską przecinką, między dwoma zalesionymi zboczami, stojącymi tuż obok siebie, bliziusieńko,
okna kolejki były otwarte…
pomyślałam wtedy, że gdybym wyciągnęła ręce to bez problemu dotknęłabym ich obu.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia, kolejka stanęła, lekko się zakołysała i znieruchomiała.
Była jak zawieszona w próżni – bez styczności z ziemią, bez styczności z niebem…
Nim zdążyłam się przestraszyć – spojrzałam w bok i tuż obok siebie zobaczyłam gałęzie rosnącego drzewa, odurzyło mnie przesycone zapachem igliwia i żywicy, rozedrgane od ptasich treli i gęste od skwaru, powietrze.
Było zielone jak to drzewo, poprzecinane słonecznymi smugami.
Znalazłam się w zupełnie innym świecie.

Do tamtej pory myślałam, że drzewa rosną po to, by na nie patrzeć z dołu, by zadzierając głowę i przysłaniając ręką oczy od światła lejącego się z nieba, oglądać sączące się przez koronę promienie, poruszane wiatrem liście…
I nagle wtedy, w tamtej magicznej chwili, zrozumiałam, że to jest tylko myślenie ludzi, że ptaki myślą inaczej…

I ja się właśnie wtedy poczułam jak ptak – jakbym sobie na chwilkę przysiadła na jednej gałęzi, złożyła skrzydła, by przyjrzeć się tej drugiej z bliska i spokojnie, bez pośpiechu, mogła policzyć szmaragdowe igły… i za chwilkę miała lecieć dalej, na inne drzewo, na inną gałąź, innym igłom się przyglądać…
I przez jedno mgnienie byłam wolna.
Jak ptak.

CECYLIE DWIE

 

 

 

Najpierw była Cecylia Pierwsza…

Gdy zawitała do mojego domu lata temu, tak o niej wtedy pisałam:

      Cecylia jest manekinem. Nie, nie… nie manekinem –  manekinką!… bo to przecież kobieta!

 Trafiła do mnie jakiś czas temu, jako mój wymarzony prezent imieninowy (i tu od razu widać jaki mam spaczony gust).

Była w stanie mocno… hmmm… naruszonym…

Ale spodobała mi się od razu – miała duszę (mało, że miała, w dodatku była to dusza francuska!)  i w jakiś telepatyczny sposób wyjawiła mi swoje imię, w każdym razie natychmiast wiedziałam, że to Cecylia.

  Łatwo w życiu nie miała – wszędzie widać było ślady po ukłuciach tysięcy szpilek, wbijanych w jakichś podejrzanych pracowniach krawieckich przez pokolenia krawców w jej biedne ciało, jedyna noga była odrapana i pęknięta… słowem – obraz nędzy i rozpaczy! Ale ja pokochałam ją miłością wielką i bezwarunkową – nic to – telepatowałam do niej – jeszcze będziesz piękna!  Wyliftingowałam jej ciało i nogę, uzupełniłam braki, pomalowałam – nie do końca, bo przecież kobieta w słusznym wieku zrobiona na młódkę wygląda śmiesznie, dałam nowe, zalotne ubranko i nawet wymodziłam kapelusik z elegancką, szklaną kulką…

Stoi teraz dumnie na swej jedynej nodze w salonie i gości zadziwia. W podzięce za nowe życie zgodziła się moje korale na swej kształtnej piersi wieszać  (i dobrze, bo zawsze z nimi – koralami – kłopot miałam).

Ubrałam ją w romantyczne, różyczkowe „niewymowne” z premedytacją- na takiej figurze (a ma ją bestyjka, ma… mimo słusznego już wieku!!!) wyglądają, te „niewymowne” fenomenalnie i wielce ponętnie – żaden facet nie przejdzie obok niej obojętnie!…

 

Cecylia Pierwsza mieszkała ze mną dość długo.

Ale wszystko na tym najlepszym ze światów ma swój początek i swój koniec.

Cecylia znalazła nowy dom, odeszła… mam nadzieję, że choć z odrobiną żalu,  ja zostałam sama…

I co tu dużo mówić – tęskniłam 🙄

Do teraz.

No i w tym  miejscu mogłabym sobie zanucić „Lubię wracać tam, gdzie byłam już…”

To prawda, lubię.
Raz na jakiś czas wracam do tego, co już kiedyś robiłam, co mi się kiedyś podobało, co mnie bawiło.
Teraz też wróciłam, i to nawet podwójnie, bo po pierwsze – shabby chic odkurzyłam, a po drugie stworzyłam Cecylię Drugą.
Cecylia Pierwsza opuściła mnie już dobry rok temu, poszła sobie do ludzi i pozostał mi po niej tylko kapelusik, zresztą bez kulki, która się zbiła.
Nową Cecylię dostałam, tak jak Pierwszą, jako prezent imieninowy, bo tak sobie zażyczyłam (jakoś mi tej Cecylii brakowało), i mimo, że imieniny jeszcze nie nadeszły – ja już swoją Cecylię Drugą mam.
Przybyła do mnie w stanie stokroć gorszym niż Cecylia Pierwsza. Tamta była pokłuta i sponiewierana, ta sponiewierana, pokłuta i z ubytkami (w niektórych miejscach wielkimi niczym Kanion Wielki).
Trochę mnie to przeraziło, bo mimo, że wiedziałam, iż ona z odzysku, więc nówka sztuka to nie będzie, ślady mieć musi, nie ma siły, ale jednak nie myślałam, że aż takie…

Ale duszę francuską też ma! Zdecydowanie francuską – od razu ją wyczułam.

Naprawienie jej zszarganego przez życie ciała zajęło mi dobry tydzień, wygładzanie i przecierki  drugi, reszta to już błysk, świst i jest.
Bardzo chciałam, żeby była prosta i jasna, bo będzie stała w sypialni, a ta w zamyśle remontowo-dizajnerskim ma być biało-srebrno-czarna, więc Cecylia Druga musi pasować.
Po Pierwszej otrzymała w spadku imię z przydomkiem Druga, żeby łatwiej je odróżnić było i kapelusik, ale tym razem z kulką w kolorze malachitu, tak na przekór tym białościom, srebrnościom i przetartym szarościom.

A teraz orkiestra tusz!
Kłania się Państwu Cecylia Druga  😉

HERBACIARKA Z RELIEFEM…

 

 

 

W zupełnie nowym dla mnie kształcie, z czterema przegrodami.

Boki w kolorze lekko połyskującego srebra wydobywającego rysunek słoi i hebanowych przetarć, wieko – gładka srebrno-szara rama, środek – czerń przetarta bitumem (faktura), z rozrzuconymi drobinkami złota i turkusu – tworzy tło dla reliefu w kolorze metalicznego brązu cieniowanego złotem, srebrem i miedzią (całość patynowana).

Wykończenie – elementy drewniane – wosk, ciemne tło – lakier półmat, relief – lakier w wysokim połysku.

 

NOWOROCZNY CUD…

 

 

 

 

…. zdarzył mi się!

I zaskoczył tak, że wciąż jeszcze w zaskoczeniu i niedowierzaniu trwam.

I nie chodzi tylko o to, że dotychczas nigdy o takim noworocznym nie słyszałam – o wigilijnym i owszem, ale o noworocznym – nigdy, a o to, że zgodnie ze wszystkimi znanymi mi prawidłami on nie miał prawa się zdarzyć!

 A się zdarzył…

  Miałam na warsztacie herbaciarkę.  Nic specjalnego – spokojna, szara, z lekkimi przecierkami, jedyną fanaberią w niej miał być krak na tylnej ściance wnętrza – takie srebrne, cienkie linie na tej szarości, tak sobie ją wymyśliłam – praca prosta, nieskomplikowana i łatwa.

   Nie jestem wielką fanką kraków, nieczęsto je robię, a jeśli już, to raczej dwuskładnikowy… I nie to, że się go boję – nie boję się, nie czuję przed nim żadnego respektu, i nie, że mi nie wychodzi, bo odpukać – wychodzi, specjalnych kłopotów z nim nie miewam, pęka zawsze i – jeśli już robię – to zazwyczaj wychodzi tak jak chcę…

Teraz też miało tak być…

   Kraka położyłam automatycznie, tak jak zawsze, nie zmieniałam ani grubości warstw, ani warunków schnięcia, ani jego czasu – wszystko tak jak zwykle… i… nie popękał!

Nic, a nic! Nawet jednej najmarniejszej kreseczki… Nic!

Wqundulenciło mnie to ostro, ale nie miałam czasu żeby przeanalizować w czym rzecz.

Widocznie herbaciarce nie dane było tego kraka nosić , nie to nie.

Nawet nie zmywałam tego kraka, przetarłam jeno papierem lekko,  tak tylko, żeby wyrównać powierzchnię  i przemalowałam wnętrze na jasno, żeby taka smutnoszara nie była, a zanim farba wyschła dałam jeszcze drugą warstwę w odcieniu leciutkiego turkusu, przetarłam i zostawiłam do wyschnięcia… To było wczoraj.

A dzisiaj oczom własnym nie wierzyłam – na farbie (!) pojawiły się piękne, duże spęki…

Nie miały absolutnie żadnego prawa się pojawić – a się pojawiły…

Ano nic innego jak cud! Noworoczny.

Choć gdyby ktoś mi to opowiadał, to z całym szacunkiem, ale bym nie uwierzyła…

 Cieszę się jednak ogromnie, bo – zgodnie z powszechnie znanym przysłowiem – „Jaki Nowy Rok, taki cały rok” – czeka mnie rok cudów… no  i bardzo dobrze, bo mam z tym rokiem wielkie plany związane  🙂

I mam nadzieję, że będzie w cuda obfity. I nie tylko w kwestii kraków…

 Czego Wam i sobie życzę.

 A herbaciarka dostała jeszcze dekor na front i medalion na tę popękaną ściankę, trochę bitumu, trochę past pozłotniczych i prezentuje się tak: 

Translate »