przecierki

now browsing by tag

 
 

FRESK, KAMIEŃ, TYNK I RDZA…

słowem mural, czyli drugi projekt siemiański.

To duży kawałek „ściany” ze starym, w niektórych miejscach zatartym przez czas freskiem, gdzieniegdzie tylko czarującym swym dawnym blaskiem i powycieraną przez upływ lat  farbą. Zdobią ją żelazne, zardzewiałe dekory umieszczone w narożnikach.

W centralnej części ściany umieszczony jest fragment muru, jakby wycięty z jakiejś starej, antycznej budowli po to tylko, żeby uratować zamieszczone na nim kamienne dekory.

Trzymają go żelazne śruby nawiązujące do dekorów na ścianie i podkreślające jego ciężar.

Całość jest utrzymana w kolorystyce przybrudzonej, poszarzałej bieli, w szarościach i wyblakłej zieleni.

Projekt autorski.

Mixed-media

deska 65×50 cm

 

 

 

 

 

MURAL W RAMIE ZAMKNIĘTY…

 

 

Bardzo mnie ostatnio korciło, żeby sobie zrobić swój własny, prywatny kawałek muralu, taki chociaż najmniejszy.

Niestety jednak siedziba rodowa nie dysponuje już ani jednym kawałkiem wolnej ściany, a w dodatku Najlepszy jak usłyszał o czym mówię, skwitował cały mój pomysł jednym słowem – oszalałaś!

Ale ja nadal chciałam, więc zrobiłam sobie taką małą namiastkę na… sklejce 🙂

A że miałam ramę – zwykłą, plastikową, w okropnym złotym kolorze, taką, która grzecznie czekała na swoje 5 minut wciśnięta za szafę przez dwa lata – to i ona dostała swoje drugie życie. 

Z ramą wiele nie kombinowałam, ot, pomalowałam ją i pordzewiłam trochę.

I mam.

Tylko tak do końca nie wiem czy to jest kawałek muralu oprawiony w ramę, czy obraz z namalowanym widoczkiem stary bardzo…

ŚLUBNE PUDŁO – INACZEJ…

 

 

Miałam zrobić pudło na ślubne wino.

I dostałam carte blanche 🙂

Postanowiłam więc podejść do tematu zupełnie inaczej, nieszablonowo i indywidualnie, bez przypisanej ślubom kolorystyki, bez opatrzonych atrybutów typu obrączki, połączone ręce i tym podobnych.

Nie znaczy to jednak, że to pudło jest bezosobowe. Nie jest. Nawet wprost przeciwnie, pełne jest odniesień do wspólnego życia, pełne symboli i dobrych życzeń.

Dlatego znalazły się tu elementy czerwieni, bo to kolor miłości, złota kojarzącego się z bogactwem, jest czerń nocy i liliowy brzask, jest słońce i deszcz…

Jest też sentencja, jako przesłanie na wspólne dni – NON SINE SOLE IRIS, żeby pamiętali.

I są  litery, by mogli odtąd pisać swój własny, wspólny esej.

I imiona Młodych, i data ślubu.

I jest tańczący żuraw, który w kulturze dalekiego wschodu jest symbolem szczęścia, radości i powodzenia.

 

SIEMIANY Z POWIEWEM WSCHODU…

 

 

Długo się zastanawiałam, co przygotować na tegoroczne jesienne warsztaty w siemiańskiej Cykadzie …

Myślałam i myślałam… i myślałam… Aż wreszcie przyszedł ten moment, że usiadłam i się zrobiło.

Pudło.

Ogromne i z nutą wschodu, który to wschód chodził za mną od dawna, i znów z czerwienią.

Takie z mandalą, złotem, rdzą i granatem.

I z kryształowym uchwytem.

I okute w metal. 

Pełne kontrastów.

Mam nadzieję, że mojej siemiańskiej rodzinie się spodoba 🙂

WSCHODNIE PUDŁO 

Projekt autorski.

Okrągłe pudło, średnica 33,5 cm

wysokość 17,5 cm

mixed-media

WIELKA TACA I KUFEREK W PARZE…

 

 

 

Taca sama w sobie już była fajna. I duża, a ja duże gabaryty lubię, więc poszło gładko.

Tym bardziej, że znowu poszłam w kontrasty. Stąd obok faktur na rantach pojawia się gładka i błyszcząca tafla, obok matu błysk, obok złota – szarość i czerń. Przemyciłam też czerwień, od której się ostatnio nie mogę odczepić. I ulubione stemple…

Wykorzystałam tu mix technik i mix materiałów i w rezultacie powstało coś, co wygląda tak:

 

Za to z kuferkiem już tak łatwo nie było.

Zdobienia musiałam zgrać ze stylem, w jakim wykonano kufer, powalczyć z mdf, a to zupełnie inna bajka niż drewno i zmierzyć się z samą sobą, żeby nie iść w przekorę :), a bardzo mnie ciągnęło.

Tu też jest całe mnóstwo kontrastów – i w kolorystyce, i błysku i macie, gładkości i chropowatości.

I wiele technik połączonych w jedność 🙂

taca – 52×40 cm, mixed-media

kufer – 26x17x10 cm, mixed-media

Oba przedmioty to projekty na sierpniowe warsztaty w Gdyni, w DecoHobby, zapisy tu: klik 

LUDWICZKA Z SZACHOWNICZKĄ…

 

 

Z każdego wyjazdu coś przywożę, tak już mam.

Raz jest to wazon, raz świecznik, albo inny gadżet mniej lub bardziej przydatny, innym razem krzesło (albo 6 krzeseł), stolik czy lampa. Ale zawsze coś.

Tym razem przywiozłam, no dobra – nie przywiozłam z powodu gabarytów, dojechało później  – komodę. Ludwiczkę. Dokładnie taką, jakiej szukałam od pewnego czasu. Miała idealne wymiary i w dodatku spodobała mi się od pierwszego spojrzenia. Kupiłam bez zastanowienia.

Potem przyszło mi tylko czekać na przesyłkę. Z ogromną niecierpliwością…

Od początku wiedziałam, że chcę ją mieć w czerwieni., co było o tyle dziwne i nieoczywiste, że ja wcale czerwieni nie lubię. Więcej – czerwieni u mnie nie ma, nie tylko w meblach, ale również w dodatkach, garderobie, gadżetach, nie ma nic a nic. Ale tu ta czerwień wydawała mi się jedynym słusznym kolorem. Uparłam się. Nic to, że Najlepszy usłyszawszy co planuję spojrzał na mnie wzrokiem pt. ” OSZALAŁAŚ!”, nic to, że podobno do mebla w stylu Ludwika czerwień nie pasuje, nic to, że czerwieni nie lubię. Chciałam i już. W dodatku, co jest już absolutnym ewenementem, umyśliłam sobie, że na blacie zrobię szachownicę…

Cóż, każdego szkoda – skwitowała Szara.

Cóż, co racja, to racja – zgodziłam się z jedynaczką – i jak tylko komoda pojawiła się w Siedzibie Rodowej zabrałam się do pracy.

Łatwo nie było, bo jak się okazało, była o wiele bardziej zniszczona niż mi się wydawało. Szpachlowania, wypełniania ubytków i pęknięć, szlifowania było co niemiara, ale dałam radę.

 

 

 

 

W końcu jednak ją pomalowałam, pozłociłam (pulment + szlagmetal) i przystąpiłam do tej szachownicy…

Tego co przy niej przeżyłam to ludzkie słowo nie wypowie. Trzy razy ją rozmierzałam i mazałam, bo wciąż wychodziła krzywo. Trzydzieści trzy razy chciałam wszystko rzucić w diabły 😉 Ale ja zawzięta jestem jak nie wiem co i w końcu zrobiłam. Namalowałam równiutko, równiusieńko 255 kwadratów urobiwszy się przy tym jak dziki osioł, a potem…. a potem je mocno spatynowałam.

Cóż, każdego szkoda.

Ale szachowniczkę mam! Jest (bo chciałam), a jakby jej nie było (bo niektórzy – nie powiem, że Najlepszy, bo obiecałam – pukali się w czoło).

Ze złoceniami było podobnie.

Zrobiłam je zgodnie ze sztuką pozłotniczą – na pulmencie, pracowicie, długo i w pocie czoła wygładzając złoto agatem, a potem… a potem je spatynowałam. Brawo ja.

Szkoda każdego?? Pewnie, że szkoda.

Ale też mam 🙂

A co jest najdziwniejsze?

Ano to, że Najlepszemu się podoba 😀

farba – Tuscan Red GF
złocenia – pulment + szlagmetal
patyny
pasty Treasure
lakier Flat out Flat GF

LUSTROBRAZ, CZYLI BALONEM WŚRÓD DRZEW…

Wreszcie mam i ja!

No dobra, mam od dawna, odkąd na pewnym dekuzlocie  Maria  wprowadzała nas w magię robienia obrazu w lustrze, mistrzowsko pokazując nam tę magię i zaczarowując nas wszystkie.

Powstało wtedy kilkanaście prac. Pięknych, oryginalnych, niepowtarzalnych i fascynujących swoją odmiennością.

Wtedy powstało też moje (dzięki Ata, dzięki Ada – bez Was by go nie było! Ani w tym kształcie, ani w tej wielkości.).

Od dawna chciałam je pokazać, ale miałam z tym jeden, za to wielki i taki nie do przeskoczenia, problem.

Otóż moje lustro jest ogromne… Długo nie mogłam znaleźć dla niego miejsca w domu. Nigdzie mi nie pasowało, a jak pasowało to ściana okazywała się zbyt mała. No i dodatkowo jeszcze nie mogłam mu zrobić zdjęcia (całościowo), bo mi się nie mieściło w obiektywie. Nawet wyniosłam je do ogrodu, żeby tam zrobić sesję. I to była porażka na całej linii, bo w tej wielkiej tafli, która przecież dalej była lustrem mimo, że obrazem, odbijała się moja ogrodowa dżungla zamazując dokładnie cały ten misternie dziergany obraz. Byłam bliska załamania, bo chociaż zdjęć detali miałam milionpięćsetstodziewięćset, to na co mi one były, jak zdjęcia całości jak nie miałam, tak nie miałam. No bo kto potrafi sobie wyobrazić jak coś wygląda oglądając tylko narożnik? Albo gałązkę? Albo jakieś złoconko? No nikt!

Mogłam je co prawda wynieść na górę i wygospodarować odpowiedni kawał ściany, żeby je tam umieścić, tylko że nikt by tam go nie zobaczył. Mogłam również je powiesić w łazience, to jednak wydawało mi się profanacją.

Aż wreszcie kiedyś, siedząc przy stole w jadalni, spojrzałam na schody…

No i to było to! Sama się zdziwiłam dlaczego wcześniej na to nie wpadłam – przecież jeśli je powieszę na klatce schodowej, to i z dołu, i z góry będzie je widać. Bingo! I nawet wtedy uda mi się zrobić zdjęcie w całości 🙂

Później pozostało mi tylko czekać, aż Najlepszy dojrzeje do wywiercenia odpowiedniego otworu w odpowiednim miejscu (bo lustro swoją wagę ma!) i stanie się, wreszcie mój lustrobraz zawiśnie.

Ta wiekopomna chwila nadeszła wczoraj wieczorem. Lustrobraz zawisł!

Nie mogłam się doczekać rana, żeby złapać Obywatela Ce i te foty, te wciąż brakujące foty całościowe zrobić.

Wstałam więc skoro świt, bo dospać nie mogłam i nie bacząc już na żadne światło, perspektywę i inne bzdety cyknęłam byle już/teraz/natychmiast, bo mnie pchało.

Zdjęcia wyszły jak wyszły, widać jak na dłoni, że nie jest to szczyt sztuki fotograficznej, dalej niewiele na nich widać, ale chociaż jakiś ogląd całości jest. A resztę, mam nadzieję, pokażą fragmenty…

 

DUŻA SKRZYNIA Z EFEKTEM RDZY…

 

 

 

Skrzynia na pędzle, duża, nawet bardzo duża, bo i pędzli multum.

W kolorze szaro-zielonym, mocno postarzana. I z dekorami pokrytymi rdzą. Taka rodem ze średniowiecza.

Wykonana w technikach mixed-mediowych.

Inspiracja dla Zielonych Kotów.

 

MIXED-MEDIA Z PENTACOLOREM, EDYCJA SIÓDMA…

 

Tym razem przygotowałam dla Was trzy projekty – obraz z tynkiem, zdobioną ramą i dwoma aniołami w stylu vintage, zardzewiały notatnik i walizkę, idealną na wakacyjne wspomnienia, bo wakacje wszak już za progiem…

 

ANIELSKO-BAROKOWA SKRZYNIA I WAKACYJNA BRANSOLETA…

 

 

Barokowa skrzynia z motywem anielskim.

Drewno strukturyzowane, mocno postarzane i patynowane.

Z anielskim dzieckiem ze złotymi skrzydłami.

W środku zdobiona pasami (stempel Primy) i złoceniami.

 

I letnia, wakacyjna bransoleta, w sam raz na wieczorny spacer brzegiem morza.

MIAŁA BABA DONICĘ…

 

 

 

 

Miała.

Od dawna. Taką dużą, 40-litrową. Ciężką i bez wyrazu. Stała w ogrodzie i straszyła. Nawet nic w niej nie rosło, bo baba nie miała dla niej serca.

No to baba postanowiła ją odnowić. Znaczy chciałam powiedzieć – postarzyć. Bo baba zwariowana jest i dla niej zwykle „odnowić” oznacza „postarzyć”.

Jak postanowiła tak i zrobiła.

Tak ją postarzyła, że Najlepszy ujrzawszy najnowsze dzieło baby, chciał ją wyrzucić, myśląc, że to już absolutny staroć do wyrzucenia przez babę przygotowany… Mężczyzna!

Dobrze, że baba czuwała.

I, żeby już najmniejszych wątpliwości Najlepszy nie przejawiał, nawet bergenię w nią wsadziła 🙂

I teraz se baba ma 🙂

farby kredowe, farby mleczne, tynk, wapno, sproszkowana cegła, barwniki mineralne

SKRZYNIA NA BOGATO….

 

 

 

…bo na Nową Drogę Życia miała być.

No i jest. Na bogato. W srebrze, złocie i miedzi, wszak bogactwo zobowiązuje 🙂

Jest duża.

I ciężka, bo „kruszcu” wszelakiego na niej tyle, że ho-ho…

Lubię robić skrzynie, a jeszcze jak Inwestor daje wolną rękę, to bardzo lubię. Wtedy robota sama się robi, szybko, łatwo i przyjemnie. Tak jak tym razem – ledwo ją wzięłam na warsztat, a tu już ostatni wosk kładłam :), sama nawet nie wiedząc jak i kiedy.

 

 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

SIEMIANY, WIOSNA – EDYCJA TRZECIA…

 

 

 

No i nadszedł czas kolejnego spotkania w Siemianach  – czyli TRZECIE AUTORSKIE WARSZTATY  w cudnej, klimatycznej Cykadzie.

Znowu będzie wesoło, śpiewająco i pracowicie!

Tym razem będziemy realizować dwa projekty – obraz z własnoręcznie namalowanym marmurem i własnoręcznie wykonaną ramą

oraz księgę Le Ballon (zgodnie z Waszym życzeniem!)

 

 

 

Serdecznie zapraszamy!

WIOSNA! PORA ŁĄCZYĆ SIĘ W PARY…

Wiosna! Pora łączyć się w pary.
Na dworze zrobiło się cieplej, powiały łagodniejsze wiatry, po niebie gonią się klucze dzikich gęsi, ptaki głośno krzyczą w ogrodzie – znaczy wiosna już.
A jak wiosna to najwyższa pora zakładać gniazda i składać jaja.
Miałam w swoich zasobach dwa gipsowe ptaszki. Do tej pory były surowe, w kolorze gipsu i wcale mi to nie przeszkadzało. Podobały mi się takie jakie były. (Ćma, poznajesz? 🙂 )
Teraz jednak postanowiłam je trochę zmienić, dodać koloru, lekko podrasować.
Ptaszki miały fakturę, jednak z uwagi na to, że chciałam je malować farbami kredowymi, pogłębiłam tę fakturę rylcem. Farby kredowe są gęste, bałam się, że po pomalowaniu faktura zostanie zniwelowana, a tego nie chciałam. Wśród moich szablonów znalazłam taki z serduszkami i ozdobiłam nimi brzuszki ptaszków.
Pomalowałam je trzema kolorami – szarym, białym i brązowym – za każdym razem przecierając farby przed wyschnięciem.
Na koniec lekko przetarłam złotym woskiem, żeby dodatkowo podkreślić fakturę.
Później wylałam z gipsu dwa jaja, jako formy używając skorupek zwykłych kurzych jaj. Ozdobiłam je w ten sam sposób.
Tym samym powstał wiosenny, wielkanocny komplet.
Postawiłam go na parapecie, żeby przypominał mi, że Wielkanoc tuż-tuż…
Ptaszki są moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów
Translate »