przecierki

now browsing by tag

 
 

SKRZYNIA NA BOGATO….

 

 

 

…bo na Nową Drogę Życia miała być.

No i jest. Na bogato. W srebrze, złocie i miedzi, wszak bogactwo zobowiązuje 🙂

Jest duża.

I ciężka, bo „kruszcu” wszelakiego na niej tyle, że ho-ho…

Lubię robić skrzynie, a jeszcze jak Inwestor daje wolną rękę, to bardzo lubię. Wtedy robota sama się robi, szybko, łatwo i przyjemnie. Tak jak tym razem – ledwo ją wzięłam na warsztat, a tu już ostatni wosk kładłam :), sama nawet nie wiedząc jak i kiedy.

 

 

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

SIEMIANY, WIOSNA – EDYCJA TRZECIA…

 

 

 

No i nadszedł czas kolejnego spotkania w Siemianach  – czyli TRZECIE AUTORSKIE WARSZTATY  w cudnej, klimatycznej Cykadzie.

Znowu będzie wesoło, śpiewająco i pracowicie!

Tym razem będziemy realizować dwa projekty – obraz z własnoręcznie namalowanym marmurem i własnoręcznie wykonaną ramą

oraz księgę Le Ballon (zgodnie z Waszym życzeniem!)

 

 

 

Serdecznie zapraszamy!

WIOSNA! PORA ŁĄCZYĆ SIĘ W PARY…

Wiosna! Pora łączyć się w pary.
Na dworze zrobiło się cieplej, powiały łagodniejsze wiatry, po niebie gonią się klucze dzikich gęsi, ptaki głośno krzyczą w ogrodzie – znaczy wiosna już.
A jak wiosna to najwyższa pora zakładać gniazda i składać jaja.
Miałam w swoich zasobach dwa gipsowe ptaszki. Do tej pory były surowe, w kolorze gipsu i wcale mi to nie przeszkadzało. Podobały mi się takie jakie były. (Ćma, poznajesz? 🙂 )
Teraz jednak postanowiłam je trochę zmienić, dodać koloru, lekko podrasować.
Ptaszki miały fakturę, jednak z uwagi na to, że chciałam je malować farbami kredowymi, pogłębiłam tę fakturę rylcem. Farby kredowe są gęste, bałam się, że po pomalowaniu faktura zostanie zniwelowana, a tego nie chciałam. Wśród moich szablonów znalazłam taki z serduszkami i ozdobiłam nimi brzuszki ptaszków.
Pomalowałam je trzema kolorami – szarym, białym i brązowym – za każdym razem przecierając farby przed wyschnięciem.
Na koniec lekko przetarłam złotym woskiem, żeby dodatkowo podkreślić fakturę.
Później wylałam z gipsu dwa jaja, jako formy używając skorupek zwykłych kurzych jaj. Ozdobiłam je w ten sam sposób.
Tym samym powstał wiosenny, wielkanocny komplet.
Postawiłam go na parapecie, żeby przypominał mi, że Wielkanoc tuż-tuż…
Ptaszki są moją kolejną inspiracją dla ZielonychKotów

BETONOWA DONICA…

Była mi potrzebna zaraz, już, natychmiast, bo ja niecierpliwa jestem ogromnie, a właśnie nabyłam drogą kupna fajowską choinkę i musiałam ją w coś posadzić. 

Już musiałam, bo mi jej żal było……

No dobrze, kłamię. Tak naprawdę to chciałam zrobić donicę, choinka to tylko pretekst.

Zabawiłam się więc w murarza i tynkarza, a potem w PSUJA, bo musiałam z niej cośtam odkuć, cośtam popsuć, bo jakaś taka za grzeczna była.

W efekcie moich konstruktywnych i destrukcyjnych działań powstało takie oto coś…

Póki co zamieszkała w niej choinka, a wiosną się zobaczy 🙂

I ZNOWU KARUZELA Z KONIKAMI…

 

 

 

…tym razem na olbrzymiej kuli-bombce.

Robiłam ją bardzo długo i już myślałam, że nie zdążę.  Ale, że ona  na specjalne zamówienie i na specjalną okazję, to się spięłam – i jest, w ostatnim momencie, bo termin na jutro już.

Pogoda jaka jest każdy widzi, co ma swoje odbicie w zdjęciach niestety… Bombka jest ogromna swoimi 20-stoma cm średnicy, błyszcząca, błyskająca i skrząca na maksa dzięki kryształom, mice i chyba kilogramowi 😉 brokatów różnych – czego oczywiście w tej dołującej aurze zaokiennej nie udało mi się pokazać… Ale możecie mi wierzyć, ona spokojnie mogłaby robić za dyskotekową kulę…

 

 

MISS CROW…

…czyli wronia skrzynka.

 

Ta skrzynka to reperkusja pewnego forumowego zlotu, na którym niestety być nie mogłam, a gdzie zaprzyjaźnione wiedźmy takie właśnie skrzynki-piórniki robiły w/g projektu Dyzi . Skrzynię mieć chciałam jak nie wiem co, ale absencja zlotowa uniemożliwiła mi jej zrobienie. Chciałam tak sobie i chciałam. Czas mijał, a ja, widząc skrzynie dziewcząt zlotowych jeszcze się w tym chceniu umacniałam.

Aż wreszcie powiedziałam – dość! Nie można tylko chcieć, trzeba już mieć.

No to siadłam i zrobiłam.

Co prawda nie dysponowałam zlotowymi grafikami i musiałam sobie zrobić własną, i nie jest to Pan Kruk, a Miss Crow, ale mam i ja 🙂

Jest inna niż zlotowe, bo ostatnio mam fazę na złocenia i ona w tej właśnie – złoconej – wersji powstała.

No i dodatkowo posłużyła mi jako poligon doświadczalny przy rozpracowywaniu nowych stamperyjnych farb o wdzięcznej nazwie Star.

pudło-piórnik z zasuwanym wiekiem

300x190x60mm

LE BALLON 1783

 

 

 

 

Mam i ja!

Coś z motywem balonu mam.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie! Bo od dawna chciałam mieć, ale jakoś się nie składało żeby ten projekt zrealizować. Nic nie było na tyle dobre, żeby nosić na sobie balony. A balony zawsze mnie urzekały. Uwielbiam patrzeć na nie, nie tylko w realu, bo to zdarza się mi rzadko, ale na wszelkie grafiki z tym motywem. Zawsze wtedy odpływam w jakiś inny świat, pełen romantyzmu, przygody, pełen niezbadanego i niebezpiecznego, ale jakże pięknego…

I nagle, zupełnie niespodziewanie jak to u mnie często bywa, poszła iskra i mam.

Iskrą okazał się mały, niepozorny szablon, który niedawno trafił w moje ręce. Trafił i oto stało się – zrobiłam pierwszą rzecz w życiu z motywem balonu – starą księgę. A żeby było śmieszniej szablon nie ma nic wspólnego z balonami, to taka zwykła, trochę ozdobna ramka (dałam go na grzbiecie księgi), ale jak widać jego sprawcza moc okazała się wielka, bo dzięki niemu ta balonowa księga powstała.

Jest „stara”, nawiązuje do pierwszego lotu balonem – w 1783r. – którą to datę uwieczniłam zresztą. To, że jest to księga, to znowu dzieło przypadku, zwyczajnie nie miałam nic innego, co pasowałoby rozmiarem do szablonu, a szukanie, zamawianie i czekanie na coś odpowiedniego odpadało w przedbiegach, bo musiałam zrobić już i teraz.

Księga utrzymana jest w kolorystyce złoto-czarno-brązowej. Dzięki temu metalicznemu złotu (i rozlicznym metalowym dodatkom również delikatnie pozłoconym) pięknie odbija słonce (co okazało się zmorą przy fotografowaniu), a dzięki ciemnym kolorom (i przetarciom) od razu wygląda na starą. Wykonana jest w technice mixed-mediowej z elementami decoupage.

I jest moja 🙂

Zdjęć milion, bo ona w każdym położeniu jest inna, no i w każdym fragmencie swojego książkowego ciała też.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

HERBOWA SKRZYNIA Z LWAMI I BŁĘKITNĄ WSTĘGĄ…

 

 

Ta skrzynia to pokłosie całkiem niedawnego babskiego spotkania, spotkania trzech decoubab, które nie bacząc na dzielące je setki kilometrów, postanowiły się spotkać tylko po to, by pobyć razem, nagadać do woli, pośmiać, pobawić wspólnie w pracowni – słowem pobyć ze sobą.

To były fantastyczne trzy dni, zbyt krótkie trzy dni. Ale zdążyłyśmy jednak zamknąć w nich i wspólne decou zakupy, i świętomarcińskie rogale, i poznańskie rożki, i najlepsze pod słońcem lody, i Koziołki (koniecznie!), i nawet co nieco zdołałyśmy podziałać w pracowni, oczywiście wszystko z nieodstępującym nas Orinem.

Ta skrzynka to właśnie jedno z tych pracownianych co nieco.

Zaczęłyśmy wszystkie tak samo – od opalania, strukturyzowania drewna, postarzania i wybielania, a potem każda z nas poszła swoją drogą.

Mnie pociągnęło w stronę okuć, herbów, lwów i błękitu…

DREAM TIME…

 

 

 

Organizer na biurko.

Mój własny.

Zrobiony z potrzeby chwili, bo już sobie nie dawałam rady z milionem pisadeł walających się na biurku. Musiałam je okiełznać już i teraz, bo za chwilę nawet komputera nie byłoby gdzie postawić.

No to siadłam i zrobiłam ;).

Jest w kolorze… no, właśnie, dość „niestabilnym”, w zależności z której strony się na niego patrzy – trochę oliwkowym, trochę śmietanowym, a trochę szarym, bo użyłam wszystkich tych kolorów (mieszając je uprzednio z mikami) i przetarłam, tak trochę niestarannie, żeby różnie się przenikały. Później wyposażyłam go w transfery, nóżki, wymyśliłam i stworzyłam  dekory, a jeszcze później zamieniłam je  w „metal” ze złotym połyskiem.

Nazwałam go DREAM TIME.

Chyba trochę z przekory, bo niezmiernie rzadko zdarza mi się marzyć przy biurku…

SREBRNY PÓŁMISEK, JAK ZE SZLACHECKIEGO DWORKU…

 

 

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej pracy, tak do końca zadowolona. 

Zazwyczaj zaraz po jej skończeniu już bym coś zmieniła, lub poprawiła, albo zrobiła od nowa, zupełnie inaczej.

A tym razem  podoba mi się takie, jakie się zrobiło 😉 Bez najmniejszej chęci poprawy.

 

 

To był zwykły, metalowy półmisek, taki, jakich dużo spotykało się w minionej, peerelowskiej epoce.

Udawał plater.

Dostałam go do przerobienia ze słowami – zrób taki – wiesz –  stary, i w srebrze niech będzie.

Lubię srebro, stare w szczególności, więc zbytnio nie marudząc i się nie ociągając zabrałam go do pracowni.

Na początek dostał nóżki, co zdecydowanie poprawiło jego wygląd.

A potem to już było tylko szaleństwo srebrzenia.

I patynowania.

I znowu srebrzenia.

I patynowania…

Wykorzystałam wszystko srebrne, co tylko miałam w pracowni – szlagaluminium w różnych grubościach i w różnym połysku, srebrne lakiery, płynny metal, pasty pozłotnicze, srebrną mikę. Pewnie coś tam jeszcze się przewinęło z tego srebra, czego zwyczajnie nie zarejestrowałam.

Do tego patyny w różnych nasyceniach czerni, antracytu i szarości, i odrobina brązów.

I wielokrotne wypalanie. A potem polerowanie…

To była długa i dość żmudna praca, ale się opłaciło – jestem zadowolona 🙂

Powstał „stary, srebrny” półmisek, na którym mijający czas odcisnął swoje piętno, z takich, jakie lubię najbardziej – ze „swoją historią”.

I nic to, że  historia  udawana… Wystarczy tylko odrobinę uruchomić wyobraźnię i bajka zaczyna opowiadać się sama.

Mogłaby się zacząć  choćby tak:

„Dawno temu, gdzieś pod koniec XIX w., w pewnym starym szlacheckim dworku na dalekim Wołyniu, przycupniętym malowniczo pomiędzy polami pszenicy i prastarą dębiną,  gdzieniegdzie  przetykaną kępami buczyny, a błyskającym szmaragdową wodą Bugiem, leniwie toczącym swe wody uroczymi zakolami, meandrującym od wieków wśród złotych pól i mrocznych lasów, pewna młoda, wiejska dziewczyna zabrała się właśnie za czyszczenie rodowych sreber.  Wyniosła wszystko na ogromnej tacy przed dom, żeby mieć lepsze światło. W garnuszku miała miałki, specjalnie przesiany popiół  i miękką, lekko wilgotną szmatkę, przeznaczoną tylko do tego celu.

Była bardzo przejęta, bo po raz pierwszy wyznaczono jej tak odpowiedzialne zadanie. Dobrze wiedziała, że od tego, jak wykona pracę, zależy jej przyszłość – albo wróci do kuchni i jak do tej pory będzie tylko pomocą kuchenną, popychadłem i nikomu nieznaną kuchtą, albo zostanie dziewczyną od sreber… A ona za nic nie chciała wracać do kuchni i ze wszystkich sił chciała być dziewczyną od sreber. Musi wyjść zwycięsko z tej próby. Musi! Już oczyma duszy widziała, jak się matula  ucieszy i jaka będzie z niej dumna. I jaka ona sama stanie się ważna. Nie każdy przecież może dostąpić takiego zaszczytu. Zresztą od dawna pracowała na tę chwilę. Była ambitna, pojętna i pracowita. I wreszcie dostała tę szansę. Za nic jej nie zaprzepaści! 

Spojrzała na piętrzący się przed nią stos sreber chwilę zastanawiając się od czego zacząć. A potem pomalutku wyjęła ze spodu spory półmisek z małymi, kutymi nóżkami. Był zaskakująco delikatny. Wiedziała, że to ten sam, który Pani przywiozła rok temu ze swojej podróży po Europie,  z której wróciła taka odmieniona, niby radosna jak dawniej, a jakby czegoś smutna.  Dziewczyna sama widziała nie raz, jak Pani siedzi przy oknie zamyślona, nieobecna, patrząc tęsknie w kierunku rzeki. To ten sam półmisek, który Pani tak lubiła, i  który stał zawsze na jej nocnym stoliku. Pani kładła na nim listy przewiązane karminową wstążką i zabierała go ze sobą w każdą podróż. Zupełnie jakby ten kawałek srebra miał dla niej jakąś niezwykłą wartość…”

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

KOSZ-OSŁONKA-NOSIDŁO…

… na zioła. Żeby na kuchennym parapecie ładnie było 🙂

Własnoręcznie wycięty z deseczek (nareszcie miałam okazję wykorzystać mój gwiazdkowy prezent, przepiękną, wymarzoną przeze mnie wyrzynarkę 🙂 ), własnoręcznie zbity i własnoręcznie ozdobiony.

Moja inspiracja dla ZieloneKoty

Translate »