porcelana

now browsing by tag

 
 

TALERZ-PÓŁMISEK, CZYLI DECOU NA PORCELANIE…

… i moja kolejna inspiracja dla ZielonychKotów.

Tym razem zrobiłam coś w jasnościach i w kwiatach – talerz, a właściwie półmisek na pisanki.

Spód to klasyczne decou, czyli coś, czego dawno już nie robiłam, taki mój powrót do korzeni 😉 – z piękną serwetką GreenGate – ale ranty już po mojemu obecnemu zauroczeniu, czyli mixed-mediowo zrobione 😉

Dokładny opis pracy i wykaz materiałów, których użyłam, znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

RATUNEK DLA DZBANA…

 

 

 

Ten dzban był w moim rodzinnym domu od zawsze. Jakoś nigdy nie wpadło mi do głowy spytać skąd się tam wziął, choć mam pewne podejrzenia. Myślę, że należał do ślubnej wyprawy mojej Mamy i był częścią białej, porcelanowej zastawy Fryderyka.

Później, gdy tworzył się mój własny dom, zamieszkał w nim razem ze mną, jako jedyny ocalały element owej zastawy.

Dzielnie służył nam jeszcze przez czas jakiś, ale nasze rozliczne przeprowadzki zrobiły swoje – najpierw zaginęło gdzieś wieczko, potem obtłukł się sam dzban, aż wreszcie – całkiem niedawno – ktoś upuścił go na podłogę (wiem kto! ale litościwie zmilczę i epitetów oszczędzę) i dzban rozpadł się na kilka kawałków. Łzy mi stanęły w oczach gdym zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy… Najlepszy rzucił się zmiatać skorupy, by mi je sprzed oczu zabrać z zamiarem wyrzucenia – alem nie dała.

Posklejałam  pieczołowicie i postawiłam na widoku.

Niestety, wyglądał okropnie… Mnie to nie przeszkadzało, ale te dziwne spojrzenia, te zawoalowane aluzje, te półuśmieszki w końcu do mnie dotarły i kazały mi się zastanowić co dalej. Wyrzucić nie miałam siły, bo to przecież pamiątka, ale tak jak był zostać też nie mógł, bo uczciwie mówiąc zwyczajnie straszył i złe wzorce estetyczne w Nieletnim ugruntowywał. 

A traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie obtłukł się przez zwyczajną nieuwagę jeden taki mój ulubiony aniołek, nic specjalnego, zwykły gipsowy odlew, bez żadnych wybitnych wartości artystycznych, ale miałam do niego sentyment. Ten też po sklejeniu wyglądał… ech, szkoda gadać…

No i przypomniałam sobie jeszcze o drugim, sporym aniele, którego dla przeciwwagi wcale nie lubiłam i dawno usunęłam sprzed ócz mych pięknych w kąt ciemny, na banicję skazując.

Z jednego posklejanego, wyglądającego koszmarnie dzbana zrobił się więc równie koszmarny tercet, no i to pobudziło mnie wreszcie  do działania. 

Pomyślałam, że w/w tercetowi nic już nie jest w stanie zaszkodzić, że wóz albo przewóz, że teraz albo nigdy, że koniec biadolenia – nadszedł czas działania.

No i zadziałałam. Sam proces transformacji  był długotrwały i szarpany, bo mający swe początki  u samego zarania wakacji, a skończony ledwie trzy dni temu, ale też ostatnie wakacje były u mnie niezwykle pracowite i zupełnie, ale to zupełnie skupieniu na jednym niesprzyjające.

A zadanie miałam wcale niełatwe, bo postanowiłam sobie porcelanę i gips w kamień obrócić, w dodatku taki grubo ciosany.

W miarę postępu prac  jednak zmieniłam trochę swój początkowy radykalizm i jakkolwiek pozostając przy opcji kamiennej, to  początkową grubość ciosania zdecydowałam się jednak cokolwiek zrewidować.

No i jako się rzekło, trzy dni temu skończyłam…

Zrobiłam nawet próbę szczelności dzbana na okoliczność ewentualnego przepuszczania cieczy różnorakich – wypadła zadowalająco – mogę więc go używać jako osłonki do doniczki (gdy już jakąś pasującą znajdę), albo może zrobię z niego pojemnik na pędzle? Się jeszcze zobaczy.

W każdym razie dzban reinkarnację przeszedł, żyje i ma się dobrze.

A anioły naprawdę wyglądają jak z kamienia 🙂

P.S. Proszę mnie nie pytać dlaczego użyłam w tych obróceniach w kamień koloru niebieskiego, skoro wszyscy wiedzą, że za nim nie przepadam i właściwie to on  mi nawet do niczego nie pasuje, bo tego to nie wiem nawet sama ja, więc i tak pytanie pozostanie retorycznym…

Translate »