patyny

now browsing by tag

 
 

POKŁOSIE PEWNEGO SABATU – MIX-MEDIOWY NOTATNIK…

Jakiś czas temu do Posen zjechały wiedźmy i odbyły sabat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Działo się, oj działo – i to nie tylko w sferze twórczej.  Zostały podjęte postanowienia, zapadły ważne decyzje, a nawet wykonano pierwsze kroki w celu ich realizacji, ale o tym innym razem.

W przerwach pomiędzy dyskusją, a dyskusją, zdołałyśmy  wszakże pobawić się w pracowni – oczywiście, że mix-mediowo – i powstały zeszyty na tajne wiedźmińskie notatki 🙂

Każdy inny, jak to w zabawach mix-mediowych bywa, każdy jedyny w swoim rodzaju, każdy fajny i niepowtarzalny, bo ile wiedźm, tyle wizji 🙂

Mój jest mroczny, z odrobiną bieli, z turkusem i ceglastą czerwienią (sama się dziwię skąd u mnie pomysł na tę czerwień…), z kapką złota i srebra.

Właściwie, jak tak teraz na niego patrzę, to gdyby nie cudny koprowy szablon, com go w prezencie od jednej wiedźmy dostała (Ćma, raz jeszcze dziękuję pięknie:) ) nic specjalnego by w nim  nie było, a tak koper zrobił całą robotę i właściwie nic poza nim mogłabym nie robić…

Nie na darmo starzy Indianie mówią, że diabeł siedzi w szczegółach, nie na darmo 🙂

JESIENNA IMPRESJA….

Jesień.
Dla mnie najpiękniejsza ze wszystkich pór roku.
Działa na wszystkie moje zmysły.
Wyzwala we mnie pokłady spokoju, zadumy, refleksji,  o jakie bym się nawet nie podejrzewała.
Czaruje barwami, rozczula mgłą, gra deszczem i szumi wiatrem.
Czekam na nią cały rok, dużo wcześniej sprawdzam czy liście wciąż jeszcze zielone, czy może ta pierwsza czerwona plamka na którymś to może już? A może te brylantowe krople nanizane na pajęczą sieć są znakiem, że przyszła? Albo pierwszy zielony dym w ogrodzie jest jej zwiastunem?
Ale dopiero gdy zobaczę karminowe korale na jarzębinie, gdy znajdę pierwszego, brązowego i aksamitnego kasztana, gdy o poranku i wieczorem widzę ogród ubrany w zwiewne mgły –  wiem na pewno – już jest!
Jesień.
Pora wyciszenia i spokoju.
Pora, gdy znów w kominie mieszka dym.
Pora miliona barw.
I śliwkowych powideł.
I herbaty pachnącej pomarańczą.
I skaczącego po brzozowych polanach, wesołego ognia.

I płaczących deszczem szyb.

To jest właśnie jesień. Moja jesień.

W tym roku powitałam ją herbaciarką – delikatną, w kolorze perłowej, październikowej mgły gdzieniegdzie przetykanej jasnymi promieniami chłodnego słońca i błyskającej lazurem jesiennego nieba.

Prawie czuję, jak z jej wnętrza wydobywa się zapach mojej ulubionej herbaty z pomarańczą…

 

Nazwałam tę skrzynkę Jesienną Impresją – prawda, że się z jesienią kojarzy ?

Więcej o sposobie jej zrobienia i mediach, których użyłam znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

ZARDZEWIAŁA KSIĘGA…

Obiecałam, że napiszę jakie miałam z nią przeboje i – jak boni dyni – napiszę!!

Tylko trochę później, bo to długie by było, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji i w dodatku zagmatwane bardzo, a ja w tej chwili myślę tylko o czekającym mnie wyjeździe i spotkaniu z wiedźmami pokrewnymi mi duszą. Nijak się do tego pisania nie potrafię zabrać…

 

 

 

 

Ale napiszę.

Później.

Kiedyś.

A teraz tylko króciutko – księga jak księga. Drewniana jest. Ale żeby nie było tak prosto, oczywiście i – nazwijmy rzecz po imieniu – nudno, pokusiłam się o „zróżnicowanie” powierzchni pod to rdzewienie.

I tak oto uzyskałam trzy różne efekty rdzy – inaczej na drewnie, inaczej na metalu, a jeszcze inaczej na kartonie.

Każdy też od razu zauważy, że wynik moich rdzewień ma ścisły związek z moją nieustającą fascynacją pracami Andy Skinnera, która to fascynacja trzyma mnie mocno od dawna, i wciąż dobrze się ma 🙂

Nawet użyłam na owej jejmości pordzewiałej jego fantastycznych szablonów, którymi takoż zauroczona jestem.

No a teraz ONA PORDZEWIONA w swej rdzawej postaci 🙂

Dodatkowe zdjęcia porobiłam – teraz widać i rewers, i awers 🙂

Fant

– Mami?
– Tak?
– Fanta potrzebuję – rzekł wczoraj Nieletni po powrocie ze szkoły głosem beznamiętnym – loterię mamy.
– No i w związku z tym – cóż?
– No i w związku z tym – masz „cuś”?
– Na kiedy?
– Na jutro. Masz?
– Na jutro? Nie mam.
– Ale maaamooo… Na pewno masz…
– Nie mam. Mogę mieć. Ale nie na jutro. Na jutro się nie da.
– Ale ja mam przynieść – zmartwiło się dziecię – nie przyniosę i będzie kicha, a ja się tak będę martwił, martwił… i martwił, i z tego martwienia nie zdam testów. O, ja nieszczęsny, cóż ja teraz pocznę? Do jakiej szkoły twoje dziecię pójdzie, jak tych testów nie zda? Mam ulice zamiatać? Tego chcesz???!!!…

No, fakt – pomyślałam sobie – będzie się martwił, martwił… i martwił… I nie zda! I wymarzona szkoła pójdzie się bujać, i faktycznie tylko te ulice pozostaną.

No i jakąż że ja matką okażę się?? Wyrodną.

No przecież nie mogę  łamać dziecięciu swemu młodemu kariery i świetlanej przyszłości przez jakiś głupi brak fanta.

No nie godzi się.

Absolutnie.

No to zrobiłam.
Fanta.
Na loterię.
Dla spokoju sumienia swego.

Na moje szczęście noce jeszcze długie są.
Zdążyłam.

Rano tylko zdjęcia pstryknęłam, zapakowałam i do szkoły w rękach Nieletniego wyprawiłam.
Teraz  się modlę, żeby pomogło.
W tych testach.
A testy we wtorek…

Translate »