patera

now browsing by tag

 
 

SREBRNY PÓŁMISEK, JAK ZE SZLACHECKIEGO DWORKU…

 

 

 

 

Rzadko zdarza mi się powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojej pracy, tak do końca zadowolona. 

Zazwyczaj zaraz po jej skończeniu już bym coś zmieniła, lub poprawiła, albo zrobiła od nowa, zupełnie inaczej.

A tym razem  podoba mi się takie, jakie się zrobiło 😉 Bez najmniejszej chęci poprawy.

 

 

To był zwykły, metalowy półmisek, taki, jakich dużo spotykało się w minionej, peerelowskiej epoce.

Udawał plater.

Dostałam go do przerobienia ze słowami – zrób taki – wiesz –  stary, i w srebrze niech będzie.

Lubię srebro, stare w szczególności, więc zbytnio nie marudząc i się nie ociągając zabrałam go do pracowni.

Na początek dostał nóżki, co zdecydowanie poprawiło jego wygląd.

A potem to już było tylko szaleństwo srebrzenia.

I patynowania.

I znowu srebrzenia.

I patynowania…

Wykorzystałam wszystko srebrne, co tylko miałam w pracowni – szlagaluminium w różnych grubościach i w różnym połysku, srebrne lakiery, płynny metal, pasty pozłotnicze, srebrną mikę. Pewnie coś tam jeszcze się przewinęło z tego srebra, czego zwyczajnie nie zarejestrowałam.

Do tego patyny w różnych nasyceniach czerni, antracytu i szarości, i odrobina brązów.

I wielokrotne wypalanie. A potem polerowanie…

To była długa i dość żmudna praca, ale się opłaciło – jestem zadowolona 🙂

Powstał „stary, srebrny” półmisek, na którym mijający czas odcisnął swoje piętno, z takich, jakie lubię najbardziej – ze „swoją historią”.

I nic to, że  historia  udawana… Wystarczy tylko odrobinę uruchomić wyobraźnię i bajka zaczyna opowiadać się sama.

Mogłaby się zacząć  choćby tak:

„Dawno temu, gdzieś pod koniec XIX w., w pewnym starym szlacheckim dworku na dalekim Wołyniu, przycupniętym malowniczo pomiędzy polami pszenicy i prastarą dębiną,  gdzieniegdzie  przetykaną kępami buczyny, a błyskającym szmaragdową wodą Bugiem, leniwie toczącym swe wody uroczymi zakolami, meandrującym od wieków wśród złotych pól i mrocznych lasów, pewna młoda, wiejska dziewczyna zabrała się właśnie za czyszczenie rodowych sreber.  Wyniosła wszystko na ogromnej tacy przed dom, żeby mieć lepsze światło. W garnuszku miała miałki, specjalnie przesiany popiół  i miękką, lekko wilgotną szmatkę, przeznaczoną tylko do tego celu.

Była bardzo przejęta, bo po raz pierwszy wyznaczono jej tak odpowiedzialne zadanie. Dobrze wiedziała, że od tego, jak wykona pracę, zależy jej przyszłość – albo wróci do kuchni i jak do tej pory będzie tylko pomocą kuchenną, popychadłem i nikomu nieznaną kuchtą, albo zostanie dziewczyną od sreber… A ona za nic nie chciała wracać do kuchni i ze wszystkich sił chciała być dziewczyną od sreber. Musi wyjść zwycięsko z tej próby. Musi! Już oczyma duszy widziała, jak się matula  ucieszy i jaka będzie z niej dumna. I jaka ona sama stanie się ważna. Nie każdy przecież może dostąpić takiego zaszczytu. Zresztą od dawna pracowała na tę chwilę. Była ambitna, pojętna i pracowita. I wreszcie dostała tę szansę. Za nic jej nie zaprzepaści! 

Spojrzała na piętrzący się przed nią stos sreber chwilę zastanawiając się od czego zacząć. A potem pomalutku wyjęła ze spodu spory półmisek z małymi, kutymi nóżkami. Był zaskakująco delikatny. Wiedziała, że to ten sam, który Pani przywiozła rok temu ze swojej podróży po Europie,  z której wróciła taka odmieniona, niby radosna jak dawniej, a jakby czegoś smutna.  Dziewczyna sama widziała nie raz, jak Pani siedzi przy oknie zamyślona, nieobecna, patrząc tęsknie w kierunku rzeki. To ten sam półmisek, który Pani tak lubiła, i  który stał zawsze na jej nocnym stoliku. Pani kładła na nim listy przewiązane karminową wstążką i zabierała go ze sobą w każdą podróż. Zupełnie jakby ten kawałek srebra miał dla niej jakąś niezwykłą wartość…”

 

MISA Z CIEPŁYM, ENERGETYCZNYM ŚRODKIEM ZAKUTA W ZIMNE SREBRO…

 

 

 

Wciąż siedzę w szkle.

Już od dobrych trzech tygodni nic tylko szkło i szkło..

Ale nie narzekam, no może tylko troszkę, tak pro forma 🙂

Powstały już dwie butle-karafki, cztery ryby, dwie miseczki, dwa wazony, dwa talerze do jaj, no i ta misa.

A, nie… ta misa powstała pierwsza.

Duża, ciężka, z lanego, grubego szkła (jej ścianki mają 0,5 cm grubości!), obła niczym opona, z lekko wklęsłym dnem.

Było co robić, bo chciałam jej dodać dekory, żeby obciążyć jej zewnętrze, i połączyć delikatne złoto środka z ciężkim srebrem, i wkomponować w środek troszeczkę koloru, i wpasować w to, co już zrobiłam wcześniej, i co stoi w moim własnym, osobistym salonie.

No, było co robić.

Ale dałam radę. Schody zaczęły się później, gdy chciałam ten wytwór rąk moich ;P obfotografować… Co ja się namęczyłam, ile zdjęć zrobiłam tego ludzkie słowo nie wypowie. I wciąż to nie było to. W końcu się poddałam. Więcej już próbować nie będę, bo to i tak nadaremne – zdjęcia są, jakie są, i trudno.

W każdym razie misa jest delikatna w środku – pomiędzy rombami błyska tu jaśniutkie złoto, bursztyn i lustrzane srebro, które na zdjęciach przybrało kolor szary 🙁 jest trochę brązu spalonej ziemi, trochę błękitu letniego nieba i zieleni lasu, na zewnątrz zaś jest ciężka, ubrana w stare srebro (tę starość podkreśliłam bardzo delikatną fakturą), spatynowałam je czernią i bardzo ciemnym brązem. No i ma dekory, które zrobiłam z masy rzeźbiarskiej.

 

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

JAK Z SIDI BOU SAID…

 

 

Miał być zupełnie inny.

Brązowy.

Może trochę srebrny.

Pewnie w stylu vintage.

 

Ale zdarzyła się tragedia w Bardo.

 

 

I ten talerz powstał właśnie taki, ubrany w kolory Sidi bou Said i  skamieniały, niczym przepiękne mozaiki z Bardo…

 

Talerz śr. 32cm, ceramika, faktura, ręcznie malowany, złocony, wypalany

mixed media

 

ZABAWA ZE SZKŁEM…

… chyba ostania w tym roku… no chyba, żeby jednak nie 😉

Tym razem bawiłam się misą i paterą (kolejną już, chyba piątą, o ile się nie mylę, w tym kształcie i tej wielkości).
Co z tej zabawy wyszło widać na zdjęciach.
Dużo ich – tych zdjęć – wiadomo, ze szkłem tak zawsze, ale proszę nie narzekać, bo i tak nie pokazałam wszystkiego, co w tym szkle siedzi.

Misa wyszła ciepła i energetyczna, więc dla kontrastu umieściłam ją w ciężkim, „starym” metalu, żeby zbyt słodko nie było.
Patera z kolei zrobiła się delikatna i romantyczna, może to za sprawą kolorów?
Nieletni, ujrzawszy ją, rzekł był – TĘCZA!
No chyba nie do końca jednak tęcza, ale i tak jego skojarzenie mi się podoba.
I jedno i drugie jest w pełni użytkowe.

MGŁAWICA

 

 

 

 

 

Dostałam prezent 🙂

Lepszego nie mogłam sobie wymarzyć – szklaną paterę z kloszem – Małgosiu jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję.

Zaraz wiedziałam, że długo nie wytrzymam, i że jak tylko znajdę chwilkę, to będę ją malować, malować, malować…

wiedziałam o tym  już w chwili, gdy ją rozpakowałam, bo ręce zaczęły mnie natychmiast swędzić,  oczy same  w stronę alkoholi się odwracały, a moje złotka/sreberka   uśmiechały się do mnie pięknie  i nęciły…

Czasu na takie fanaberie czysto przyjemne nie miałam wcale, bo wciąż nie mogę wyjść na prostą z zaległościami, ale od czego są noce? Noce są zdecydowanie niewykorzystywane i marnotrawione bez sensu na sen.

Tak, nocami można dużo zrobić. 

Mnie wystarczyły dwie i oto jest – MGŁAWICA. 

Tak jakoś te farby i alkohole się układały, tak jakoś się przenikały, że właśnie Mgławica się urodziła. Próżno by szukać na mapach kosmosu jej odpowiednika, nie jest to ani Orzeł, ani Andromeda, ani Eskimos, Helis, czy inna Carina, to jest po prostu MGŁAWICA.

Mieni się kolorami, dokładnie tak, jak te na niebie, ale ta moja  otulona jest w chropowatą czerń, delikatnie  rozbłyskującą srebrem na nierównościach i minimalnie ocieploną ciepłym brązem.

Zdjęć jest sporo, bo i sporo jest fragmentów, które chciałam koniecznie pokazać, ale jak ktoś niecierpliwy, to spokojnie niektóre może pominąć 🙂

 

 

 

 

 

 

SZKŁO, SZKŁO, SZKŁO…

 

 

 

 

 

 

Dużo go ostatnio było, a i pracy z nim mnóstwo, ale nie narzekam.

Jakoś w przedziwny sposób przy nim odpoczywam, co w dobie niemiłościwie nam panujących, od tygodni kilku, upałów, ma niebagatelne znaczenie, więc summa summarum wyszłam na plus.

Nie wszystko jeszcze skończone, bo w trakcie tworzenia pozostała miska, maselnica i pojemnik na cytrynę (te odtajnię przy innej okazji), ale przecież coś światu można już pokazać.

Więc bez dalszych zbędnych słów…

W skład zestawu wchodzą dwa dzbany, jeden bardzo duży, drugi dużo mniejszy (coś jak tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały),

dwie butelki – do octu i do oliwy (na własny użytek nazwałam je ELEGANTKI ;))

 i dwie patery, te otrzymały oficjalną nazwę KORA,  choć potem to się  zaczęłam zastanawiać, czy je w ogóle nazywać… kiedyś już jedną podobną zrobiłam i też otrzymała imię – RAFA… a teraz dochodzą mnie wieści, że to wcale nie żadna RAFA była, tylko LAWA, bo takie imię aktualnie nosi 😀

Niezbadane są meandry prowadzące do nadania imienia rzeczom, niezbadane…

Ale dość już słów, pora na obrazy.

 

Szkło zostało pomalowane farbami do szkła, alkoholami, mikami, potem dołożyłam szlagmetal i bitum, otuliłam fakturą i na koniec wypaliłam.

Kolorystyka została określona z góry – brązy, złoto, miedź, ja od siebie dodałam deko turkusu, zieleń i czerń, ot tak, w pakiecie.

PATERA JAK KORALOWA RAFA…

 

 

 

 

… a właściwie jak moje o niej, rafie, wyobrażenie, bo nie dane mi było w naturze zobaczyć (i pewnie dane nie będzie, bo to nurkować by trzeba, a na nurkowanie to żadna siła namówić mnie nie zdoła…).

Rafa wyszła jakoś tak sama z siebie. Choć być może, że jakiś wpływ na to miało moje pierwsze skojarzenie, które pojawiło się nie wiadomo skąd i jak, gdy  zobaczyłam tę paterę? Pomyślałam wtedy, że wygląda jak wielka, prostokątna (!) płaszczka, pewnie za sprawą jej falujących boków…

Szczerze mówiąc wcale mi się nie podobała, taka ni w pięć, ni w jedenaście, ale innych w sklepie nie było, a ja musiałam mieć na już-teraz-zaraz, bo bardzo, ale to bardzo ciągnęło  mnie znów w stronę szkła (no, że lubię je robić to już wszyscy dobrze wiedzą, pewnie nawet i w ościennych galaktykach zdążyło się echem odbić, więc więcej na ten temat już mówić nie będę).

Dawno nic w tej materii nie zrobiłam, a był już najwyższy czas, bo jak patrzyłam na moje ukochane alkohole, to aż mnie ściskało z tęsknoty, bo miki się marnowały, bo chciało mi się orgii kolorów znów zakosztować, bo lubię w tym szkle działać i już.

Kupiłam więc tę paterę (bo innych nie było :)) i zrobiłam… Rafę Koralową, tak jakoś  te alkohole się lały, miki się sypały, złoto się kładło, kolory się mieszały, że wyszła właśnie Rafa.

Chyba… bo ja jej przecież nie widziałam…

I – jak to bywa w pracy z alkoholami i mikami – patera w każdym fragmencie swego szklanego ciała jest inna…

Patera, szkło, 345 x 180mm

wysokość 35mm,

wypalana

Kolorystyka – odcienie błękitu, granatu, zieleni, amarantu, złota, srebra i jeszcze paru innych 😉

 

 

 

 

patera-żardiniera w złoto okuta…

 

 

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce stara żardiniera o dość ciekawym kształcie z białego, grubego szkła,  wydaje mi się, że to przedwojenne art-deco, niestety szkło nie było sygnowane, więc  jej wieku mogę się tylko domyślać, ale sądząc po kształcie i rodzaju zdobień pochodzi z huty Niemen i powstała w latach 30-stych XXw…

 

Żardiniera była śliczna już sama w sobie, choć lekko uszkodzona, a jedynym jej mankamentem  był wzór na dnie, jeśli w ogóle mankamentem to można nazwać… „mankamentem” dla mnie, bo zawsze lepiej zdobi mi się płaskie szkło, bez żadnych  wzorów, a ona już w momencie, w którym ją dostrzegłam, została przeznaczona do przerobienia ( i okucia – z powodu małego odprysku na dnie – teraz nie ma po nim śladu 🙂 ).

 

Pomalowałam ją alkoholami, dodałam trochę złota, żeby rozświetlić ją od środka ( w postaci cieniutkich, nieregularnych niteczek, kropek i plamek)  i jak zwykle przy zabawie alkoholami efekt bardzo mi przypadł do gustu – można ją oglądać wciąż na nowo i wciąż dostrzegać coś wcześniej niewidzianego, ciekawego, innego… zawsze mam wrażenie, że szkło zdobione w ten sposób żyje swoim własnym życiem, a każdy oglądający widzi je inaczej…

jak dla mnie to ogromny atut  🙂

 

wspomnieniowo – n jak na szkle malowane

 

 

 

 

 

 

Translate »