pasty pozłotnicze

now browsing by tag

 
 

STÓŁ BYŁ, STÓŁ JEST…

 

 

 

Kupiłam go przypadkiem, pewnej ciemnej nocy na popularnym portalu aukcyjnym.

Obudził mnie deszcz, padał jakoś wyjątkowo głośno, wstałam więc, żeby zerknąć w okno. Padał. Mocno. I głośno.

Pomyślałam, że w takim hałasie i tak nie zasnę. Podeszłam do komputera, otworzył mi się wiadomy portal – przysięgam, sam z siebie się tak otworzył – a tam aukcja ze stołem…

Sama do końca nie wiem jak i kiedy kliknęłam „KUP”, bo chyba działo się to poza moją świadomością. Nie sprawdziłam nawet jakiej jest wielkości, w jakim stanie. Tak naprawdę nic nie sprawdziłam, ba, nawet nie przeczytałam opisu aukcji. Kliknęłam, bo zauroczyły mnie nogi…

Potem spokojnie wyłączyłam komputer i wróciłam do łóżka.

Dopiero rano przyjrzałam mu się dokładniej i okazało się, że jest dokładnie taki, jakiego od pewnego czasu szukałam, bez nadziei  zbytniej zresztą na poszukanie. Każdy znaleziony miał jakiś mankament, a to był za wysoki, albo za niski, za duży, albo za mały, kwadratowy, albo podłużny, zbyt wymyślny, albo bez charakteru. A ten się okazał idealny – okrągły, wysoki w sam raz, nie za duży i nie za mały, i jeszcze te nogi, które mnie uwiodły…

Przyjechał do mnie tuż przed świętami i całe trzy dni stał zapakowany na tarasie, a ja się doczekać nie mogłam, kiedy wreszcie siedziba rodowa opustoszeje po najeździe świątecznym, kiedy się wyciszy i odetchnie, a ja z dziką rozkoszą go rozpakuję i będę się napawać jego pięknem.

No i nastał wtorek. Rozpakowałam go raniutko. I znów zobaczyłam nogi – piękne. Potem co prawda zobaczyłam i resztę, już nie tak piękną jak owe cudne nogi – uszkodzony dość mocno i w różnych miejscach fornir, szramę na blacie, pęknięte spojenia krzyżaka, wyłamany kawałek drewna w stópce, jakieś plamy na rancie blatu – ale jakoś specjalnie mnie to nie przeraziło i z dziką rozkoszą zabrałam się za robotę, bez planu i pomysłu na całość. Ten brak planów to u mnie akurat nic nowego, rzadko (żeby nie powiedzieć nigdy) mam jakieś mgliste pojęcie o tym, co też chciałabym zrobić, więc nawet tym brakiem wizji sobie nie zawracałam głowy.

Naprawianie szkód zajęło mi cały dzień, ale potem poszło już z górki i oto dziś stół stanął na swoim docelowym miejscu.

Nie wiem czy jest taki, jaki miał być, ani czy właśnie taki chciałam, bo nie wiem jaki chciałam. Jest jaki się zrobił. Sam. Ja tylko trzymałam pędzel.

Ale jedno jest pewne – nogi wciąż ma piękne 😀

 

POLAŁY SIĘ ALKOHOLE….

Szeroko, bo miejsca dużo miały.

Jak chciały, bo opanować nie mogłam.

Kolorowo, bo letni, kwietny ogród inspiracją im był.

I urodziła się patera.

Patera z wieńcem z letnich kwiatów haftowanym słonecznymi promieniami, z plamami szmaragdowych cieni śpiącymi pod koronami drzew,  z lazurowymi jeziorkami sierpniowego nieba widocznymi pomiędzy liśćmi…

 

Patera w każdym centymetrze swojego szklanego ciała jest inna (stąd tyle zdjęć 😛 ), ba, każdy z tych centymetrów się zmienia w zależności od padającego światła – inaczej wygląda, gdy światło pada z góry, inaczej, gdy pada z boku, jeszcze inaczej, gdy jest rozproszone…

Malowałam ją „wieloetapowo”. Po każdym etapie patera była wypalana, dzięki czemu kolory się zmieszały, a patera zyskała głębię.

Przy czym słowo „malowałam” jest nadinterpretacją – ja – jak zwykle przy pracy ze szkłem – byłam narzędziem potrzebnym do trzymania buteleczek z alkoholami.

To one, alkohole,  wykonały całą pracę, one wybrały kolory, one się rozlały jak chciały. One same. Ja nie miałam nic do gadania.

Byłam tylko narzędziem…

 

Szklana patera

technika mixed media

tusze alkoholowe, metale płynne, miki, pasty pozłotnicze, bitum

 

Fant

– Mami?
– Tak?
– Fanta potrzebuję – rzekł wczoraj Nieletni po powrocie ze szkoły głosem beznamiętnym – loterię mamy.
– No i w związku z tym – cóż?
– No i w związku z tym – masz „cuś”?
– Na kiedy?
– Na jutro. Masz?
– Na jutro? Nie mam.
– Ale maaamooo… Na pewno masz…
– Nie mam. Mogę mieć. Ale nie na jutro. Na jutro się nie da.
– Ale ja mam przynieść – zmartwiło się dziecię – nie przyniosę i będzie kicha, a ja się tak będę martwił, martwił… i martwił, i z tego martwienia nie zdam testów. O, ja nieszczęsny, cóż ja teraz pocznę? Do jakiej szkoły twoje dziecię pójdzie, jak tych testów nie zda? Mam ulice zamiatać? Tego chcesz???!!!…

No, fakt – pomyślałam sobie – będzie się martwił, martwił… i martwił… I nie zda! I wymarzona szkoła pójdzie się bujać, i faktycznie tylko te ulice pozostaną.

No i jakąż że ja matką okażę się?? Wyrodną.

No przecież nie mogę  łamać dziecięciu swemu młodemu kariery i świetlanej przyszłości przez jakiś głupi brak fanta.

No nie godzi się.

Absolutnie.

No to zrobiłam.
Fanta.
Na loterię.
Dla spokoju sumienia swego.

Na moje szczęście noce jeszcze długie są.
Zdążyłam.

Rano tylko zdjęcia pstryknęłam, zapakowałam i do szkoły w rękach Nieletniego wyprawiłam.
Teraz  się modlę, żeby pomogło.
W tych testach.
A testy we wtorek…

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

Translate »