olej

now browsing by tag

 
 

ANIELSKO-BAROKOWA SKRZYNIA I WAKACYJNA BRANSOLETA…

 

 

Barokowa skrzynia z motywem anielskim.

Drewno strukturyzowane, mocno postarzane i patynowane.

Z anielskim dzieckiem ze złotymi skrzydłami.

W środku zdobiona pasami (stempel Primy) i złoceniami.

 

I letnia, wakacyjna bransoleta, w sam raz na wieczorny spacer brzegiem morza.

SIEMIANY, WIOSNA – EDYCJA TRZECIA…

 

 

 

No i nadszedł czas kolejnego spotkania w Siemianach  – czyli TRZECIE AUTORSKIE WARSZTATY  w cudnej, klimatycznej Cykadzie.

Znowu będzie wesoło, śpiewająco i pracowicie!

Tym razem będziemy realizować dwa projekty – obraz z własnoręcznie namalowanym marmurem i własnoręcznie wykonaną ramą

oraz księgę Le Ballon (zgodnie z Waszym życzeniem!)

 

 

 

Serdecznie zapraszamy!

ANTYCZNY OBRAZ Z ANIOŁEM I GOŁĘBIEM…

 

 

 

 

W drewnianych ramach własnoręcznie zbijanych.

Chciałam je też własnoręcznie ciąć, ale poległam i musiałam w tej materii posiłkować się pomocą Najlepszego. Ale tylko w tym.

Bo cała reszta to już samodzielna moja twórczość – począwszy od zbicia ram, poprzez wyprodukowanie farb, zrobienie tynku, jego położenie, pomalowanie, klejenie dekorów, i co tam jeszcze po drodze było, to już ja 😉

Napracowałam się setnie, nie raz i nie dwa chciałam rzucić to wszystko w kąt, i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że akurat żadnego pustego kąta, w którym obraz ów by się zmieścił, nie posiadałam. Więc się zaparłam zadnimi łapami i skończyłam.

Obraz jest duży i ciężki (waży – bagatela – 15 kg). Ramy pomalowałam farbami mlecznymi, złocenia dekorów temperą jajową. Anioł pomalowany jest farbą z pigmentami mineralnymi.

Projekt autorski.

Obraz antyczny, 600×500 mm

anioł – 300 mm

woskowany i olejowany

 

BO WIEDŹMY LUBIĄ HERBATĘ…

 

Taką pachnącą różą.

Albo taką z kardamonem.

Albo z cytryną i kroplą soku malinowego.

Albo z goździkami i cynamonem.

Albo z hibiskusem.

Albo…

 

Wiedźmy normalnie działają na kawę.

Ale herbatę lubią.

Też.

Szczególnie w dżdżysty, zawodzący wiatrem,  siwy od mgły, jesienny wieczór.

Lubią sobie przysiąść przy strzelającym iskrami kominku, z kubłem aromatycznej, ciepłej herbaty z rumem, lubią się zapatrzeć w ogień, posłuchać śpiewu wiatru w kominie, odpłynąć do krainy marzeń…

Tak, wiedźmy zdecydowanie lubią herbatę też.

A skoro tak, to muszą mieć przecież herbaciarkę.

Specjalną, wiedźmińską.

Herbaciarka, cztery przegrody

transfer

kolorystyka oliwkowo-szaro-grafitowa

wosk matowy

Inka Gold, mika, bejca, olej

ANIOŁY DOMOWE – SEXTUS, NIOSĄCY KWIATY…

 

 

 

 

 

Sextus, to kolejny anioł z rodziny ANIOŁÓW DOMOWYCH.

Urodził się z numerem szóstym.

Praca nad nim, podobnie zresztą jak nad poprzednimi, dała mi wiele satysfakcji i radości. Nie da się zaprzeczyć, że lubię je robić i to na równi z moim ukochanym szkłem 🙂

Sextus, mający przydomek Niosący Kwiaty ( bo plamy przy jego rękach jakoś tak same w kwiaty się ułożyły) powstał – tak jak i jego starsi bracia – na desce, a właściwie na trzech deskach oprawionych w ramę, na specjalne życzenie jednych takich moich przyjaciół 🙂

Deski zostały specjalnie wyszczotkowane, żeby wydobyć ich fakturę, potem zabejcowane i zaolejowane.

A później to już poooszłooo… Nawet dokładnie nie wiem co i jak po kolei, bo szybciutko uleciałam w światy równoległe tracąc kontakt z bazą.

 

 

deska w ramie 220×220 mm

mixed media

bejca, olej, szlagmetale, miki, bitum, stencil (farba strukturalna, relief (masa modelarska) patyny, pasty pozłotnicze

wykończenie – wosk mat

ANIOŁY DOMOWE – QUINTUS, ANIOŁ CODZIENNEJ TROSKI…

 

 

 

 

Quintus urodził się piąty.

 

 

 

 

 

Przysiadł  na desce spokojnie

skrzydła połyskujące srebrem

jak jutrzenka delikatne

perłowe jak mgła

odważnie rozpostarł  na wiatr

otulił się płaszczem piór

i zapatrzył  w dal

hen

za horyzont

rękoma objął kolana  

głowę wdzięcznie skłonił 

i zadumał się

i rozmarzył 

jak tylko anioł potrafi…

Anioł Codziennej Troski

będzie zbierał i sklejał okruchy miłości co się w życiu potłukły na milion kawałków

rozsypane puzzle przyjaźni ułoży  w nowe obrazy

będzie leczył blizny po łzach

pieścił wspomnienia

kolekcjonował dawno przeczytane listy…

 

Zbiera siły.

 

Mówią, że anioły mają zieloną duszę.

 

 

 

 

z cyklu ANIOŁY DOMOWE

deska, mixed media, olej, wosk

 

CARPE DIEM

 

 

 

 

 

 

– Halo, dzień dobry, mam na imię Andrzej, czy ja mógłbym u pani zamówić deskę? – słuchawka odezwała się męskim, młodym i przyjemnym dla ucha, trzeba dodać, głosem.

– Deskę? – zastanowiłam się błyskawicznie – a nie, nie…  chyba nie… ba, nawet na pewno nie bo aktualnie żadną nie dysponuję niestety, dzień dobry, a na co ona panu?

– Oj przepraszam, nie deskę, ja mam deskę, chciałbym zamówić coś na desce…

– Może sery? – podsunęłam uprzejmie, bo co to szkodzi być uprzejmym, nawet bezinteresownie – sery na stanie posiadam, w ofercie mam aktualnie trzy gatunki, w tym harceński, jeśli pan śmierdziele lubi, ja nie lubię, ale dla Najlepszego trzymam, bo on dziwnie jakoś w tym staroskarpetkowym odorze gustuje, więc mam, no i w miarę świeże nawet, pomimo upału, bo w lodówce je kiszę, to co? mają być?

– …

– Halo, jest pan tam? haaalooo… jak nie sery to może żelazko? też w parze z deską… bo żelazko  jest coś i bywa na… albo – ja wiem? – może surfera pan życzy?, a nie, sorry, surfer to ktoś, a nie coś – moja Szara jedynaczka jak nic zwietrzyła zabawę i najwyraźniej zaczynała się rozkręcać – albo…

– Zaraz, zaraz…  zacznijmy jeszcze raz – słuchawka  wpadła Szarej w słowo bardzo speszonym głosem  – no więc dzień dobry, mam na imię Andrzej i chciałbym zamówić u pani prezent dla siostry, bo ona ma osiemnaste urodziny, znaczy takie coś na desce, czyli, jak pani się zgodzi, to ja bym dostarczył deskę, a pani by coś na niej zrobiła, jak się pani zgodzi oczywiście, to ja bym bardzo prosił – wypaliła na jednym wdechu.

Ta słuchawka.

Męskim głosem gadająca.

Miłym, trzeba dodać.

Coooś? A co to by miało być za coś?

– Może jakiś obrazek?… – podpowiedział głos nieśmiało.

– Aaaaa, mam zrobić jakiś obrazek w formie cosia dla siostry-jubilatki w ramach braterskiego prezentu… no rozumiem, a konkretnie to co?

– A konkretnie to ja zupełnie nie wiem – zmartwiła się słuchawka głosem pana Andrzeja.

Miłym, trzeba dodać.

– Gdyba pani coś tak sama, to byłbym wdzięczny, oczywiście gdy się pani zgodzi… proszę, bardzo mi zależy…

Głos nie miał bladozielonego pojęcia, że pani już się zgodziła była i to z wielką ochotą…  już w chwili, gdy się zorientowała, że dostanie wolną rękę, a i o deskę się kłopotać nie będzie musiała.
To „proszę, bardzo mi zależy” było poniekąd zbędne i głos panaandrzejowy, miły, trzeba dodać, spokojnie mógł sobie darować, choć przyznaję, że fajnie było słyszeć…

No a potem zrobiłam coś
Coś, co łączy minione już dzieciństwo postacią szmacianego pajacyka, żegnanego przez dziewczynę, z dorosłością, w którą wkracza  kobieta (stąd motyw zegara symbolizującego upływ czasu), dostając na tę dorosłą drogę motto – Carpe Diem…

Deska została specjalnie postarzona (szczotkowanie), pobejcowana i pokryta olejem, dodatkowo dałam jej trochę patyn i bitumu, żeby zróżnicować kolor tła, przetarłam miedzią i złotem, zielenią i ciepłą czerwienią podkreślając nierówności, użyłam szablonu i metalicznego lakieru, oraz tego samego szablonu i masy strukturalnej w kolorze czarnym, który to czarny zresztą częściowo zasłoniłam złoceniami.

W wyniku powyższych czynności powstało coś, co nie pozwoliło się w żaden sposób sfotografować w całości w zadowalający sposób, we fragmentach bardzo proszę, od wyboru do koloru fajne jest, ale w całości za chińskiego boga się nie dało i już.
Zdjęć zrobiłam milionpięćsetstodziewięćset i z tych prób nie wybrałam ani jednego zadowalającego konterfektu cosia, więc wzięłam pierwsze lepsze, bo jednak ogląd całości jakiś być musi.
Trudno, jest jak jest.
I już.

Mam tylko nadzieję, że Wy, którzy to oglądacie, dysponujecie wystarczającymi pokładami wyobraźni…

GALLUS TO BRZMI DUMNIE…

 

 

 

 

 

Kuuu-ku-ryyy-ku!

Na grzebyku,
gra kogucik
z nut w kurniku.
Kurnik pełen jest kokoszek,
które krzyczą – jeszcze, proszę!
Kogut pręży tors, korale,
kurki klaszczą zaś wytrwale.
Ko-ko,
ko-ko,
ko-guciku!
Fanek tutaj masz bez liku!

Kogut ostrogami dzwoni,
łypie okiem z boku w bok,
kurki piszczą – jeszcze Panie!
On specjalnie myli krok…
Muska piórka od niechcenia,
jeszcze bardziej pręży tors,
duma w pychę mu się zmienia,
piórka stają mu na sztorc.
Fanki mdleją już w ekstazie
i w kurniku szum i zgiełk.
Kogut się jak paw napuszył
i jak balon z hukiem pękł!

V.

taca drewniana, spora

malowana wszystkim, co mi w ręce wpadło – są tu akryle, metaliki i miki, i patyny, i farby olejne, i bitum

boki – mieszanka bejc, przyciemniane bitumem i pastami postarzającymi, olejowane

dłuższe dostały jeszcze relief pociągnięty na wierzchu pastami pozłotniczymi ( dwa kolory złota) , spatynowany turkusem i przyciemniony woskiem bitumicznym

całość lakierowana w macie

P.S. Mówiłam, że już nie będę zamieszczać tyyylu zdjęć?

Kłamałam…

Z POTRZEBY CHWILI – HERBACIARKA

 

 

 

powstała jako odstresowywacz i antydepresant, w przerwie pomiędzy innymi, koniecznymi działaniami na niwie decou.

 Szybko i bezproblemowo.

 Było mi potrzebne takie bezproblemowe, bo…  było i już.

 Praca prosta, łatwa i przyjemna, a do tego błyskawiczna.

 Zrobiłam i zaraz się lepiej poczułam 🙂

 Boki –  bejca, olej i wosk

 wieko – szlagmetal, farby metaliczne i mika, bitum, patyna

 grafika skomponowana własnoręcznie, wydrukowana i przetransferowana

 środek – olej i szablon (farba metalizowana)

 całość lakierowana w macie, woskowana

utrzymana w klimacie vintage

 

 

 

 

KUFER I PECH, CZYLI PIĄTEK TRZYNASTEGO…

Jak to z kufrem było?***…

 

 

Ano – ciężko… i to już prawie od samego początku, a do tego pechowo…

Dostałam zlecenie na kufer ślubny – nic nadzwyczajnego, popełniłam ich już parę w swoim decoużyciu i podołałam, ba… nawet się ich zbytnio nie musiałam wstydzić.
Ale tym razem miał to być kufer nietypowy i nie tylko o gabarytach tu mówię, tym razem miał to być kufer ślubny z elementami steampunku.
No i dotąd zawsze miałam wystarczającą ilość czasu na robotę, dotąd…
A teraz, jak się miało okazać, i wbrew temu co mi się wydawało na początku – nie…

Zlecenie dostałam już dość dawno, ale takie bez dogadania szczegółów, w zarysie jeno ogólnym, do przetrawienia, do przemyślenia i do przespania.

To konkretne zmaterializowało się jakieś  dwa tygodnie przed odbiorem, a dokładnie dwanaście dni przed.

Optymalnie.

Kufer w założeniu miał być prezentem ślubnym, ale dodatkowo jeszcze  we wnętrzu swym skrywać miał inny prezent – zapełnioną po brzegi skarbonkę-świnkę.
Spodobało mi się, lubię takie dwa w jednym, łosz-end-goł można powiedzieć, więc się zgodziłam natychmiast. Spytałam jeszcze tylko dla spokoju (swojego) o wymiary tej wkładki świńskiej, otrzymałam odpowiedź, że ona taka zwykła, jak to świnka, chodzi tylko o to, żeby weszła w całości do środka i dała się zamknąć bez wciskania jej wiekiem na siłę w dno, bo ona szklana – Inwestor rozsunął ręce co bym ogląd na wielkość świństwa miała, oceniłam natychmiast, że wejdzie spokojnie do któregoś z pudeł, co to je w zapasie mam, mogę dla pewności wybrać największe.
Zatem OK. mogę robić.

Dogadaliśmy dokładnie termin gotowości obstalunku, uścisnęliśmy sobie ręce przybijając interes i Inwestor udał się w kierunku otworu wyjściowego z siedziby rodowej mej, celem jej opuszczenia.
Na schodach się jeszcze odwrócił i rzucił, że on jednak się poświęci i dla pewności ową nierogaciznę w domu obmierzy i tak na wszelki niewiadomy jej wymiary mi prześle wraz ze zdjęciem Młodych i sentencją konieczną do zamieszczenia..
Jeszcze lepiej z tymi wymiarami – pomyślałam – nerwów sobie zaoszczędzę, i co to tam jeden czy nawet dwa dni zwłoki, kufry robić lubię, to pójdzie jak z płatka, steampunku też już sobie przecież popróbowałam, a i odpowiedni park maszynowy zza oceanu już do mnie dotarł co by ten steampunk bardziej profesjonalnie wyglądał.

Dwa dni minęły sama nie wiem jak. Trzeci też przeszedł do historii, a ja tych gabarytów jak nie miałam, tak nie miałam.
Czwartego poszłam jednak przejrzeć swój zapas pudeł, myśląc, że skoro Inwestor liczb nie śle, to widocznie doszedł do wniosku, że dokładnie te ręce rozsunął i wymiary trzody chlewnej określił w sam raz.
Jedno z pudeł z zapasu na oko mi podpasowało, było duże, prostokątne, na świnię idealne.
Zabrałam się za szlifowanie, poodkręcałam co tam do odkręcenia było, słowem – zabrałam się do roboty, niemrawo jeszcze, bo wieczór się zrobił, upał męczył i na burzę się zbierało. W końcu miałam jeszcze całe siedem dni w zapasie, dzisiejszego nie licząc, to przecież nie będę się zarzynać, w dodatku jeszcze w taką pogodę, gdzie nawet myśli się ruszały jak muchy w smole.

Piątego dnia rano, zgodnie z usankcjonowanym od lat rytuałem rozpoczęłam życie od otwarcia mojej komputerowej poczty. Pierwszym mailem w kolejce do przeczytania był ten od Inwestora, zwięźle podający dokładne wymiary owego cielska na forsę.
– No spora sztuka – pomyślałam zapisując sobie wzrost, grubość i długość zwierza na karteczce, żebym czasem nie zapomniała w drodze do suterenki swojej, jakie to ono rosłe jest.
Wzięłam pudło będące już we wstępnej obróbce produkcyjnej, pomierzyłam co pomierzyć się dało i się zdziwiłam trochę – z wymiarów wynikało, że ta z chlewa nawet w połowie do tego pudła nie wejdzie. Wzięłam inną miarę i całą operację powtórzyłam raz jeszcze – to samo.
– Rany, Inwestor się pomylił, albo to nie jest świnka-skarbonka, a świńskomonstrumomutant-skarbonisko jakieś – myślałam sobie lecąc po schodach na sam wierch siedziby rodowej, żeby uzgodnić jeszcze raz te cyferki z Inwestorem. Potwierdzenie dostałam już po chwili – wszystkie wymiary się zgadzały – świństwo ma cielsko długie na 36cm, brzuch rozpuchnięty na 25cm, a w kłębie mierzy całe 21cm. No wypisz, wymaluj – knur nie świnia.

Nawet bym się zbytnio nie przejęła, gdyby nie to, że żadnego surowca w domu w takich wymiarach (wewnętrznych) nie miałam (pech), więc zaraz jak tylko Inwestor zapewnił, że żadnej pomyłki nie ma, zasiadłam przed komputerem, co by zamówienie odpowiednie uczynić i kupić wszystko co ze zrobieniem kufra się wiązało, trochę mi zeszło zanim w ogóle takie coś ogromne znalazłam i zanim się zdecydowałam na kształt onego (jak się później miało okazać – kliknęłam nie w to okienko, w które miałam – pech!, ale o nim jeszcze wtedy nie miałam pojęcia), dobrałam śliczne i niebanalne okucia, wszak to miał być kufer pokazowy(!), trochę się rozpasałam przy reszcie zamówień, bo to wiadomo – za jednym zamachem, za jedną przesyłką… słowem, zanim skończyłam, minęło sporo czasu.
Ale zamówiłam, zapłaciłam i zaraz zadzwoniłam do miłego pana z tego internetowego El Dorado z prośbą, żeby może szybciej, może z racji przywilejów stałego klienta, którym obiecuję zostać, może się da?
No pewnie, że się da, ale jest jedno małe ale… pan koniecznie musi widzieć na koncie, że wpłynęły pieniądze (fakt, kwota była znaczna dość i sama bym tak zareagowała), ja na to, że jasne, jeszcze dziś powinien je mieć – wiadomo, internetowi mają lepiej i szybciej, pan – no to nie ma sprawy, jak tylko te bejmy zobaczy, pakuje nabój i kuriera jeszcze dzisiaj pcha, w poniedziałek mieć będę.
No to, to ja rozumiem, szacunek dla klienta wzorcowy!
Był piątek – zdążę!

Jeszcze tylko sprawdziłam, tak na wszelki wypadek, czy te pieniądze na pewno…
I po chwili mało ataku serca nie dostałam – pieniądze wysłałam, jasne, że wysłałam… ale 5 minut PO OSTATNIEJ tego dnia sesji wychodzącej banku, a był piątunio… a następna sesja wychodząca dopiero w poniedziałek!
Miły pan po drugiej stronie kabla już aż tak miły nie był…
Stanęło na tym, że chyba dopiero we wtorek paka dojdzie o ile się uda (pech zaczął pokazywać rogi).

Sobota i niedziela minęła mi na martwieniu się.
Zdołałam jednak w przerwach między martwieniem, a martwieniem, zrobić elementy steampunkowe, trochę tak w ciemno, bazując tylko na wymiarach pudła podanych w Internecie, przerobiłam sobie otrzymane zdjęcie Młodych, co to miało zdobić wieko od środka w postaci transferu pięknego, wydrukowałam sentencję otrzymaną od Inwestora, która miała obok tego zdjęcia być. Wymyśliłam całą koncepcję zdobienia, opracowałam szczegółowy harmonogram prac i…. czekałam…

W poniedziałek czekałam nadal.
We wtorek  zaczęłam wstępnie wariować.

W środę  rano niezwykle uprzejmy pan kurier dostarczył mi pakę!

Byłam tak szczęśliwa, że nawet nie zauważyłam ciężaru tejże i w podskokach zaniosłam ją do suterenki.
Kufer był na samym dnie, ale co tam – ważne, że był…
Duży, śliczny i…. i z płaskim wiekiem!… a miał mieć zaokrąglone, bo taki chciałam…
Chciałam, ale kliknęłam jedno okienko niżej i zamówiłam inny. Pech!!
Cała, szczegółowo obmyślana koncepcja wieka, wzięła w łeb.
Pięknie zrobione płytki steampunkowe, które miały na tym zaokrąglonym, jak łuski na ogonie aligatora się układać, kłuły mnie w oczy, szczęście, że chociaż boczne pasowały.

I wtedy Szara postawiła mnie do pionu – no co ty? i co z tego, że płaskie??
dorobisz jeszcze jedną nową płytę na wierzch i będzie git, no już-już! zabieraj się, bo nie zdążysz! już! nie gap się tylko do roboty!!! Ruchy, ruchy! NO!!!

…faktycznie, czas ucieka, nie ma na co czekać, mam tylko trzy dni, a właściwie, jak dobrze policzyć to już tylko dwa, bo w piątek rano musi być gotowe, dobrze, że  te cztery boczne płyty są już prawie na sicher

Odsunęłam pakę w kąt jednym zgrabnym ruchem kończyny dolnej, zasiadłam do zrobienia brakującej płyty górnej i wreszcie zabrałam się za ten transfer w środku.
Przygotowałam tło – wyschło błyskawicznie… nawet przelotnie się tym zainteresowałam, że tak błyskawicznie, ale powierzchownie tylko i bez głębszej analizy, a trzeba było!
potem nałożyłam transfer, oczywiście jak wszystkie moje – lakierowy…
trochę miałam problemów z nałożeniem, bo to gabaryty tegoż imponujące jednak, i transfer szedł na olej, bo olejami kufer malowałam… ale dałam radę, spojrzałam jeszcze z aprobatą na wytwór moich rąk, potem na ręce, i czym prędzej pobiegłam do łazienki je umyć.
A trzeba było zostać!
Czy to komuś kiedyś brudne ręce zaszkodziły??!!
Czyścioszka się znalazła, a feee!!!
No i co z tego, że kończyny górne miałam czyste niczym ten kryształ górski piękny, jak ten qundulencki transfer zdążył wyschnąć na wiór (powinnam się zastanowić wcześniej nad tym błyskawicznym schnięciem tła i wnioski wyciągnąć! – pech!!)
No nic… trzeba go zrolować – pomyślałam zrezygnowana.
Namoczyłam i zaczęłam trzeć… właśnie minęła czwarta…
Tarłam i tarłam… tarłam i tarłam… co zmoczyłam to suche było… moczyłam i tarłam, tarłam i moczyłam… tarłam… a upał był jak w Afryce czarnej…
Koło szóstej zorientowałam się, że moje linie papilarne są już tylko wspomnieniem

(jeśli ktoś myśli o napadzie na bank, to śmiało! ja się piszę w ciemno, mogę bez rękawiczek, odcisków nie zostawiam, nikt mnie nie namierzy, nie ma najmniejszych szans na wpadkę, organa ścigania pozostaną bezsilne!)

O siódmej odpuściłam…
W nocy śniły mi się jakieś koszmary, z latającymi, niedokończonymi kuframi, z przesuszonymi na wiór transferami w roli głównej…
Obudziłam się gdzieś tak między czwartą, a piątą i zasiadłam do tarcia… wreszcie koło szóstej stwierdziłam, że więcej już nic się zetrzeć nie da.
Teraz można kleić te „metalowe” tablice na boki.
Można, ale nie bolącymi palcami przecież, najpierw muszą przestać boleć, bo inaczej się nie da. Najlepiej przestają boleć w łóżku, więc je tak na chwilę tylko położyłam.

Obudziłam się o dziewiątej i natychmiast zabrałam się za te boczne.
Najpierw tylna, tak na wszelki, gdyby coś poszło nie tak, bo jest najmniej widoczna.
Nałożyłam klej na ściankę, nałożyłam na płytę, musiałam parę minut poczekać, żeby klej odparował i lekko wysechł, bo taki przepis na ten klej jest i tak  robić trzeba, kleję nim od dawna, to wiem, muszę  to schnięcie przeczekać…
… no schło! ale zbyt szybko – błyskawicznie robiła się skorupa na wierzchu, w środku co prawda mokre, ale bez szans na „złapanie” z tym drugim, też już zresztą suchym, bo suche zatraca właściwości klejące…
a mogłam przecież wynieść do garażu, bo tam chłodniej, no mogłam…
nie wyniosłam, bo mi się nie chciało, choć myśl taka nawet mi przez moment zaświtała… Pech.
Podziurawiłam wszystko co się w skorupę zamieniło igłą do cerowania – pomogło o tyle, że część tego mokrego ze środka udało mi się wydusić, szybko dosmarowałam jeszcze jedną warstwę klejową, przyłożyłam zussamen do kupy, chwyciło, dość szybko nawet, uczciwie doduszałam narożniki, żeby nie odstawały, wyschło, stwardniało i… przykleiło mi palce…
oderwałam, jasne, że je oderwałam, ale razem z płytą, która tym samym bezpowrotnie się zniszczyła, no pech…
Musiałam tę płytę zrobić jeszcze raz.

Koło jedenastej już ją miałam i mogłam kleić od nowa.
Zaczęłam – od tyłu, bo w razie gdyby…
Uwijałam się jak w ukropie, głupia nie jestem – wiedziałam już przecież, że w takim upale to ten mój klej zachowuje się złośliwie, unikałam jak ognia pobrudzenia palców tym lepkim, żeby znów mi się nie przykleiły, bo dociskać w tych narożnikach jednak trzeba, zrobiłam tył, jeden bok, drugi bok, zabrałam się za front…
i spokojnie bym go zrobiła, bo już nabrałam wprawy i leciałam jak jakaś taśma produkcyjna na akord, gdyby nagle w połowie ciapania płyty nie zabrakło mi kleju, nawet niewiele, tak coś około ¼ powierzchni… PECH!!!

Do sklepu mam blisko, mimo obezwładniającego upału, obróciłam w jakieś 40 minut, bo szybciej nie dało się przestawiać nóg w tym ukropie, klej co prawda kupiłam zupełnie inny i absolutnie mi nie znany, bo mojego nie było, ale wyszłam z założenia, że dobry taki jak żaden, a na następną zwłokę już sobie nie mogę pozwolić…
tak, nie mogę, ale przecież musiałam najpierw usunąć pozostałości tego „zabrakniętego” kleju, bo ten nowy, co to go kupiłam, to polimerowy jest, a tamten nie i mogłyby się zagryźć w walce, no i w dodatku tamten był przecież suchy na kamień…
koło pierwszej miałam już całość poklejoną – łącznie z wiekiem, koło drugiej wszystkie płyty były  pomalowane i spatynowane i prawie suche, transfer wewnątrz zdążyłam wcześniej zalać lakierem, bo na wielokrotne nakładanie warstw nie miałam już czasu i przystąpiłam do okuwania kufra w te wszystkie elementy metalowe, co to je specjalnie zamówiłam…
Paka nie rozpakowana stała tam, gdzie ją kopnęłam…
Zaczęłam wypakowywać…
spokojnie, bo upał niemożebny…
pudła, herbaciarki, tace, wieszaki…
wszystko, tylko nie okucia!
Jeszcze raz, już w żywszym tempie, przerzuciłam całą tę górę dobra…
i jeszcze raz, tym razem w panice, otwierając wszystko co się otworzyć dało!
Nie ma!!!
Nie wsadzili!!!
PECH!!

Telefon do przyjaciela złapał Najlepszego gdzieś w centrum, pokonującego w tempie takiego jednego, co to skorupę na plecach nosi siódmy już korek i wcale go nie ucieszył…
Musiał jednak usłyszeć coś na podobieństwo spiżu w moim głosie, albo dostrzegł pierwsze oznaki furii, bo w końcu, acz niechętnie, obiecał wstąpić po drodze do jakiegoś żelaznego – po drodze miał dwa, sprawdziłam w zumi (chęć wstępowania do jakiegokolwiek marketu budowlano-innego już na dzień dobry paliła na panewce, bo korek wymuszał tylko jazdę do przodu) – miał wstąpić i kupić kuty uchwyt retro do kufra ładny… i każdy, TYLKO NIE ZŁOTY!
Po godzinie zadzwonił – to miał być porcelanowy ten uchwyt?
– Jaki porcelanowy??!! Kuty! Kuty i nie złoty!!!
– Aaaa… to takich tu nie ma… Jadę do drugiego.
Zadzwonił już po pół godzinie…
– To miał być kuty?
– Kutyyyy…
– Dobra, są, nawet ładne, to kupuję.

Nooo… jeszcze zdążę – pomyślałam z ulgą – jeszcze kupa czasu,
przyjedzie, zamontuje, jakieś lakier na wierzch i finto! Uda się!

Przyjechał, nawet dość szybko… i wręczył mi piękny, kuty, retro… ZŁOTY uchwyt… bo przecież ja mówiłam, że złoty! tego „nie” przed nie zarejestrował… NO PECH!!!!

Kolejny raz potwierdziła się znana mi przecież skądinąd doskonale zasada, że w kontaktach z osobnikami płci, że się tak wyrażę, męskiej, a już w sytuacji gdy się od takiego osobnika wymaga zrobienia czegoś konkretnego, należy koniecznie zwracać się do onego utrzymując nieprzerwany kontakt wzrokowy i bezwzględnie kazać powtórzyć ostatnie nasze zdanie, korygując natychmiast nieścisłości.
Musiałam chyba stracić czujność i rozkojarzył mnie pech, bo zapomniałam kazać powtórzyć frazę „każdy TYLKO NIE ZłOTY”, ten kontakt wzrokowy  już nawet pomijam, bo od razu poszedł na straty – nie mam videotelefonu, gadaliśmy „w ciemno”.
Pech.

Po obiedzie miałam już uchwyt przerobiony – ze złotego zmienił się w miedziano-srebrno-złoto-brązowe cudo, bardzo, ale to bardzo pasujące wyglądem do kufra…

No nareszcie! Teraz tylko wymierzyć, wywiercić, przykręcić, i będzie.

Mam w domu faceta, kupił zły… niech się teraz wykaże – pomyślałam mściwie.
No i musiałam pomyśleć w nieodpowiedniej chwili….
Najlepszy bez żadnych oporów zabrał cały nabój do garażu, słyszałam wiertarkę, jakieś stuki, ciszę, znowu wiertarkę… czas mijał…
Po godzinie poszłam sprawdzić co jest grane.
Najlepszy, obłożony suwmiarkami, młotkami, wkrętakami, ołówkami i czym tam jeszcze, cóż oto robił? – otóż Najlepszy mierzył!!
On cały ten czas mierzył, gdzie mają być otwory pod ten uchwyt! Podobno nawet jeden  już prawie namierzył (przez godzinę jeden!!), ale nie był do końca pewien, czy dobrze… a za nic nie odważyłby się przecież zepsuć nieprzemyślaną dziurką tak pięknego kufra… więc wolał się nie spieszyć, bo co nagle to po diable… i tak, dla urozmaicenia sobie tego mierzenia (pewnie mu się nudziło, biedakowi…) co jakiś czas włączał wiertarkę, żeby sprawdzić czy  ona aby dobrze działa, bo jak już będzie wiercił, to chce mieć pewność, że bez niespodzianek się obejdzie… po czym ją  wyłączał, żeby prądu nie żarła nadaremnie, bo my wszak z Posen jesteśmy…

Wyszłam bez słowa.

Tak go to przeraziło, że po 10 minutach trzymałam w rękach kufer z pięknym, równo przykręconym uchwytem.
Da się? Da!!

No i wtedy poczułam co to jest szczęście. Skończony na czas!!!
Bo ja jednak chyba nie przeżyłabym, gdybym go nie skończyła w terminie, a przesunięcie tegoż nie wchodziło w grę, bo on się zaraz w dalszą drogę wybierał, no sumienie zżarłoby mnie na czczo.

Otworzyłam wieko, bo przecież ślady po wkrętach trzeba jeszcze zamaskować.
Otworzyłam i…

Czerwone mroczki na oczy mi się rzuciły.  Że ja na zawał nie zeszłam wtedy ekspresowo z tego łez padołu, albo na inną apopleksję, to do tej pory ogarnąć nie potrafię.
Na moim transferze zdjęcia, pięknie zalanym lakierem i, zdało się, wystarczająco już suchym, ukazały mi się w całej swej szpetocie okropne, wstrętne, ohydne wręcz, ślady po wiertarce, lakier miejscami został zdarty do gołego, miejscami poszarpany jak po napadzie geparda… no obraz nędzy, rozpaczy i załamanie nerwowe, a w dodatku Najlepszy tego nie widział (?).
PECH!! PECH!! PECH!!

Szlifowanie skończyłam o północy. O pierwszej miałam całość polakierowaną, nowego transferu zdjęcia już się nie dało zrobić, czego niezmiernie żałowałam, bo świetny był, niestety ślady i przebarwienia na drewnie pomimo reanimacji pozostały i zamaskować się ich nie dało, malowanie tła farbą też nie wchodziło w grę, bo to kompletnie nie bajka tego kufra…
Przerobiłam więc wydruk, który miał być transferem, na starą, retro fotografię, taką jak ze strych fotograficznych atelier, drukowaną na tekturce.
Wydruki miałam dwa – ten lepszy został już wykorzystany i bezpowrotnie zniszczony, ostał się ten gorszy, jakiś taki mniej wyraźny, więc go maksymalnie spatynowałam, dodałam trochę spękań, polakierowałam na porcelanę i przybiłam w środku malutkimi delikatnymi gwoździkami z ozdobnymi łebkami, bo klej jakoś tym razem nie chciał się dać przekonać do przyklejenia narożników…

Miedzy trzecią a czwartą sprawdziłam – wszystko grało.

O ósmej odczyniłam urok, żeby pech z kufra na Młodych nie przeszedł.

Potem szybko go wyniosłam na taras, co by jeszcze sesję zdjęciową do albumu zrobić.
Tego, że w przyrodzie zaszły zdecydowane zmiany pogodowe i zamiast fajnego oświetlenia mam teraz szaro-buro-ciemne, bo zniknęło słońce, a zapanowały chmury, z których popaduje sobie równo, i że w związku z tym zdjęcia wyjdą do doopencji, prawie nie zauważyłam, a już zupełnie się tym nie przejęłam, trudno, widocznie to jeszcze jakieś popłuczyny pecha są…

O dziesiątej kufer został odebrany i wywieziony w obce kraje,

a ja pierwszy raz od paru dni usiadłam spokojnie i pomyślałam jak dobrze, że to już po, wracam do żywych… a co to my właściwie dziś mamy?
O, qundulencja! Przecież trzynastego! I w dodatku piątek!!!!
No i stała się jasność.
Pech być musiał.

 

Jestem wykończona, nerwy mam w strzępach, i w dodatku żadnej pewności, że kufer się udał…

kufer, drewno, wieko frezowane, 45 x 35 x 25  kolorystyka – gorzka  czekolada, turkus, srebro, miedź

______________________________________________________________________

*** nie ma absolutnie żadnego obowiązku czytania, długie jest i nudne,  odreagować musiałam, to sobie pisałam…  

można  spokojnie pominąć i z czystym sumieniem  przejść od razu do zdjęć 🙂

 

TACA Z WAŻKĄ I ROMBAMI W TLE…

 

 

 

 

Gdziekolwiek ostatnio spoglądam, cokolwiek ostatnio czytam – wszyscy robią tace.

No to ja też 🙂

Chodziło mi od dawna po głowie pytanie co się da zrobić z mieszanki bejcy, tuszu, oleju, wosku wybielającego i lakieru metalicznego, dało się zrobić tacę, ale tylko dlatego, że akurat ją miałam pod ręką 🙂

Najwięcej czasu zabrało mi przemielenie tych bejc, tuszów i olei z lakierem i woskiem, dorobienie potem do tego grafiki to już pikuś i czysta przyjemność była.


Dno tacy wygląda jak metal  z narysowanym wzorem, gdzieniegdzie wyżartym  (o metalu mowa) przez to co pod nim – myślę, że to sprawka duetu olejowowoskowego jest, tyle, że ten duet żarł jakoś tak wybiórczo i nieprzewidywalnie, tu tak, obok już nie…

 ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się na to patrzy.


Chciałam zrobić zdjęcie w słońcu, żeby wydobyć cienie, które powstały z tła pod lakierem, ale okazało się to niemożliwością – ten złoty metaliczny lakier zachowywał się jak kawałek szkła odbijający słońce.

BELLE JARDINIERE – MISZ-MASZ CZYLI KOLAŻ…

 

– Mamuś?…

– Mami?!

– Maaamooo!!!!

 

 

 

– Tak? Mówiłeś coś?

– A jak! I to od dobrych 5 minut – Nieletni wywinął orła oczami, żeby dobitniej zaznaczyć te 5 minut – a ty nic…

– Nie ściemniaj synuś, nie ściemniaj, co najwyżej od marnych czterech… tak mi się właśnie wydawało, że coś mi brzęczy nad uchem od czterech minut, na pewno nie od pięciu, bujać to my ale nie nas – odpowiedziałam  wracając z konieczności, acz niechętnie,  do rzeczywistości  z moich światów równoległych, gdzie przebywałam od rana i próbowałam, teoretycznie na razie, rozwiązać arcyważną kwestię transferowania na olejowane drewno, co wydało mi się rzeczą nie cierpiącą zwłoki w rozwiązaniu, jako, że transfery uwielbiam, a ostatnio i do olei pałam miłością wielką, a one jak powszechnie wiadomo tłuste dość są i z transferami niekoniecznie kompatybilne – czego dusza chciała?

– Pytałem co to jest kolaż?

– To nie pytaj po próżnicy jak mnie nie ma, poczekaj aż wrócę, szkoda  czasu i atłasu, a w ogóle to mógłbyś sobie poczytać – odpowiedziałam z lekka zirytowana, bo nie lubię wracać znienacka i z zemsty owiałam dziecię  smrodkiem dydaktycznym – kto czyta, nie błądzi…

– Chyba kto pyta? Poprzednio mówiłaś – kto pyta nie błądzi… – Nieletni machnął ręką w bardzo wymowny sposób, mający wyrażać podobne treści, co wywijanie orła oczyma, ale bardziej dosadnie – jak to cię nie ma? A ty to kto?

– Ja to ja, ale czasem wybywam w światy równoległe… znaczy duchem wybywam, bo ciało zostawiam, kto by tam targał taki ciężar – dałam się wkręcić w dyskusję, choć dobrze wiedziałam, że przecież dziecię doskonale ze stanami nieważkości rodzicielki obeznane, więcej – przejawia symptomy bardzo podobne moim, szczególnie jak matka – istota powołana do dręczenia młodej duszy – każe wynieść śmieci / wypakować zmywarkę / wyprowadzić psa/ itp. itd… – pytasz jakbyś nie wiedział, a wiesz! – też wzmocniłam wypowiedź wymownym gestem – i to od piętnastu lat! Te dwa brakujące tygodnie się nie liczą – dodałam szybko, uprzedzając reakcję  Nieletniego, który już się szykował do riposty (wiem, bo oczy mu błysnęły), że jeszcze wcale nie piętnaście, wcale! bo brakuje owych, nic nieznaczących, dwu tygodni, jakby to miało jakieś znaczenie… bo niby  co znaczą jakieś głupie dwa tygodnie w stosunku do wieczności?…

 Nieletni  uwielbia takie drobiazgowo-szczegółowe rozliczenia, uciekając się do nich w najmniej stosownych momentach, czym mnie wprowadza w stan pasji…

Ma to po Najlepszym. Oba człony – i szczegółowość i wprowadzanie mnie.

 

 – No to powiesz mi wreszcie co to ten jakiś kolaż jest?

– Misz-masz.

– Co masz?

– Misz.

– Że co misz???

– Masz.

– A tak bardziej po ludzku? Żeby człowiek zrozumiał?

– No mówię przecież – kolaż to… no  taki misz-masz to jest właśnie…  hmmm… no takie warstwy…  jakby ci tu… no wiesz, takie jeden na drugiego, jeden na drugiego…

– I Chinole stanęli na Księżycu – wpadł mi w słowo – ja chcę wiedzieć co to jest kolaż, a nie jak Skośnookie zdobyli tego Srebrnego. Skup się.

– Rany! Kolaż to są warstwy – się z lekka zirytowałam, bo jak można nie wiedzieć co to jest misz-masz??!! – war-stwy, czaisz?… Ogr ma warstwy, kolaż ma warstwy, cebula ma warstwy, rozumiesz?

– Że co to są warstwy? No jasne, oglądałem Shreka to wiem, ja tylko  nie mam pojęcia co to ten kolaż – Synek oblekł facjatę w minę p.t. „ O ja nieszczęsny i sponiewierany przez bezduszność tego świata i własną mać do tego” – to jak w końcu?

– Och, ssssmoczyca, ale mnie męczysz! No się nakłada jedno na drugie, potem drugie na trzecie i znów… robi się taki przekładaniec, taki zlepek, z różnych rzeczy… z fotografii na ten przykład… albo gazet różnych… szmat czasem… albo transferów (no, i chyba już wiem, jak zrobić transfer na olej!), a potem z tych misz-maszów  powstaje coś zupełnie nowego, to taka technika artystyczna, taki środek wyrazu, wielcy tego świata też się parali kolażem, że wspomnę choćby Picassa… Rozumiesz?

– Noooo nieeee wieeeem…  – Młody efektownie przeciągnął samogłoski – coś mi chyba świta, ale tak do końca to chyba jeszcze nie… A ty byś umiała taki kolaż zrobić?

– No jasne!– odpowiedziałam beztrosko i z wielką pewnością w głosie, bo wciąż mi się zdarza robić za wszystkowiedzącą i umiejącą matkę, co by podbudować chwiejący się autorytet – to prościzna jest, takie jedno na drugie i już.

– Naprawdę??! Umiałabyś? – Nieletni spojrzał na mnie z podziwem i uwielbieniem bijącym wręcz z jego szarawych ócz, aż mi się ciepło na sercu zrobiło –  wiedziałem, że ty potrafisz!!! I że nie będę się musiał wstydzić.

– Ty… – poczułam nagłe ostrzegawcze ukłucie w czerepie – a o co tak naprawdę chodzi??

– No o kolaż – dziecię pozwoliło sobie na lekki uśmieszek pod miejscem na wąsy – no bo wiesz… zgłosiłem się do  referatu o kolażu… i pani powiedziała, że jak przyniosę jeszcze jakiś przykład tego kolażowego czegoś, taki zrobiony, to będzie wyższa ocena…

– Ale przecież ja to nie ty – próbowałam się desperacko ratować – ja się absolutnie nigdzie nie zgłaszałam , i kto ma tę ocenę dostać?

– No wiadomo, że ja, za referat – dziecko emanowało spokojem i samozadowoleniem wprost przesadnym – tylko nie pyszcz, już napisałem… a ten kolaż to tylko taki przykład ma być, taka kropka nad i, jak to zawsze mówisz… zresztą nie panikuj, pytałem pani, czy ty możesz zrobić, bo chciałbym, żeby było ładne, a ja nie potrafię tak ładnie jak ty, i że ja będę asystował i podawał co tam będziesz chciała, a przy okazji się będę uczył… i że tobie będzie miło, jak mi będziesz mogła pomóc, bo ty lubisz pomagać…   i pani się zgodziła, bo cię chyba lubi, pod warunkiem, że będzie jej wolno  pokazać to w pokoju nauczycielskim, to co miałem zrobić??… też się zgodziłem…

 

…………………………………………………………………………………

 

Na temat technik socjometrycznych, które, jak się już nie raz przekonałam, moje dziecko opanowało śpiewająco, można by nawet rzec, że ma je w małym palcu i że przejawia wybitne wręcz zdolności w tym kierunku, będzie innym razem…

 

…………………………………………………………………………………

 

A kolaż w temacie Belle Jardiniere, który mnie zauroczył u Grażynki co to bawi się w Decoupage wieczorową porą :),  zrobiłam na kolejnej wielgachnej tacy, która okazała się świetnym polem, nie poletkiem – polem! (z powodu oczywistego, t.zn swoich gabarytów) doświadczalnym i doskonałym narzędziem dla mojej osobistej zemsty faraona nad dziecięciem mym, po wychodkach ganiać go nie zamierzam, ale z tobołem wielkim do tej szkoły wysłać (nic większego na stanie nie posiadałam) to już i owszem… wychodzi więc na to, że okrutna nie jestem, ale złośliwa to już tak.

No cóż, trudno… jakoś to przeżyję…

 

Całość wyszła monochromatyczna, utrzymana w sepii i brązach, w stylu retro,

do kompozycji wykorzystałam transfery grafik, doskonaląc technikę transferowania na olejowane drewno, oleje, maski, stencil, złoty lakier, bitum, woski postarzające, patyny i pasty pozłotnicze, całość woskowana.

I tylko w paru miejscach pozwoliłam sobie na delikatne maźnięcia turkusu…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Taca drewniana, BELLE JARDINIERE, 640 x 540 x 80 mm

W MINIMALIZM KROK DRUGI…

 

 

 

 

No i nie powiem,  spodobało mi się to minimalistyczne podejście do tematu. Do tego stopnia spodobało, że powstała nowa praca w tym samym, minimalistycznym klimacie by Vika, co wcześniejsza srebrno-szara herbaciarka.

Tym razem padło na pudło na chusteczki, w pewnych kręgach chustecznikiem zwanym.

Jest w ciepłym kolorze czekolady (bazą była czekolada gorzka, ale ją trochę ociepliłam kolorem laskowych orzechów i myślę, że wyszło jej to na dobre).

Rozświetliłam ten brąz złotymi, minimalistycznymi  😉  kwadratami, ale ponieważ to minimalizm by Vika, to nie oparłam się (wciąż minimalistycznie) trochę je zróżnicować, żeby smutno i monotonnie nie było – więc prawie każdy z nich jest inny – niektóre są zupełnie matowe, inne lekko połyskują metalicznym zlotem, jeszcze inne mają delikatny złoty wzór, a są też takie, które wyrosły ponad poziom :)… znaczy są wypukłe.

Później przyjrzałam się całości i stwierdziłam, że minimalizm minimalizmem, ale dodanie jakiegoś elementu przykuwającego wzrok absolutnie nie zaszkodzi i czym prędzej dorobiłam jeszcze dwie spirale, nawiązujące do tych „wystających” kwadratów.

I tak oto powstał chustecznik w moim, absolutnie subiektywnym, odczuciu minimalizmu.

 

HERBACIARKA ANGIELSKIE RÓŻE…

 

 

 

w stylu klasycznym, dawno przeze mnie nie uprawianym 😉

ciekawa byłam czy jeszcze tak umiem … i tak 🙂 🙂 :), umiem :).

Wieko ozdobiłam bukietem angielskich róż, domalowałam ramki, narożniki i brzegi bardzo delikatnie pozłociłam i, żeby dodatkowo podkreślić styl retro, dodałam złote kropki, lakier satynowy.

Dół olejowany (mieszanka mahoniu i ciepłego brązu).

 

Jednak dobrze czasem wrócić do klasyki…

 

Translate »