obraz

now browsing by tag

 
 

MURAL W RAMIE ZAMKNIĘTY…

 

 

Bardzo mnie ostatnio korciło, żeby sobie zrobić swój własny, prywatny kawałek muralu, taki chociaż najmniejszy.

Niestety jednak siedziba rodowa nie dysponuje już ani jednym kawałkiem wolnej ściany, a w dodatku Najlepszy jak usłyszał o czym mówię, skwitował cały mój pomysł jednym słowem – oszalałaś!

Ale ja nadal chciałam, więc zrobiłam sobie taką małą namiastkę na… sklejce 🙂

A że miałam ramę – zwykłą, plastikową, w okropnym złotym kolorze, taką, która grzecznie czekała na swoje 5 minut wciśnięta za szafę przez dwa lata – to i ona dostała swoje drugie życie. 

Z ramą wiele nie kombinowałam, ot, pomalowałam ją i pordzewiłam trochę.

I mam.

Tylko tak do końca nie wiem czy to jest kawałek muralu oprawiony w ramę, czy obraz z namalowanym widoczkiem stary bardzo…

JESIEŃ RETROSPEKCJA…

Kocham jesień. Od zawsze.

Co roku jak tylko kończy się wiosna zaczynam na nią czekać. Naprzeciwko mojego okna rośnie jarzębina. Patrzę na nią codziennie, obserwuję jak wypuszcza liście, jak kwitnie, jak zawiązuje owoce i jak one zaczynają się przebarwiać. Najpierw są niepozorne, zielone, potem stają się różowe i z każdym dniem ich barwa intensywnieje. Teraz są czerwone i to znak, że jesień już blisko. Więc czekam…

Lubię czekać. Wyobrażam sobie wtedy jaka ta jesień będzie – ciepła i słoneczna? Kolorowa jak paleta szalonego malarza? Zamglona i nostalgiczna? Szara jak dym z ogniska czy brązowa jak kasztany? A może złota jak astry? Deszczowa? Bardziej wrześniowo-październikowa czy listopadowa? 

Jaka?

Nie wiem, czekam…

Żeby sobie skrócić ten czas oczekiwania spróbowałam sobie namalować jesienie, które przeminęły. Połączyłam wszystkie moje wspomnienia w jedno. Stąd jest tu i ciepłe, wrześniowe słońce, błyszczące kolorami październikowe drzewa, jest jasne, zamglone niebo i jesienna szaruga listopadowych dni.

Jesień. Rozpasana kolorami, bogata owocami, romantyczna i zadumana odlotem ptaków, smutna deszczem, dynamiczna wiatrem i spokojna mgłą.

Nie jestem malarzem, nawet nie próbuję być, bo zwyczajnie nie umiem malować.

Ale ten obraz namalować musiałam…

Jesień retrospekcja.

Taka moja w środku lata.

deska, farby kredowe, barwniki mineralne, mika, złocenia, postarzenia, fakrury

MIXED-MEDIA Z PENTACOLOREM, EDYCJA SIÓDMA…

 

Tym razem przygotowałam dla Was trzy projekty – obraz z tynkiem, zdobioną ramą i dwoma aniołami w stylu vintage, zardzewiały notatnik i walizkę, idealną na wakacyjne wspomnienia, bo wakacje wszak już za progiem…

 

SIEMIANY, WIOSNA – EDYCJA TRZECIA…

 

 

 

No i nadszedł czas kolejnego spotkania w Siemianach  – czyli TRZECIE AUTORSKIE WARSZTATY  w cudnej, klimatycznej Cykadzie.

Znowu będzie wesoło, śpiewająco i pracowicie!

Tym razem będziemy realizować dwa projekty – obraz z własnoręcznie namalowanym marmurem i własnoręcznie wykonaną ramą

oraz księgę Le Ballon (zgodnie z Waszym życzeniem!)

 

 

 

Serdecznie zapraszamy!

ŻEBY ZASTAWIE RODOWEJ BYŁO WYGODNIE…

 

 

 

… zrobiłam jej mieszkanko na miarę.

Duże być musiało, bo i zastawa rozbudowana.

Długo szukałam czegoś odpowiedniego, czegoś, co musiało mieć ściśle określone wymiary, bo miejsce, które owemu mieszkanku przeznaczyłam było i wciąż jest bardzo, ale to bardzo nietypowe – to półka wieńcząca taką półściankę pomiędzy kuchnią i jadalnią, ażurowa i wysoka na 2 m. Dość wspomnieć, że gdy lakonicznie i niezobowiązująco wspomniałam, że zamierzam tam postawić szafkę Najlepszy spojrzał na mnie najpierw z niedowierzaniem, a  zaraz potem z politowaniem, a jego oczy krzyczały: „Kobieto! Opamiętaj się!”.

No dobra, to była wersja grzeczna, bo tak naprawdę to krzyczały: „Puknij ty się w czerep! Ciebie to już chyba tylko do Tworek trzeba! To awykonalne! Półka za wysoko, za wąska, nie wytrzyma obciążenia, się nie da, pomysł do bani, jaka szafka??!

Niewiele się tymi krzykami przejęłam, w końcu żyję z moim Najlepszym od wiek wieków amen, to i sposoby na niego zdążyłam już sobie wypracować, a poza tym im bardziej bredzi, że się nie da, tym bardziej utwierdza mnie w wierze, że się da (na mnie też trzeba mieć sposoby 🙂 bo gdyby powiedział, że pomysł fajny/super/odlotowy to pewnie straciłabym dla niego serce i nawet bym nie zaczynała).

Ale tak, jak nie obeszło mnie w ogóle „się nie da”, to pytanie „jaka szafka?” dało mi już do myślenia. No bo rzeczywiście – jaka?

Wiedziałam tylko, że musi mieć bardzo ściśle określone wymiary, bo półki, na której ma stać, nie da się wydłużyć, a i odległości pomiędzy półką a sufitem też się nie da zmienić.

No to zaczęłam poszukiwania. Szukałam, szukałam, szukałam… i nic! Znajdowałam albo za duże, albo za małe, albo brzydkie i za duże, albo okropne i za małe.

Aż wreszcie jedna wpadła mi w oko, gabarytami – na oko – pasowała, wyglądała fajnie, no i miała szybki łączone na ołów, a do tego pięknie świeciła wnętrzem, co spodobało mi się od razu, bo natychmiast ujrzałam dusznymi oczyma swoją rodową zastawę cudnie podświetloną wieczorową porą. Kupiłam bez wnikliwego zastanawiania i straty czasu, bo ja niecierpliwa jestem.

A potem przyszło  opamiętanie – a co będzie jak nie wcisnę jej (znaczy Najlepszy z Nieletnim nie wcisną, bo ja nawet nie zamierzałam próbować,  słaba wszak kobieta jestem) pod ten sufit?

-A, to spoko – pomyślałam – pójdzie gdzie indziej i już.

-Tej – odezwała się Szara – ale, że jak gdzie indziej? Przecież ty już nie masz ani gdzie, ani indziej, zapomniałaś?

-Fakt, i gdzie, i indziej już mi się wykorzystały do ostatniego centymetra – niechętnie przyznałam jej rację, zła, że siedziba rodowa jakoś ścian z gumy mieć nie chce, a jednocześnie gorączkowo się zastanawiając co faktycznie zrobię jak nie wejdzie tam, gdzie ma wejść – e, spoko, jak nie wejdzie to się pomyśli. Na razie mnie nie denerwuj, zaczekaj aż przywiozą.

No i przywieźli…

Szara rzuciła okiem i aż się zatoczyła ze śmiechu.

-Ty! A ty na pewno chcesz ją tam na tę półkę? SIĘ NIE ZMIEŚCI! – szydziła jawnie i zjadliwie – MÓWIŁAM!!!!

Guzik prawda, nic takiego nie mówiła – pomyślałam cichutko, żeby zołza nie usłyszała i rzuciłam głośno i z nonszalancją godną skazańca tuż przed egzekucją – się zmieści!!

– Się pożyje, się zobaczy, hehehe, ciekawa jestem kto powie Najlepszemu, żeby ją tam na tę górę wtaszczył – zaśmiewała się dalej, podskakując i tupiąc z uciechy po całym czerepie, przyprawiając mnie o wstrząsy przy każdym tupie – nie patrz na mnie, ja nie!!

– Dobra już, idź spać i nie wnerwiaj mnie – mruknęłam i powtórzyłam chyba tylko dla własnego lepszego samopoczucia – zmieści się…

A potem się za nią, szafkę/witrynę/nadstawkę, zabrałam.

Że ma być w stylu dwóch poprzednich, już zrobionych, wiedziałam od razu – stare, spatynowane srebro – i to poszło dość szybko, choć przód pochłonął 150 arkuszy srebra, więc było co robić. Malowania środka nawet nie ma co wspominać, bo to pikuś.

O dreszcze jednak przyprawiły mnie plecy. Jakoś wcześniej niewiele się nimi zajmowałam i prawie zupełnie mi umknęło, że one – plecy – będą przecież w całości widoczne od strony jadalni… A przecież na tych plecach wystają kable (trzy) od tego mojego ulubionego oświetlanego środka. Wcześniej niejasno majaczyły mi się jakieś dekory, szablony, może srebrzenia na tych plecach, ale to było wcześniej, zanim te kable (grube) zobaczyłam. Teraz stanęłam przed nimi i wymiękłam 😉 Próbowałam jakoś je zamaskować – na nic, próbowałam ukryć  w reliefach albo odciskach – jedna poopencja tylko z tego wychodzila, nawet pomyślałam o odcięciu ich w chwili desperacji i  niemocy, ale wtedy właśnie Najlepszy przyniósł z garażu jakąś resztkę połamanego czegoś. Spojrzałam mimochodem, zajęta tymi plecami bez reszty, i nagle mnie oświeciło.

– Ty, a co to jest? – spytałam ostrożnie, żeby nie spłoszyć nadziei, która nagle zakwitła mi w sercu i zrodziła pomysł – i na co co ci to?

– A, jakieś resztki paneli, co to je kiedyś Junior przywiózł… zalegają w garażu – odrzekł ochoczo, nieświadomy tego, co go zaraz spotka – a co?

– A nie, nic… tak tylko pytam  – mruknęłam, udając, że średnio mnie interesuje  z czym i dlaczego on tu przyszedł i pytam grzecznościowo jeno – A dużo tego tam zalega?

– Trochę, a potrzebujesz?

– Ja wiem? – rzuciłam chytrze haczyk – chyba nie, bo z tego to już się nic nie da zrobić…

– A co to jest to nic?

– E, takie tam,  bo chciałam jakoś te kable ukryć… Ale takie panele to na nic, bo i tak ich nie przykryją…

– Jak nie jak tak? – Najlepszy wyraźnie połknął haczyk i pozostało tylko wyciągnąć go na brzeg.

– No nie, bo zobacz jakie one grube te kable..

– Ale przecież jak się je złoży to one tu mają taki rowek, widzisz? – Najlepszy zaczął mnie przekonywać, tak jakbym nie wiedziała o tym rowku i nie zdążyła już sobie wyobrazić jak te kable w tych rowkach leżą pięknie/równo/i/niewidocznie.

– No nie wiem… chyba się nie uda… nie, to się na pewno nie uda! – słodka blond idiotka to moje drugie imię, pomyślałam samokrytycznie i złośliwie pod swoim adresem, ale przecież cel uświęca środki – Trzeba wymyślić coś innego, pomożesz? Bo ja już nie mam pomysłu…

– Czekaj, zaraz ci pokażę, że będzie pasowało – zatokował Najlepszy Z Mężów i pomknął jak rączy rumak pełnej krwi do garażu, skąd po chwili wrócił z pełnym naręczem desek.

– Zobacz! – rzekł z dumą, gdy już je ułożył na tych plecach i ślicznie wcisnął kable w rowki – Zobacz! Mówiłem, że się da!

– No, nawet chyba mogłoby być… – pochwaliłam delikatnie – ale one takie jakieś nierówne, te deski… Teraz będę musiała  te nierówności zamaskować (rany, czy ktoś uwierzy, że można być tak durnym??!! zamaskować??? zamiast przyciąć do jednej długości???) tylko JAK???…

– Najlepszy spojrzał na mnie z politowaniem  i wziął piłę w dłoń.

Ufff… – odetchnęłam z ulgą,  bo jakoś tego cięcia to ja nie lubię, co nie znaczy, że nie umiem, o czym Najlepszy dobrze wie, bo kiedyś nieopacznie z tą umiejętnością  niechcący  się ujawniłam – całe szczęście, że się dał wmanewrować.

Po chwili miałam już ślicznie przycięte deski na całe plecy. Co prawda o szerokości ciut przekraczającej szerokość szafki, ale na moją sugestię, żeby dwie skrajne przycięć RÓWNO na długości, Najlepszy sam wyszedł z inicjatywą docięcia ram, bo to łatwiej i cięcia mniej, na co przystałam łaskawie, ciesząc się w duchu, że nie musiałam nawet sugerować, bo poszło rozpędem, i mam co mieć chciałam – czyli obraz na plecach w ramie.

A potem pozostało już tylko zbić deski, umocować ramę i ozdobić całość, a to już pikuś i nawet nie ma co pisać…

Temat wciągania szafki na wysokość półki i jej mocowanie, żeby nikomu na głowę nie spadła, kwestia podpórek pomiędzy półkami, ich przycięcie i wklejenie (bardziej w lewo! no co ty – w prawo!! krzywo! prosto! na ukos! itp. itd.) pomijam, bo to temat na całkiem osobną opowieść.

 

 

 

 

O tym jak duża jest ta szafka niech świadczy fakt, że dotąd zastawa zajmowała całą jedna szafkę kuchenna, a teraz nie dosyć, że cała zmieściła się bez problemu, to jeszcze ma luz 🙂

szafka/witryna/nadstawka – 160x85x 35cm

 

 

ANTYCZNY OBRAZ Z ANIOŁEM I GOŁĘBIEM…

 

 

 

 

W drewnianych ramach własnoręcznie zbijanych.

Chciałam je też własnoręcznie ciąć, ale poległam i musiałam w tej materii posiłkować się pomocą Najlepszego. Ale tylko w tym.

Bo cała reszta to już samodzielna moja twórczość – począwszy od zbicia ram, poprzez wyprodukowanie farb, zrobienie tynku, jego położenie, pomalowanie, klejenie dekorów, i co tam jeszcze po drodze było, to już ja 😉

Napracowałam się setnie, nie raz i nie dwa chciałam rzucić to wszystko w kąt, i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że akurat żadnego pustego kąta, w którym obraz ów by się zmieścił, nie posiadałam. Więc się zaparłam zadnimi łapami i skończyłam.

Obraz jest duży i ciężki (waży – bagatela – 15 kg). Ramy pomalowałam farbami mlecznymi, złocenia dekorów temperą jajową. Anioł pomalowany jest farbą z pigmentami mineralnymi.

Projekt autorski.

Obraz antyczny, 600×500 mm

anioł – 300 mm

woskowany i olejowany

 

Translate »