na szkle malowane

now browsing by tag

 
 

LUSTROBRAZ, CZYLI BALONEM WŚRÓD DRZEW…

Wreszcie mam i ja!

No dobra, mam od dawna, odkąd na pewnym dekuzlocie  Maria  wprowadzała nas w magię robienia obrazu w lustrze, mistrzowsko pokazując nam tę magię i zaczarowując nas wszystkie.

Powstało wtedy kilkanaście prac. Pięknych, oryginalnych, niepowtarzalnych i fascynujących swoją odmiennością.

Wtedy powstało też moje (dzięki Ata, dzięki Ada – bez Was by go nie było! Ani w tym kształcie, ani w tej wielkości.).

Od dawna chciałam je pokazać, ale miałam z tym jeden, za to wielki i taki nie do przeskoczenia, problem.

Otóż moje lustro jest ogromne… Długo nie mogłam znaleźć dla niego miejsca w domu. Nigdzie mi nie pasowało, a jak pasowało to ściana okazywała się zbyt mała. No i dodatkowo jeszcze nie mogłam mu zrobić zdjęcia (całościowo), bo mi się nie mieściło w obiektywie. Nawet wyniosłam je do ogrodu, żeby tam zrobić sesję. I to była porażka na całej linii, bo w tej wielkiej tafli, która przecież dalej była lustrem mimo, że obrazem, odbijała się moja ogrodowa dżungla zamazując dokładnie cały ten misternie dziergany obraz. Byłam bliska załamania, bo chociaż zdjęć detali miałam milionpięćsetstodziewięćset, to na co mi one były, jak zdjęcia całości jak nie miałam, tak nie miałam. No bo kto potrafi sobie wyobrazić jak coś wygląda oglądając tylko narożnik? Albo gałązkę? Albo jakieś złoconko? No nikt!

Mogłam je co prawda wynieść na górę i wygospodarować odpowiedni kawał ściany, żeby je tam umieścić, tylko że nikt by tam go nie zobaczył. Mogłam również je powiesić w łazience, to jednak wydawało mi się profanacją.

Aż wreszcie kiedyś, siedząc przy stole w jadalni, spojrzałam na schody…

No i to było to! Sama się zdziwiłam dlaczego wcześniej na to nie wpadłam – przecież jeśli je powieszę na klatce schodowej, to i z dołu, i z góry będzie je widać. Bingo! I nawet wtedy uda mi się zrobić zdjęcie w całości 🙂

Później pozostało mi tylko czekać, aż Najlepszy dojrzeje do wywiercenia odpowiedniego otworu w odpowiednim miejscu (bo lustro swoją wagę ma!) i stanie się, wreszcie mój lustrobraz zawiśnie.

Ta wiekopomna chwila nadeszła wczoraj wieczorem. Lustrobraz zawisł!

Nie mogłam się doczekać rana, żeby złapać Obywatela Ce i te foty, te wciąż brakujące foty całościowe zrobić.

Wstałam więc skoro świt, bo dospać nie mogłam i nie bacząc już na żadne światło, perspektywę i inne bzdety cyknęłam byle już/teraz/natychmiast, bo mnie pchało.

Zdjęcia wyszły jak wyszły, widać jak na dłoni, że nie jest to szczyt sztuki fotograficznej, dalej niewiele na nich widać, ale chociaż jakiś ogląd całości jest. A resztę, mam nadzieję, pokażą fragmenty…

 

SZKŁO, SZKŁO, SZKŁO… LUBIĘ!

 

 

 

 

Dawno nie robiłam i już bardzo mi było do niego tęskno, więc jak tylko się trafiła okazja, to natychmiast skorzystałam.

I oto się stała – szklana patera okuta w złoto.

Malowana profesjonalnymi farbami do szkła, z wykorzystaniem mik, szlagmetali, liquidów i innych magicznych specyfików w pozłotnictwie niezbędnych z wykorzystaniem technik mixed-mediowych.

Postarzana mocno, bo chciałam, by w starym złocie była.

Zdobiona malachitową zielenią i głębokim kobaltem. I złotem, i miedzią, i czernią. I ciepłym brązem.

Słowem patera na bogato 🙂

A jak szkło to zdjęć milion, a i tak nawet ten milion nie jest w stanie pokazać wszystkich niuansów i smaczków, niestety…

 

 

 

 

 

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA…

… za pasem.

Już wkrótce nadejdzie tan najcudowniejszy w roku czas – oczekiwanie na magię.

Czas kolęd, choinki, świec, zapachu pierników  i ubierania domu w świąteczną szatę. I śniegu.

No z tym śniegiem to różnie ostatnio bywa, więc może go sobie zrobić samemu? Choćby na zawieszce, takiej, którą można powiesić w oknie żeby zaczarować pogodę? Może się opamięta i sypnie białym puchem w Wigilię?

No więc zrobiłam – taką szklaną, dużą, z mrozem i śniegiem, z błyszczącymi gwiazdami i z domkami utopionymi w śniegu…

 

 

szklana zawieszka, fi 15cm

 

 

DZIEJE SIĘ BAJKA…

 

 

 

Jest taki dzień, gdy dzieje się najpiękniejsza bajka świata.

Dzień pełen gwiazd, magii, ciepłych promyków świec, blasku choinki i zapachu pierników.

Dzień, w którym wszystkie dzieci są grzeczne.

Czekają z noskami przyklejonymi do szyby  na tę czarodziejską chwilę, gdy błyśnie pierwsza gwiazdka i gdy na niebie, wysoko, pojawi się On…

I oto jest!

Jedzie w saniach ciągnionych przez renifery, cały ośnieżony, bo z daleka bieży.  Rozpędzone reny krzeszą skry, sypiąc wokół okruchami gwiazd i lodu, migającymi w świetle jak diamenty. Nad nim rozgwieżdżone, zimowe niebo, pod nim ośnieżone chatynki zagubione w bezkresnym śniegu.

I wtedy zaczyna się magia…

Już niedługo…

 

Bombka plexi, fi 20cm

mixed-media

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

SIEMIANY, DRUGIE WARSZTATY W CYKADZIE

Serdecznie zapraszamy na warsztaty w Siemianach 29.września – 02. października 2016

 

 

 

SOK Z ŻUKA – BUTLA…

 

 

Kolejna moja propozycja dla Zielonych Kotów.

Tym razem butla. Czarna. I trochę srebrna. I z żukiem. I z drzewem (z drugiej strony).

Nie będę już pisać, że ja i butle to niezbyt kompatybilny układ, bo to wszyscy wiedzą.

Cały opis powstawania butli zawarłam na blogu ZielonychKotów  – zapraszam.

MISA Z CIEPŁYM, ENERGETYCZNYM ŚRODKIEM ZAKUTA W ZIMNE SREBRO…

 

 

 

Wciąż siedzę w szkle.

Już od dobrych trzech tygodni nic tylko szkło i szkło..

Ale nie narzekam, no może tylko troszkę, tak pro forma 🙂

Powstały już dwie butle-karafki, cztery ryby, dwie miseczki, dwa wazony, dwa talerze do jaj, no i ta misa.

A, nie… ta misa powstała pierwsza.

Duża, ciężka, z lanego, grubego szkła (jej ścianki mają 0,5 cm grubości!), obła niczym opona, z lekko wklęsłym dnem.

Było co robić, bo chciałam jej dodać dekory, żeby obciążyć jej zewnętrze, i połączyć delikatne złoto środka z ciężkim srebrem, i wkomponować w środek troszeczkę koloru, i wpasować w to, co już zrobiłam wcześniej, i co stoi w moim własnym, osobistym salonie.

No, było co robić.

Ale dałam radę. Schody zaczęły się później, gdy chciałam ten wytwór rąk moich ;P obfotografować… Co ja się namęczyłam, ile zdjęć zrobiłam tego ludzkie słowo nie wypowie. I wciąż to nie było to. W końcu się poddałam. Więcej już próbować nie będę, bo to i tak nadaremne – zdjęcia są, jakie są, i trudno.

W każdym razie misa jest delikatna w środku – pomiędzy rombami błyska tu jaśniutkie złoto, bursztyn i lustrzane srebro, które na zdjęciach przybrało kolor szary 🙁 jest trochę brązu spalonej ziemi, trochę błękitu letniego nieba i zieleni lasu, na zewnątrz zaś jest ciężka, ubrana w stare srebro (tę starość podkreśliłam bardzo delikatną fakturą), spatynowałam je czernią i bardzo ciemnym brązem. No i ma dekory, które zrobiłam z masy rzeźbiarskiej.

 

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

NA SPECJALNE ZAMÓWIENIE – BUTLA…

 

 

 

 

Pierwsza z dwóch.

Obie miały być w stary kruszec odziane, pierwsza w złoto, druga w srebro.

I tyle wytycznych, reszta miała być taka, jak mi w duszy zagra. Ucieszyłam się, bo lubię mieć wolną rękę. Złocić i srebrzyć lubię też, więc robota jawiła mi się w świetlanych barwach. I byłaby. Gdyby nie to, że to… butle, a to już  zdecydowanie gorzej, bo wiadomo, że ja i butle to mało kompatybilne zestawienie. Do każdej podchodzę jak do jeża, nie mam na nie pomysłu, ciężko mi się je robi, nie czuję ich i w ogóle – nie lubię i już!

Te jednak miały bardzo fajny kształt, taki „mało butlowy” i wzrost słuszny przy tym, no i to stare złoto i srebro, które uwielbiam, czyli – reasumując – tym razem nie było tak źle 🙂

A skoro wolno mi było kombinować, to skwapliwie z tego skorzystałam i, co tu kryć, wsiadłam na ulubionego konika i pocwałowałam sobie w inne światy.

Teraz tylko będę się martwić, czy nie za bardzo jednak i co na to moja ulubiona Inwestorka 😉

 

Ale butle się urodziły. Dwie siostry. Z jednego gniazda wyszły, a wszystko je różni. Są jak słońce i księżyc, jak ogień i woda, jak ciepło i mróz, dzień i noc, niebo i ziemia, zima i lato…

Dwie siostry – złoto i srebro.

Dziś pierwsza z nich – siostra złota.

 

 

PIERWSZY KOT ZA PŁOT I TALERZ DO KOMPLETU…

 

 

 

 

 

 

Dwa projekty – biskwitowy kot i talerz – przygotowane specjalnie na warsztaty w Połczynie, w Kocim Pazurze 

Oba wykonane w technikach mixed-mediowych.

Kot utrzymany w kolorystyce turkusowo-złotej, z elementami sgraffito.

Talerz srebrno-perłowo-grafitowy.

SZKŁO MON AMOUR…

Kto mnie zna ten wie – jest moją miłością wielką.

Uwielbiam się nim bawić, uwielbiam je malować, dotykać, zmieniać. Mogłabym tak w nieskończoność. I nigdy nie mam dość. 

Lubię przyglądać się kolejnym etapom pracy, patrzeć jak ten sam fragment zaczyna żyć własnym życiem, jak zmienia fakturę, kolor, charakter, jak z każdą chwilą wygląda inaczej i inaczej…

I największym bólem (i wyzwaniem) dla mnie jest zawsze moment, gdy trzeba powiedzieć – dość! To już koniec. Nie rób nic więcej. Wystarczy.

Chociaż czasem wracam do  skończonej pracy i z wielką radością stwierdzam, że „koniec-wystarczy” jest pojęciem absolutnie względnym, bo zawsze jeszcze można wrócić do zabawy.

Tak też było i tym razem – wpadł mi w ręce dawno już zrobiony i skończony, jak mniemałam, wazon i okazało się, że wcale nie był taki skończony 😉 , że dalej mogę się nim pobawić, że wciąż można mu coś dodać, coś ująć, coś zmienić… Więc dodałam, ujęłam, zmieniłam i teraz mam zupełnie nowy wazon. A może nawet lampion 🙂

 

 

 

A WIOSNĄ W SIEMIANACH…

… będzie się działo!

Liczę, że się spotkamy 🙂

Będę na Was czekać.

 

 

 

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

O POSENOWEJ DUSZY RAZ JESZCZE…

 

 

 

 

Raz jeszcze, bo już kiedyś było.

No więc ciężko z nią żyć, bo niereformowalna ona  jak rzadko.

I przechytrzyć się nie da.

 I zawsze postawi na swoim.

 

Nie inaczej było i tym razem.

Otóż miałam ja sobie lampę. Nic specjalnego – zwykłą taką, z mlecznego szkła, kupioną w zamierzchłej przeszłości, w czasach pierwszego zauroczenia Ikeą, słowem lampa, jak lampa, miała światło dawać i tyle.

I dawała wiernie.

Aż do tego nieszczęsnego remontu.

Przed Sodomą i Gomorą schowałam ją, pieczołowicie wprzódy owinąwszy, do kartonu, bo mimo, że jakąś gorącą miłością do niej nie pałałam, to przecież zasady znam –  szkło to szkło, musi być zabezpieczone, bo kruche z natury i strzaskać się może.

Remont się skończył (o, dzięki ci, Panie, bo jeszcze trochę i bym zwariowała jak nic). Pomału zaczęłam wypakowywać majątek rodowy poupychany w każdym zakamarku siedziby rodowej, no i siłą rzeczy i boskim prawem kolejności dokopałam się w końcu i do niej.

Wyjęłam  ostrożnie (szkło!), odwinęłam delikatnie i – no do tej pory pojęcia  nie mam zielonobladego jak to się mogło stać – upuściłam na podłogę… Ja! Szkło! Mnie się nie zdarza nic zbić! Ja zawsze ze szkłem jak z jajkiem! U mnie w domu szkło i owszem, tłuczone jest, ale zawsze przez Najlepszego albo Nieletniego – nigdy przeze mnie! A tu masz…

Moja posenowa dusza jęknęła głucho, aż się echo po całym kadłubie rozeszło, po czym załkała gorzko i rzuciła mięsem soczyście.

Spojrzałam na tę nieszczęsna lampę i zaraz zobaczyłam wielką dziurę w miejscu, gdzie jeszcze chwilę przedtem był sobie narożnik. Ziała ciemna i poszarpana, jak wyrzut sumienia, bo faktycznie sumienie mną szarpało, a dusza jęczała i zawodziła, bo uszczupliłam wszak zasoby rodowe, co to kiedyś w masę spadkową wejdą.

I w tym momencie każdy normalny człowiek wziąłby taką kaleką lampę i zwyczajnie wyrzuciłby ją do wora na szkło (segregujemy odpady), bo nie oszukujmy się, majątku nie kosztowała, ba – ona była wręcz tania – i spokojnie kupiłby sobie nową.

Każdy, ale nie taki, co posenową duszę w sobie nosi.

Ta dusza moc wielką posiada i na takie marnotrawstwo w żadnym razie nie pozwoli.

Nic wyrzucić nie da.

Będzie gniotła z siłą walca, będzie smędzić i jęczeć do znudzenia, dniem i nocą, na okrągło. Oszaleć można…

Człowiek z taką duszą już na starcie jest przegrany.

Człowiek, a co dopiero słaba kobieta…

Nawet się zbytnio nie opierałam, dobrze wiem do czego ta posenowa jest zdolna, znam ją przecież jak zły szeląg, albowiem  żyję z oną we wspólnym stadle już prawie od stu lat (przypominam, że „prawie” robi wielką różnicę :P)

 

Skoro więc zwykła utylizacja nie wchodziła w grę, no to się zabawiłam…

I „urodziłam” tę lampę na nowo.

Musiałam tylko zamaskować ten roztrzaskany narożnik…

lampa Ikea,

szkło malowane delikatnym srebrnym lakierem – efekt koronki

srebrny dekor

srebrne nóżki

Translate »