metamorfozy

now browsing by tag

 
 

Miłość w stylu glamour…

 

 

 

 

 

To była miłość.

Taka od pierwszego wejrzenia.

Taka niespodziewana.

Taka jak grom z jasnego nieba.

Jak objawienie. 

Jak…  jak… no miłość i tyle!

  Szłam sobie pewnej soboty, niczego się nie spodziewając, leniwie i spacerowo małą jeżycką uliczką, nie bywam tam, znalazłam się  przypadkiem, nie wiem dlaczego skręciłam właśnie w nią, bo mogłam przecież w każdą inną…. szłam i nie myślałam o niczym (Szara jedynaczka coś tam wprawdzie majaczyła, plotła  o konieczności tego czy tamtego, ale ją zignorowałam i zupełnie nie słuchałam tego jej bełkotu) – upajałam się jesienią, podziwiałam kolory liści klonów, które dawno temu tu wsadzono (każde drzewo ma swoją paletę barw, wiedzieliście??) patrzyłam w niebo i pod nogi, nie na boki, nawet nie wiem jakie domy mijałam – co jest o tyle dziwne, że Jeżyce, stara dzielnica, słynie z pięknych, secesyjnych kamienic, które zawsze z lubością podziwiam, a ta akurat uliczka była mi mało znana, więc powinnam się trochę poprzyglądać, zawsze to robię… ale teraz wygrały klony.

  Szłam tak sobie leniwie, czasem schylając się po jakiś szczególnie piękny okaz, i nagle,  bez powodu, bez żadnej myśli, tak irracjonalnie zupełnie, spojrzałam na mijaną witrynę sklepu – sklepiku właściwie, małą i ciemną, zastawioną garnkami, łyżkami, kubkami i innym dobrem właściwym gospodyniom domowym, dla mnie zupełnie nieciekawym. Spojrzałam i już miałam odwrócić wzrok, bo to przecież ani lakiery, ani farby, ani pędzle, ani nawet szlifierki nie były… gdy nagle, na samej górze, postawione na jakiejś dziwnej, chwiejnej i wywrotnej już na sam widok, nieprawdopodobnie wysokiej piramidzie, złożonej z pudeł, pudełeczek, talerzy i nie-wiem-jeszcze-czego stały ONE.

Wysokie. Przystojne. Smukłe. O świetnych proporcjach. Z cudowną głową przypominającą kwiat tulipana rozszerzającego się ku górze. Z przezroczystego, czystego szkła. Cudne!

Trzy kielichy jak marzenie.

Musiałam się im przyjrzeć z bliska (nieprawda! ja już w tym momencie wiedziałam, że muszę je mieć, bez względu na cenę!) – pchnęłam drzwi do sklepiku – nie ustąpiły, pchnęłam mocniej – nic…

– W soboty do pierwszej – doleciało mnie z boku.

– A prawda, przecież dzisiaj sobota… no to co ja teraz zrobię? – pomyślałam spanikowana – na pewno ktoś mi je podkupi!

– Ot, głupia baba – jak podkupi?!! No jak podkupi, skoro sobota i do poniedziałku nikt do tego sklepiku nie wejdzie?? Wystarczy, że będziesz  o dziesiątej, jak otworzą sklep wejdziesz, kupisz i już… – Najlepszy natychmiast postawił mnie do pionu, bo oczywiście zaraz do niego zadzwoniłam ze skargą i jojczeniem,  że takie cudne, jedyne, że zawsze o takich marzyłam…  i poza moim zasięgiem, że jak to biednemu zawsze wiatr w oczy, że jaka ja biedna, że jak raz trafiły mi się idealne, to, qundulencja, kupić nie mogę…

Nie wiem jak dojechałam do domu, nie wiem jak przeżyłam niedzielę… myślałam tylko o tym CO można z takimi kielichami zrobić…

W poniedziałek byłam pod sklepem na pół godziny przed otwarciem, tak dla pewności, stałam sobie przed tą wystawową  szybą, stałam i patrzyłam tylko na nie… Były piękne…

Miła pani otworzyła drzwi punktualnie, a ja od progu już zdecydowanie oznajmiłam po co przychodzę – otóż ja poproszę takie kielichy jak te na wystawie.

– Ale które? – spytała pani uprzejmie – bo na wystawie nie ma kielichów?

– Jak nie ma – spytałam równie uprzejmie – jak są?

– Ale naprawdę nie ma – upierała się pani – kieliszki mam tu, to które? – zatoczyła ręką idealny półokrąg i wskazała półkę.

Faktycznie. Stały. Kieliszki, nie kielichy, a ja chciałam kielichy i to te z wystawy.

– Nie proszę pani, to żadne z tych, mnie chodzi o takie wysokie, smukłe, z łbem w kształcie tulipana – zaczęłam tłumaczyć, z każdą chwilą coraz bardziej niespokojna, czy ja je faktycznie widziałam, czy tylko sobie wyobraziłam? bo niestety mogło tak być, mogło tam, na tej wystawie, stać coś, co mi na myśl kielichy przywiodło, a że wciąż ustawicznie poszukuję takich interesujących, innych, ciekawych, żeby je w lampiony zmienić, to i mogłam sobie wyobrazić – no… takie jak na wystawie – zakończyłam zupełnie już niepewna swego.

– To może mi pani pokaże? – zaproponowała pani nadal bardzo uprzejmie.

Wyszłyśmy na ulicę, spojrzałam w górę i – stały! Były tam! Niczego sobie nie wyobraziłam!

– TE! – wskazałam palcem (wiem, wiem… pokazywanie jest w złym guście… nie uchodzi…)

– Aaaa… te… – pani wydała się lekko zdziwiona – te są… ale tylko na  wystawie…  musiałabym zdjąć…

– No to ja pani pomogę – zaproponowałam szybko, bo pani niespecjalnie była zachwycona wizją zdejmowania, więcej – jej się to absolutnie nie uśmiechało… zresztą poniekąd ją rozumiałam nawet – dla mnie to żaden problem.

– A często pani takie dostaje? – próbowałam ją zabawiać rozmową, żeby jednak się nie rozmyśliła i te kielichy zdjęła.

– Wcale nie dostaję, jak zaczęłam tu pracować, to one już były – wycedziła – te trzy.

– A długo już pani pracuje?

– Dwa lata.

– Dwa lata?? I one tak wciąż stoją na tej wystawie?? I nikt ich nie kupił??? – nie mogłam uwierzyć w to co słyszę – dwa lata??!!

– Dwa – potwierdziła i postawiła przede mną trzy cuda – ale one pewnie były już wcześniej, bo już stały na wystawie, jak tu przyszłam.

–  Czyli czekały na mnie! Chociaż raz coś mi się udało – ucieszyłam się jak dziecko – chociaż raz…

 

Do domu wracałam jak z jajkiem, z trzema jajkami, co chwilę sprawdzając czy nic się nie uszkodziło, choć przecież sama pilnowałam pakowania, ale wiadomo, licho nie śpi…

 

A potem trzy dni myślałam co z nimi zrobić, raz chciałam je zostawić takie, jakie są, innym razem pomalować alkoholami, to znów okuć, pozłocić i pomikować…

 Ostatecznie stanęło na stylu glamour – rzadko coś w tym stylu robię, ale tu chyba pasuje najbardziej.

Całe są w  srebrze, czerni i szkle.

Jak je kupowałam, to wydawało mi się, że wszystkie trzy są identyczne – ale nie, w domu się okazało, że jednak każdy był inny, choć wysokość mają tę samą (310 mm) i tę samą, tulipanową czaszę (o średnicy 75mm i wysokości 90mm) umieszczoną na wysokiej i smukłej, dwudziestodwucentymetrowej nóżce-łodydze –  to jednak  różniły się grubością nogi, zwężeniami, zdobieniem pod czaszą, a i ja jeszcze dodatkowo je zróżnicowałam swoimi poczynaniami, i choć mogą stanowić komplet (bo łączą je styl i pewne wspólne elementy), to nie muszą…

Czaszę im „spękałam” ale pęknięć nie wypełniałam (dzięki temu bardzo ciekawie i intrygująco uwypukla je światło),

ale było mi mało, bo co tam takie spęki… więc wnętrze ubrałam w koronkę (moja ukochana lustrzana farba, znów z wytrawieniami…), nóżki i stopki otrzymały elementy srebrne, podkreślone czernią. Całość zabezpieczyłam specjalnym medium i wypiekłam…

 Wyszły delikatne i eleganckie.

 Tak mi się przynajmniej wydaje…

 A oto i one – Lampiony w stylu glamour – moi Trzej Muszkieterowie…

I co? I szkło :)….

 

 

 

Nie narzekam, bo lubię :).

 

Skończyłam wreszcie zamówione  już jakiś czas temu lampiony – kielichy, na wysokiej nóżce, z czaszą w kształcie trapezu, same w sobie już ładne. Było z nimi trochę roboty, bo zrobić sześć sztuk, w miarę podobnych (bo to komplet miał być) to nie w kij dmuchał :).

Ale dostałam zielone światło (a to lubię najbardziej) i w kwestii koloru, i w każdej innej kwestii też, więc żadnych ograniczeń pętających mi ręce nie czułam, to i pojechałam… w … czerwień 🙂 – kolor do tej pory zupełnie mi obcy, ale jak się okazało – przyjazny i bardzo wdzięczny (a jak go jeszcze rozświetlić blaskiem świecy, to już zupełnie odjechany, chyba go polubię na dłużej).

Kielichy dostały okucia na stopce i na części nóżki, szkło pomalowałam dwustronnie – środek czaszy na złoto, część zewnętrzną  na czerwień, i  otuliłam ją w srebrne, inspirowane gałązkami reliefy, z turkusowymi „kwiatkami” (wzór powieliłam na stopce),  całość spatynowałam i wypaliłam.

 

 

 

A przy okazji powstał jeszcze jeden kielich-lampion, zupełnie inny w kształcie i kolorystyce, choć od czerwieni się nie odczepiłam 😉 – tu także szkło jest malowane dwustronnie, tyle, że tej czerwieni jest zdecydowanie mniej…

Lampiony – takie już trochę zimowe, może nawet świąteczne…

 

 

 

… lubię malować szkło.

Mówiłam już?

Nawet nie raz???

Naprawdę????

No to chyba skleroza mnie już dopada, bo znowu mam ochotę powiedzieć – lubię malować szkło 🙂

Tym razem odłożyłam alkohole, a za to pobawiłam się lakierami – złotym i srebrnym – i oczywiście mikami.

Ostatnio mam wrażenie, że praca bez miki jest jakaś…. hmmm… nieskończona ;), a że właśnie dostałam srebrną i złotą (jeszcze raz – dzięki Goofi ) no to nie żałowałam sobie…

w granicach mego posenowego rozsądku rzecz jasna.

Lampiony powstały ze szklaneczek z dość grubego szkła.  Są w kształcie ściętego stożka, o średnicach – górnej 88 mm., dolnej 63 mm. i wysokości 78 mm. – małe więc nie są.

Środek pokryłam złotym, transparentnym lakierem ze złotą miką (gdzieniegdzie błyska spod niego koralowa plama – dlatego mówiłam, ze one takie trochę świąteczne, przez ten koral właśnie).

Na zewnątrz dostały  równie  transparentny, tym razem srebrny lakier (i srebrną mikę), a żeby nie było tak prosto, oczywiście

i przewidująco – dodałam jeszcze… gwiazdki śniegu 🙂

( jasne, że to gwiazdki… dla tych z wyobraźnią to oczywista oczywistość :),  inni mogą w nich widzieć np. kwiatki… albo chmurki… albo płatki… ) namalowane srebrną kryjącą farbą.

Szkło nie straciło  do końca przeźroczystości, ale nie jest już takie jak kryształ – a o to mi chodziło, dzięki temu płomień zapalonej świecy, mimo, że dobrze widoczny, nie „bije” po oczach, światło jest rozproszone, błyskające miką i delikatnie przygaszone, bardzo romantyczne, ciepłe  i takie…. zimowe właśnie 🙂

Na koniec wszystkie trzy lampiony otuliłam w metal – złoty, spatynowany delikatnym turkusem i wypaliłam.

Każdy lampion jest inny, ale razem  mogą stanowić komplet.

 

 

 

Ocalić od zapomnienia…

 

 

 

… i nie pozwolić na banicję w niebyt…

Miałam ci ja kiedyś fotel,  chwaliłam sobie  to mienie, bo wygodny był jak rzadko, stary, jak lubię i w dodatku „po rodzinie” spadkowy, więc i ładunek emocjonalny w sobie miał.

Ale podobał się nie tylko mnie, więc, choć z bólem serca, oddałam.

Tęskniłam jednak za staruszkiem nieustannie, szukałam takiego samego wytrwale, z zapałem godnym lepszej sprawy, i w końcu znalazłam.

Był identyczny (noooo… prawie, różnił się maleńkim szczegółem,  szczególikiem ledwie, niewartym nawet wspomnienia), za to  w stanie absolutnego rozkładu, w dodatku w kolorze – fuj! – zgniłoorzeszkowym  ;).

Ale był już mój i w dodatku za psie pieniądze, co u nas, w Posen, jest nie bez znaczenia 😀

Umyłam go dokładnie, ba,  szczotą nawet wyszorowałam , co wcale mu urody nie przydało, bo do końca szpetotę tego mojego nabytku ukazało…

wyrzuciłam tapicerkę bez żalu żadnego, a nawet z ulgą, pomalowałam, potransferowałam, tu i ówdzie pomazałam metaliczną miedzią i – co najważniejsze i, nie powiem, najbardziej satysfakcjonujące – dałam całkiem nową, własnoręcznie wykonaną tapicerkę z grubego lnu, który wygląda jak żeglarskie płótno.

I już mi nie jest tak żal 🙂

Postkarte Posen Rathaus Marktplatz 1900…

 

 

 

gdy tylko wpadła mi w ręce ta stara pocztowa karta z przełomu XIX i XX wieku, od razu wiedziałam, że coś z nią zrobię, prędzej czy później ją wykorzystam (i wcale nie powiedziane, że to będzie ten jeden jedyny raz :)),

uwielbiam wielce wszelkie motywy architektoniczne, na równi z motywami literniczymi, więc wykorzystanie jej w roli motywu było kwestią czasu tylko, pozostawało jedynie dobranie odpowiedniego przedmiotu, na tyle godnego, by ją na sobie nosić, bo to  mój Posen przecież…

Aż wreszcie i nadszedł ów czas, i  przedmiot się znalazł.

Padło na puszkę – kolejną – okrągłą, starą i steraną życiem, ostałą  po jakichś ciasteczkach chyba, z – o dziwo – idealnie zachowanym wnętrzem 😉 – i moją oną,  na własność wyłączną mi sprezentowaną.

Skoro więc moja i dla mnie robiona 😉 to bez gwałtu, a za to z przyjemnością wielką ją popełniłam :)…

Grafikę nieznacznie  musiałam przerobić dostosowując ją do kształtu puszki, dodałam napisy,  delikatnie zmieniłam kolor (rozjaśniłam) żeby wyraźniej wyszedł transfer i niebo ubrałam w chmury, żeby takie „gołe” nie było…

a kolorystyka?… hmmm… no sepia z zaświatów oczywiście :P, choć tym razem w ramach eksperymentu, jako, że wciąż i nadal z uciechą wielką Eksperymentalny Decoupage uparcie uprawiam, ożywiłam ją paskiem w kolorze winnej czerwieni…

i zaraz tę czerwień przyciemniłam transferem i złotem przetarłam bo mnie po oczach raziła,

a potem na dół  dodałam tu i ówdzie plamy szafiru. I tej czerwieni jeszcze też. I umbry. I grafitu. I turkusu. I zieleni. I wszystko przykryłam kolejnym transferem…

No i nie żałowałam sobie złota i srebra. Oraz miedzi również 🙂

I miki nie oszczędzałam.

A potem wieko wylakierowałam na taflę szklaną, gładziutką i błyszczącą,  w której zatopiłam drobiny wyżej wymienionych ” szlachetnych metali „, a dół otuliłam w satynę.

Puszka jest gładka – wszystkie „nierówności” – pracowicie tworzone przeze mnie – są „zatopione” w lakierze, widać je dopiero pod odpowiednim kątem patrzenia (starałam się tak robić zdjęcia, żeby to uchwycić, choć nie wiem, czy Czarna Małpa stanęła na wysokości zadania i pokazała co pokazać chciałam…)

A teraz proszę Państwa (bo wiem z przecieków, że i osobnicy rodem z Marsa tu zaglądają, choć nic nie piszą niestety ;))

– tadammm – orkiestra tusz!

mam zaszczyt przedstawić puszencję  Meine alte Posen

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Puszka tu, kubek tam..

 

 

o pardon, nie żaden kubek – osłonka!

 

Puszkę miałam…

Po jakimś C2H5OH była, z wytłaczanym wieczkiem, z nazwą tegoż wyskokowego, w owalu cała, taka  akurat na… no właśnie, na co? Nieważne! Na biurko choćby. 🙂

Kubek też miałam, stary i emaliowany, w bardzo niepopularnym kolorze, ciemnoszary, brzydki i poobijany…

i idealnie nadający się na osłonkę dla doniczki.

Na pierwszy ogień poszła puszka – w założeniu miała być jasna, takie „ czyste decou ”, w ramach sprawdzenia czy jeszcze potrafię tak, zgodnie ze wzorem:  farba (jasna) + motyw (kwiatowy) + lakier  = finito.

Szło nawet-nawet, pomalowałam, nakleiłam i powstrzymałam się dzielnie przed wszelkim ciapaniem, wyszło – nie powiem, czysto, ale poniekąd, że się tak wyrażę, obco…  nic to… miało być klasycznie, bez żadnych myków, to jest – pomyślałam sobie i odłożyłam na bok, żeby się zająć wieczkiem.

Ale ono z  tłoczeniami przecież, o czym, robiąc puchę, na śmierć zapomniałam…

I ten tłoczony napis w żadnym razie  nie pasujący do kwiecia, co to na puszce wykwitło, chyba żeby wielce naciągany wywód myślowy poprowadzić, że niby jakaś nalewka z kwiecia onego?… ale jak na złość w żadnej szufladce mojej pamięci nawet najmniejsza wzmianka o fiołkowej nalewce się nie plątała, co skrupulatnie sprawdziła szara jedynaczka…

Nie, wywód na nic. Trzeba czegoś innego…

Zamalować to? Można… ale i tak będzie widać…

Nakleić coś? Na nic, napis wylezie…

Zaszpachlować? Pojechać reliefem? Eeee… średnio… a i to wieczko na relief za małe…

 

– Tej no, co jęczysz? Dekor na tym zrób –  szepnęło osobiste diablę cichutko – to prościzna, umiesz przecież…

– Jaki dekor? Taki jak zawsze? Taki złoto-czarny?

– No!!! Taki dekorek jak nic zakryje te wstrętne tłocznia, sama zobaczysz – dalej kadziło mało subtelnie siarką – będzie pięęęknieee…

– Właściwie to czemu nie? Mogę spróbować – pomyślałam z niejaką ulgą, że problem w prosty sposób sam się rozwiązał (ha! diabeł!!), a w  dodatku w tak przyjemny sposób, bo dekory robić lubię… np. takie stylizowane róże, czy cóś ( tu wyszło raczej cóś, co mi absolutnie nie zepsuło humoru ;))

 

No to zrobiłam.

Faktycznie łatwo poszło, a  dekorek wpasował się idealnie, zakrył cały napis, został pięknie pozłocony, dorobiłam mu cudne turkusowe tło… i…

I potem szybciusieńko, w tri miga –  i przyznaję bez bicia – nie bez… hmm… błogości chyba (?) w głębi jestestwa mego nagle zalęgłej  :P, rosnącej w oczach i wrzeszczącej w niebogłosy z uciechy  przerobiłam puszkę…

już bez wstrzymywań dzikich jakichś,

bez jasnej farby,

bez kwitnącego kwiecia (no może tylko z wyjątkiem dwóch róż, ale to tak  tylko, żeby nawiązać do dekoru na wieczku, gdyby jednak ktoś się tam dopatrzył róży, i one, te róże,  takie „naszkicowane” jeno są,  aaa… i jeszcze kilka… naście… dziesiąt… różyczek jako tło, tyle, że one maleńkie, to się nie liczą 😉 ),

ale za to z turkusami, złoceniami, starą reklamą i w ogólnie  vintage’owym stylu również niestety też 😉

Kubek vel osłonkę to już tylko do kompletu dorobiłam…

 

A puenta??

Ano jest, nawet kilka…

mogłaby być taka – „ miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle ”…

albo taka – „ jak się nie obrócisz, poopencja zawsze z tyłu ”…

albo i taka – „ wyżej nerów nie podskoczysz ”…

 

Pewnie wymyśliłabym jeszcze coś w ten deseń, ale po co?

Jest jak jest i  zdaje się, że na  te złoto-turkusy w wydaniu vintage jestem skazana i nic na to nie poradzę…

Taka karma i trudno, jakoś muszę z tym żyć 🙂

 

 

Niby nic, a cieszy…

 

 

 

taka półka… byle jaka, dawno wyszła z mody, bo te tralki toczone, bo ten kolor bury, bo charakteru jej brak i pazura nie ma, bo taka pospolita, że aż strach…

 

tak, tak – to moje własne słowa sprzed – mniej więcej – siedmiu lat.

Tak wtedy o niej myślałam, mało – bez pardonu głośno o tym mówiłam…

 A potem   bez najmniejszego żalu i wyrzutów sumienia skazałam ją na banicję i zapomnienie w kącie pewnej starej, ciemnej, zakurzonej piwnicy.

Wyprowadzałam się, a ona w żaden sposób nie pasowała do mojej nowej kuchni i moich nowych, wymarzonych, czereśniowych mebli.

Zupełnie nie pasowała! Bo jak ją tam postawić z tym jej pospolitym burym brązem, z tymi  tralkami… i tym kształtem, co to ni w pięć, ni w jedenaście?…

Strrrrasznie mi teraz wstyd 🙁

 Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że działo się to w czasach, gdy byłam jeszcze zupełnie zdrowa, nie zarażona chorobą decoupage zwaną…

ba! ja wtedy nie miałam  zielonego pojęcia co to ten jakiś tam decoupage jest!

a tam – co to jest… ja nie wiedziałam nawet, że w ogóle  jest!

No a potem na to decoupage zachorowałam 😉 i, chwała Bogu, choruję sobie zdrowo już szósty rok i żadnej chęci wyzdrowienia we mnie nie ma :), ja nawet czule pielęgnuję wszelkie symptomy tej choroby w sobie, więcej – sama wynajduję wciąż nowe i nowe i pilnuję, żeby się rozwinęły w pełni…

Ale wracając do półki… pewien niespodziewany splot okoliczności sprawił, że znowu weszłam do tamtej starej i zakurzonej piwnicy, w której nie byłam od siedmiu lat, i w której przez następne siedem pewnie nie będę, i zobaczyłam w kącie  – półkę, moją starą, znielubioną kiedyś półkę…

niby wszystko było w niej po staremu – pokrywał ją ten sam pospolity brąz, tralki miała te same, i ten kształt, co to ni w pięć, ni w jedenaście, nic się nie zmienił… ale ja zobaczyłam ją już inaczej, zobaczyłam ją przez pryzmat decoupage’owej choroby – i spodobała mi się natychmiast, i przestało mieć znaczenie, że kolor, że tralki, że kształt, że nie pasuje do mojej teraźniejszej kuchni (też coś! jak nie pasuje, jak pasuje???)…

Targałam ją przez pół miasta, a potem… a potem to już poszło błyskawicznie.

I oto jest – mała rzecz, a cieszy 🙂

Półka co przepoczwarzyła się w motyla… no może bez przesady z tym motylem, ale, że się przepoczwarzyła to fakt 🙂

 

Woski w decoupage – czyli metamorfoza pewnego niciaka. DIY.

 

 Pod pojęciem wosk kryje się całkiem bogata rodzina preparatów – należą do niej  woski wybielające (patynujące), barwiące, postarzające i takie, które wykorzystuje się w technikach złotniczych, są również woski bezbarwne i wygładzające – te mają za zadanie zabezpieczenie pracy (podobnie jak lakiery).

 

Bardzo lubię pracować z woskami, dlatego też w pracy nad niciakiem postanowiłam oprzeć się przede wszystkim właśnie na nich.

 

A niciak był stary, bardzo stary…

doskonale pamiętał  czasy przedwojenne, bo wtedy się urodził, był duży i ciężki, zrobiony z dębowego drewna kiedyś pięknie wylakierowanego,  a teraz bardzo już wysłużonego, odbarwionego i zniszczonego (szczególnie zniszczone było drewno dwóch górnych pudeł – porysowane, poplamione i z ubytkami)…

 

Miałam mu się przyjrzeć i zdecydować – da się jeszcze z nim coś zrobić? czy czeka go już tylko śmierć w kominku?

 

Rzeczywiście, nie wyglądał pięknie – drewno było w kiepskim stanie, ze zmatowionym i odłażącym lakierem, z poplamionym środkiem…

 

 

 

 

Ale przecież żadna dekupażystka nie da świadomie umrzeć staremu przedmiotowi!

Mowy nie ma!!!

 

Postanowiłam więc go odnowić, nie chciałam jednak dawać mu szat współczesnych, chciałam żeby nadal wyglądał na przedmiot wiekowy (choć w pełni użytkowy),  nie chciałam też zamalowywać drewna (no… może poza bokami tych dwóch górnych pudeł…), a jedynie podkreślić jego urodę, dlatego zdecydowałam się użyć w pracy wosków.

 

Rozebrałam go na części, przy okazji naprawiając wypaczone dno w niektórych pudełkach

 

 

 

 

a następnie bardzo dokładnie oczyściłam ze starych powłok lakierniczych, pomagając sobie mechaniczną szlifierką.

 

 Drewno postanowiłam wybielić przy pomocy wosku wybielającego (patynującego)   – żeby uzyskać lepszy efekt bielenia  wyszlifowałam je watą stalową (usunęłam w ten sposób miękkie drewno i odkryłam pory – pomoże to wniknąć głębiej woskowi), a potem pomalowałam wszystko bejcą w kolorze głębokiego brązu (Dragon). 

 

 

 

 

gdy  wszystkie elementy dobrze wyschły, nałożyłam wosk wybielający na te miejsca, które chciałam wybielić – czyli boki środkowych pudeł i pudła spodniego (użyłam wosku firmy Liberon)   – nakładałam go przy pomocy bawełnianej szmatki, wcierając okrężnymi ruchami w drewno

 

 

 

 

po chwili starłam nadmiar wosku i bardzo dokładnie wygładziłam całość watą stalową (nr 000 lub 001)

uzyskując pobieloną, aksamitną w dotyku powierzchnię  z satynowym połyskiem…

 

 

 

 

Teraz przyszła pora na zajęcie się najbardziej zniszczonymi dwoma górnymi pudłami.

Boki postanowiłam ozdobić transferem delikatnych, antracytowych różyczek, pomalowałam je więc na perłowo (użyłam perłowej farby Bianco platino 017) 

i przetransferowałam różyczki (laserowy wydruk)

uzyskałam bardzo ciekawy efekt – matowych, ciemnych róż na połyskującym, perłowym tle.

Dla podkreślenia tych, bądź co bądź, najbardziej ozdobnych elementów, górną część boków  pudeł przetarłam woskiem koloryzującym w kolorze czereśni (firmy Liberon)

 i woskiem postarzającym w kolorze miedzi (Pentart)

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobnie postąpiłam z wiekiem – uzyskałam niejednolite w kolorze wybarwienie (czereśnia z jaśniejszymi smugami miedzi),

wieko dodatkowo ozdobiłam  medalionami, żeby przydać mu elegancji (eko-deco, tabliczka TD01) – najpierw pobejcowanymi, potem wybielonymi woskiem, a następnie pomalowanymi farbą perłową i ozdobionymi transferami (wykorzystałam tu wydruki tych samych różyczek co na bokach, tyle, że użyłam dwóch wydruków – tło stanowi transfer róż w kolorze  srebra, a na nim znajdują się pojedyncze różyczki w kolorze antracytu) 

 

 

 

 

Pozostało jeszcze tylko delikatnie musnąć wszystkie krawędzie złotym woskiem (woskowa pasta pozłotnicza Renesans) żeby je dodatkowo zaznaczyć,

zamaskować plamy w środku pudeł transferem,

 a zawiasy skórzanymi paskami (niestety nie dało się ich wymienić),

 podrasować uchwyty, zabezpieczyć wszystko woskiem bezbarwnym (również firmy Liberon) i poskładać…

 

Tym samym metamorfoza stała się faktem – niciak otrzymał drugie życie…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

kolonialne Indie – o czym taca baje…

 

 

 

 

Ta taca, to  moje ostatnie trafienie w Starej Rzeźni*… 

była stara, brudna, porozsychana i z ubytkami, niepozorna i właściwie nijaka… ale ciągnęła mnie do siebie z jakąś magiczną siłą… bezwiednie i bez jakiegokolwiek świadomego udziału woli wracałam w miejsce, gdzie leżała, nawet nie wiem ile razy, za każdym patrząc na nią chwilę i odchodząc dalej, a po niedługim czasie łapałam się na tym, że znów tam jestem i znów patrzę… leżała przygnieciona jakimś żelastwem, wystawał jej tylko brzydki  narożnik z falbanką  wyrzeźbioną w drewnie, zwieńczającą rant…

w końcu nachyliłam się, żeby się dokładniej przyjrzeć, ostrożnie wyciągnęłam rękę w jej kierunku, delikatnie dotknęłam… i w tym momencie przepadło!

Nagle poczułam, że muszę ją mieć – teraz-zaraz-natychmiast – wyszarpnęłam ją gorączkowo spod stosu żelastwa i zapłaciłam, nawet nie pomyślawszy o targowaniu (a niezmiernie rzadko mi się zdarza nie targować się… właściwie, to nawet nie rzadko, a nigdy… wiadomo, ja z Posen jestem…).

Miałam ją! A ona była taka, jak przeczuwałam – duża, brzydka, uszkodzona, niebywale brudna, z pękniętą deską w dnie… i moja!

Tego dnia kupiłam jeszcze parę drobiazgów – jakąś porcelanę, jakąś paterę, dwie ramki, starą skrzynkę, trochę metalowych okuć, trochę starych cyferblatów, które już od dawna czasu nie liczą,  ale nic nie sprawiło mi takiej frajdy jak ta stara taca. Czułam, że skrywa jakąś tajemnicę… a może poddałam się tylko jej czarom?…

Najlepszy od wieków już nie komentuje moich giełdowych trafień, wie, że to na nic , może jedynie  wywołać burzę, a ja wciągnę go w wir „niepodważalnej argumentacji”…  a na końcu i tak będzie musiał przyznać, że „nie można było tego nie kupić”… teraz to już tylko milczy i co najwyżej pozwala sobie na uśmieszek pod wąsem – mały i półgębkiem – żebym nie zauważyła…

tym razem jednak zobaczywszy moją tacę i to, w jakim nabożnym uniesieniu ściskam ją w objęciach pozwolił sobie na wielce kąśliwą uwagę, że niby dobrze, że  ją przytargałam do domu, bo teraz przynajmniej będzie spokojny, że nam zimą drewna do kominka nie zabraknie! Profan!!!!

Ale ja nawet nie pomyślałam, żeby odpowiedzieć – pognałam do łazienki, żeby mój cud z brudu obmyć. A łatwo nie było – musiała być bardzo stara, bo drewno było niewyobrażalnie sponiewierane, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że się nie da i że będę ją musiała zostawić, ale właśnie wtedy, nagle, moim oczom ukazało się prawdziwe piękno tego drewna – a ja niespodziewanie odkryłam, że cała taca zrobiona jest z drewna oliwnego, pięknego, naturalnie postarzonego niezliczoną ilością lat, jak naturalną patyną…

Niestety, zobaczyłam również, że nie uda mi się jej pozostawić w takim naturalnym pięknie, bo jej dno było bardzo zniszczone i uszkodzone – musiałam je posklejać, wypełnić ubytki, pozbijać boki – musiałam je zrobić na nowo.

I dobrze wiedziałam, jakie ono będzie, bo sama taca zdążyła mi już wiele o sobie opowiedzieć – ja ją szlifowałam (a kto pracował z drewnem oliwnym, ten wie ile to czasu zajmuje, bo to niezwykle twarde drewno), a ona opowiadała mi – o pewnym starym, angielskim gabinecie z epoki królowej Wiktorii, ze snującym się leniwie dymem z cybucha, gabinecie  przesiąkniętym słodkim, korzennym zapachem Amphory, z ciemnozielonymi, pluszowymi zasłonami w wiktoriańskich – wąskich i wysokich – oknach, z globusem stojącym w rogu, pokazującym nieodmiennie Indie… z olbrzymim, mahoniowym biurkiem w głębokim kolorze burgunda…

opowiadała o starym pułkowniku, który po wielu latach powrócił z Indii do Starego Kraju, o  tacy (mojej tacy!) i stojącej na niej filiżance z   Masala Chai, którą pułkownik codziennie popijał, bo ona na chwilę przenosiła go z powrotem do miejsc, które ukochał i za którymi tęsknił, przesuwała  pod jego przymkniętymi powiekami dawno minione obrazy… a to  dumnego i wyniosłego maharadży, spoglądającego z wysokości słoniowego grzbietu, siedzącego w palankinie ze swoją maharani – piękną, podobną rajskiemu ptakowi, w bajecznie kolorowym sari błyskającym złotymi nitkami w zachodzącym słońcu, a to  słodki obraz młodej, kruczowłosej kumari – córki maharadży, w której się dawno temu zakochał…

Oczywistym więc było, że taca dostanie mapę,… mapę, która pozwoli pożeglować staremu pułkownikowi do kraju, gdzie był szczęśliwy, gdzie wciąż, być może, czeka na niego zakochana kumari…

 

______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

*Stara Rzeźnia – zabytkowy kompleks budynków rzeźni miejskiej w stylu eklektycznym, obejmujący teren ponad 5ha, wybudowany w latach 1897-1900 w/g projektu architekta  Fritza Moritza (w całości z cegły klinkierowej), będący w tamtym czasie najnowocześniejszym takim obiektem w całej ówczesnej Europie, jej budowa kosztowała prawie 3 mln. marek – suma olbrzymia…

S.R. mieści się na Garbarach, w dzielnicy historycznie wywodzącej swą nazwę od garbarzy (garbników), którzy zamieszkiwali te tereny od średniowiecza i trudnili się wyprawianiem skór.

Obecnie miejsce to jest wykorzystywane w celach kulturalnych, odbywają się tu m.in. przedstawienia i happeningi Międzynarodowego Festiwalu Malta, a co tydzień – największy w Posen pchli targ (zwany u nas Flohmarkt), doskonale znany wszystkim mieszkańcom miasta i okolic.

 

Miałam okazję pokazać to miejsce (dla mnie magiczne i silnie uzależniające)  moim znakomitym koleżankom z pewnego forum, bawiącym w Posen na I Forumowym Sabacie Decouczarodziejek  we wrześniu 2012 i mam ogromną nadzieję, że wycieczka nie była dla nich utrapieniem i sprawiła, że i one poczuły magię tego niezwykłego miejsca…

patera-żardiniera w złoto okuta…

 

 

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce stara żardiniera o dość ciekawym kształcie z białego, grubego szkła,  wydaje mi się, że to przedwojenne art-deco, niestety szkło nie było sygnowane, więc  jej wieku mogę się tylko domyślać, ale sądząc po kształcie i rodzaju zdobień pochodzi z huty Niemen i powstała w latach 30-stych XXw…

 

Żardiniera była śliczna już sama w sobie, choć lekko uszkodzona, a jedynym jej mankamentem  był wzór na dnie, jeśli w ogóle mankamentem to można nazwać… „mankamentem” dla mnie, bo zawsze lepiej zdobi mi się płaskie szkło, bez żadnych  wzorów, a ona już w momencie, w którym ją dostrzegłam, została przeznaczona do przerobienia ( i okucia – z powodu małego odprysku na dnie – teraz nie ma po nim śladu 🙂 ).

 

Pomalowałam ją alkoholami, dodałam trochę złota, żeby rozświetlić ją od środka ( w postaci cieniutkich, nieregularnych niteczek, kropek i plamek)  i jak zwykle przy zabawie alkoholami efekt bardzo mi przypadł do gustu – można ją oglądać wciąż na nowo i wciąż dostrzegać coś wcześniej niewidzianego, ciekawego, innego… zawsze mam wrażenie, że szkło zdobione w ten sposób żyje swoim własnym życiem, a każdy oglądający widzi je inaczej…

jak dla mnie to ogromny atut  🙂

 

stare-starsze ogrodowe meble…

 

 

 

 

 

 

 

miały zostać wyrzucone…

swoje już odsłużyły, porozsychały się, wykoślawiły, a i farba miejscami z nich zlazła…

ale moja posenowa dusza łkała – jak to wyrzucić? jak???!!! no i co z tego, że stare? to ja namiętnie odwiedzam wszelkie giełdy staroci żeby coś starego wyhaczyć i upolować, a swoje własne, osobiste stare miałabym wyrzucić??!!  nigdy!  przecież można jeszcze coś z nimi zrobić…

na przykład…  postarzyć ;P ,  a najlepiej poprzecierać w stylu shabby chic (oj, lubię ten styl, lubię…)

tym bardziej, że jakiś czas temu zrobiłam tacę-stolik w tym samym, ulubionym shabby, więc  meble byłyby dopełnieniem…

rozbieliłam je więc białą farbą, mocno przetarłam, dałam transfery – trochę starych, francuskich napisów, jakieś ptaszki  – i oto są – stare meble ogrodowe jeszcze starsze…

no i teraz nareszcie pasują do tacy 🙂

 

wspomnieniowo – m jak metamorfoza

 

 

 

 

 

 

Translate »