metal

now browsing by tag

 
 

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW…

 

 

Kocham kontrasty.

Fascynują mnie od zawsze.

Odkąd tylko pamiętam uwielbiałam przyglądać się zmierzwionej wiatrem wodzie, błyszczącej i migocącej milionem iskier  tuż obok gładkiego, matowego piasku plaży, blaskowi i cieniowi, rozpalonemu  zachodzącym słońcem  niebu nad zimnym i czarnym horyzontem, bajecznie kolorowemu Feniksowi i popiołom, z których powstaje…

Tak, kontrasty mnie fascynują.

Może właśnie dlatego w tym co robię tak często ku nim sięgam, łącząc kontrastowe kolory, faktury, mat z połyskiem, gładkość z chropowatością, jasność z ciemnością?

Może.

A może zwyczajnie nie potrafię inaczej, bo prawie zawsze wychodzi mi tak samo – kontrastowo…

Tak jak w tej, ostatnio zrobionej księdze.

Jest tu głęboka, matowa czerń i połysk złota, jest drewno i metal, jest Feniks i popiół, jest blask i mrok, gładkość i faktura, wklęsłość i wypukłość, bogactwo i ascetyzm, zwątpienie i nadzieja – jest kontrast.

I jest czerwień. Znów.

I milion zdjęć dla wytrwałych 🙂

To największa z ksiąg jakie kiedykolwiek zrobiłam (28X32 cm)

Swój początek miała na pewnym wakacyjnym, bardzo twórczym spotkaniu 🙂

CO ROBI KOBIETA GDY NIE MA CZASU?…

Gdy kobieta nie ma czasu to głupieje…

Zamiast sprzątać po remoncie – a jest co sprzątać jeszcze, oj, jest! – kobieta idzie do pracowni i robi dekoracje na ściany, bo niektóre jeszcze gołe zostały. Jakby nie mogły sobie takie gołe trochę pobyć. Przynajmniej kolor tych ścian jest widoczny. Bo przecież w końcu po to kobieta remont robiła, co by stary kolor zmienić i teraz nowym się cieszyć. Ale nie… kobieta musi zaraz coś pokombinować i ponawieszać… jakby za dużo czasu miała, a przecież nie ma, bo w tym tempie to i do Gwiazdki się z porządkami nie wyrobi.

Albo może kobieta chciała odreagować po tych jasnościach z poprzedniego postu? 

I zrobić coś równie jesiennego, jak to poprzednie, ale jednak w bliższych jej mrocznościach?

Tak. To musiało być odreagowanie, nic innego. No bo przecież nie to, że kobiecie się sprzątać nie chce 😉

 

 

Tryptyk JESIEŃ

dekoracje na desce, struktura, przecierki, złocenia

ZARDZEWIAŁA KSIĘGA…

Obiecałam, że napiszę jakie miałam z nią przeboje i – jak boni dyni – napiszę!!

Tylko trochę później, bo to długie by było, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji i w dodatku zagmatwane bardzo, a ja w tej chwili myślę tylko o czekającym mnie wyjeździe i spotkaniu z wiedźmami pokrewnymi mi duszą. Nijak się do tego pisania nie potrafię zabrać…

 

 

 

 

Ale napiszę.

Później.

Kiedyś.

A teraz tylko króciutko – księga jak księga. Drewniana jest. Ale żeby nie było tak prosto, oczywiście i – nazwijmy rzecz po imieniu – nudno, pokusiłam się o „zróżnicowanie” powierzchni pod to rdzewienie.

I tak oto uzyskałam trzy różne efekty rdzy – inaczej na drewnie, inaczej na metalu, a jeszcze inaczej na kartonie.

Każdy też od razu zauważy, że wynik moich rdzewień ma ścisły związek z moją nieustającą fascynacją pracami Andy Skinnera, która to fascynacja trzyma mnie mocno od dawna, i wciąż dobrze się ma 🙂

Nawet użyłam na owej jejmości pordzewiałej jego fantastycznych szablonów, którymi takoż zauroczona jestem.

No a teraz ONA PORDZEWIONA w swej rdzawej postaci 🙂

Dodatkowe zdjęcia porobiłam – teraz widać i rewers, i awers 🙂

SEKRETARZYK NA LWICH ŁAPACH…

i ze steampunkową ważką.

Motyw ważki przewija się w moich pracach często, bo – pomijając już to, że,  jak mówią, ważka przynosi szczęście – zwyczajnie ją  lubię.

Tym razem przysiadła na sekretarzyku.

Ubrała się w turkusy.

Błyska srebrem.

I złotem.

A czasem, gdy słońce łaskawe, to i miedzią potrafi.

Czyli wszystko tak, jak ważki w zwyczaju mają.

A żeby jej smutno samotnej nie było, to dodałam jej trochę rombów i – skoro to sekretarzyk – to literek nieco.

W ten sposób powstała steampunkowa płyta, która zdobi wieko mebelka. Całości dopełnia kilka dekorów, równie jak ważka spatynowanych, i lwie łapy, na których sekretarzyk spoczął.

I jeszcze środek – tu już spokojnie – na ciepłym brązie (w odcieniu cieplejszym i nieco jaśniejszym niż boki i wieko) położyłam metalicznie błyskające literki, u góry, na otwieranej klapie, posadziłam maleńką turkusowo-srebrną ważkę, koleżankę tej dużej z przodu.

I tyle.

 

mixed media

drewno olejowane, przecierane metalicznym lakierem

 

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

OBSYDIANOWE BOMBKI? DLACZEGO NIE…

Takie nietypowe, inne, czarne chodziły za mną od zawsze.

W zeszłym roku robiłam bombki – łezki, wymyśliłam je sobie  na wzór minerałów występujących w przyrodzie – ni to granity, ni to malachity, tudzież inne marmury – takie niekontrolowane przenikanie kolorów. Do tego trochę „metalu”, trochę złoceń i brokatu, i wyszło coś, co mnie samej się spodobało 🙂 .
Wyglądały tak:

 

 

Zrobiłam ich całkiem sporo, ale na czarne już czasu nie stało.
A chodzić za mną nie przestały…
No to wróciłam do pomysłu w tym roku i – jako przerywnik kolorystyczny, bo opanowały mnie bombki „kamienne” z użyciem Art Stone – popełniłam sobie dwie czarne…
Inspiracją był mi obsydian śnieżny, który w naturze wygląda tak (zdjęcie pochodzi z Internetu):

a moje bomby (bo przecież nie bombki ;)) tak:

Prawda, że trochę podobne?

Za surówkę posłużyły mi bombki akrylowe 100 mm, malowałam je ręcznie, od środka, żeby uzyskać ten nieskazitelny błysk oryginalnego minerału, mam nadzieję, że mi się udało 🙂
Łączenia zamaskowałam płynnymi perłami w kolorze srebra.

Z Wikipedii:

Obsydian (izofir) – kwaśna skała wylewna, złożona niemal wyłącznie ze szkliwa wulkanicznego, zawiera do 1% wody. Naturalne szkło. Powstaje w wyniku natychmiastowego stygnięcia magmy (lawy). Skład chemiczny związany jest z typem lawy i obejmuje bardzo wiele form, od obsydianu ryolitowego po fonolitowy. Obsydian znajduje się w wylewach lawy datowanych od ok. 60 mln lat aż do współczesności.

Obsydian śnieżny (ten, który był mi inspiracją) – to odmiana obsydianu czarnego, zwana też kwiatową, zawierającego liczne biało-szare krystality układające się w kształt płatków śniegu lub kwiatów.

W ezoteryce – obsydian jest kamieniem Koziorożca (Koziorożec to ja 🙂 ), wiąże się z działaniem Saturna. Amulety z obsydianu mają łagodne działanie, chronią, mobilizują do działania, każą mocno stąpać po ziemi. Jest to kamień wzmacniający poczucie własnej wartości, ale również zmuszający do stawiania sobie wymagań. Chroni przed złym wpływem innych, dlatego poleca się go osobom nieśmiałym, o łagodnym usposobieniu i miękkim sercu.
Uaktywnia zdolności parapsychiczne.

No! Osoba nieśmiała, o łagodnym usposobieniu i miękkim sercu, to wypisz-wymaluj – ja! Poza tym, że wiedźma 😛

Translate »