medalion

now browsing by tag

 
 

VERSACE Z LUSTREM, CZYLI SKRZYNIA I MEDALION…

 

 

 

 

 

Skrzynia w stylu Versace.

A jak Versace, to złoto. I czerń. I złoto. I czerwień. Złoto. I błękity. I oczywiście złoto.

Czyli przepych, błysk i meduza z meandrami.

No więc to wszystko tu jest 🙂 A nawet więcej, bo meduz jest pięć…

Skrzynia jest duża – 350mm x 190mm i przygotowałam ją specjalnie na najbliższe listopadowe warsztaty w Skoczowie.

 

Drugim projektem realizowanym na warsztatach będzie duży – 160mm średnicy – akrylowy medalion z efektem lustra.

Zdobiony równie bogato jak skrzynia, pięknie połyskujący w świetle, z drobinami złota i z lustrzaną taflą.

 

ZIMOWY WIDOK III, CZYLI BOMBKA DLA E-WNUKA…

Dawno, dawno temu zaadoptowałam sobie jedno takie dziewczę, wirtualnie, ale jednak. Adopcja, to adopcja.

I był to przebłysk geniuszu, bo dziewczę wyrosło na rasową decoupażystkę. Dumna jestem z niej niesłychanie.

A że e-córka była w pakiecie z dziecięciem, to za jednym zamachem mam też i e-wnuka 🙂

Gwizdka za pasem, bycie e-babcią zobowiązuje, zrobiłam więc mały prezent.

Kubusiu, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Wesołych Świąt!!

 

 

ZIMOWY WIDOK II…

Dzisiaj szybko, bo w biegu, więc bez zbędnych słów.

Znowu bombka z zimowym widokiem.

I wcale nie ostatnia 🙂

 

 

 

 

ZIMOWY WIDOK 1

Ta bombka miała być powrotem do decoupage, tego tradycyjnego, czystego, tego, którego od dawna już nie uprawiam.

Miała być prosta i tradycyjna – jasne tło, motyw  z pięknym, zimowym widokiem, ze śniegiem, z dymem z komina, ze ślizgawką. Taki vintage, jak lubię…

I była.

Do momentu, gdy postanowiłam domalować tło… 

A potem to już poszło rozpędem.

I zamiast prostej i tradycyjnej jest… taka jak zwykle.

Ale przynajmniej utrzymała się w konwencji vintage.

medalion akryl, 120 mm

zdobiony od środka i na zewnątrz

struktura, sole patynujące, złocenia, postarzenia

CICHA NOC….

Dziś kolejna bombka i kolejna inspiracja dla Zielonych Kotów.

Taka na przekór zaokiennej aurze. 

Biała i złota, i spokojna, i pełna zadumy, i cicha… jak ta najważniejsza  w roku noc.

Medalion 120 mm

 

Wszystkie materiały, których użyłam i sposób wykonania znajdziecie na blogu ZieloneKoty

DIAMENTOWA BOMBKA…

Co z tymi bombkami jest nie tak?

Rok w rok się zarzekam, że tym razem nie zrobię żadnej. Nic. Nul. Zero. Albo nawet mniej niż zero…

I co?

I co roku kapituluję. Robię. I z każdą zrobioną nabieram ochoty na więcej. Najnormalniej najprawdziwsza magia bożonarodzeniowa działa i ma za nic jakieś tam chcenia, czy niechcenia.

I w  tym roku znów to samo –  mówiłam, że nie zrobię ani jednej, ani nawet pół jednej.

I co?

I zrobiłam.

Tym samym tradycji stało się zadość.

Więcej nawet –  nadal robię, choć inaczej niż do tej pory. Jakoś tak tym razem wzięło mnie na błyszcząco, migocąco i bogato, czyli robię dokładnie to, czego dotychczas unikałam jak ognia – złocę, brokacę i diamencę na potęgę. Jakiś złośliwiec mógłby  rzec nawet, że na akord z tymi błyskotkami sobie lecę. A niech tam, może sobie gadać 🙂

Ale najdziwniejsze jest to, że mi się podoba 🙂

Już sobie wyobrażam te błyski i załamania światła w stu kryształach i stu brokatowych bombkach, w które zamierzam ubrać choinkę, ten zachwyt w oczach Budrysów, gdy piękna i kolorowa rozjarzy  się milionem światełek i migoceń, i barw, i swoją krasą sprawi, że zabraknie im tchu w piersiach, i zdołają wykrztusić tylko „o, ja cie…”

Już niedługo…

Nie potrafię sobie tylko wyobrazić co na to Orin…

medalion akrylowy 12 cm

kolorystyka – niebieski, złoty, srebrny, czarny, oliwkowy

diamentowe dżety

PUDŁO Z MEDALIONEM…

… a właściwie, jakby tak się przyjrzeć, to z pięcioma… choć nie wiem, czy te cztery boczne to medaliony? Może bezpieczniej nazwać je dekorami jednak.

A więc pudło z medalionem i czterema dekorami.

Mixed-mediowe.

Z elementami decoupage. I z fakturą. I przecierkami. I złoceniami. I srebrzeniami.

Malowane kredówkami, metalikami, patynami i woskami, ostro przetarte bitumem.

Bardzo złośliwe pudło, bo absolutnie niefotografowalne.

Zrobiłam mu 114 zdjęć (sto czternaście!!!) i właściwie nie bardzo miałam co wybrać… 

Nawet kolorystyka jest nie do końca uchwycona, bo ta prawdziwa – szarość zmieszana z oliwką, brązem i starym złotem – na zdjęciach wychodzi albo szara, albo szarozłota pobrudzona brązem, gubiąc gdzieś tę oliwkę, no może nie całą, ale w każdym razie jakąś jej część…

DWA LISTOWNIKI JAK BIEGUNY DWA…

 

 

 

Zrobiłam sama z siebie, nikt mi nie kazał, nikt mnie nie zmuszał – zrobiłam – ten pierwszy. Chyba ostatnio nie miałam co robić, albo mi się nudziło, albo niepotrzebnie drewienko mi w ręce wpadło, sama nie wiem… zrobiłam i już.  I w dodatku  tak na grzecznie, na spokojnie, na klasycznie nawet, rzec by można.

Bez szaleństw i wytrysków.

Aż sama się zdziwiłam, jak „dzieło” ukończone oczom mym się objawiło. Nie to, żebym poszczególne etapy tworzenia przegapiła, nie tym razem – cały czas byłam przytomna i kojarzyłam co się robi… a potem, gdy już zobaczyłam co zrobiłam, to się zniesmaczyłam, że taki akuratny, że przewidywalny (bo pismo, bo równo, bo takie ecie-pecie 🙁 ), że taki poukładany i – nie oszukujmy się – nudny.

Dołożyłam mu nóżki. Nie pomogło, dalej był bez wyrazu.

Dołożyłam dwa złote ćwieki przy medalionie… niby lepiej, ale wciąż zbyt uczesany jakby.

Pomalowałam miedzianą miką wokół medalionu. Na nic.

A potem nadciągnął Nieletni. Łypnął okiem na stojące beleco, spojrzał dokładniej, zastanowił się chwilę i wypalił:

– Mamuś, a dla kogo to? – machnął górną kończyną  w kierunku, że niby tak tylko pyta.

– A dla nikogo – odrzekłam zgodnie z prawdą – tak sobie zrobiłam, nawet nie wiem po co.

– Trochę taki dziwny ci wyszedł – zauważył grzecznie i bardzo subtelnie.

– No. Trochę. Ale niech sobie ciut postoi, a potem najwyżej  przerobię.

– No to ostatecznie możemy się za-mie-nić – wycedził od niechcenia, sylabizując dla wzmocnienia efektu – o-sta-tecz-nie mogę go sobie wziąć, a ty jak już tak bardzo chcesz, to przerób sobie ten mój z autem, taki jestem.

No jakie to ja mam jednak ludzkie dziecko, pomyślałam z rozrzewnieniem, no anioł wprost, nie syn, jak on dba o mać swoją, rozczulałam się dalej, trzymając już w rękach ten z autem i czym prędzej zaszyłam się w swojej suterence.

 

– Już ja cię zrobię – szepnęłam czule do drewnianego – ja cię zrobię… nie będziesz ty ani grzeczny, ani uczesany…

A potem straciłam kontakt z bazą.

Gdy wróciłam ze światów równoległych, na stole stał on.

Listownik z dumnym napisem POST OFFICE i dyliżansem w czwórkę koni.

Nie był grzeczny.

Ani uczesany.

Ani spokojny.

Akuratny też nie.

Był złoto-srebrno-miedziany. I miał romby w ilości ogromnej (na środkowej ściance, na bokach i w tyle). I dyliżans, co „wyrywał” się w drogę (taki trochę 3D, ale nie sospeso, bo za tym nie przepadam), i był taki w sepii zza światów, i z turkusowymi jeziorkami, i był vintage 🙂

Tak, oba zrobiłam ja.

Dwa listowniki z dwóch biegunów.

Ten pierwszy, uczesany, z przedziałkiem z jedynie słusznej strony…

 

i ten drugi, rozczochrany i niepokorny, z metalowym kwadratem jak znaczkiem jakimś…

 

NOWOROCZNY CUD…

 

 

 

 

…. zdarzył mi się!

I zaskoczył tak, że wciąż jeszcze w zaskoczeniu i niedowierzaniu trwam.

I nie chodzi tylko o to, że dotychczas nigdy o takim noworocznym nie słyszałam – o wigilijnym i owszem, ale o noworocznym – nigdy, a o to, że zgodnie ze wszystkimi znanymi mi prawidłami on nie miał prawa się zdarzyć!

 A się zdarzył…

  Miałam na warsztacie herbaciarkę.  Nic specjalnego – spokojna, szara, z lekkimi przecierkami, jedyną fanaberią w niej miał być krak na tylnej ściance wnętrza – takie srebrne, cienkie linie na tej szarości, tak sobie ją wymyśliłam – praca prosta, nieskomplikowana i łatwa.

   Nie jestem wielką fanką kraków, nieczęsto je robię, a jeśli już, to raczej dwuskładnikowy… I nie to, że się go boję – nie boję się, nie czuję przed nim żadnego respektu, i nie, że mi nie wychodzi, bo odpukać – wychodzi, specjalnych kłopotów z nim nie miewam, pęka zawsze i – jeśli już robię – to zazwyczaj wychodzi tak jak chcę…

Teraz też miało tak być…

   Kraka położyłam automatycznie, tak jak zawsze, nie zmieniałam ani grubości warstw, ani warunków schnięcia, ani jego czasu – wszystko tak jak zwykle… i… nie popękał!

Nic, a nic! Nawet jednej najmarniejszej kreseczki… Nic!

Wqundulenciło mnie to ostro, ale nie miałam czasu żeby przeanalizować w czym rzecz.

Widocznie herbaciarce nie dane było tego kraka nosić , nie to nie.

Nawet nie zmywałam tego kraka, przetarłam jeno papierem lekko,  tak tylko, żeby wyrównać powierzchnię  i przemalowałam wnętrze na jasno, żeby taka smutnoszara nie była, a zanim farba wyschła dałam jeszcze drugą warstwę w odcieniu leciutkiego turkusu, przetarłam i zostawiłam do wyschnięcia… To było wczoraj.

A dzisiaj oczom własnym nie wierzyłam – na farbie (!) pojawiły się piękne, duże spęki…

Nie miały absolutnie żadnego prawa się pojawić – a się pojawiły…

Ano nic innego jak cud! Noworoczny.

Choć gdyby ktoś mi to opowiadał, to z całym szacunkiem, ale bym nie uwierzyła…

 Cieszę się jednak ogromnie, bo – zgodnie z powszechnie znanym przysłowiem – „Jaki Nowy Rok, taki cały rok” – czeka mnie rok cudów… no  i bardzo dobrze, bo mam z tym rokiem wielkie plany związane  🙂

I mam nadzieję, że będzie w cuda obfity. I nie tylko w kwestii kraków…

 Czego Wam i sobie życzę.

 A herbaciarka dostała jeszcze dekor na front i medalion na tę popękaną ściankę, trochę bitumu, trochę past pozłotniczych i prezentuje się tak: 

Translate »