masa strukturalna

now browsing by tag

 
 

SUN WINGED

To praca sprzed prawie 5 lat, nigdy nie pokazana, bo choć już parę razy próbowałam robić jej zdjęcia – nigdy nie wyszły.
Aż dziś Natura okazała się wspaniałomyślna i trafiłam na idealną porę, i idealne światło – i oto jest – SŁOŃCE ZE SKRZYDŁAMI.
To była świetna zabawa strukturami, fakturami i wszelkimi możliwymi złoceniami, zabawa szpachlą i pędzlem, gąbką i palcem, tkaniną, papierem, drewnem, piaskiem, i właściwie wszystkim co pod ręką… Sama się zdziwiłam, że wyszło z tego skrzydlate słońce…
A najfajniejsze w tym obrazie jest to, że on wciąż się zmienia. Jeszcze parę tygodni temu miał niebo w tonacji srebrno-szaro-ołowianej, a dziś ma w różnych odcieniach niebieskości, w dodatku dość ostrych, lekko tylko przytłumionych i rzadko przeze mnie używanych. Ale takich właśnie barw było mi teraz trzeba… Wystarczyło tylko zmiksować trochę farb, mgiełek i wosków. 

blejtram 90x30cm

mixed-media

ZNOWU RDZA…

Dostałam kiedyś ceramiczną osłonkę. Na doniczki. Sama bym takiej nie kupiła, ale darowanej w zęby przecież się nie zagląda. No to przyjęłam z dobrodziejstwem inwentarza.

Wystawiłam ją na taras..

Była sobie  na tym tarasie i była. Najpierw ją przestawiałam z kąta w kąt, ale później tak się do niej przyzwyczaiłam, że już  jej nie dostrzegałam. Nawet podczas podlewania kwiatów jej  nie widziałam. Ot, po prostu jeszcze jeden przedmiot „miany”. Gdyby chociaż miała jakiś fajny kolor, ale nie – była taka jakaś bezpłciowa, jasna, zwykła, bez pazura.

I pewnie dalej by sobie była, taka zwyczajna i niezauważalna, gdyby jeden z Budrysów, który przy okazji eksploracji wyżynnych rejonów tarasowych, nie zrzucił jej na zbity pysk, rozmnażając ją natychmiast w cztery skorupy.

Tak się zresztą tym wystraszył, że do końca dnia miałam najgrzeczniejsze dziecko pod słońcem, co wrednie wykorzystałam do granic możliwości bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia każąc mu w cichości rysować kwiatki, bo każda chwila wytchnienia od brojenia jest na wagę złota.

I, co najdziwniejsze, natychmiast zaczęła mi się podobać. Znaczy te cztery skorupy  zaczęły mi się podobać. Zapałałam do nich miłością nagłą a niespodziewaną, poczułam motyle w brzuchu, palce zaczęły mi rozkosznie świerzbić, a że Szara spała, bo grzeczny Budrys spokojnie rysował i tylko cichutkie mruczanki pod nosem uskuteczniał (i na całe szczęście, bo zaraz by skrzeczała coś o wyrzucaniu), więc wykorzystałam nieoczekiwaną sytuację i szybciutko pomknęłam do pracowni…

Sklejenie tych czterech skorup było dziecinnie proste, a i reszta poszła błyskawicznie.

 Pomalowałam ją kredówkami, dodałam szlak przy rancie, żeby toto jakiegoś charakteru nabrało, przykleiłam lilijkę (znowu mnie bierze na lilijki) i – do czego zmierzałam świadomie od samego początku – mocno ją pordzewiłam.

Znaczy dałam pazura.

A nawet dwa, bo rdzę ma też w środku.

I cała robota sprawiła mi olbrzymią frajdę

I przy okazji przetestowałam nowe sole do rdzewienia.

I jestem nimi zachwycona. Znaczy uzyskanym efektem jestem zachwycona.

I sposobem ich aplikacji też 🙂 – najprostszym ze wszystkich znanych mi soli.

A potem, żeby testy były kompletne, spróbowałam jak owe sole zachowują się na plastiku.

Pod nóż poszło ogromne akrylowe serce.

I co?

I dały radę 🙂

 

farby kredowe, woski – kredowy i bezbarwny, sole Stamperii, szlagmetal, gel medium, bitum, masa strukturalna, farby akrylowe, konturówki, tusze w sprayu

 

 

 

MROCZNA KSIĘGA Z ZAMYŚLONYM ANIOŁEM I SZKLANICA Z RÓŻĄ…

Księga taka chodziła za mną od dawna. Mroczna, ale nie tak do końca, bo z aniołem, a wiadomo, że każdy anioł ociepla.
Anioł być musiał, bo właścicielka onej anioły uwielbia, więc jest. Zamyślony.
W srebrze, ciemnym brązie i szarościach, ale z odrobiną złota połyskującą na skrzydłach.
Są też romby – wiadomo, ciemne, bo mrocznie miało być. I turkusowa patyna.
Tył księgi zdobi medalion delikatnie podkreślony złocistym reliefem.
Najbardziej drapieżny i mroczny jest jednak grzbiet i okucia – w czerni i starym, spatynowanym złocie, chropowaty, matowy i przywodzący na myśl ciężki metal.

Do kompletu powstała też szklanica z białego szkła z maleńką, złotą różą.

CZAS MA BARWĘ NOCY…

 

 

 

 

 

 

… Cichej nocy.

Nad olbrzymimi księżycami
Wieczność
ustawiła się na dwunastce.
A Czas usnął na zawsze w swej wieży.
Oszukują nas wszystkie zegary.

Czas posiada już horyzonty.

                                                                Federico García Lorca

                                                                 tłum. Zofia Szleyen

Zegar mdf, średnica 40 cm, mixed media, kolorystyka – turkus, złoto, umbra

SZKŁO MON AMOUR

 

 

 

 

 

 

 

 Kocham je i przestać nie zamierzam.

Mam nadzieję, że z wzajemnością.

 

Zdobienie szkła jest dla mnie jak katharsis, zmywa ze mnie wszystkie złe emocje, wyzwala…

choć tak właściwie to sama nie wiem co też ono we mnie wyzwala, niemniej jest to niezwykle przyjemne.

Już sama struktura szkła jest dla mnie inspirująca, podoba mi się jego przejrzystość, załamywanie światła, czystość…

No tak, ale skoro to wszystko, co powyżej,  mi się podoba, to dlaczego je maluję, czasem (nawet często) tę przejrzystość i czystość bezpowrotnie niszcząc?? 

No i tego, moi drodzy, to już nie wie nikt, tego nie wiem nawet sama ja, choć podejrzewam, że to właśnie to mnie do tego szkła ciągnie… to, że z jednej strony lubię, z drugiej niszczę… Również być może, że mieszka we mnie jakiś szklany Dr Jekyll i Mr. Hyde, nawet pewnie na pewno mieszka 😉 i szkło stało się moim alter ego… być może… 

Niezależnie jednak od powyższych dywagacji psychologicznych (psychodelicznych?) kocham robić w szkle 😀 i już.

I jak tylko mogę to z dziką radością się temu kochaniu oddaję. 

Tak też było i tym razem.

A że pomysł chodził za mną od dawna i że wciąż poszukuję tematu na warsztaty, to i stało się.

Powstały trzy misy, dwie grają w duecie, trzecia występuje solo. Różnią się kształtem, wielkością, kolorystyką, zastosowanymi technikami i paru jeszcze innymi rzeczami, ale łączy  to, że wszystkie trzy były kiedyś czyste i przezroczyste, czego teraz o nich powiedzieć już nie sposób (choć z tą przeźroczystością to nie tak do końca, bo w pewnym stopniu na jednej ją zachowałam, przynajmniej częściowo).

Te z duetu skręciły w stronę kobaltu, srebra i zgaszonego złota, tworząc coś w miarę spokojnego, w pewnym stopniu dystyngowanego i – jak mówi moja koleżanka zza wielkiej wody – takiego rodem z galerii…

ta solo to miedź, złoto, turkus, brąz, szmaragd, granat, mahoń, i jeszcze z pięć innych, słowem kolorystyczna i fakturowa orgia w czystej postaci… 

a pewne niezwykle wrażliwe dziecko (też zresztą zza wody, choć bardziej na północ) ujrzawszy wczoraj wybiórczo ze dwa zdjęcia onej zawyrokowało kategorycznie – lawa! I miało rację! Ta misa to rzeczywiście lawa – gorąca, rozpalona w jednym miejscu, stygnąca i ciemniejsza w drugim, a zupełnie zastygła, twarda i poszarpana na zewnątrz…

Maćku, niniejszym mianuję Cię  moim naj -najulubieńszym konsultantem.

 

 

 

 

 

Ciekawe, czy  zabawa ze szkłem by Vika byłaby dobrym tematem na warsztaty?…

Misy są wypalane, w pełni użytkowe.

W ZACZAROWANYM ŚWIECIE…

 

 

 

Szkło.

Dla mnie  magiczne, nieprzewidywalne, zaczarowane, ukochane…

Zawsze z radością do niego wracam, ba, tak naprawdę, to mogłabym bawić się z nim od rana do nocy, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia… niestety tak się nie da  🙁

Ale jak tylko mam okazję (czyli jak tylko coś odpowiedniego mi wpadnie w ręce) to rzucam wszystko i zaczynam zabawę.

A że ostatnio mam fazę na minimalizm – kto czyta, ten wie – to chciałam spróbować tego obcego mi stylu również w konwencji szklanej,  tak tylko, kontrolnie, żeby zobaczyć co też mi z tego wyjdzie, a że właśnie „zdobyłam” – i to w dwóch egzemplarzach! – taki szklany, który świetnie się do tego nadawał, to czym prędzej zaczęłam zabawę…

Szło dobrze, jak to zwykle ze szkłem.

Malowałam sobie spokojnie i pomalutku, żeby celebrować ulubione zajęcie,

myśli rozpuściłam wolno, nie bacząc nawet gdzie poszybowały,

nawet rąk zbytnio nie kontrolowałam i umknął mi moment, gdy sięgnęły po tusze (a tuszy w planach nie miałam, bo to ich rozpasanie kolorystyczne absolutnie się kłóci z minimalizmem przecież…).

Do rzeczywistości wróciłam w momencie, gdy te dwie, co to je przy korpusie noszę (ręce znaczy) odstawiały lampion do wyschnięcia.

Wyglądał… nooo!  przy odrobinie dobrej woli i gdyby się uprzeć, to nawet można by rzec, że… minimalnie 😉 , i nawet ślad dumy  przez moment w jestestwie mym się zalągł  p.t. a widzisz?? jak chcesz, to potrafisz!, ale zdusiłam, bo skromna z natury jestem i  nie pozwoliłam mu się rozrosnąć… zresztą Szara zaraz sprowadziła mnie na ziemię.

– Ty, co się tak zachwycasz! Że minimalnie ci wyszło? No i co z tego? Przecież każdy tak potrafi. Weź no zrób zdjęcia, wsadź na bloga i odczep się już od tego szkła jak rany… 

No rację miała – jak się już przyczepię do tego szklanego, to końmi mnie odciągnąć nie można.

Zdjęcia zrobiłam (takie sobie wyszły, bo złośliwa aura  skutecznie mi je „spsuła”). Potem pomyślałam, ze przecież skoro to lampion, to muszę i ze świeczką…

Zapaliłam, włożyłam i…. oniemiałam! Lampion ożył, zagrał tysiącem barw i odcieni (pojęcia nie miałam, że tyle tego tam wsadziłam, tym bardziej, że w dziennym świetle wcale ich nie widać… skutecznie zamaskował je złoto-srebrno-niebieski lakier, taki minimalistyczny, kolorowy mix 😀 ), a w ciemności z każdej strony lampionu, w każdym jego fragmencie rozgrywa się inny spektakl… sama nie wiem, który piękniejszy…

Zresztą – voila, zdjęć zrobiłam trylion, kto ma cierpliwość, niech ogląda 🙂

 

Kielich, szkło

wysokość 160 mm, średnica czaszy 105 mm

alkohole, lakier srebrny, złoty, błękitny, masa modelarska, złocenia, patyna 

wypalany

 

SZKLANA PATERA Z UŁAMANYM NAROŻNIKIEM I BUTLA INSPIROWANA…

 

 

 

… piękną butlą Joli z Pracowni Esta.  

Koniecznie musiałam sprawdzić nową strukturę, szukałam tylko przedmiotu, który mogłabym poświęcić na eksperymenty i ta butla spadła mi jak z nieba… Dostałam błogosławieństwo i pozwoleństwo na wykorzystanie pomysłu, no to wykorzystałam i zrobiłam… podobną w ogólnym oglądzie 😉 ale zupełnie inną w szczegółach – i o to chyba chodzi – inspiracja inspiracją, ale produkt finalny  inny. Utrzymałam kolorystykę oryginału, czyli czarno-złotą (pierwotnie poszłam w srebro, jednak szybciutko przemalowałam, bo to złoto bardziej w tych barokowych, ozdobnych klimatach się sprawdza jednak), położyłam strukturę – i znów wyszło inaczej, bo i inna ręka kładła, dałam motyw różany w kształcie medalionu, ale i róże, i medalion inny – czyli jest dobrze 🙂

No i ta  bezdenna czerń farby, to wynik moich mieszań i warzeń w sekretnym laboratorium wiedźmińskim – z niej jestem niesłychanie wręcz dumna – taka aksamitna, głęboka i czarna 😛 czerń wyszła mi po raz pierwszy 🙂

Myślę, że gdyby obie butle postawić obok siebie, to pewnie byłyby jak siostry, jednak tylko przyrodnie 😉

 

A patera jest moją zdobyczą wyhaczoną swego czasu w Starej Rzeźni, której to Rzeźni jestem ogromną, zagorzałą fanką (wiem jak to brzmi 😀 ale cóż począć, taka prawda). 

Wpadła mi w oko ze względu na kształt (te cztery kwadratowe zagłębienia w środku bardzo mi podpasowały, zaraz też wiedziałam do czego mi posłuży, w dodatku miała bardzo ciekawy kolor – taki mleczny koktajl niebieskiego i morskiego, wypisz-wymaluj jadeit…) Przytargałam ją do domu z tysiącem innych szkiełek w ogromnej torbie, rozpakowałam i… zamiast mojej ślicznej, jadeitowej patery wyjęłam inwalidkę bez jednego narożnika…

Ale co tam dla posenowej duszy ułamany narożnik, przecież da się przykleić, potem można po drugie przecież sklejenie zamaskować, i po trzecie przecież mieć starą paterę jak nową…

Można?? 

Można!!!

No to skleiłam, zamaskowałam i mam.

Translate »