masa perłowa

now browsing by tag

 
 

Paso Doble…

 

 

 

 

 

U. zjawiła się jak zwykle – niespodziewanie i bez zapowiedzi, znaczy standard.

O, pardon, skłamałabym… tym razem się zapowiedziała, znaczy zadzwoniła…

 

– Jesteś? to super – ucieszyła się – będę za 5 min.

 

I faktycznie była. Tyle, że nie za długich minut pięć, a  już za marne pół 

wparowała radośnie, z rozmachem i rumorem w drzwi siedziby rodowej…

co znaczy, że zadzwoniła jak była przy furtce…

 nie to, żebym się zdziwiła, skądże znowu?  znam ją w końcu nie od wczoraj… ale w szoku byłam , że w ogóle zadzwoniła…

 Zaraz się zrobiło głośno, i choć hałasu nie lubię, to nawet go nie zauważyłam, bo rozczuliła mnie tym, że zadzwoniła… kochana U! mogłam się przygotować… znaczy teoretycznie mogłam, bo tych 30 sekund to nawet nie odnotowałam, ale zawsze to  już jakiś postęp… znaczy zapamiętała co jej do znudzenia powtarzam od stu lat z okładem, że należy zawiadamiać, bo może mnie nie być… i co z tego, że zazwyczaj do południa jestem?… kiedyś mogę nie być, a ona w końcu parę tysięcy kilometrów ma do mnie… i nigdy nie wiadomo kiedy będzie znów… jakby mnie nie było, a ona by była, to bym się w sempiternę chyba ugryzła z żalu… ale zadzwoniła!

 

– Zrobisz mi to – zagaiła od progu, nie pytała, bo i po co?, stwierdziła – zrobisz mi to dla jednej takiej, to ma być białe i w ruchu, bo ta jedna to lubi jasne i biega… albo tańczy?… nie pamiętam, nieważne zresztą,  ma być w ruchu, mówiłam jej już, że zrobisz – walnęła na jednym wdechu, postawiła na stole paczuszkę i natychmiast o niej zapomniała – kawy mi się chce, zrobisz? Może być z tym twoim imbirem, czy tam z cynamonem, wiesz, taka jak ostatnio, dobra była, no.

– I z imbirem, i z cynamonem – poprawiłam automatycznie, bo  próbowałam odpędzić sprzed swoich dusznych oczu nachalnie narzucający się obraz wesolutko pląsającego białego czegoś, nie bardzo wiadomo czego, bo zapakowane w paczuszkę było, co jeszcze dodatkowo mnie ogłupiało – i z brązowym cukrem… Ty, ale jak ona ma być w ruchu?

– W ruchu? – zdziwiła się uprzejmie U. –  a nie, nie musi, może być stacjonarna, sama se do przełyku  wleję.

– No przecież mówiłaś, że ma być biała i w ruchu…

– Ja??!! A uchowaj boże!!! Ja tylko czarną!! Ty, skleroza cię łapie? – spojrzała na mnie podejrzliwie i z troską – nie pamiętasz?? zaniki masz? to może bilobil zacznij łykać czy co… czasem pomaga…

– Jak nie mówiłaś, jak mówiłaś!

– Ja mówiłam?? Ja?? Że kawa ma być w ruchu?!!

– Jaka  kawa jak rany! Paczuszka! – zdenerwowałam się nie na żarty, bo ten pląsający obraz zdążył już mnie wkurzyć na maxa i myśli mi plątał – znaczy to co w środku, jak TO ma być w ruchu?? Sznureczek mam przytwierdzić?  potrząsać i kolebać?  bateryjkę wetknąć? czy jak??

– Jaka znowu paczuszka? aaaa, to… – U. popatrzyła nieprzytomnie na zawiniątko –  no tak mówiła ta jedna,  że ma być na biało… znaczy ona chyba mówiła, że na jasno… a jasno to biało, nie?, no czyli na biało… i jeszcze, żeby dynamiczne było… dynamika to ruch, co nie? no to tak też ci powiedziałam – biało i w ruchu… Dawaj tę kawę,  bo zaraz muszę lecieć, potem sobie pomyślisz, dobrze będzie – powiedziała i spacyfikowała paczuszkę pod stół.

 Pół godziny później już jej nie było.

 Zostałam sam na sam z paczuszką.

Ostrożnie odwinęłam papier, ostrożnie otworzyłam kartonik…

 ****************************************************************************

– Ty, nie denerwuj się – pisnęła współczująco Szara, bo zobaczyła to samo co ja – to co, że ma być białe, damy radę (hahaha – my!)

– …

– Ty… wymyślę ci tę jakąś dynamikę… no, już… będzie dobrze…

– …

– Tyyy…  nawet BUTELKI  są dla ludzi… coś przecież zrobimy (znowu my!) co nie?… spoko…

– Ale ja przecież  nie cierpię robić butelek, wszyscy to wiedzą, nie umiem, nie wychodzą mi, a jak już zrobię to nigdy (no dobra – prawie nigdy) mi się nie podobają… w dodatku jeszcze białe… i  w ruchu (jak się robi butelkę w ruchu??!!)… się nie da…

 *******************************************************************************

Tym razem Szara przejęła się sprawą na całego (bo czasem to robi na pół gwizdka ledwo),  myślała tak intensywnie, że aż się zgrzała, latała po czerepie w tę  i nazad, obijała się o ścianki, siniaków się nabawiła, mało zawału z wycieńczenia nie doznała – i doopencja…

Nawet to rozumiałam, no bo w końcu co może taka  mała, szara jedynaczka bez grupy wsparcia? Nic, albo prawie nic…

Rzucała co prawda raz po raz jakimś pomysłem, ale wszystkie były z tych do bani i żaden mnie nie powalił.

Ja zaś spokojnie wpadłam sobie w czarną dziurę beznadziei, postanowiłam się w niej zestarzeć  i w duchu przeklinałam U. z rozkoszą wymyślając coraz to bardziej „kwieciste” epitety…

– Ty…– wysapała w końcu ledwie słyszalnie moja ulubiona komóreczka, z cieniem nadziei w głosie – a może corrida?

– Że niby to ten ruch ma być? – nie kryłam zdegustowania i zniechęcenia – nie, to też nie to… w corridzie to mnie pociąga tylko jedno, jak mięśnie w tym byku drgają i tańczą, jak się prężą i grają, ta manifestacja czystej, pierwotnej siły, ta chwila tuż przed szarżą… bo potem to już nic mi się nie podoba… ci toreadorzy machający tymi swoimi capa, ten pikador na koniu opatulony jak tchórz ze swoją lancą, ci skaczący jak wróble w piasku banderilleros z banderillami… i w końcu ten matador ze swoją muletą – świecący   jak  koralik jaki złoty od tych blaszek co to je sobie wszędzie poprzywieszał, ten patynowany  bohater, co to niby walczy z tym zwierzem… phi… jakie walczy jak ten zwierz już ledwo zipie…  nie, corrida odpada.

– No to ja pasuję – mruknęła Szara – nie pomagasz… jak mam ci coś wymyślić, jak tobie nic się nie podoba? ja mam dość… no chyba, że może… może… Carmen? wiesz, ta od Bizeta… corrida – toreador – Carmen?? co myślisz?

– Eeee… Carmen to przecież muzyka, piękna skądinąd, ale to raczej pada na słuch, nie na wzrok… – odpowiedziałam – choć…. czekaj! bo gdyby tak iść dalej tym tropem… to… hmmm… corrida – toreador – Hiszpania – Carmen .… Mam!!!! – wrzasnęłam uradowana – mam ruch!!!

******************************************************************************* 

A potem zrobiłam.

Coś, co jest ruchem.

A przynajmniej tak mi się zdaje.

Inspiracją dla tej butli było paso doble – taniec corrida… i tancerka, która cała jest muletą, drżąca  i drażniąca,  tancerka, w której wszystko jest ruchem…

 

Jej postać  naszkicowałam pisakiem do szkła i delikatnie podmalowałam miką, ubrałam ją w sukienkę utkaną z mas modelarskich (miedź i perła), dodałam dodatkowo trochę kolorowych mikowych plam, trochę pociągnięć konturówką (złoto, srebro, miedź), trochę linii mających wzmocnić wrażenie ruchu (znów pisak), gdzieniegdzie rzuciłam złoty refleks (szlagmetal), trochę złotych drobinek (puder do embossingu), całość dopieściłam turkusową patyną – no tak, nie mogłam sobie odmówić… i polakierowałam lakierem do specjalnych poruczeń (Cameleon).

I udało mi się utrzymać białe tło!

No, przynajmniej miejscami…

I mimo, że to, za przeproszeniem, butla, i że w górnych partiach absolutnie nie w moim kolorze, i że nie wiedziałam jak ją ugryź, i że siedem razy zdążyłam ją przekląć, to w ostatecznym rachunku muszę przyznać, że praca nad nią jakoś szczególnie odpychającą mi się nie zdała 😉

 

Czy zdołałam pokazać ruch?

Mam nadzieję, że tak, zresztą oceńcie sami…

 

A oto i ona – butla dla takiej jednej, co to biała i w ruchu miała być – Paso Doble.

ANIOŁY DOMOWE – Tribus – Przed skokiem…

 

 

 

 

ANIOŁY DOMOWE – Przed Skokiem – Tribus…

Bardzo lubię ten anielski ludek, choć może niekoniecznie w wydaniu sielsko-słodko-łzawym (no chyba, że rzecz tyczy okresu  okołobożonarodzeniowego 🙂 ) lubię też prace na desce (ot, choćby ikony…) stąd też powstał zamysł zrobienia serii prac aniołowych pod wspólną nazwą ANIOŁY DOMOWE – ten pokazywany tu – właśnie szykujący się do skoku na ziemię –  to Tribus (bo urodził się jako trzeci)…

Z obu poprzednich jeden, ten o imieniu Unum właśnie jest w drodze do  domu, którym ma się opiekować (jak już dostanę potwierdzenie, że dotarł, to go pokażę), drugi – Duo –   w swoim domu docelowym zdążył już zamieszkać – ale pokazać go nie mogę, bo niestety nie zdążyłam  zrobić mu sesji…

 

 

deska 330 x 160 x 28 mm

praca z wykorzystaniem masy strukturalnej, tkaniny, szlagmetali, szlagaluminium, wosków pozłotniczych, mik, patyn, bitumu, masy perłowej, metalizowanych akryli.

Wykończenie – wosk.

 

skrzynia z perłowym wiekiem…

 

 

 

i śladem czarciej racicy…

 

 

Stała od jakiegoś czasu pobejcowana, stała… i czekała.

Patrzyłam sobie na nią od czasu do czasu, patrzyłam… i nic… dalej stała… i czekała.

Może dlatego, że bejca na niej ma kolor zielony? może…

lubię zielony, ale niekoniecznie w pracy (o swojej mówię oczywiście, bo u innych to i owszem…).

 

Można by więc – nie bez racji wielkiej – spytać dlaczego, u kaduka, dałam jej zieloną bejcę?…

właśnie – dlaczego, do czarta, pobejcowałam ją na zielono???!!!

otóż tego „dlaczego?” nie wie nikt, nawet ja – pobejcowałam i już….

może to Diabeł mnie znów podkusił? (taaa… na bank to wina Złego!)

a może to bozia rozum mi odebrała?… (też być może…)

bo też faktycznie  po co?  skoro nie lubię??  i trudno mi się z zielenią współpracuje???

 

Stała więc sobie taka zielona, stała…. i wciąż nic… czekała…

żadnej struny we mnie nie poruszyła, nic mi w jestestwie mym wewnętrznym nie zadrgało, nic moja szara jedynaczka nie szeptała, żadnych obrazów moje duszne oczy nie widziały…

Nic.

Aż przyszedł czas, że zupełnie nieoczekiwanie wzięłam ją w ręce – bez żadnej głębszej myśli, bez żadnego konkretnego projektu, bez żadnego planu, bez udziału woli nawet  – ja tylko wzięłam, a ręce już same zrobiły to, co zrobiły…

nooo, może nie tak do końca same, bo udział Diabła w tym, że się tak wyrażę – dziele stworzenia – też jednak jakiś musiał być, bo ślady swe zostawił, i to wcale niemało – ba! tak bogiem a prawdą,  to całkiem nawet sporo…

 

Zupełnie nie wiem jak tę skrzynię sklasyfikować? Bo, że nie do decoupage ją przypisać, to pewne  – ona nic z decoupage nie ma wspólnego, nic a nic…

 

Więc w jaką szufladę ją wsadzić??

 

Wieko ma pokryte masą perłową – to dzieło rąk, a w niej Diabeł perfidnie kopytem  wzory poodciskał, więc  ręce  ratować próbowały zapamiętale papierem ściernym trąc, no to Diabeł podstępnie tuszami chlapnął, no to ręce znów tym papierem przecierały metodycznie i cierpliwie, no to Diabeł-wstręciuch jeszcze raz tusze wylał, ale pewnie się wściekł, bo złośliwie użył innych zupełnie kolorów, no to ręce  apiat  za papier, no to Diabeł na złość złotem pojechał, no to ręce

uff, lekko nie było…

 

a potem jeszcze te boki – ręce szablony walnęły złotą farbą metaliczną, no to  Diabeł na to stemple machnął – dwukolorowe, a co!… i jeszcze miejscami emboss wtrynił…

 

cóż więc to jest??

 

chyba jak nic diabelską szufladę na takie twory przyjdzie mi stworzyć…

Jak nic.

 

Ja to tylko uchwyt z guzika zrobiłam, ćwieki wbiłam i ten rant na wieku… i tyle w niej – skrzyni – mojego…

aaaa…. no i ta bejca zielona też moja…

chociaż może i nie… bo skoro ona z kuszenia się wzięła, to może ona nie tak do końca moja??…

ech….

 

Translate »