lampiony

now browsing by tag

 
 

I co? I szkło :)….

 

 

 

Nie narzekam, bo lubię :).

 

Skończyłam wreszcie zamówione  już jakiś czas temu lampiony – kielichy, na wysokiej nóżce, z czaszą w kształcie trapezu, same w sobie już ładne. Było z nimi trochę roboty, bo zrobić sześć sztuk, w miarę podobnych (bo to komplet miał być) to nie w kij dmuchał :).

Ale dostałam zielone światło (a to lubię najbardziej) i w kwestii koloru, i w każdej innej kwestii też, więc żadnych ograniczeń pętających mi ręce nie czułam, to i pojechałam… w … czerwień 🙂 – kolor do tej pory zupełnie mi obcy, ale jak się okazało – przyjazny i bardzo wdzięczny (a jak go jeszcze rozświetlić blaskiem świecy, to już zupełnie odjechany, chyba go polubię na dłużej).

Kielichy dostały okucia na stopce i na części nóżki, szkło pomalowałam dwustronnie – środek czaszy na złoto, część zewnętrzną  na czerwień, i  otuliłam ją w srebrne, inspirowane gałązkami reliefy, z turkusowymi „kwiatkami” (wzór powieliłam na stopce),  całość spatynowałam i wypaliłam.

 

 

 

A przy okazji powstał jeszcze jeden kielich-lampion, zupełnie inny w kształcie i kolorystyce, choć od czerwieni się nie odczepiłam 😉 – tu także szkło jest malowane dwustronnie, tyle, że tej czerwieni jest zdecydowanie mniej…

Lampiony – takie już trochę zimowe, może nawet świąteczne…

 

 

 

… lubię malować szkło.

Mówiłam już?

Nawet nie raz???

Naprawdę????

No to chyba skleroza mnie już dopada, bo znowu mam ochotę powiedzieć – lubię malować szkło 🙂

Tym razem odłożyłam alkohole, a za to pobawiłam się lakierami – złotym i srebrnym – i oczywiście mikami.

Ostatnio mam wrażenie, że praca bez miki jest jakaś…. hmmm… nieskończona ;), a że właśnie dostałam srebrną i złotą (jeszcze raz – dzięki Goofi ) no to nie żałowałam sobie…

w granicach mego posenowego rozsądku rzecz jasna.

Lampiony powstały ze szklaneczek z dość grubego szkła.  Są w kształcie ściętego stożka, o średnicach – górnej 88 mm., dolnej 63 mm. i wysokości 78 mm. – małe więc nie są.

Środek pokryłam złotym, transparentnym lakierem ze złotą miką (gdzieniegdzie błyska spod niego koralowa plama – dlatego mówiłam, ze one takie trochę świąteczne, przez ten koral właśnie).

Na zewnątrz dostały  równie  transparentny, tym razem srebrny lakier (i srebrną mikę), a żeby nie było tak prosto, oczywiście

i przewidująco – dodałam jeszcze… gwiazdki śniegu 🙂

( jasne, że to gwiazdki… dla tych z wyobraźnią to oczywista oczywistość :),  inni mogą w nich widzieć np. kwiatki… albo chmurki… albo płatki… ) namalowane srebrną kryjącą farbą.

Szkło nie straciło  do końca przeźroczystości, ale nie jest już takie jak kryształ – a o to mi chodziło, dzięki temu płomień zapalonej świecy, mimo, że dobrze widoczny, nie „bije” po oczach, światło jest rozproszone, błyskające miką i delikatnie przygaszone, bardzo romantyczne, ciepłe  i takie…. zimowe właśnie 🙂

Na koniec wszystkie trzy lampiony otuliłam w metal – złoty, spatynowany delikatnym turkusem i wypaliłam.

Każdy lampion jest inny, ale razem  mogą stanowić komplet.

 

 

 

a słowiki spać nie dają…

 

 

No, przyznaję się bez bicia – nie uwierzyłabym! Nikomu, kto by mi o tym powiedział…

Nie w to, że słowiki, albo że spać i  że nie dają, w to tak, bez problemu… ale w to, że już i teraz, gdy ledwie tydzień temu  w Posen była regularna zima, nie jakaś tam licha kopia, a najprawdziwsza – z mrozem i kopnymi śniegami, no w to to już na pewno nie, nie i nikomu….

A jednak!…  – sama byłam świadkiem, sama na własne uszy słyszałam!  i uwierzyć musiałam, bo w końcu komu jak komu, ale sobie to ja wierzę.

 

Dzisiaj w nocy to było… i wcale nie spałam, bo…. no nie dawały (pewnie to nie one, a on był, jeden…  ale za to wytrwały i głośny).

 

W siedzibie rodowej mamy swoje nawyki, kultywowane z dawien dawna, w tradycję obrośnięte – i tak – od wiosny aż do „póki się da” śpimy przy otwartych oknach…

A jako, że wiosna nam nastała, to i do wiosennych nawyków wróciliśmy i od kiedy nam miłościwie panuje  Zielonooka (czyli od mniej więcej czterech dni, znaczy nocy) w naszej małżeńskiej sypialnej komnacie śpimy przy uchylonym oknie.

Dzisiaj też spaliśmy. Do czasu…

Najlepszy zasnął od razu, taki typ, tak już ma – jemu wystarczy pomyśleć o łóżku i już śpi – a właściwie zasypia w drodze, tak między pozycją „siad” a „leżeć” , mniej więcej gdzieś w połowie drogi i jak osiąga „leżeć” to już śpi martwym bykiem…

ja jak zwykle trochę zmarudziłam, podumałam, plany najbliższe  przy pomocy mojej szarej komóreczki jedynaczki, co to w czerepie mym rezyduje, porobiłam, i wreszcie – ulegając utyskiwaniom w/w, że taka niby zmęczona (a swoją drogą ciekawe co ją  niby tak zmęczyło?  nie przemęczam jej przecież, w ciągu dnia to ona więcej wypoczywa jak pracuje…) – w końcu  też w objęcia Morfeusza wpadłam…

 

Śniłam sobie spokojnie… w miarę spokojnie, bo sny  kręciły się wokół tarasu, a to że  jeszcze do sezonu nie przygotowany (to ta przydługa zima…), a że malowanie mebli mnie czeka (to akurat lubię), a że jakieś nowe dekoracje by trzeba (coś mi tam mgliście świtało nawet), że jakieś nasadzenia (w tym roku idę w biele), i że spokojnie, bo jeszcze czas, nie ma co wariować, że zdążę, bo ta zima to dopiero co się skończyła przecież, wiosna jeszcze bardzo młodziutka… zdążę…

 

Było cicho i sennie (ten szum samochodów w tle, co to nigdy całkiem nie zanika to już na mnie nie robi wrażenia, chyba nawet go nie słyszę…) i nagle…

I nagle  w tę ciszę wdarł się hałas, tak ni stąd, ni zowąd.

 

Obudziłam się natychmiast, usiadłam lekko zdezorientowana – ki diabeł? w środku nocy? śpiewa? jakiś pijany ptak… pewnie z impry wraca… – pomyślałam, rzucając nieprzytomne spojrzenie na zegar – zaraz! przecież to wpół do czwartej! absolutnie żaden znany mi ptak, nawet wstawiony, o tej porze nie imprezuje, zresztą zimno jest, kwiecień mamy,  komunikacja w nocy nie jeździ… to co, pieszo wraca? no chyba, że naćpany, to mu wsio rawno… ale skąd wraca? na Starym jeszcze wszystko pozamykane, nie sezon przecież… chyba, że jakaś prywatka mu się trafiła gdzieś blisko… nawet ładnie śpiewa… całkiem jak słowik… rany boskie!!! TO jest słowik!!!

 

– Ty – obróciłam się w stronę Najlepszego, żeby budzić terazzaraznatychmiast , niech też słyszy, niech przeżywa, w końcu słowik to nie co noc przecież, w zeszłym roku to tylko ze dwa razy, albo najwyżej cztery, a i tak nie słyszał, bo go akurat nie było, no to teraz…

 

– Zamknij to okno, bo spać nie można, drze się  jak stare gacie – mruknęło z boku.

 

– Jak to się drze??!! Jak drze!  Śpiewa! To słowik! Posłuchaj jak pięknie… Słyszysz?

 

– No… głośno jak przez megafon, spać nie daje – mruczało dalej, ale jakby odrobinę mniej napastliwie.

 

– Pięknie śpiewa – rozmarzyłam się – i zobacz, dopiero co była zima, a tu słowik, a jeszcze przecież maja nie ma… niesamowite, co nie?

 

– No…

 

– Ciekawe kiedy przyleciał, i gdzie się zatrzymał, przecież śnieg leżał i  zimno było, i nawet mróz… i co jadł biedaczek, i że nie zamarzł, i że mu się chce tak całą noc, i przecież kwiecień dopiero, a ja myślałam, że słowiki to tylko w maju, i że…

 

– Cicho kobieto! Daj posłuchać…

 

 

…………………………………………………………………………………………………..

 

 

A rano – skoro świt –  pobiegłam na taras wdrożyć w życie coś, co od dłuższego czasu kołatało mi się w głowie – tarasowe słoikowe lampiony w jedność połączone…

Bo czasu to chyba już nie ma, skoro słowiki  spać nie dają, to i czekać nie ma co, działać trzeba.

 

Lampion jest dopełnieniem butli, która powstała w oczekiwaniu na….

… na serwetki urody wielkiej, obiecane mi przez koleżankę z dalekiego południa ,

o przepięknym motywie, wielce przeze mnie pożądanym…

doczekać się ich nie mogłam, wymyślić musiałam coś jużteraznatychmiast, zanim jeszcze je w ręce stęsknione wezmę – no i wymyśliłam… butlę na napitki tarasowe w klimacie serwetek upragnionych (motyw zrobiłam sobie sama)…

 

Oto i ona, butla tarasowa w pełnej krasie  i tenże, lampion słoikowy…

 

 

A serwetek upragnionych jak nie miałam wcale, tak teraz mam i to z dwóch źródeł naraz – Muzo i Aniu – dzięki

 

 

wspomnieniowo – l jak lampion ( i świecznik :))

 

 

 

 

 

 

Translate »