lakier metaliczny

now browsing by tag

 
 

BO Z PATERAMI TO JEST FEST…

 

 

 

– Bo z paterami to jest fajno, oj fajno jest,
czy słońce świeci, czy też nawet gdy pada deszcz,
bo można maznąć sobie tu i tam,
i znowu tu, i znowu tam…

Szara darła się wniebogłosy, udając, że śpiewa, niemiłosiernie fałszując i przytupując sobie do taktu obu nóżkami, aż się echo niosło po czerepie całym i przyległościach, i to odkąd  tylko zobaczyłyśmy tę paterę wśród miliona rupieci na jakimś zapyziałym stoisku, pewnej zimowej niedzieli w Starej Rzeźni, czyli od jakiś jedenastu minut i szesnastu sekund, zupełnie nie dając mi się skupić.
– Zamknij się na chwilę, jak rany – warknęłam pod nosem – pomyśleć muszę.
– Co musisz?? Pomyśleć?? Dobre :)… bo z paterami to jest fajno.. – chyba zobaczyć czy ci bejmów starczy? No to se zobacz… oj fajno jest
– Żadne czy „starczy”… zresztą  nie mówi się czy „starczy”, a czy „wystarczy”, starczy to jest uwiąd… muszę pomyśleć czy ją brać – mruknęłam, przyglądając się paterze.
– Że co proszę? – Szara ze zdziwienia aż otworzyła otwór gębowy na całą szerokość i zapomniała dośpiewać do końca, nawet zaprzestała tupania, darując mi całe dwie sekundy boskiej ciszy – że niby co?? Ty nie myśl, bo to nie jest twoja najmocniejsza strona, ja tu jestem od myślenia, ty jesteś od płacenia. Bierz!
– Ale ty tylko zobacz… ona jest straszna – próbowałam nieśmiało negocjować – brzydka jak kupa i do niczego niepodobna, i pomazana jakąś nibychromową farbą jak do kołpaków, i brudna, i… no rzygrey to jest, a nie patera.
– A metalowa jest?
– Jest – potwierdziłam zgodnie z prawdą, bo ja prawdomówna bywam.
– A da się coś z niej zrobić sensownego?
– Bladozielonego pojęcia nie mam – odparłam, znów zresztą zgodnie z prawdą.
– No widzisz! bo można maznąć sobie tu i… – Bierz! …lalala tam… – najwyraźniej Szara zdołała już pokonać szok wywołany moją próbą samodzielnego myślenia i podjęła koncert ze zdwojoną siłą – i znowu tu, tralalala
– A może pooglądamy sobie jeszcze coś…
– O rany! Mało razy brałaś gorsze graty? I było dobrze? No przecież ty lubisz gemele. Bierz i nie marudź, bo widziałam jeszcze taki kloszyk, co by pasował do tej patery.
– Ale…
– Nie nudź kobieto, no ja cię nie poznaję jak boni dyni, jak stara baba jęczysz i mędzisz, a i tak wiadomo, że weźmiesz, no to już, bo czasu nie ma, a kloszyk czeka.
– No dobra, ale jak się nie da z nią nic zrobić, to ci ją do czerepu wstawię i metraż ci się drastycznie zmniejszy – ostrzegłam jeszcze Szarą, zupełnie nie wiedzieć po co, bo wiadomo przecież, że nie wstawię.

W końcu kupiłyśmy tę paterę i szczerze muszę przyznać, że naprawdę była okropna, tyle, że miała fajny kształt, dookoła dość ciekawy ażur i była metalowa, za to szata na niej była jakaś taka staro-matowo-aluminiowa, z ciemnymi przebarwieniami, zaraz mi się skojarzyło ze starymi łyżkami aluminiowymi, albo felgami samochodowymi malowanymi chałupniczo.
Kloszyk też kupiłyśmy w miodnokałkałkowym kolorku, takim bardziej rozwolnienieniowym nawet powiedziałabym, kolejny raz zgodnie z prawdą (muszę się zacząć pilnować, bo mi jeszcze ta prawdomówność w krew wejdzie…).
Ale za to szklany był i pasujący gabarytowo.

Pomyślałam, nawet, że jak polakieruję tę paterę na złoto, to będą do się pasowały wyśmienicie.
Polakierowałam i nie pasowały, co potwierdza tylko, że nie powinnam rzucać się na głęboką wodę z tym samodzielnym myśleniem.
No to przestałam myśleć z ulgą wielką, wyciągnęłam na warsztat co tam fabryka miała, i odpłynęłam sobie spokojne w światy równoległe 🙂 Lubię bywać w światach równoległych.

Gdy wróciłam do żywych, na stole stała patera – srebrna, delikatnie postarzona i spatynowana (no pewnie, że turkusem), dźwigająca na sobie klosz – też srebrny, delikatnie postarzony, z efektem Mercury Glass 🙂
Wystarczyło już tylko ją wypalić, bo z założenia użytkowa ma być, i voila – oto jest – moja stara nowa srebrna patera.

Ciekawe czy choć raz w życiu uda mi się zrobić i zamieścić jedno zdjęcie… albo jakieś dwa… no dobra – żeby chociaż tylko dziesięć… 🙁

TRAWY SAWANNY W SŁOŃCA ZACHODZIE. WAZON.

 

 

 

 

 

Tytuł postu zawdzięczam mojej koleżance Kruszynie (dzięki wielkie 🙂 ), której tak właśnie się skojarzyło jak  ten wazon zobaczyła.

Trafnie (bo trawy) i zarazem poetycko (bo ten słońca zachód).

Kupiłam natychmiast.

Wazon to zwykłe szklane szkiełko rodem z Ikea, ani małe, ani szokująco duże, ot, raptem 21 cm wzrostu.

Stało sobie zapomniane w mrocznych czeluściach wnętrza bufetu, przysłonięte sporą ilością innych, bardziej potrzebnych skorup, a więc tym samym okupujących bliższe rejony owych czeluści.

Znalazłam go przypadkiem, jak to często bywa, przy okazji usilnych poszukiwań jednego takiego kielicha, który – wiem to na pewno – gdzieś tam musi być,  ale który tak skutecznie diabeł ogonem  nakrył, że znaleziony nie został.  Do czasu jednak, do czasu. W końcu go znajdę.

Za to w ręce wpadł mi właśnie ten zapomniany już wazon.

A że bardzo, ale to bardzo już mi się chciało jakieś szkiełko zmalować, to nawet wielkiej różnicy ta zamiana (kielich na wazon) mi nie robiła, nawet lepiej, bo wazon większy i zabawa dłuższa.

Na stół wyjechały farby do szkła, farby metaliczne, lakiery różne (w tym ulubiony ostatnio złoty metalic samochodowy), lustrzanka od Shanni of course koniecznie, alkohole też, tudzież miki,  oraz wszystkie moje pasty pozłotnicze+bitumy+pozłoty w pełnym pakiecie i znielubiony przeze mnie szczerze i głęboko bitum w płynie, który do postarzania mi nie podchodzi, ale do malowania jak farbą nawet-nawet.

No i zmalowało się takie coś w trawy.

Dodatkowo udało mi się uzyskać bardzo ciekawy efekt półprzejrzystości, która to półprzejrzystość pojawia się i znika jak za dotknięciem różdżki wróżki, która jest ze światła tkana.

Widać to doskonale patrząc z wnętrza – światło rysuje wtedy  ornament na ściankach w kolorach złota i srebra.

Na zewnątrz wazon zdaje się być nieprzejrzysty z wyraźnym rysunkiem traw głaskanych gorącym wiatrem i zdecydowanym kolorem tła.

Ale wystarczy muśnięcie światła zza wazonu i ta nieprzejrzystość znika, wydobywając przytłumiony obraz tego samego ornamentu co w środku, tyle, że już nie tak wyraźnie srebrnego i złotego…

 

I już słyszę, co powiecie, że ten ornament to nie tego…

A tymczasem  te zębatki to świadomie i specjalnie tak Big Grin za żart robią, że niby zegar-upływ czasu-chwytaj chwilę póki trwa-uśmiechnij się…
no i one przypominają główki kwiatów Tongue Tongue Tongue

Poza tym  schowane są i widoczne tylko w pewnych okolicznościach (a wtedy niewidoczne są trawy). Czyli takie dwa w jednym, można rzec… taka siupryza, wartość dodana Big Grin

Pewnie dla Inwestora bym się nie odważyła, ale wazon dla mła jest…

TACA Z WAŻKĄ I ROMBAMI W TLE…

 

 

 

 

Gdziekolwiek ostatnio spoglądam, cokolwiek ostatnio czytam – wszyscy robią tace.

No to ja też 🙂

Chodziło mi od dawna po głowie pytanie co się da zrobić z mieszanki bejcy, tuszu, oleju, wosku wybielającego i lakieru metalicznego, dało się zrobić tacę, ale tylko dlatego, że akurat ją miałam pod ręką 🙂

Najwięcej czasu zabrało mi przemielenie tych bejc, tuszów i olei z lakierem i woskiem, dorobienie potem do tego grafiki to już pikuś i czysta przyjemność była.


Dno tacy wygląda jak metal  z narysowanym wzorem, gdzieniegdzie wyżartym  (o metalu mowa) przez to co pod nim – myślę, że to sprawka duetu olejowowoskowego jest, tyle, że ten duet żarł jakoś tak wybiórczo i nieprzewidywalnie, tu tak, obok już nie…

 ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się na to patrzy.


Chciałam zrobić zdjęcie w słońcu, żeby wydobyć cienie, które powstały z tła pod lakierem, ale okazało się to niemożliwością – ten złoty metaliczny lakier zachowywał się jak kawałek szkła odbijający słońce.

Translate »