komoda

now browsing by tag

 
 

LUDWICZKA Z SZACHOWNICZKĄ…

 

 

Z każdego wyjazdu coś przywożę, tak już mam.

Raz jest to wazon, raz świecznik, albo inny gadżet mniej lub bardziej przydatny, innym razem krzesło (albo 6 krzeseł), stolik czy lampa. Ale zawsze coś.

Tym razem przywiozłam, no dobra – nie przywiozłam z powodu gabarytów, dojechało później  – komodę. Ludwiczkę. Dokładnie taką, jakiej szukałam od pewnego czasu. Miała idealne wymiary i w dodatku spodobała mi się od pierwszego spojrzenia. Kupiłam bez zastanowienia.

Potem przyszło mi tylko czekać na przesyłkę. Z ogromną niecierpliwością…

Od początku wiedziałam, że chcę ją mieć w czerwieni., co było o tyle dziwne i nieoczywiste, że ja wcale czerwieni nie lubię. Więcej – czerwieni u mnie nie ma, nie tylko w meblach, ale również w dodatkach, garderobie, gadżetach, nie ma nic a nic. Ale tu ta czerwień wydawała mi się jedynym słusznym kolorem. Uparłam się. Nic to, że Najlepszy usłyszawszy co planuję spojrzał na mnie wzrokiem pt. ” OSZALAŁAŚ!”, nic to, że podobno do mebla w stylu Ludwika czerwień nie pasuje, nic to, że czerwieni nie lubię. Chciałam i już. W dodatku, co jest już absolutnym ewenementem, umyśliłam sobie, że na blacie zrobię szachownicę…

Cóż, każdego szkoda – skwitowała Szara.

Cóż, co racja, to racja – zgodziłam się z jedynaczką – i jak tylko komoda pojawiła się w Siedzibie Rodowej zabrałam się do pracy.

Łatwo nie było, bo jak się okazało, była o wiele bardziej zniszczona niż mi się wydawało. Szpachlowania, wypełniania ubytków i pęknięć, szlifowania było co niemiara, ale dałam radę.

 

 

 

 

W końcu jednak ją pomalowałam, pozłociłam (pulment + szlagmetal) i przystąpiłam do tej szachownicy…

Tego co przy niej przeżyłam to ludzkie słowo nie wypowie. Trzy razy ją rozmierzałam i mazałam, bo wciąż wychodziła krzywo. Trzydzieści trzy razy chciałam wszystko rzucić w diabły 😉 Ale ja zawzięta jestem jak nie wiem co i w końcu zrobiłam. Namalowałam równiutko, równiusieńko 255 kwadratów urobiwszy się przy tym jak dziki osioł, a potem…. a potem je mocno spatynowałam.

Cóż, każdego szkoda.

Ale szachowniczkę mam! Jest (bo chciałam), a jakby jej nie było (bo niektórzy – nie powiem, że Najlepszy, bo obiecałam – pukali się w czoło).

Ze złoceniami było podobnie.

Zrobiłam je zgodnie ze sztuką pozłotniczą – na pulmencie, pracowicie, długo i w pocie czoła wygładzając złoto agatem, a potem… a potem je spatynowałam. Brawo ja.

Szkoda każdego?? Pewnie, że szkoda.

Ale też mam 🙂

A co jest najdziwniejsze?

Ano to, że Najlepszemu się podoba 😀

farba – Tuscan Red GF
złocenia – pulment + szlagmetal
patyny
pasty Treasure
lakier Flat out Flat GF

Translate »