jesień

now browsing by tag

 
 

JESIEŃ RETROSPEKCJA…

Kocham jesień. Od zawsze.

Co roku jak tylko kończy się wiosna zaczynam na nią czekać. Naprzeciwko mojego okna rośnie jarzębina. Patrzę na nią codziennie, obserwuję jak wypuszcza liście, jak kwitnie, jak zawiązuje owoce i jak one zaczynają się przebarwiać. Najpierw są niepozorne, zielone, potem stają się różowe i z każdym dniem ich barwa intensywnieje. Teraz są czerwone i to znak, że jesień już blisko. Więc czekam…

Lubię czekać. Wyobrażam sobie wtedy jaka ta jesień będzie – ciepła i słoneczna? Kolorowa jak paleta szalonego malarza? Zamglona i nostalgiczna? Szara jak dym z ogniska czy brązowa jak kasztany? A może złota jak astry? Deszczowa? Bardziej wrześniowo-październikowa czy listopadowa? 

Jaka?

Nie wiem, czekam…

Żeby sobie skrócić ten czas oczekiwania spróbowałam sobie namalować jesienie, które przeminęły. Połączyłam wszystkie moje wspomnienia w jedno. Stąd jest tu i ciepłe, wrześniowe słońce, błyszczące kolorami październikowe drzewa, jest jasne, zamglone niebo i jesienna szaruga listopadowych dni.

Jesień. Rozpasana kolorami, bogata owocami, romantyczna i zadumana odlotem ptaków, smutna deszczem, dynamiczna wiatrem i spokojna mgłą.

Nie jestem malarzem, nawet nie próbuję być, bo zwyczajnie nie umiem malować.

Ale ten obraz namalować musiałam…

Jesień retrospekcja.

Taka moja w środku lata.

deska, farby kredowe, barwniki mineralne, mika, złocenia, postarzenia, fakrury

CO ROBI KOBIETA GDY NIE MA CZASU?…

Gdy kobieta nie ma czasu to głupieje…

Zamiast sprzątać po remoncie – a jest co sprzątać jeszcze, oj, jest! – kobieta idzie do pracowni i robi dekoracje na ściany, bo niektóre jeszcze gołe zostały. Jakby nie mogły sobie takie gołe trochę pobyć. Przynajmniej kolor tych ścian jest widoczny. Bo przecież w końcu po to kobieta remont robiła, co by stary kolor zmienić i teraz nowym się cieszyć. Ale nie… kobieta musi zaraz coś pokombinować i ponawieszać… jakby za dużo czasu miała, a przecież nie ma, bo w tym tempie to i do Gwiazdki się z porządkami nie wyrobi.

Albo może kobieta chciała odreagować po tych jasnościach z poprzedniego postu? 

I zrobić coś równie jesiennego, jak to poprzednie, ale jednak w bliższych jej mrocznościach?

Tak. To musiało być odreagowanie, nic innego. No bo przecież nie to, że kobiecie się sprzątać nie chce 😉

 

 

Tryptyk JESIEŃ

dekoracje na desce, struktura, przecierki, złocenia

NIEWIELE TAK…

 

 

 

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień już,

zielony dym, upadły liść,

herbata, rum…

 i jeszcze tak 

dojrzały sad

i żeby w górze ptak.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień jest,

z grzybami kosz

i siwa mgła, i pies…

 i jeszcze tak

jeziora blask,

i żeby iść przez las.

 

 

 

Niewiele mi do szczęścia brak

gdy jesień trwa,

kasztanów stos

parasol, deszcz, i ja…

 i jeszcze tak

stubarwny wiatr

i żeby stanął czas…

 

Smochowice, 2014

 

A jesień kocham…

Lubię zimę.

Za jej nieskalaną biel śniegu…   

i  za  wrony na śniegu Konstantego…

Lubię wiosnę.

Za nowe, zielone,  rozświergotane  Życie…

i  za optymizm…

Lubię lato.

Za malachit zaklęty w lipowym miodzie …

i za wieczorne burze nad morzem…

Lubię jesień.

Za…

Nie, nie! Jesień kocham…

 

***

 

     A ona właśnie przyszła, Pani Barwnooka –  pachnąca,  rozkolorowana,  wspaniała …

z  odurzającym  zapachem  dojrzałych  jabłek i śliwek,

ze słodkim  aromatem  konfitury z róż,

i pachnącym  Świętami,  grzybnym  koszem  na kuchennym stole,

z karminowymi  koralami  jarzębiny,

lawendowymi i wrzośnymi wiankami,

i atramentowymi  jagodami winnych gron,

i ze szkarłatnymi głogami,

i kasztanami lecącymi jak rudy grad, wprost pod nogi,

i prześwietlonymi słońcem, rubinowymi nalewkami, zamkniętymi w szklanych słojach,

i woskowymi ożynami, nabrzmiałymi sokiem w kolorze indygo,

i rokitnikiem,  całym w maleńkich, oranżowych pomarańczach,

i cynamonem  sosnowych szyszek,

i…

 

    Jesień…

czas z drzewami w sadach uginającymi się  pod ciężarem owoców,

z ogrodami pełnymi astrów, i chryzantem, i wrzosów, i  lawendy, i ostatnich herbacianych róż,

i z babim latem…

czas kipiący całą paletą barw na targowych straganach,

i stubarwnych  liści zaglądających do okien,

i z kluczem odlatujących dzikich gęsi, zamykającym lato …

 

     Kocham ten czas – niespiesznych, rowerowych wycieczek pośród ogrodów, w których zapobiegliwi gospodarze, równie niespiesznie, palą ostatnie letnie chwasty  i spadłe z drzew kolorowe liście… kocham obserwować jak fantastyczne kształty przybiera zielony dym, jak się snuje po ogrodach  wśród sztachet i krzewów, przydając im jakiegoś nieziemskiego i baśniowego wyglądu –  tyle w nim tajemniczości i  romantyzmu…

i tak pięknie obejmuje,  i otula sobą wszystko co napotka…

kocham zapach tego dymu  –

gęsty i  zielony, jak jego kolor…

ma w sobie  woń  mięty  i macierzanki,  i tymianku, lubczyku, i oregano,  i majeranku,

i letnich, gorących wieczorów,

i kwiatów,  i liści  skąpanych rosą,

i ziemi przygotowującej się do snu,

i ma obietnicę…

i tajemnicę…

   

     Kocham jechać aż do jeziora, drogą  pośród drzew pyszniących się feerią barw…

miliona barw zebranych z całego świata, bo przecież jest tu i mahoń kardamonu sprzedawanego na targu w Kalkucie, amarant szafranu z  suku w Casablance, i królewskie złoto kurkumy z bazaru w Stambule,  jest purpura  morskich zachodów słońca nad Egejskim Morzem, i głęboki antracyt wulkanicznych  piasków  z cypryjskich plaż, i cytryny ,  i ochra  afrykańskiej ziemi, i ugier Sahary, i bursztyn z zagubionej bałtyckiej wydmy, gdzieniegdzie błyska jeszcze zieleń oliwnych gajów, jak  lata cudne wspomnienie… bogactwo barw jest tak wielkie, że aż  w głowie się kręci, niektóre nienazywalne, bo jak tu nazwać kolor będący mieszaniną moreli, gorzkiej czekolady, granatu, wrzosu, fuksji, cytryny, sepii i jeszcze bógwieczego???…

 

    Kocham usiąść na chwilę na piaszczystym, jeziornym brzegu, zapatrzyć się  w pomarszczoną leciutkim wietrzykiem jesienną wodę, ponadziwiać  pływającym po powierzchni kolorowym plamkom opadłych liści, ponawdychać powietrza przesyconego wonią tataraku  i jeszcze czegoś, ledwie wyczuwalnego i  nienazwanego…

gdzieś daleko widać mleczne żagle łodzi zmierzających do mariny…

dużo bliżej, podobne żaglówkom, dumne łabędzie rozpościerają szeroko skrzydła i chwytają wiatr…

a ponad nimi goreje niebo, mieni się, jakby pozazdrościło malarskiego przepychu liściom…

powietrze nie ma już tej przejrzystości co latem, ale i tak widzę jak  na drugim brzegu zaczynają tajemniczo błyskać maleńkie światełka…

każde oznacza czyjąś obecność,…

czyjeś ważne sprawy…

radości…

smutki…

może zdrady?…

może miłość?…

 a z jeziora rodzi się mgła…

    

   Kocham wracać do domu, już prawie na samej granicy dnia,  owiana wiatrem, pachnąca  zielnym dymem, napatrzona do syta kolorowym  cudownościom, zmęczona i trochę zmarznięta…

kocham przysiąść…  jeszcze na chwilkę…  z filiżanką herbaty pachnącej słodkością różanej konfitury, w otwartym oknie…

dać się otulić szeptom i szelestom, poprzyglądać jak gaśnie dzień – wciąż jeszcze  trwa, bo widzę ogród, ale powietrze staje się coraz bardziej mgliste, cienie drzew robią się z każdą minutą dłuższe i dłuższe…

już prawie zlały się  ze  zmierzchem wypełzającym z mrocznych  kątów ogrodu…

skądś, z innego świata,  dobiega zgrzytliwy, jęczący i tęskny głos piły, ale zamiast mnie irytować – w jakiś dziwny, czarodziejski  sposób potęguje uczucie spokoju…

i… sielskości…

i… nostalgii…

może dlatego, że ledwo się przebija przez gęste, mgliste  powietrze, że jest wytłumiony i  zupełnie niedokuczliwy…

znowu czuję woń zielonego dymu – znalazł drogę  do mojego ogrodu… wciąż jeszcze dostrzegam  przepych rubinowych  liści dzikiego wina, pnącego się po murze…

wyglądają jak duże, rozcapierzone dłonie, które za mgnienie pochwycą noc…

 A ja rozpalę ogień w kominku brzozowym polanem.

 Kocham jesień.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   Smochowice, wrzesień

 

 

 

 

 

Ten pean 😉 na cześć jesieni napisałam dwa lata temu, ale od tego czasu nic, a nic w tej materii się nie zmieniło – kocham, jak kochałam, piękna jak była, tak jest, więc i pean jak najbardziej aktualny 😉

 

Translate »