herbaciarka

now browsing by tag

 
 

CZERWIEŃ JAK PIEKŁO GORĄCA, SŁODKA JAK MIŁOŚĆ I JAK ARGENTYŃSKIE TANGO NAMIĘTNA…

 

Czas płynie nieubłaganie, nastała jesień, zima za progiem czeka, a z zimą i Święta.

Nic więc dziwnego, że moje listopadowe projekty na warsztaty w Skoczowie nawiązują do zimy i Świąt właśnie.

Przygotowałam dla Was zimowe, oszronione pudło na pachnące i rozgrzewające herbaty, tak przez wszystkich kochane, gdy za oknem śnieg, szklany lampion, magiczne szkiełko, które ożywa gdy rozświetli je migotliwy płomień, szklaną bombonierę na pierniki lub inne łakocie i naturalnie bombkę…

Łączy je czerwień, ostatnio mój ulubiony kolor, szkło, i oczywiście świąteczny klimat. I brokat, bo bez niego nie ma Świąt.

 

 

JESIENNA IMPRESJA….

Jesień.
Dla mnie najpiękniejsza ze wszystkich pór roku.
Działa na wszystkie moje zmysły.
Wyzwala we mnie pokłady spokoju, zadumy, refleksji,  o jakie bym się nawet nie podejrzewała.
Czaruje barwami, rozczula mgłą, gra deszczem i szumi wiatrem.
Czekam na nią cały rok, dużo wcześniej sprawdzam czy liście wciąż jeszcze zielone, czy może ta pierwsza czerwona plamka na którymś to może już? A może te brylantowe krople nanizane na pajęczą sieć są znakiem, że przyszła? Albo pierwszy zielony dym w ogrodzie jest jej zwiastunem?
Ale dopiero gdy zobaczę karminowe korale na jarzębinie, gdy znajdę pierwszego, brązowego i aksamitnego kasztana, gdy o poranku i wieczorem widzę ogród ubrany w zwiewne mgły –  wiem na pewno – już jest!
Jesień.
Pora wyciszenia i spokoju.
Pora, gdy znów w kominie mieszka dym.
Pora miliona barw.
I śliwkowych powideł.
I herbaty pachnącej pomarańczą.
I skaczącego po brzozowych polanach, wesołego ognia.

I płaczących deszczem szyb.

To jest właśnie jesień. Moja jesień.

W tym roku powitałam ją herbaciarką – delikatną, w kolorze perłowej, październikowej mgły gdzieniegdzie przetykanej jasnymi promieniami chłodnego słońca i błyskającej lazurem jesiennego nieba.

Prawie czuję, jak z jej wnętrza wydobywa się zapach mojej ulubionej herbaty z pomarańczą…

 

Nazwałam tę skrzynkę Jesienną Impresją – prawda, że się z jesienią kojarzy ?

Więcej o sposobie jej zrobienia i mediach, których użyłam znajdziecie na blogu ZieloneKoty.

HERBACIARKA – EFEKT KOŚCI SŁONIOWEJ…

 

 

 

Wykonana w technice mixed-media, z czterema komorami, z wykorzystaniem efektu kości słoniowej.

Kolorystyka beżowo-brązowo-czarna.

BO WIEDŹMY LUBIĄ HERBATĘ…

 

Taką pachnącą różą.

Albo taką z kardamonem.

Albo z cytryną i kroplą soku malinowego.

Albo z goździkami i cynamonem.

Albo z hibiskusem.

Albo…

 

Wiedźmy normalnie działają na kawę.

Ale herbatę lubią.

Też.

Szczególnie w dżdżysty, zawodzący wiatrem,  siwy od mgły, jesienny wieczór.

Lubią sobie przysiąść przy strzelającym iskrami kominku, z kubłem aromatycznej, ciepłej herbaty z rumem, lubią się zapatrzeć w ogień, posłuchać śpiewu wiatru w kominie, odpłynąć do krainy marzeń…

Tak, wiedźmy zdecydowanie lubią herbatę też.

A skoro tak, to muszą mieć przecież herbaciarkę.

Specjalną, wiedźmińską.

Herbaciarka, cztery przegrody

transfer

kolorystyka oliwkowo-szaro-grafitowa

wosk matowy

Inka Gold, mika, bejca, olej

Z POTRZEBY CHWILI – HERBACIARKA

 

 

 

powstała jako odstresowywacz i antydepresant, w przerwie pomiędzy innymi, koniecznymi działaniami na niwie decou.

 Szybko i bezproblemowo.

 Było mi potrzebne takie bezproblemowe, bo…  było i już.

 Praca prosta, łatwa i przyjemna, a do tego błyskawiczna.

 Zrobiłam i zaraz się lepiej poczułam 🙂

 Boki –  bejca, olej i wosk

 wieko – szlagmetal, farby metaliczne i mika, bitum, patyna

 grafika skomponowana własnoręcznie, wydrukowana i przetransferowana

 środek – olej i szablon (farba metalizowana)

 całość lakierowana w macie, woskowana

utrzymana w klimacie vintage

 

 

 

 

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE…

 

 

 

 

 

…łatwo i przyjemnie, bo i temat przewodni mi leżał – dmuchawce (latawce, lalala…)

a i kolory moje

no i  zielone światło było mi dane, więc żadnych ograniczeń, czyli żyć, nie umierać…

I było pięknie.

Do czasu.

Wieko wyszło tak jak chciałam – dmuchawce ok, maziajów w sam raz, kolory rozłożyły mi się smakowicie, nawet byłam zadowolona.

I wtedy mnie podkusiło, jak nic czart się wmieszał w interes, na pokuszenie powiódł, siarką owionął, czujność uśpił, Szarą jedynaczkę otumanił niczym najlepsze zioło.  I   zepsułam! Nie, nie wieko na szczęście, a bok…

Zachciało mi się efektów specjalnych, wtopienie srebra w farbę mi się zamarzyło i przygrzałam. A trzeba było najpierw się zastanowić, pomyśleć (ale jak na Boga, skoro Szara oczadziała w kątku czerepu siedziała i była niczym ta biedroneczka, co to ani rączką, ani nóżką?) albo było próbę najpierw sobie strzelić na czymś, na butli na ten przykład może… było… A ja przygrzałam i spsułam 😉 ten bok koncertowo – farba się podniosła, jeziorko się zrobiło i ręce mi opadły… na chwilę na szczęście, bo zaraz rzuciłam się ratować – wywinęłam brzegi tej podniesionej i zgrzałam ją na tych nieszczęsnych brzegach, do środka turkusu rzuciłam (chyba obraz onego jeziorka mi się przed dusznymi oczyma utrwalił, bo skąd  by mi się niby ten turkus wziął?), a potem, nie wiadomo po co i na co, kropnęłam jeszcze na niego czerwienią. Pozostało mi już tylko zatopić tego zonka w UTEE i modlić się, żeby Inwestor  pomyślał, że to właśnie tak miało być 🙂

I pomyślał!

Ale moja wrodzona uczciwość (zawsze się wyrwie, zołza niemyta, przed szereg) kazała mi jednak wyjawić prawdę…

No i po co – się pytam -po co?!   Inwestor i tak  nie uwierzył i wyszłam na kłamczuchę 🙁 …

Czyli co za tym? Czyli uczciwość nie popłaca.

Mówię to szeptem i w tajemnicy i lojalnie uprzedzam –  jak ktoś mi to wytknie, to się wyprę w żywe oczy!

A potem zrobiłam próbę. Tego srebra w tę farbę. A że jednak byłam wyprowadzona z równowagi, to padło na co?

Tak właśnie.

Na butlę.

Bo ja tych butli… itd itp.

 

 

 

 

 

 

 

 

PUDŁO W TURKUSACH RESIST STAMPING…

 

 

 

 

 

 

Nic nie będę o nim pisać, bo to wciąż z kategorii Trudne Piękno

Niech się broni samo.

HERBACIARKA Z RELIEFEM…

 

 

 

W zupełnie nowym dla mnie kształcie, z czterema przegrodami.

Boki w kolorze lekko połyskującego srebra wydobywającego rysunek słoi i hebanowych przetarć, wieko – gładka srebrno-szara rama, środek – czerń przetarta bitumem (faktura), z rozrzuconymi drobinkami złota i turkusu – tworzy tło dla reliefu w kolorze metalicznego brązu cieniowanego złotem, srebrem i miedzią (całość patynowana).

Wykończenie – elementy drewniane – wosk, ciemne tło – lakier półmat, relief – lakier w wysokim połysku.

 

NOWOROCZNY CUD…

 

 

 

 

…. zdarzył mi się!

I zaskoczył tak, że wciąż jeszcze w zaskoczeniu i niedowierzaniu trwam.

I nie chodzi tylko o to, że dotychczas nigdy o takim noworocznym nie słyszałam – o wigilijnym i owszem, ale o noworocznym – nigdy, a o to, że zgodnie ze wszystkimi znanymi mi prawidłami on nie miał prawa się zdarzyć!

 A się zdarzył…

  Miałam na warsztacie herbaciarkę.  Nic specjalnego – spokojna, szara, z lekkimi przecierkami, jedyną fanaberią w niej miał być krak na tylnej ściance wnętrza – takie srebrne, cienkie linie na tej szarości, tak sobie ją wymyśliłam – praca prosta, nieskomplikowana i łatwa.

   Nie jestem wielką fanką kraków, nieczęsto je robię, a jeśli już, to raczej dwuskładnikowy… I nie to, że się go boję – nie boję się, nie czuję przed nim żadnego respektu, i nie, że mi nie wychodzi, bo odpukać – wychodzi, specjalnych kłopotów z nim nie miewam, pęka zawsze i – jeśli już robię – to zazwyczaj wychodzi tak jak chcę…

Teraz też miało tak być…

   Kraka położyłam automatycznie, tak jak zawsze, nie zmieniałam ani grubości warstw, ani warunków schnięcia, ani jego czasu – wszystko tak jak zwykle… i… nie popękał!

Nic, a nic! Nawet jednej najmarniejszej kreseczki… Nic!

Wqundulenciło mnie to ostro, ale nie miałam czasu żeby przeanalizować w czym rzecz.

Widocznie herbaciarce nie dane było tego kraka nosić , nie to nie.

Nawet nie zmywałam tego kraka, przetarłam jeno papierem lekko,  tak tylko, żeby wyrównać powierzchnię  i przemalowałam wnętrze na jasno, żeby taka smutnoszara nie była, a zanim farba wyschła dałam jeszcze drugą warstwę w odcieniu leciutkiego turkusu, przetarłam i zostawiłam do wyschnięcia… To było wczoraj.

A dzisiaj oczom własnym nie wierzyłam – na farbie (!) pojawiły się piękne, duże spęki…

Nie miały absolutnie żadnego prawa się pojawić – a się pojawiły…

Ano nic innego jak cud! Noworoczny.

Choć gdyby ktoś mi to opowiadał, to z całym szacunkiem, ale bym nie uwierzyła…

 Cieszę się jednak ogromnie, bo – zgodnie z powszechnie znanym przysłowiem – „Jaki Nowy Rok, taki cały rok” – czeka mnie rok cudów… no  i bardzo dobrze, bo mam z tym rokiem wielkie plany związane  🙂

I mam nadzieję, że będzie w cuda obfity. I nie tylko w kwestii kraków…

 Czego Wam i sobie życzę.

 A herbaciarka dostała jeszcze dekor na front i medalion na tę popękaną ściankę, trochę bitumu, trochę past pozłotniczych i prezentuje się tak: 

wspomnieniowo – h jak herbaciarka

 

 

 

 

 

 

 

Translate »