efekt rdzy

now browsing by tag

 
 

A PO DNIU PRZYCHODZI NOC…

 

Pojechały!
Moje Budrysy pojechały. Do domu! Swojego!
Po dwóch tygodniach bytności w siedzibie rodowej – pojechały.
Nie powiem, poczułam ulgę. I zmęczenie…
I żeby nie było – ja bardzo kocham moje Budrysy,  cieszę się jak są obok i lubię z nimi być.
Ale teraz poczułam ulgę. Rozlała się po całym mym jestestwie, jak ciepła, morska fala rozlewa się po nagrzanym, złotym piasku plaży. Otuliła, jak letni wiatr otula drzewa. Wypełniła całą, jak powietrze wypełnia wszystko wokół…

– Nareszcie! – szepnęła Szara, bo na tyle ją tylko było stać, na szept jeno, i legła bez życia w najdalszym i najciemniejszym kącie czerepu.

Nawet jej się nie dziwiłam. W końcu przez ostatnie dwa tygodnie uczciwie pracowała, bez przerwy na sen i wikt, że o opierunku nie wspomnę, na najwyższych obrotach, przez 24 godziny na dobę, nie zważając na porę – dzień czy noc.

Nawet Orin hrabia Kot, absolutny władca siedziby, niekwestionowany i jedyny, kochający Budrysy jak swoje własne kociecięstwo  całym sercem, noskiem, uszkami, łapkami i ogonkiem, zawsze skory do swawoli z nimi – miał dość. Serdecznie, noskowo, uszkowo i łapkowo. I ogonkowo też.
Każdy by miał dość, a co dopiero hrabia…
Traktowany przez Budrysów bez śladu respektu należnego władcy, robiący za obiekt
bezceremonialnego wyrywania swojej boskiej osoby z rąk do rąk budrysowych, wpychania paluchów do uszu, zaglądania do pyszczka celem prześledzenia drogi pokarmu micha-żołądek, zakłócania świętego czasu snu, kąpania w umywalce, łapania za ogon, żeby czmychnąć nie mógł, oraz innych jeszcze, mających znamiona tortur rodem ze średniowiecza, czynności, których nazw nawet nie będę wymieniać, bo sama myśl o nich budzi grozę i woła o pomstę do nieba.
Spojrzał więc tylko na drzwi zamykające się za Budrysami, darując już sobie bezpośrednie ocieranie o nogi wychodzących, co jest u niego obowiązkowym rytuałem pożegnalnym, wzrokiem wyrażającym ogromną ulgę, starannie omijającym miejsce, gdzie kotłował się cały jego koci dobytek w postaci wędek z piórkami, myszek z kocimiętką i bez, piłeczek różnorakiego autoramentu, piszczących, szeleszczących, skaczących – i legł z westchnieniem tam, gdzie stał. Znaczy na płytkach, bo cofnięcie się choćby krokiem jednym na dywan przerastało w tej chwili jego siły.

– Nareszcie – powtórzyłam za Szarą – nareszcie!

Powiodłam wzrokiem po zszarganej siedzibie rodowej, leniwie omiotłam okiem leżące pod komodą kredki, dwa resorki (jeden spoczywający nie wiedzieć czemu na dachu) garażujące na kuchennym blacie, zerknęłam na kocie zabawki, skotłowane według jakiegoś tajemniczego planu, znanego tylko Budrysom (nie wolno ich było przestawić, bo zaburzało się ten plan tajemniczy, zabawki na chwilę ułożone przeze mnie, natychmiast były przywracane do stanu wcześniejszego z groźnym przesłaniem – tak to ma być!), dwa kubki z niedopitym sokiem na okiennym parapecie, but na schodach (mój… ale nijak nie mogłam sobie przypomnieć żebym go tam zaparkowała) i całą resztę bajzlu, i zamknęłam oczy.

– Rany… ale jestem skonana… – uzmysłowiłam sobie resztką sił – ale za to nic nie muszę! a nie, nie… muszę… jedno muszę – odpocząć!!
Tymczasem pomalutku kończył się dzień. 

Powoli, niespiesznie, odchodził ze strony „jest” na stronę „był”, pozostała mu  tylko chwila by stać się wspomnieniem…
Za oknami czaił się wieczór, zasnuwając zmęczoną siedzibę coraz gęstszym mrokiem, wydobywając z kątów jakieś fantastyczne, bajkowe cienie, kładąc się spokojem na podłodze. Przyglądałam się temu leniwie, jakby zza szyby, wypompowana z wszelkiej energii.
Orin hr. Kot spał.
Najlepszy z Nieletnim pojechali na mecz (Lech wygrał!!).
Byłam sama, wykończona, z jedną kołacząca się myślą – odpocząć…
Odpocząć, odpocząć, odpocząć, bo ze zmęczenia nie zasnę…
Powoli zeszłam do pracowni, zapomnianej przez ostatnie dwa tygodnie, zapaliłam światło…
……………..
Gdzieś z tyłu głowy zarejestrowałam powrót domowników (stąd wiem, że Kolejorz ma Puchar, czy Mistrza, albo jakoś tak…)
……………..
O trzeciej z minutami zamknęłam za sobą pracowniane drzwi, po omacku znalazłam drogę do swojego małżeńskiego łoża – bez zapalania światła, żeby nie budzić hrabiego Kota, i spokojnie oddałam się objęciom Morfeusza…
…………….
A rano zrobiłam zdjęcia.
Dużo zdjęć 😉 

 

Pudło

mixed-media

złocenia, efekt rdzy

 

A Ori hrabia Kot śpi nadal…

ZARDZEWIAŁA KSIĘGA…

Obiecałam, że napiszę jakie miałam z nią przeboje i – jak boni dyni – napiszę!!

Tylko trochę później, bo to długie by było, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji i w dodatku zagmatwane bardzo, a ja w tej chwili myślę tylko o czekającym mnie wyjeździe i spotkaniu z wiedźmami pokrewnymi mi duszą. Nijak się do tego pisania nie potrafię zabrać…

 

 

 

 

Ale napiszę.

Później.

Kiedyś.

A teraz tylko króciutko – księga jak księga. Drewniana jest. Ale żeby nie było tak prosto, oczywiście i – nazwijmy rzecz po imieniu – nudno, pokusiłam się o „zróżnicowanie” powierzchni pod to rdzewienie.

I tak oto uzyskałam trzy różne efekty rdzy – inaczej na drewnie, inaczej na metalu, a jeszcze inaczej na kartonie.

Każdy też od razu zauważy, że wynik moich rdzewień ma ścisły związek z moją nieustającą fascynacją pracami Andy Skinnera, która to fascynacja trzyma mnie mocno od dawna, i wciąż dobrze się ma 🙂

Nawet użyłam na owej jejmości pordzewiałej jego fantastycznych szablonów, którymi takoż zauroczona jestem.

No a teraz ONA PORDZEWIONA w swej rdzawej postaci 🙂

Dodatkowe zdjęcia porobiłam – teraz widać i rewers, i awers 🙂

Translate »