deska

now browsing by tag

 
 

STÓŁ BYŁ, STÓŁ JEST…

 

 

 

Kupiłam go przypadkiem, pewnej ciemnej nocy na popularnym portalu aukcyjnym.

Obudził mnie deszcz, padał jakoś wyjątkowo głośno, wstałam więc, żeby zerknąć w okno. Padał. Mocno. I głośno.

Pomyślałam, że w takim hałasie i tak nie zasnę. Podeszłam do komputera, otworzył mi się wiadomy portal – przysięgam, sam z siebie się tak otworzył – a tam aukcja ze stołem…

Sama do końca nie wiem jak i kiedy kliknęłam „KUP”, bo chyba działo się to poza moją świadomością. Nie sprawdziłam nawet jakiej jest wielkości, w jakim stanie. Tak naprawdę nic nie sprawdziłam, ba, nawet nie przeczytałam opisu aukcji. Kliknęłam, bo zauroczyły mnie nogi…

Potem spokojnie wyłączyłam komputer i wróciłam do łóżka.

Dopiero rano przyjrzałam mu się dokładniej i okazało się, że jest dokładnie taki, jakiego od pewnego czasu szukałam, bez nadziei  zbytniej zresztą na poszukanie. Każdy znaleziony miał jakiś mankament, a to był za wysoki, albo za niski, za duży, albo za mały, kwadratowy, albo podłużny, zbyt wymyślny, albo bez charakteru. A ten się okazał idealny – okrągły, wysoki w sam raz, nie za duży i nie za mały, i jeszcze te nogi, które mnie uwiodły…

Przyjechał do mnie tuż przed świętami i całe trzy dni stał zapakowany na tarasie, a ja się doczekać nie mogłam, kiedy wreszcie siedziba rodowa opustoszeje po najeździe świątecznym, kiedy się wyciszy i odetchnie, a ja z dziką rozkoszą go rozpakuję i będę się napawać jego pięknem.

No i nastał wtorek. Rozpakowałam go raniutko. I znów zobaczyłam nogi – piękne. Potem co prawda zobaczyłam i resztę, już nie tak piękną jak owe cudne nogi – uszkodzony dość mocno i w różnych miejscach fornir, szramę na blacie, pęknięte spojenia krzyżaka, wyłamany kawałek drewna w stópce, jakieś plamy na rancie blatu – ale jakoś specjalnie mnie to nie przeraziło i z dziką rozkoszą zabrałam się za robotę, bez planu i pomysłu na całość. Ten brak planów to u mnie akurat nic nowego, rzadko (żeby nie powiedzieć nigdy) mam jakieś mgliste pojęcie o tym, co też chciałabym zrobić, więc nawet tym brakiem wizji sobie nie zawracałam głowy.

Naprawianie szkód zajęło mi cały dzień, ale potem poszło już z górki i oto dziś stół stanął na swoim docelowym miejscu.

Nie wiem czy jest taki, jaki miał być, ani czy właśnie taki chciałam, bo nie wiem jaki chciałam. Jest jaki się zrobił. Sam. Ja tylko trzymałam pędzel.

Ale jedno jest pewne – nogi wciąż ma piękne 😀

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

A WIOSNĄ W SIEMIANACH…

… będzie się działo!

Liczę, że się spotkamy 🙂

Będę na Was czekać.

 

 

 

DESKA Z KOGUTEM…

Nie jest żadną tajemnicą, że drób należy do jednych z moich najbardziej ulubionych motywów.

Lubię te wszystkie kury i koguty. A szczególnie koguty właśnie. Są takie dumne, kolorowe i wojownicze. I te ich ogony… wiem, wiem, daleko im do pawich, nie są ani tak okazałe, ani aż tak kolorowe, wiem. Ale te  długie, kogucie pióra, układające się miękką linią, błyskające amarantem, malachitem i złotem, lekko falujące przy każdym kroku, zawsze mnie fascynowały… No lubię drób i już 🙂

 

Postanowiłam więc wykorzystać ten mój ulubiony motyw w kolejnej inspiracji wykonanej dla ZielonychKotów i powstała mix-mediowa deska z kogutem. Sposób jej powstania i wykaz potrzebnych preparatów znajdziecie tu.

CO ROBI KOBIETA GDY NIE MA CZASU?…

Gdy kobieta nie ma czasu to głupieje…

Zamiast sprzątać po remoncie – a jest co sprzątać jeszcze, oj, jest! – kobieta idzie do pracowni i robi dekoracje na ściany, bo niektóre jeszcze gołe zostały. Jakby nie mogły sobie takie gołe trochę pobyć. Przynajmniej kolor tych ścian jest widoczny. Bo przecież w końcu po to kobieta remont robiła, co by stary kolor zmienić i teraz nowym się cieszyć. Ale nie… kobieta musi zaraz coś pokombinować i ponawieszać… jakby za dużo czasu miała, a przecież nie ma, bo w tym tempie to i do Gwiazdki się z porządkami nie wyrobi.

Albo może kobieta chciała odreagować po tych jasnościach z poprzedniego postu? 

I zrobić coś równie jesiennego, jak to poprzednie, ale jednak w bliższych jej mrocznościach?

Tak. To musiało być odreagowanie, nic innego. No bo przecież nie to, że kobiecie się sprzątać nie chce 😉

 

 

Tryptyk JESIEŃ

dekoracje na desce, struktura, przecierki, złocenia

NO ZROBIŁAŚ MI WRESZCIE TEGO ANIOŁA??…

 

 

 

Dzisiaj też będzie o aniołach, ale zgoła innych.

Przyznam, że ich zrobienie było dla mnie nie lada wyzwaniem i traumą, bo zleceniodawcy stali nade mną bez przerwy, podpowiadali i komentowali postępy w pracy i co tu dużo mówić – krytykowali ile wlezie – a to, że włosy nie takie, a to, że sukienka na jednym bardziej, a aureolka nad drugim  ksyfsa, a to, że jeden ma więcej literek, a drugi ma nóżkę wyżej, a to, że niebieski jest za mało niebieski, a to… ech, szkoda słów…
A jedności i zgody w narodzie nie było za grosz, bo jeden chciał niebiańskiego przedstawiciela odziać koniecznie w kosulkę ze spajdelmenem, a drugi oblec w mundur konfederata (autentyczne, nic a nic nie ściemniam!),
do tej pory nie mogę wyjść z szoku, że w końcu, po niekończących się negocjacjach, obaj jakimś cudem zgodzili się na białe giezło.

Anioły są zatem zrobione na specjalne życzenie Budrysów i według ich „dokładnych” wytycznych miały być:

– na desce (nie wiem skąd im się ta deska wzięła, pewnie stwierdzili, że skoro inne anioły na deskach robię, to i ich mają być też takie… niestety odpowiednich desek akurat nie miałam, więc zrobiłam na kawałkach barlineckiej, odpowiednio złachanych),

– koniecznie/bezapelacyjnie/i tylko w niebieskościach (czyli w sferach kolorystycznych doskonale mi obcych),

– i z literkami,

– i tańczące,

– i mają mieć listki (?),

– i gwiazdki (!),

– i zegar, ale „taki mały zeby go nie było widać, ale zeby był, wies jaki, plawda?”,

– i mają być absolutnie i zupełnie takie same tylko inne Naughty

No, łatwo nie było…

Nawet w pewnej chwili myślałam, że osiwieję i zaraz potem wybuchnę niby jaki noworoczny fajerwerk, ale w końcu dałam radę, choć przyznaję się dobrowolnie do manipulacji – końcowy efekt deczko nagięłam pod siebie, gdy cerbery spały – szczególnie w kwestii ocieplenia jadowicie niebieskiego koloru, wybranego przez Budrysów na tło, dodając mu trochę czerwieni i turkusów, tyle tylko, żeby nie zbijał patrzącego natychmiast, a dopiero po chwili… na więcej się nie odważyłam, bo i tak musiałabym przemalowywać, znam moje Budrysy od podszewki – zobaczyłyby natychmiast i nie odpuściłyby mi nawet na pici kłak… Kenshin2

A to, jakie wyniki dała nasza kolektywna praca (ha,ha,ha…kolektywna!!! w tym tercecie byłam tylko wyrobnikiem Sad), oceńcie sami Smile

 

I już wiem, skąd im się wzięła deska, przypomniała mi wczoraj o tym Shanni, mówiąc, że przecież sami tę deskę łowili…

No fakt!!!
Parę tygodni temu łowili Smile
A ściślej, zobaczywszy ją pływającą w toni jeziora Kierskiego – nie bacząc na narażanie życia Najlepszego, zmusili go siłą (znaczy prośbą, groźbą, przekupstwem i wypychaniem) do wejścia do wody i wyłowienia jej z głębin, wzbudzając tym ogólną wesołość na plaży, a jeszcze większą okazując żywiołową radość po szczęśliwym wyłowieniu, wydając pełne zachwytu dwuwrzaski w stylu „jaka ona piękna!!” i „jaka slicnie stala, plawda??!” (hmmm… podejrzewam, że niechcący obdarzyłam ich pewnym genem…).

Najlepszy zeznawał później, że przyglądająca się tej interesującej scenie gawiedź, w ilości rosnącej w postępie geometrycznym , wprost tarzała się w piachu ze śmiechu, co na Budrysach nie wywierało żadnego wrażenia.

A potem Budrys Starszy, który raz wziąwszy ją w ręce nie pozwolił już jej sobie z nich wydrzeć, bohatersko wiózł zdobycz do domu, przytroczoną do pleców koszulką zamotaną wokół brzucha, bo Najlepszy nie wykazał się był Wink zmysłem przewidywania i żadnego powrósła ze sobą nie wziął, a inaczej nie dało się prowadzić pojazdu, znaczy rowerka, a do plecaka się nie mieściła.
A jeszcze później wpadli w drzwi siedziby rodowej jak huragan zmieszany z orkanem.
– Zobacz jaką pięęękną, starą deskę dla ciebie zdobyłem!!!! – darł się Budrys Starszy machając mi przed nosem mokrą dechą wyrwaną z jakiejś ławki, jak wskazywały ślady – i jaki ma fajowy gwóźdź!!!!.
– I ja! I ja tes zdobyłem pięęękną deskę, plawda? – Budrys Młodszy bardzo często kończy zdanie wyrazem „prawda” z pytajnikiem na końcu, upewniając się w słuszności swoich sądów 😉 –  Zobac!!!! – wtórował Starszemu, wciskając mi w rękę… patyk od loda i wlepiając we mnie swoje oczy wielkości najpiękniejszych błękitnych pater (normalnie ma je wielkości spodków, ale w chwilach podniecenia to one mu się zwiększają i to do rozmiarów niekontrolowanych).
– Zrobisz mi anioła??
– I dla mnie tes zlobis, plawda?
No rozczuliłam się wtedy na całego, i tym, że dechy były piękne i stare, i tym, do jakiego poświęcenia są zdolne Budrysy, żeby sprawić mi radość starą dechą (Najlepszy przysięgał, że nawet nie zauważył kiedy Młodszy wygrzebał z piachu swoją „dechę” i gdzie ją schował, bo kieszeni w spodenkach nie miał… musiał ściskać w rączce… i musiało mu być strasznie niewygodnie swój pojazd prowadzić…).
I zaraz też wysłałam swoją radość w świat chwaląc się Shanni-Dorci Smile
I faktycznie wtedy obiecałam, że im zrobię anioła…
No a teraz przyszło mi się z obietnicy wywiązać, bo Budrysy strasznie pamiętliwe są i każde „obiecałaś” bezwzględnie egzekwują Smile

A dechy mam!
Oto dowód

 

anioł, deska 350x250mm, relief, stencil, mika, patyna, wosk

ANIOŁY DOMOWE – SEXTUS, NIOSĄCY KWIATY…

 

 

 

 

 

Sextus, to kolejny anioł z rodziny ANIOŁÓW DOMOWYCH.

Urodził się z numerem szóstym.

Praca nad nim, podobnie zresztą jak nad poprzednimi, dała mi wiele satysfakcji i radości. Nie da się zaprzeczyć, że lubię je robić i to na równi z moim ukochanym szkłem 🙂

Sextus, mający przydomek Niosący Kwiaty ( bo plamy przy jego rękach jakoś tak same w kwiaty się ułożyły) powstał – tak jak i jego starsi bracia – na desce, a właściwie na trzech deskach oprawionych w ramę, na specjalne życzenie jednych takich moich przyjaciół 🙂

Deski zostały specjalnie wyszczotkowane, żeby wydobyć ich fakturę, potem zabejcowane i zaolejowane.

A później to już poooszłooo… Nawet dokładnie nie wiem co i jak po kolei, bo szybciutko uleciałam w światy równoległe tracąc kontakt z bazą.

 

 

deska w ramie 220×220 mm

mixed media

bejca, olej, szlagmetale, miki, bitum, stencil (farba strukturalna, relief (masa modelarska) patyny, pasty pozłotnicze

wykończenie – wosk mat

ARCHANIOŁ MICHAŁ, IKONA NA DESCE

 

 

 

 

 

Należę do tych osób, które lubią ikony. Przy czym nie wnikam w ich religijny przekaz i nie on mnie pociąga –  ja lubię je robić, na razie wykorzystując różne znane mi techniki, z prawdziwym pisaniem ikon mające niewiele wspólnego… ale kiedyś… być może…  w bliżej niesprecyzowanej przyszłości…  odważę się i spróbuję jakąś napisać… być może…

To właśnie miłość do ikon pchnęła mnie lata temu w kierunku decoupage i kazała zgłębić jego tajniki, bo namiętnie pragnęłam sobie  jakąś zrobić.

Od tego czasu popełniłam ich już sporo i wciąż nie mam dość, wciąż  wracam do nich w miarę regularnie, ot tak sama z siebie, żeby sprawić sobie samej przyjemność. 

Dzisiaj kolejna, z pokaźnego już, „mojego” ikonostasu – Archanioł Michał 

Powstała na naturalnie starej, kilkudziesięcioletniej desce, dodatkowo jeszcze przeze mnie poddanej wielu dziwnym torturom, stawiającym włos na głowie każdej zdrowej na umyśle osobie, w celu dodatkowego jej postarzenia. 

Zależało mi na uzyskaniu wrażenia, że ów Archanioł na tej desce był od zawsze, przy czym pod „zawsze” rozumiem przynajmniej jakieś siedemset lat 🙂 

stąd olbrzymia ilość przetarć, przebarwień, pobrudzeń, pęknięć i  innych zadziorów, których mu nie szczędziłam, stąd dużo ciemnych barw – brązu i czerni, które później rozjaśniłam srebrem, dodając relief i delikatne srebrne błyski na tej sponiewieranej  i steranej życiem desce, a jeszcze później, o ironio, to srebro pobrudziłam i spatynowałam…

 

 

Ikona, deska 19x21x2 cm, mixed media, woskowana

 

ANIOŁY DOMOWE – QUINTUS, ANIOŁ CODZIENNEJ TROSKI…

 

 

 

 

Quintus urodził się piąty.

 

 

 

 

 

Przysiadł  na desce spokojnie

skrzydła połyskujące srebrem

jak jutrzenka delikatne

perłowe jak mgła

odważnie rozpostarł  na wiatr

otulił się płaszczem piór

i zapatrzył  w dal

hen

za horyzont

rękoma objął kolana  

głowę wdzięcznie skłonił 

i zadumał się

i rozmarzył 

jak tylko anioł potrafi…

Anioł Codziennej Troski

będzie zbierał i sklejał okruchy miłości co się w życiu potłukły na milion kawałków

rozsypane puzzle przyjaźni ułoży  w nowe obrazy

będzie leczył blizny po łzach

pieścił wspomnienia

kolekcjonował dawno przeczytane listy…

 

Zbiera siły.

 

Mówią, że anioły mają zieloną duszę.

 

 

 

 

z cyklu ANIOŁY DOMOWE

deska, mixed media, olej, wosk

 

CARPE DIEM

 

 

 

 

 

 

– Halo, dzień dobry, mam na imię Andrzej, czy ja mógłbym u pani zamówić deskę? – słuchawka odezwała się męskim, młodym i przyjemnym dla ucha, trzeba dodać, głosem.

– Deskę? – zastanowiłam się błyskawicznie – a nie, nie…  chyba nie… ba, nawet na pewno nie bo aktualnie żadną nie dysponuję niestety, dzień dobry, a na co ona panu?

– Oj przepraszam, nie deskę, ja mam deskę, chciałbym zamówić coś na desce…

– Może sery? – podsunęłam uprzejmie, bo co to szkodzi być uprzejmym, nawet bezinteresownie – sery na stanie posiadam, w ofercie mam aktualnie trzy gatunki, w tym harceński, jeśli pan śmierdziele lubi, ja nie lubię, ale dla Najlepszego trzymam, bo on dziwnie jakoś w tym staroskarpetkowym odorze gustuje, więc mam, no i w miarę świeże nawet, pomimo upału, bo w lodówce je kiszę, to co? mają być?

– …

– Halo, jest pan tam? haaalooo… jak nie sery to może żelazko? też w parze z deską… bo żelazko  jest coś i bywa na… albo – ja wiem? – może surfera pan życzy?, a nie, sorry, surfer to ktoś, a nie coś – moja Szara jedynaczka jak nic zwietrzyła zabawę i najwyraźniej zaczynała się rozkręcać – albo…

– Zaraz, zaraz…  zacznijmy jeszcze raz – słuchawka  wpadła Szarej w słowo bardzo speszonym głosem  – no więc dzień dobry, mam na imię Andrzej i chciałbym zamówić u pani prezent dla siostry, bo ona ma osiemnaste urodziny, znaczy takie coś na desce, czyli, jak pani się zgodzi, to ja bym dostarczył deskę, a pani by coś na niej zrobiła, jak się pani zgodzi oczywiście, to ja bym bardzo prosił – wypaliła na jednym wdechu.

Ta słuchawka.

Męskim głosem gadająca.

Miłym, trzeba dodać.

Coooś? A co to by miało być za coś?

– Może jakiś obrazek?… – podpowiedział głos nieśmiało.

– Aaaaa, mam zrobić jakiś obrazek w formie cosia dla siostry-jubilatki w ramach braterskiego prezentu… no rozumiem, a konkretnie to co?

– A konkretnie to ja zupełnie nie wiem – zmartwiła się słuchawka głosem pana Andrzeja.

Miłym, trzeba dodać.

– Gdyba pani coś tak sama, to byłbym wdzięczny, oczywiście gdy się pani zgodzi… proszę, bardzo mi zależy…

Głos nie miał bladozielonego pojęcia, że pani już się zgodziła była i to z wielką ochotą…  już w chwili, gdy się zorientowała, że dostanie wolną rękę, a i o deskę się kłopotać nie będzie musiała.
To „proszę, bardzo mi zależy” było poniekąd zbędne i głos panaandrzejowy, miły, trzeba dodać, spokojnie mógł sobie darować, choć przyznaję, że fajnie było słyszeć…

No a potem zrobiłam coś
Coś, co łączy minione już dzieciństwo postacią szmacianego pajacyka, żegnanego przez dziewczynę, z dorosłością, w którą wkracza  kobieta (stąd motyw zegara symbolizującego upływ czasu), dostając na tę dorosłą drogę motto – Carpe Diem…

Deska została specjalnie postarzona (szczotkowanie), pobejcowana i pokryta olejem, dodatkowo dałam jej trochę patyn i bitumu, żeby zróżnicować kolor tła, przetarłam miedzią i złotem, zielenią i ciepłą czerwienią podkreślając nierówności, użyłam szablonu i metalicznego lakieru, oraz tego samego szablonu i masy strukturalnej w kolorze czarnym, który to czarny zresztą częściowo zasłoniłam złoceniami.

W wyniku powyższych czynności powstało coś, co nie pozwoliło się w żaden sposób sfotografować w całości w zadowalający sposób, we fragmentach bardzo proszę, od wyboru do koloru fajne jest, ale w całości za chińskiego boga się nie dało i już.
Zdjęć zrobiłam milionpięćsetstodziewięćset i z tych prób nie wybrałam ani jednego zadowalającego konterfektu cosia, więc wzięłam pierwsze lepsze, bo jednak ogląd całości jakiś być musi.
Trudno, jest jak jest.
I już.

Mam tylko nadzieję, że Wy, którzy to oglądacie, dysponujecie wystarczającymi pokładami wyobraźni…

BO NA TARASIE FAJNIE JEST…

 

 

 

 

… wszyscy wiedzą, że fajnie, Ameryki nie odkryłam, ale co tam – fajnie jest mówić, że na tarasie fajnie jest. Bo jest  😉 .

A sezon tarasowy właśnie  zaczął  się był 😉  na dobre.

W tym roku jakoś tak wyjątkowo wcześnie i znienacka, zupełnie nie przejmując się kalendarzem, no bo kto to widział, albo słyszał, żeby w kwietniu (w kwietniu!!) wychodzić rankiem z kawą na łono przyrody (no dobra, na łono ono aż nie, zatrzymuję się jednak w przestrzeni tarasowej, ale zawsze! W KWIETNIU!!!) i to z własnej, nieprzymuszonej woli, i bez obrzydzenia, i bez wstrząsania jestestwem swym  jakimś dreszczem z zimna powstałym? Nikt! Przynajmniej wśród  współczesnych mi jednostek człekokształtnych nikt! Przeprowadziłam na tę okoliczność ankietę w celach naukowych i wyniki są jednoznaczne – owszem, zdarzały się takie, które próbowały, ale to osobniki z zacięciem masochistycznym albo inną dewiacją dotknięte, siedziały owe  pookręcane pledami, zazwyczaj w kratę, na podobieństwo mumii, w szalikach na szyjkach wciśniętych w ramionka,  w czapach na czerepach, zgrabiałymi rękoma w mitenkach uczepione kubków i tę kawę piły, znaczy próbowały pić, bo dygot w kadłubach im – prostą skądinąd – czynność skutecznie uniemożliwiał, ale po pierwsze nie rankami, po drugie w ramach pokuty, po trzecie zmuszane przez współpobratymców za karę – a to się nie liczy.

A tu proszę! Ja.

Sama.

W dezabilu.

Rano.

Z kawą.

Bez obrzydzenia.

Noooo…anomalia jak byk,  najstarsi górale nawet……

A to fakt jest.

Czym prędzej więc o nim piszę, żeby dowód dla potomnych mieć. I żeby późnym wnukom w oczy kłuć móc, że kiedyś, to ho-ho…  były czasy, że tarasowy się i w kwietniu zaczynał…

A jak już się ów zaczął, to i ciągnie mnie, niczym trojka sanie z Jędrusiem i Oleńką, co to ona ran niegodna mu całować, z mocą burzy w górach (byłam, przeżyłam, wiem co znaczy), z siłą Niagary (nie byłam, nie widziałam, ale sobie wyobrażam) 🙂 🙂 – nic, tylko bym ulepszała, przestawiała, upiększała co tylko się da i to co się nie da też. Potem mi przechodzi, ale na początku sezonu to siła znacząca. I nie ma, że robota rozbabrana, że terminy gonią, że dziecię nieletnie płacze (wróć! dziecię nieletnie buczy, aktualnie jak trzmiel majowy, bo mutacja wciąż jeszcze w toku), nie ma! – najpierw taras. Znaczy tak bym chciała…

Ale jednak ta robota rozbabrana, Inwestorka się delikatnie przypomina…  termin tuż-tuż… a ja obowiązkowa jestem jak na złość… więc żydowskim targiem sama z sobą się ułożyłam, że najpierw skończę co do skończenia, a potem się oddam w całości.

Tarasowi.

Bo obiecałam, bo Inwestorka lada dzień się zjawi, bo u mnie słowo droższe pieniędzy, bo… ech, ciężko było, ale grzecznie udałam się jednak do pracowni.

Zatraciłam się w tej robocie, oj, zatraciłam, ale wszystko po to  żeby szybciej skończyć, żeby już nic mi nie wisiało nad głową, żeby mieć wolne myśli i ręce, i ledwie dwie godziny minęły, a ja już miałam zrobioną – i to na tip-top!… piękną deskę tarasową… która cudnie mi do stołu tarasowego pasuje 🙄 . Przysięgam na moją, cudem odratowaną, magnolię, że wcale jej nie chciałam robić, znaczy chciałam, bo mi w takie jedno miejsce tarasowe pasuje jak ulał, ale nie teraz – najpierw to coś dla Inwestorki miało być, deska miała poczekać na potem, i tak przecież czekała ładnych parę lat, zagubiona gdzieś wśród sterty polan do kominka, na przemian to moknąc, to schnąc, to marznąc, aż się zrobiła cudnie stara, mogła jeszcze ten jeden dzień przecież też, tarasowi by nie ubyło. Ale nie – złośliwie się zrobiła.

W dodatku nie dosyć, że poza kolejką, to jeszcze tak, jak lubię – taka nie do końca oczywista, taka, że trochę trzeba się domyślać, taka w moich kolorach, taka mroczna, no…

I jeszcze bardziej złośliwie idealnie się wpasowała w to miejsce, co to miała w nim być…

No przecież nie wyrzucę małpy, bo moja posenowa dusza załkałaby się na amen. Moja posenowa dusza wyrzucać nie lubi…

Więc jak już jest, to ją postawiłam tam, gdzie było jej przeznaczone i teraz pijąc ranną kawę z ulubionego kubka sobie na nią ukradkiem spoziram i… podoba mi się  😉

 

A Iwestorka właśnie uprzejmie mnie zawiadomiła, że przyjedzie dopiero 05. maja…

ufff…. zdążę…

Mogę sobie nawet spokojnie pooglądać nowe cudne cuda, które Pani Zielonooka wyczarowała w ogrodzie…

 

 

 

 

 

ANIOŁY DOMOWE – Quattuor – mandala szczęścia i ważki o tęczowych skrzydłach…

 

 

 

 

Quattuor to czwarty anioł z serii ANIOŁY DOMOWE.

Trzy poprzednie mają już swoje domy, ten jeszcze czeka… siedzi skupiony przed mandalą szczęścia, chłonie je całym sobą, by – gdy już ten dom znajdzie – na tęczowych skrzydłach ważek to szczęście doń wnieść…

 

 

 

 

Praca na desce (sosna) 360x165x30 mm z wykorzystaniem masy strukturalnej, folii, szlagmetali, farb metalicznych, past postarzających i pozłotniczych, farb akrylowych i mik.

ANIOŁY DOMOWE – Unum – anioł domowy opiekuńczy bardzo…

 

 

 

Unum urodził się jako pierwszy i to on właśnie zapoczątkował serię prac z rodziny ANIOŁY DOMOWE.

 

Od wczoraj mieszka w domu pewnej Małej Dziewczynki i ma za zadanie domem tym i jego mieszkańcami  opiekować się i strzec  najlepiej jak umie.

Został wyposażony w odpowiednie moce, owiany dobrymi czarami, zaopatrzony w jasne myśli i w drogę wysłany –  wczoraj doszły mnie słuchy, że na miejsce dotarł, więc spokojnie mogę go pokazać…

Jest delikatny i pastelowy, trochę srebrny, trochę  tęczowy, zamglony i … zwiewny.

 

deska sosnowa 320 x 150 x 25mm, mixed media

 

ANIOŁY DOMOWE – Tribus – Przed skokiem…

 

 

 

 

ANIOŁY DOMOWE – Przed Skokiem – Tribus…

Bardzo lubię ten anielski ludek, choć może niekoniecznie w wydaniu sielsko-słodko-łzawym (no chyba, że rzecz tyczy okresu  okołobożonarodzeniowego 🙂 ) lubię też prace na desce (ot, choćby ikony…) stąd też powstał zamysł zrobienia serii prac aniołowych pod wspólną nazwą ANIOŁY DOMOWE – ten pokazywany tu – właśnie szykujący się do skoku na ziemię –  to Tribus (bo urodził się jako trzeci)…

Z obu poprzednich jeden, ten o imieniu Unum właśnie jest w drodze do  domu, którym ma się opiekować (jak już dostanę potwierdzenie, że dotarł, to go pokażę), drugi – Duo –   w swoim domu docelowym zdążył już zamieszkać – ale pokazać go nie mogę, bo niestety nie zdążyłam  zrobić mu sesji…

 

 

deska 330 x 160 x 28 mm

praca z wykorzystaniem masy strukturalnej, tkaniny, szlagmetali, szlagaluminium, wosków pozłotniczych, mik, patyn, bitumu, masy perłowej, metalizowanych akryli.

Wykończenie – wosk.

 

odchodząca carewna…

 

 

 

… czyli 1+1=3 🙂

 

 

praca  inspirowana poczynaniami Dominiki i Ma.ryski (to te dwie jedynki w równaniu )

stąd stemple, embossing, odciskanie i tusze – to Domi,

stąd złocenia, srebrzenia i klimat starej Rosji emanujący z  sekretarzyka z  Soborem Wasyla Błogosławionego – to Ma.ryska,

ja tylko  zmiksowałam powyższe jedynkowe inspiracje, dodałam kolorystyczne rozpasanie –  no  i  wyszło 3 – czyli moja Odchodząca Carewna…

A Ma.ryskowe równanie (1+1=3) ogromnie mi przypadło do gustu 🙂

Praca na desce 23×32 cm z nałożoną fakturą (masa strukturalna), farby akrylowe, bejce i alkohole, embossing, stemple, złocenia, postarzenia (bitum, patyna, tusz, lakier Laccaticante), miki, zabezpieczona werniksem damarowym

 

Translate »