dekoracje

now browsing by tag

 
 

ZIMOWY WIDOK III, CZYLI BOMBKA DLA E-WNUKA…

Dawno, dawno temu zaadoptowałam sobie jedno takie dziewczę, wirtualnie, ale jednak. Adopcja, to adopcja.

I był to przebłysk geniuszu, bo dziewczę wyrosło na rasową decoupażystkę. Dumna jestem z niej niesłychanie.

A że e-córka była w pakiecie z dziecięciem, to za jednym zamachem mam też i e-wnuka 🙂

Gwizdka za pasem, bycie e-babcią zobowiązuje, zrobiłam więc mały prezent.

Kubusiu, mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Wesołych Świąt!!

 

 

ZIMOWY WIDOK II…

Dzisiaj szybko, bo w biegu, więc bez zbędnych słów.

Znowu bombka z zimowym widokiem.

I wcale nie ostatnia 🙂

 

 

 

 

CICHA NOC….

Dziś kolejna bombka i kolejna inspiracja dla Zielonych Kotów.

Taka na przekór zaokiennej aurze. 

Biała i złota, i spokojna, i pełna zadumy, i cicha… jak ta najważniejsza  w roku noc.

Medalion 120 mm

 

Wszystkie materiały, których użyłam i sposób wykonania znajdziecie na blogu ZieloneKoty

MIXED MEDIA Z PENTACOLOREM – EDYCJA DRUGA

Już wkrótce, 27-go września, odbędą się kolejne warsztaty z technik mixed mediowych, które będę miała zaszczyt dla Was poprowadzić.

(informacje i zapisy – tu)

Z tej okazji przygotowałam trzy projekty:

– pierwszy z nich to szklany talerz na świąteczne pierniki, z perłowo-srebrnymi śnieżynkami, utrzymany w cieplej, „piernikowej” kolorystyce.

To temat na pierwsze warsztaty.

 

Na drugich warsztatach zrobimy bombki – dwie – dużą łezkę w stylu glamour i medalion w starym srebrze, obie z elementami biżuteryjnymi i szklanym soplem.

 

Już dziś serdecznie Was zapraszam i cieszę się na kolejne sympatyczne spotkanie z Wami 🙂

Vika

ZNOWU RDZA…

Dostałam kiedyś ceramiczną osłonkę. Na doniczki. Sama bym takiej nie kupiła, ale darowanej w zęby przecież się nie zagląda. No to przyjęłam z dobrodziejstwem inwentarza.

Wystawiłam ją na taras..

Była sobie  na tym tarasie i była. Najpierw ją przestawiałam z kąta w kąt, ale później tak się do niej przyzwyczaiłam, że już  jej nie dostrzegałam. Nawet podczas podlewania kwiatów jej  nie widziałam. Ot, po prostu jeszcze jeden przedmiot „miany”. Gdyby chociaż miała jakiś fajny kolor, ale nie – była taka jakaś bezpłciowa, jasna, zwykła, bez pazura.

I pewnie dalej by sobie była, taka zwyczajna i niezauważalna, gdyby jeden z Budrysów, który przy okazji eksploracji wyżynnych rejonów tarasowych, nie zrzucił jej na zbity pysk, rozmnażając ją natychmiast w cztery skorupy.

Tak się zresztą tym wystraszył, że do końca dnia miałam najgrzeczniejsze dziecko pod słońcem, co wrednie wykorzystałam do granic możliwości bez żadnych skrupułów i wyrzutów sumienia każąc mu w cichości rysować kwiatki, bo każda chwila wytchnienia od brojenia jest na wagę złota.

I, co najdziwniejsze, natychmiast zaczęła mi się podobać. Znaczy te cztery skorupy  zaczęły mi się podobać. Zapałałam do nich miłością nagłą a niespodziewaną, poczułam motyle w brzuchu, palce zaczęły mi rozkosznie świerzbić, a że Szara spała, bo grzeczny Budrys spokojnie rysował i tylko cichutkie mruczanki pod nosem uskuteczniał (i na całe szczęście, bo zaraz by skrzeczała coś o wyrzucaniu), więc wykorzystałam nieoczekiwaną sytuację i szybciutko pomknęłam do pracowni…

Sklejenie tych czterech skorup było dziecinnie proste, a i reszta poszła błyskawicznie.

 Pomalowałam ją kredówkami, dodałam szlak przy rancie, żeby toto jakiegoś charakteru nabrało, przykleiłam lilijkę (znowu mnie bierze na lilijki) i – do czego zmierzałam świadomie od samego początku – mocno ją pordzewiłam.

Znaczy dałam pazura.

A nawet dwa, bo rdzę ma też w środku.

I cała robota sprawiła mi olbrzymią frajdę

I przy okazji przetestowałam nowe sole do rdzewienia.

I jestem nimi zachwycona. Znaczy uzyskanym efektem jestem zachwycona.

I sposobem ich aplikacji też 🙂 – najprostszym ze wszystkich znanych mi soli.

A potem, żeby testy były kompletne, spróbowałam jak owe sole zachowują się na plastiku.

Pod nóż poszło ogromne akrylowe serce.

I co?

I dały radę 🙂

 

farby kredowe, woski – kredowy i bezbarwny, sole Stamperii, szlagmetal, gel medium, bitum, masa strukturalna, farby akrylowe, konturówki, tusze w sprayu

 

 

 

CZARNE PRZEGRYWA…

 

 

 

 

… kolor wygrywa.

A nie, nie…  nie tym razem!

Teraz i tu to właśnie czerń gra pierwsze skrzypce.

I biel drugie.

I trochę srebro jeszcze przygrywa.

To komplet przeznaczony do konkretnego pomieszczenia, utrzymanego właśnie w tych trzech barwach – czerni i bieli z elementami srebra.

Motyw też konkretny, wskazany przez Inwestora.

Ale już wariacje na powyższe są moje własne.

Jest tu motyw rombów, bo wpasował mi się idealnie, jest czerń – głęboka, matowa, „aksamitna”, jest biel, w niektórych miejscach złamana delikatnie szarością, jest wreszcie srebro – na „główce” butli i na niektórych rombach, zapięciu skrzynki  i na rantach motywu.

A że faktura wszelka wciąż mnie w swoich okowach trzyma i puścić uścisku nie myśli, to i jej nie mogło zabraknąć. 

Widać więc czarno na białym 😉 że poszłam w kontrasty, niejako narzucone mi odgórnie kolorystyką zadaną,  i wyszło  coś, co łączy w sobie jasność i ciemność, gładkość i chropowatość, błysk i mat.

MGŁAWICA

 

 

 

 

 

Dostałam prezent 🙂

Lepszego nie mogłam sobie wymarzyć – szklaną paterę z kloszem – Małgosiu jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję.

Zaraz wiedziałam, że długo nie wytrzymam, i że jak tylko znajdę chwilkę, to będę ją malować, malować, malować…

wiedziałam o tym  już w chwili, gdy ją rozpakowałam, bo ręce zaczęły mnie natychmiast swędzić,  oczy same  w stronę alkoholi się odwracały, a moje złotka/sreberka   uśmiechały się do mnie pięknie  i nęciły…

Czasu na takie fanaberie czysto przyjemne nie miałam wcale, bo wciąż nie mogę wyjść na prostą z zaległościami, ale od czego są noce? Noce są zdecydowanie niewykorzystywane i marnotrawione bez sensu na sen.

Tak, nocami można dużo zrobić. 

Mnie wystarczyły dwie i oto jest – MGŁAWICA. 

Tak jakoś te farby i alkohole się układały, tak jakoś się przenikały, że właśnie Mgławica się urodziła. Próżno by szukać na mapach kosmosu jej odpowiednika, nie jest to ani Orzeł, ani Andromeda, ani Eskimos, Helis, czy inna Carina, to jest po prostu MGŁAWICA.

Mieni się kolorami, dokładnie tak, jak te na niebie, ale ta moja  otulona jest w chropowatą czerń, delikatnie  rozbłyskującą srebrem na nierównościach i minimalnie ocieploną ciepłym brązem.

Zdjęć jest sporo, bo i sporo jest fragmentów, które chciałam koniecznie pokazać, ale jak ktoś niecierpliwy, to spokojnie niektóre może pominąć 🙂

 

 

 

 

 

 

GALLUS TO BRZMI DUMNIE…

 

 

 

 

 

Kuuu-ku-ryyy-ku!

Na grzebyku,
gra kogucik
z nut w kurniku.
Kurnik pełen jest kokoszek,
które krzyczą – jeszcze, proszę!
Kogut pręży tors, korale,
kurki klaszczą zaś wytrwale.
Ko-ko,
ko-ko,
ko-guciku!
Fanek tutaj masz bez liku!

Kogut ostrogami dzwoni,
łypie okiem z boku w bok,
kurki piszczą – jeszcze Panie!
On specjalnie myli krok…
Muska piórka od niechcenia,
jeszcze bardziej pręży tors,
duma w pychę mu się zmienia,
piórka stają mu na sztorc.
Fanki mdleją już w ekstazie
i w kurniku szum i zgiełk.
Kogut się jak paw napuszył
i jak balon z hukiem pękł!

V.

taca drewniana, spora

malowana wszystkim, co mi w ręce wpadło – są tu akryle, metaliki i miki, i patyny, i farby olejne, i bitum

boki – mieszanka bejc, przyciemniane bitumem i pastami postarzającymi, olejowane

dłuższe dostały jeszcze relief pociągnięty na wierzchu pastami pozłotniczymi ( dwa kolory złota) , spatynowany turkusem i przyciemniony woskiem bitumicznym

całość lakierowana w macie

P.S. Mówiłam, że już nie będę zamieszczać tyyylu zdjęć?

Kłamałam…

CECYLIE DWIE

 

 

 

Najpierw była Cecylia Pierwsza…

Gdy zawitała do mojego domu lata temu, tak o niej wtedy pisałam:

      Cecylia jest manekinem. Nie, nie… nie manekinem –  manekinką!… bo to przecież kobieta!

 Trafiła do mnie jakiś czas temu, jako mój wymarzony prezent imieninowy (i tu od razu widać jaki mam spaczony gust).

Była w stanie mocno… hmmm… naruszonym…

Ale spodobała mi się od razu – miała duszę (mało, że miała, w dodatku była to dusza francuska!)  i w jakiś telepatyczny sposób wyjawiła mi swoje imię, w każdym razie natychmiast wiedziałam, że to Cecylia.

  Łatwo w życiu nie miała – wszędzie widać było ślady po ukłuciach tysięcy szpilek, wbijanych w jakichś podejrzanych pracowniach krawieckich przez pokolenia krawców w jej biedne ciało, jedyna noga była odrapana i pęknięta… słowem – obraz nędzy i rozpaczy! Ale ja pokochałam ją miłością wielką i bezwarunkową – nic to – telepatowałam do niej – jeszcze będziesz piękna!  Wyliftingowałam jej ciało i nogę, uzupełniłam braki, pomalowałam – nie do końca, bo przecież kobieta w słusznym wieku zrobiona na młódkę wygląda śmiesznie, dałam nowe, zalotne ubranko i nawet wymodziłam kapelusik z elegancką, szklaną kulką…

Stoi teraz dumnie na swej jedynej nodze w salonie i gości zadziwia. W podzięce za nowe życie zgodziła się moje korale na swej kształtnej piersi wieszać  (i dobrze, bo zawsze z nimi – koralami – kłopot miałam).

Ubrałam ją w romantyczne, różyczkowe „niewymowne” z premedytacją- na takiej figurze (a ma ją bestyjka, ma… mimo słusznego już wieku!!!) wyglądają, te „niewymowne” fenomenalnie i wielce ponętnie – żaden facet nie przejdzie obok niej obojętnie!…

 

Cecylia Pierwsza mieszkała ze mną dość długo.

Ale wszystko na tym najlepszym ze światów ma swój początek i swój koniec.

Cecylia znalazła nowy dom, odeszła… mam nadzieję, że choć z odrobiną żalu,  ja zostałam sama…

I co tu dużo mówić – tęskniłam 🙄

Do teraz.

No i w tym  miejscu mogłabym sobie zanucić „Lubię wracać tam, gdzie byłam już…”

To prawda, lubię.
Raz na jakiś czas wracam do tego, co już kiedyś robiłam, co mi się kiedyś podobało, co mnie bawiło.
Teraz też wróciłam, i to nawet podwójnie, bo po pierwsze – shabby chic odkurzyłam, a po drugie stworzyłam Cecylię Drugą.
Cecylia Pierwsza opuściła mnie już dobry rok temu, poszła sobie do ludzi i pozostał mi po niej tylko kapelusik, zresztą bez kulki, która się zbiła.
Nową Cecylię dostałam, tak jak Pierwszą, jako prezent imieninowy, bo tak sobie zażyczyłam (jakoś mi tej Cecylii brakowało), i mimo, że imieniny jeszcze nie nadeszły – ja już swoją Cecylię Drugą mam.
Przybyła do mnie w stanie stokroć gorszym niż Cecylia Pierwsza. Tamta była pokłuta i sponiewierana, ta sponiewierana, pokłuta i z ubytkami (w niektórych miejscach wielkimi niczym Kanion Wielki).
Trochę mnie to przeraziło, bo mimo, że wiedziałam, iż ona z odzysku, więc nówka sztuka to nie będzie, ślady mieć musi, nie ma siły, ale jednak nie myślałam, że aż takie…

Ale duszę francuską też ma! Zdecydowanie francuską – od razu ją wyczułam.

Naprawienie jej zszarganego przez życie ciała zajęło mi dobry tydzień, wygładzanie i przecierki  drugi, reszta to już błysk, świst i jest.
Bardzo chciałam, żeby była prosta i jasna, bo będzie stała w sypialni, a ta w zamyśle remontowo-dizajnerskim ma być biało-srebrno-czarna, więc Cecylia Druga musi pasować.
Po Pierwszej otrzymała w spadku imię z przydomkiem Druga, żeby łatwiej je odróżnić było i kapelusik, ale tym razem z kulką w kolorze malachitu, tak na przekór tym białościom, srebrnościom i przetartym szarościom.

A teraz orkiestra tusz!
Kłania się Państwu Cecylia Druga  😉

STEAMPUNK NA DRZWI NIELETNIEGO…

 

 

 

Jak to jednak czasem niedaleko pada jabłko od jabłoni…

znaczy dziecię od mamuś swojej pada.

Niedaleko czasem jednak  🙂

 

Jakiś czas temu pokazałam Nieletniemu kilka prac wykonanych w technice steampunk, z delikatnym przekazem – patrz Młody jakie to fajne, mnie się to podoba! A tobie?
Wówczas nie raczył się zachwycić, ba, nie skomentował tego co widział ani jednym pomrukiem, błyskiem oka, ani nawet skrzywieniem paszczęki choćby w półuśmiechu chociaż… Nic. Ani be, ani me, ani itede.
Nie to nie, pomyślałam, nie każdemu musi się podobać, wszak nie każdemu psu  Burek i  przecież jedni lubią rybki, drudzy lubią  pippp…anią Malinowską (nazwisko przypadkowe, żeby nie było…).

I zapomniałam, że pokazałam.
No i teraz,  po długim czasie, wróciło!
Właśnie skończyłam metamorfozę nieletniowego pokoju – z takiego wczesnoletniego w poważny, właściwy nieletnim podrostkom w zaawansowanym wieku,  byłam już na etapie tylko doboru dodatków, takich kropek nad i, gdy niespodziewanie Nieletni wyraził chęć posiadania  tabliczki-wizytówki na drzwi, i to jakiej, proszę ja kogo??  steampunkowej!!!
Się okazało, że jednak zapadło mu w pamięć, że się spodobało tak jak mamuś jego wprzódy, mimo, że żadnych znaków w czas ówczesny nie raczył był dać … 
 i że padł  jednak niedaleko rodzicielki swej, choć się nie zanosiło.

No to nie omieszkałam zrobić, chociaż odpowiednich narzędzi do techniki powyższej nie posiadam (ma się zmienić wkrótce, ale póki co posiłkuję się paterackim i przypadkowym dość oprzyrządowaniem) Sadwalk

A że czeka mnie wykonanie dużej skrzyni i to właśnie steampunkowej, to tę tabliczkę (sporą) potraktowałam jak poligon doświadczalny… Smile

Wyszło tak:

Całość, jeszcze przed patynowaniem, potraktowałam pastami pozłotniczymi (złoto i miedź), wykorzystałam spinacze, puzzle, siatki i kawałki koronki.

Wykończyłam matowym woskiem.

Nieletni zaakceptował 🙂

BO NA TARASIE FAJNIE JEST…

 

 

 

 

… wszyscy wiedzą, że fajnie, Ameryki nie odkryłam, ale co tam – fajnie jest mówić, że na tarasie fajnie jest. Bo jest  😉 .

A sezon tarasowy właśnie  zaczął  się był 😉  na dobre.

W tym roku jakoś tak wyjątkowo wcześnie i znienacka, zupełnie nie przejmując się kalendarzem, no bo kto to widział, albo słyszał, żeby w kwietniu (w kwietniu!!) wychodzić rankiem z kawą na łono przyrody (no dobra, na łono ono aż nie, zatrzymuję się jednak w przestrzeni tarasowej, ale zawsze! W KWIETNIU!!!) i to z własnej, nieprzymuszonej woli, i bez obrzydzenia, i bez wstrząsania jestestwem swym  jakimś dreszczem z zimna powstałym? Nikt! Przynajmniej wśród  współczesnych mi jednostek człekokształtnych nikt! Przeprowadziłam na tę okoliczność ankietę w celach naukowych i wyniki są jednoznaczne – owszem, zdarzały się takie, które próbowały, ale to osobniki z zacięciem masochistycznym albo inną dewiacją dotknięte, siedziały owe  pookręcane pledami, zazwyczaj w kratę, na podobieństwo mumii, w szalikach na szyjkach wciśniętych w ramionka,  w czapach na czerepach, zgrabiałymi rękoma w mitenkach uczepione kubków i tę kawę piły, znaczy próbowały pić, bo dygot w kadłubach im – prostą skądinąd – czynność skutecznie uniemożliwiał, ale po pierwsze nie rankami, po drugie w ramach pokuty, po trzecie zmuszane przez współpobratymców za karę – a to się nie liczy.

A tu proszę! Ja.

Sama.

W dezabilu.

Rano.

Z kawą.

Bez obrzydzenia.

Noooo…anomalia jak byk,  najstarsi górale nawet……

A to fakt jest.

Czym prędzej więc o nim piszę, żeby dowód dla potomnych mieć. I żeby późnym wnukom w oczy kłuć móc, że kiedyś, to ho-ho…  były czasy, że tarasowy się i w kwietniu zaczynał…

A jak już się ów zaczął, to i ciągnie mnie, niczym trojka sanie z Jędrusiem i Oleńką, co to ona ran niegodna mu całować, z mocą burzy w górach (byłam, przeżyłam, wiem co znaczy), z siłą Niagary (nie byłam, nie widziałam, ale sobie wyobrażam) 🙂 🙂 – nic, tylko bym ulepszała, przestawiała, upiększała co tylko się da i to co się nie da też. Potem mi przechodzi, ale na początku sezonu to siła znacząca. I nie ma, że robota rozbabrana, że terminy gonią, że dziecię nieletnie płacze (wróć! dziecię nieletnie buczy, aktualnie jak trzmiel majowy, bo mutacja wciąż jeszcze w toku), nie ma! – najpierw taras. Znaczy tak bym chciała…

Ale jednak ta robota rozbabrana, Inwestorka się delikatnie przypomina…  termin tuż-tuż… a ja obowiązkowa jestem jak na złość… więc żydowskim targiem sama z sobą się ułożyłam, że najpierw skończę co do skończenia, a potem się oddam w całości.

Tarasowi.

Bo obiecałam, bo Inwestorka lada dzień się zjawi, bo u mnie słowo droższe pieniędzy, bo… ech, ciężko było, ale grzecznie udałam się jednak do pracowni.

Zatraciłam się w tej robocie, oj, zatraciłam, ale wszystko po to  żeby szybciej skończyć, żeby już nic mi nie wisiało nad głową, żeby mieć wolne myśli i ręce, i ledwie dwie godziny minęły, a ja już miałam zrobioną – i to na tip-top!… piękną deskę tarasową… która cudnie mi do stołu tarasowego pasuje 🙄 . Przysięgam na moją, cudem odratowaną, magnolię, że wcale jej nie chciałam robić, znaczy chciałam, bo mi w takie jedno miejsce tarasowe pasuje jak ulał, ale nie teraz – najpierw to coś dla Inwestorki miało być, deska miała poczekać na potem, i tak przecież czekała ładnych parę lat, zagubiona gdzieś wśród sterty polan do kominka, na przemian to moknąc, to schnąc, to marznąc, aż się zrobiła cudnie stara, mogła jeszcze ten jeden dzień przecież też, tarasowi by nie ubyło. Ale nie – złośliwie się zrobiła.

W dodatku nie dosyć, że poza kolejką, to jeszcze tak, jak lubię – taka nie do końca oczywista, taka, że trochę trzeba się domyślać, taka w moich kolorach, taka mroczna, no…

I jeszcze bardziej złośliwie idealnie się wpasowała w to miejsce, co to miała w nim być…

No przecież nie wyrzucę małpy, bo moja posenowa dusza załkałaby się na amen. Moja posenowa dusza wyrzucać nie lubi…

Więc jak już jest, to ją postawiłam tam, gdzie było jej przeznaczone i teraz pijąc ranną kawę z ulubionego kubka sobie na nią ukradkiem spoziram i… podoba mi się  😉

 

A Iwestorka właśnie uprzejmie mnie zawiadomiła, że przyjedzie dopiero 05. maja…

ufff…. zdążę…

Mogę sobie nawet spokojnie pooglądać nowe cudne cuda, które Pani Zielonooka wyczarowała w ogrodzie…

 

 

 

 

 

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE…

 

 

 

 

 

…łatwo i przyjemnie, bo i temat przewodni mi leżał – dmuchawce (latawce, lalala…)

a i kolory moje

no i  zielone światło było mi dane, więc żadnych ograniczeń, czyli żyć, nie umierać…

I było pięknie.

Do czasu.

Wieko wyszło tak jak chciałam – dmuchawce ok, maziajów w sam raz, kolory rozłożyły mi się smakowicie, nawet byłam zadowolona.

I wtedy mnie podkusiło, jak nic czart się wmieszał w interes, na pokuszenie powiódł, siarką owionął, czujność uśpił, Szarą jedynaczkę otumanił niczym najlepsze zioło.  I   zepsułam! Nie, nie wieko na szczęście, a bok…

Zachciało mi się efektów specjalnych, wtopienie srebra w farbę mi się zamarzyło i przygrzałam. A trzeba było najpierw się zastanowić, pomyśleć (ale jak na Boga, skoro Szara oczadziała w kątku czerepu siedziała i była niczym ta biedroneczka, co to ani rączką, ani nóżką?) albo było próbę najpierw sobie strzelić na czymś, na butli na ten przykład może… było… A ja przygrzałam i spsułam 😉 ten bok koncertowo – farba się podniosła, jeziorko się zrobiło i ręce mi opadły… na chwilę na szczęście, bo zaraz rzuciłam się ratować – wywinęłam brzegi tej podniesionej i zgrzałam ją na tych nieszczęsnych brzegach, do środka turkusu rzuciłam (chyba obraz onego jeziorka mi się przed dusznymi oczyma utrwalił, bo skąd  by mi się niby ten turkus wziął?), a potem, nie wiadomo po co i na co, kropnęłam jeszcze na niego czerwienią. Pozostało mi już tylko zatopić tego zonka w UTEE i modlić się, żeby Inwestor  pomyślał, że to właśnie tak miało być 🙂

I pomyślał!

Ale moja wrodzona uczciwość (zawsze się wyrwie, zołza niemyta, przed szereg) kazała mi jednak wyjawić prawdę…

No i po co – się pytam -po co?!   Inwestor i tak  nie uwierzył i wyszłam na kłamczuchę 🙁 …

Czyli co za tym? Czyli uczciwość nie popłaca.

Mówię to szeptem i w tajemnicy i lojalnie uprzedzam –  jak ktoś mi to wytknie, to się wyprę w żywe oczy!

A potem zrobiłam próbę. Tego srebra w tę farbę. A że jednak byłam wyprowadzona z równowagi, to padło na co?

Tak właśnie.

Na butlę.

Bo ja tych butli… itd itp.

 

 

 

 

 

 

 

 

PUDŁO W TURKUSACH RESIST STAMPING…

 

 

 

 

 

 

Nic nie będę o nim pisać, bo to wciąż z kategorii Trudne Piękno

Niech się broni samo.

KOSZYK NA SERWETKI, ALBO SKRZYNKA NA PRZYPRAWY ORAZ CHUSTECZNIK I PUDŁO DLA IRENE RAZ…

 

 

 

 

Nie wiem co się ostatnio z tym czasem porobiło, pędzi, gna gdzieś na złamanie karku, dogonić go nie mogę, wciąż w jakimś „niedoczasie” jestem, wciąż gdzieś spóźniona, wciąż muszę sprawdzać, czy czegoś nie przeoczyłam, czy nie minął jakiś termin… no jakby ktoś klątwę rzucił albo i co jeszcze gorszego…

Mam tak od samego początku roku.

I nawet na uzupełnienie bloga czasu mi brak…

Parę prac czeka na sesję zdjęciową, parę się na nią nie zdążyło załapać i wybyło nie doczekawszy się upamiętnienia dla potomnych, trudno, widocznie tak miało być. 

Więc dzisiaj rozpisywać się nie będę, wrzucę tylko kilka (naście) zdjęć i już.

Po pierwsze – słodko-liliowe pudło dla malutkiej Irene, która, jak każda kobiet(k)a, ma swoje tajemnice i musi je przecież gdzieś chować 🙂

Zupełnie nie wiedziałam jak się za nie zabrać, bo przecież dla dwuletniej istoty nie będę szaleć ze złoceniami, postarzeniami, kombinacjami alpejskimi i innymi mikami… no to zrobiłam prosto i jasno. Mam nadzieję, że jej się spodoba 🙂

Po drugie – pudło na chusteczki – tu już miałam wolną rękę, to sobie odreagowałam to pudło „po pierwsze” i poszalałam na całego – są i szlagmetale, i reliefy, i bitum, i patyny, i woski, i bógwiecojeszcze… w dodatku postarzyłam je i sponiewierałam jak tylko się dało – i zaraz poczułam się lepiej, i to nawet do tego stopnia lepiej, że zrobiłam jeszcze z rozpędu – tym razem dla siebie – …

Po trzecie – koszyk na przyprawy, albo skrzynkę na serwetki, jeszcze sama nie wiem do czego konkretnie to-to wykorzystam. Nie napracowałam się przy tym czymś zbytnio, ot trochę serwetki, trochę malowanek, parę transferów, przetarć, kropek i gotowe. O dziwo też jasne wyszło…

TACA CZEKOLADĄ PACHNĄCA…

 

 

 

 

i przeogromna.

Wiedziałam, że będzie duża, bo zanim do mnie przyjechała (wraz ze swoimi czterema siostrami), to przecież znałam wymiary – teoretycznie… jednak  jak ją zobaczyłam, to zwątpiłam! Jest tak duża, że spokojnie za cztery tace może robić :).

Pochodzi z fabryki czekolady, wciąż jeszcze tą czekoladą pachnie, ale wysłużona była już okrutnie, służbę skończyła i przyszłoby jej zginąć marnie na jakimś tacowym śmietniku, albo i w płomieniach nawet, gdyby nie pewna osoba, która postanowiła ją i jej siostry ocalić. I tak trafiła w moje posenowe ręce.

Widać po niej, że wiele w swoim życiu przeszła, widać, że wiele czekolady przeniosła, że od pracy się nie migała i wysiłku nie unikała, że nie raz i nie dziesięć jakieś nieostrożne ręce ją upuściły, jakieś inne nią poniewierały i  szargały jej drewniane ciało.  Mogłam ją zrobić w różnym stylu, nawet nowoczesnym, bo przecież od czego wszelkie masy szpachlowe i inne czary-mary, ale ja chciałam, żeby znać po niej było jej pracowite życie, więc ją tylko oczyściłam dokładnie, dałam nową sukienkę (w róże, a jakże :)) a potem pobrudziłam na nowo ;)…

Teraz będzie całe lato mieszkać na tarasie, będzie się wygrzewać w ciepłym słońcu, czasem przyniesie zimny sok i lody…

I będzie pachnieć czekoladą…

 

Taca 640 x 540 x 80 mm, motyw – mix paierów Stamperii, stemple, stencil, malowana – farby akrylowe, patyna, bitum, drewno olejowane, lakierowana i woskowana (mat)

Translate »