butle

now browsing by tag

 
 

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE…

 

 

 

 

 

…łatwo i przyjemnie, bo i temat przewodni mi leżał – dmuchawce (latawce, lalala…)

a i kolory moje

no i  zielone światło było mi dane, więc żadnych ograniczeń, czyli żyć, nie umierać…

I było pięknie.

Do czasu.

Wieko wyszło tak jak chciałam – dmuchawce ok, maziajów w sam raz, kolory rozłożyły mi się smakowicie, nawet byłam zadowolona.

I wtedy mnie podkusiło, jak nic czart się wmieszał w interes, na pokuszenie powiódł, siarką owionął, czujność uśpił, Szarą jedynaczkę otumanił niczym najlepsze zioło.  I   zepsułam! Nie, nie wieko na szczęście, a bok…

Zachciało mi się efektów specjalnych, wtopienie srebra w farbę mi się zamarzyło i przygrzałam. A trzeba było najpierw się zastanowić, pomyśleć (ale jak na Boga, skoro Szara oczadziała w kątku czerepu siedziała i była niczym ta biedroneczka, co to ani rączką, ani nóżką?) albo było próbę najpierw sobie strzelić na czymś, na butli na ten przykład może… było… A ja przygrzałam i spsułam 😉 ten bok koncertowo – farba się podniosła, jeziorko się zrobiło i ręce mi opadły… na chwilę na szczęście, bo zaraz rzuciłam się ratować – wywinęłam brzegi tej podniesionej i zgrzałam ją na tych nieszczęsnych brzegach, do środka turkusu rzuciłam (chyba obraz onego jeziorka mi się przed dusznymi oczyma utrwalił, bo skąd  by mi się niby ten turkus wziął?), a potem, nie wiadomo po co i na co, kropnęłam jeszcze na niego czerwienią. Pozostało mi już tylko zatopić tego zonka w UTEE i modlić się, żeby Inwestor  pomyślał, że to właśnie tak miało być 🙂

I pomyślał!

Ale moja wrodzona uczciwość (zawsze się wyrwie, zołza niemyta, przed szereg) kazała mi jednak wyjawić prawdę…

No i po co – się pytam -po co?!   Inwestor i tak  nie uwierzył i wyszłam na kłamczuchę 🙁 …

Czyli co za tym? Czyli uczciwość nie popłaca.

Mówię to szeptem i w tajemnicy i lojalnie uprzedzam –  jak ktoś mi to wytknie, to się wyprę w żywe oczy!

A potem zrobiłam próbę. Tego srebra w tę farbę. A że jednak byłam wyprowadzona z równowagi, to padło na co?

Tak właśnie.

Na butlę.

Bo ja tych butli… itd itp.

 

 

 

 

 

 

 

 

BUTLA W METAL ZAKLĘTA…

 

 

 

… no dobra, trochę naciągnęłam…

Butla jest zwykła, szklana, a metalu  to tu tyle, co kot napłakał.

No, może jedynie  ociupinka, jeśli za metal uznać ten skrawek folii, co to nim brzuch szklanego potwora opasałam, reszta to tylko iluzja, metalu udawanie, czarowanie rzeczywistości za pomocą farb i metalicznych mik, i chropowatej struktury niepolerowanego metalu, o którą się pokusiłam, zresztą  nie wszędzie, a tylko miejscami.

Jakiś czas temu moja forumowa koleżanka wyprodukowała piękną butlę, w cudnych zieleniach i srebrach, z tym samym kawałkiem folii. Zachwyciłam się nieziemsko, bo ja lubię ogromnie butle. Oglądać i podziwiać. Inspirować się.

Ale przecież nie robić – kto mnie zna, ten wie.

Żebym ja, we własnej osobie, z własnej, nieprzymuszonej woli , tak sama z siebie, i w pełni władz umysłowych będąca (powiedzmy), zrobiła butlę, to muszą zajść specyficzne okoliczności, a wśród nich jeden bardzo ważny warunek, otóż muszę mieć chandrę.  

Zły dzień.

Czarnowidztwo, albo chociaż szarowidztwo.

Niemoc twórczą.

Musi mnie nosić i targać.

Muszę się wściec.

Porządnie.

Bo otóż ja,  proszę szanownego gremium, butli robić szczerze nie lubię, podziwiać u innych i owszem, ale robić nie.

A tu, proszę – zrobiłam. Wniosek z tego faktu płynie jeden – zaszły powyższe okoliczności, chandra dopadła mnie czarna, odreagować musiałam, butle na tę okoliczność w specjalnym kartonie trzymam, tam sobie spokojnie czekają, okoliczność zaszła to wyjęłam jedną i… zrobiła się właśnie taka „metalowa”. Dlaczego akurat taka? Nie mam zielonego pojęcia… na pewno jakiś obraz tamtej cudnej, koleżankowej butli w czerepie mi się majtał, bo zachwyciła mnie ona ogromnie,  jak już wprzódy  mówiłam, a tu butla trafiła mi się w bardzo podobnym kształcie…

a może potrzebowałam czegoś naprawdę ciężkiego, żeby w razie potrzeby z większym impetem i hukiem móc to roztrzaskać na jednym albo drugim akyszu i szara jedynaczka, co to ją jedną, jedyną na wyposażeniu posiadam, takie podszepty „metalowe” w podświadomość mi sączyła…

Butla jest wielka, pękata i ma uchwyt, więc w razie czego kłopotu z uniesieniem (nawet z zawartością) nie przewiduję.

Ale póki co, odstresowałam się samą robotą i używać jej w charakterze broni rażenia nie zamierzam… 

Póki co.

Bo zawsze mogę zmienić zdanie.

Kolorystyka onej jest nieokreślona. Raz taka, raz siaka. Pewne jest tylko to, że do malowania użyłam paru odcieni złota. I srebra. I szarości ze dwóch.  I metalicznego szmaragdu. Turkusu też dałam. I czerni. Nawet sepii. Miedzi też. I pewnie jeszcze  paru innych barw,  których nie pamiętam.

I wyszedł klasyczny misz-masz.

Ale chandry się pozbyłam 🙂

A potem dorobiłam jeszcze jajo. Do kompletu.

Paso Doble…

 

 

 

 

 

U. zjawiła się jak zwykle – niespodziewanie i bez zapowiedzi, znaczy standard.

O, pardon, skłamałabym… tym razem się zapowiedziała, znaczy zadzwoniła…

 

– Jesteś? to super – ucieszyła się – będę za 5 min.

 

I faktycznie była. Tyle, że nie za długich minut pięć, a  już za marne pół 

wparowała radośnie, z rozmachem i rumorem w drzwi siedziby rodowej…

co znaczy, że zadzwoniła jak była przy furtce…

 nie to, żebym się zdziwiła, skądże znowu?  znam ją w końcu nie od wczoraj… ale w szoku byłam , że w ogóle zadzwoniła…

 Zaraz się zrobiło głośno, i choć hałasu nie lubię, to nawet go nie zauważyłam, bo rozczuliła mnie tym, że zadzwoniła… kochana U! mogłam się przygotować… znaczy teoretycznie mogłam, bo tych 30 sekund to nawet nie odnotowałam, ale zawsze to  już jakiś postęp… znaczy zapamiętała co jej do znudzenia powtarzam od stu lat z okładem, że należy zawiadamiać, bo może mnie nie być… i co z tego, że zazwyczaj do południa jestem?… kiedyś mogę nie być, a ona w końcu parę tysięcy kilometrów ma do mnie… i nigdy nie wiadomo kiedy będzie znów… jakby mnie nie było, a ona by była, to bym się w sempiternę chyba ugryzła z żalu… ale zadzwoniła!

 

– Zrobisz mi to – zagaiła od progu, nie pytała, bo i po co?, stwierdziła – zrobisz mi to dla jednej takiej, to ma być białe i w ruchu, bo ta jedna to lubi jasne i biega… albo tańczy?… nie pamiętam, nieważne zresztą,  ma być w ruchu, mówiłam jej już, że zrobisz – walnęła na jednym wdechu, postawiła na stole paczuszkę i natychmiast o niej zapomniała – kawy mi się chce, zrobisz? Może być z tym twoim imbirem, czy tam z cynamonem, wiesz, taka jak ostatnio, dobra była, no.

– I z imbirem, i z cynamonem – poprawiłam automatycznie, bo  próbowałam odpędzić sprzed swoich dusznych oczu nachalnie narzucający się obraz wesolutko pląsającego białego czegoś, nie bardzo wiadomo czego, bo zapakowane w paczuszkę było, co jeszcze dodatkowo mnie ogłupiało – i z brązowym cukrem… Ty, ale jak ona ma być w ruchu?

– W ruchu? – zdziwiła się uprzejmie U. –  a nie, nie musi, może być stacjonarna, sama se do przełyku  wleję.

– No przecież mówiłaś, że ma być biała i w ruchu…

– Ja??!! A uchowaj boże!!! Ja tylko czarną!! Ty, skleroza cię łapie? – spojrzała na mnie podejrzliwie i z troską – nie pamiętasz?? zaniki masz? to może bilobil zacznij łykać czy co… czasem pomaga…

– Jak nie mówiłaś, jak mówiłaś!

– Ja mówiłam?? Ja?? Że kawa ma być w ruchu?!!

– Jaka  kawa jak rany! Paczuszka! – zdenerwowałam się nie na żarty, bo ten pląsający obraz zdążył już mnie wkurzyć na maxa i myśli mi plątał – znaczy to co w środku, jak TO ma być w ruchu?? Sznureczek mam przytwierdzić?  potrząsać i kolebać?  bateryjkę wetknąć? czy jak??

– Jaka znowu paczuszka? aaaa, to… – U. popatrzyła nieprzytomnie na zawiniątko –  no tak mówiła ta jedna,  że ma być na biało… znaczy ona chyba mówiła, że na jasno… a jasno to biało, nie?, no czyli na biało… i jeszcze, żeby dynamiczne było… dynamika to ruch, co nie? no to tak też ci powiedziałam – biało i w ruchu… Dawaj tę kawę,  bo zaraz muszę lecieć, potem sobie pomyślisz, dobrze będzie – powiedziała i spacyfikowała paczuszkę pod stół.

 Pół godziny później już jej nie było.

 Zostałam sam na sam z paczuszką.

Ostrożnie odwinęłam papier, ostrożnie otworzyłam kartonik…

 ****************************************************************************

– Ty, nie denerwuj się – pisnęła współczująco Szara, bo zobaczyła to samo co ja – to co, że ma być białe, damy radę (hahaha – my!)

– …

– Ty… wymyślę ci tę jakąś dynamikę… no, już… będzie dobrze…

– …

– Tyyy…  nawet BUTELKI  są dla ludzi… coś przecież zrobimy (znowu my!) co nie?… spoko…

– Ale ja przecież  nie cierpię robić butelek, wszyscy to wiedzą, nie umiem, nie wychodzą mi, a jak już zrobię to nigdy (no dobra – prawie nigdy) mi się nie podobają… w dodatku jeszcze białe… i  w ruchu (jak się robi butelkę w ruchu??!!)… się nie da…

 *******************************************************************************

Tym razem Szara przejęła się sprawą na całego (bo czasem to robi na pół gwizdka ledwo),  myślała tak intensywnie, że aż się zgrzała, latała po czerepie w tę  i nazad, obijała się o ścianki, siniaków się nabawiła, mało zawału z wycieńczenia nie doznała – i doopencja…

Nawet to rozumiałam, no bo w końcu co może taka  mała, szara jedynaczka bez grupy wsparcia? Nic, albo prawie nic…

Rzucała co prawda raz po raz jakimś pomysłem, ale wszystkie były z tych do bani i żaden mnie nie powalił.

Ja zaś spokojnie wpadłam sobie w czarną dziurę beznadziei, postanowiłam się w niej zestarzeć  i w duchu przeklinałam U. z rozkoszą wymyślając coraz to bardziej „kwieciste” epitety…

– Ty…– wysapała w końcu ledwie słyszalnie moja ulubiona komóreczka, z cieniem nadziei w głosie – a może corrida?

– Że niby to ten ruch ma być? – nie kryłam zdegustowania i zniechęcenia – nie, to też nie to… w corridzie to mnie pociąga tylko jedno, jak mięśnie w tym byku drgają i tańczą, jak się prężą i grają, ta manifestacja czystej, pierwotnej siły, ta chwila tuż przed szarżą… bo potem to już nic mi się nie podoba… ci toreadorzy machający tymi swoimi capa, ten pikador na koniu opatulony jak tchórz ze swoją lancą, ci skaczący jak wróble w piasku banderilleros z banderillami… i w końcu ten matador ze swoją muletą – świecący   jak  koralik jaki złoty od tych blaszek co to je sobie wszędzie poprzywieszał, ten patynowany  bohater, co to niby walczy z tym zwierzem… phi… jakie walczy jak ten zwierz już ledwo zipie…  nie, corrida odpada.

– No to ja pasuję – mruknęła Szara – nie pomagasz… jak mam ci coś wymyślić, jak tobie nic się nie podoba? ja mam dość… no chyba, że może… może… Carmen? wiesz, ta od Bizeta… corrida – toreador – Carmen?? co myślisz?

– Eeee… Carmen to przecież muzyka, piękna skądinąd, ale to raczej pada na słuch, nie na wzrok… – odpowiedziałam – choć…. czekaj! bo gdyby tak iść dalej tym tropem… to… hmmm… corrida – toreador – Hiszpania – Carmen .… Mam!!!! – wrzasnęłam uradowana – mam ruch!!!

******************************************************************************* 

A potem zrobiłam.

Coś, co jest ruchem.

A przynajmniej tak mi się zdaje.

Inspiracją dla tej butli było paso doble – taniec corrida… i tancerka, która cała jest muletą, drżąca  i drażniąca,  tancerka, w której wszystko jest ruchem…

 

Jej postać  naszkicowałam pisakiem do szkła i delikatnie podmalowałam miką, ubrałam ją w sukienkę utkaną z mas modelarskich (miedź i perła), dodałam dodatkowo trochę kolorowych mikowych plam, trochę pociągnięć konturówką (złoto, srebro, miedź), trochę linii mających wzmocnić wrażenie ruchu (znów pisak), gdzieniegdzie rzuciłam złoty refleks (szlagmetal), trochę złotych drobinek (puder do embossingu), całość dopieściłam turkusową patyną – no tak, nie mogłam sobie odmówić… i polakierowałam lakierem do specjalnych poruczeń (Cameleon).

I udało mi się utrzymać białe tło!

No, przynajmniej miejscami…

I mimo, że to, za przeproszeniem, butla, i że w górnych partiach absolutnie nie w moim kolorze, i że nie wiedziałam jak ją ugryź, i że siedem razy zdążyłam ją przekląć, to w ostatecznym rachunku muszę przyznać, że praca nad nią jakoś szczególnie odpychającą mi się nie zdała 😉

 

Czy zdołałam pokazać ruch?

Mam nadzieję, że tak, zresztą oceńcie sami…

 

A oto i ona – butla dla takiej jednej, co to biała i w ruchu miała być – Paso Doble.

PRO NAVIGANTIBUS…

 

 

 

 

… morska butla z Gorgonami,

i z żaglowcami szykującymi się do rejsu na kraj świata,

i z promieniami wschodzącego słońca barwiącymi zwinięte jeszcze żagle,

i z szantami,

i ze srebrnymi okuciami nabijanymi ćwiekami jak w starej skrzyni pirata,

i z tajemnicą,

i z przygodą,

i z kotwicą, żeby było można w bezpiecznym  porcie zakotwiczyć i w tawernie „Pod pijaną zgrają”  toast – pro navigantibus – rumem spełnić…

a potem znów  upewnić się w prawdzie najprawdziwszej, że przecież navigare necesse est….

 

A kolorystyka jej??

A kolorystykę ona zmienną ma, tak  jak zmiennym bywa morze, i kobieta, i widzenie świata po toastów spełnieniu ;)…

zmienną, a bo to raz butla  w seledyny się obleka , a to znów wpada w błękity i szafiry – wszystko w zależności od oświetlenia i punktu widzenia, a zmienność ta jest zasługą mik, których dodałam do farby…

 

 

 

 

Decoupage na szkle – reliefy, transfer, złocenia (folia metaliczna, szlagmetal), postarzenia, przecierki (pasty pozłotnicze, woski postarzające, pozłoty, farba metaliczna, bitum), barwienie mikami.

 

butla w szmaragdach i złocie…

 

 

 

…czyli szkło, „metal” i kolory.

Pomysł chodził za mną od dawna – połączenie masy imitującej metal (i żeby to nie była żadna folia) ze szkłem… 

przy czym nie miałam pojęcia jaka to ta masa miałaby być, wszystkie znane mi pasty strukturalne nie wchodziły w grę, bo wymyśliłam sobie masę a nie pastę, i żeby po położeniu było miejscami gładziutkie, a miejscami z zadziorami.

Jak zwykle pomógł mi przypadek i moja posenowa dusza, która wzbrania się przed wyrzucaniem czegokolwiek, bo może się jeszcze przyda… w 90 przypadkach na 100 zazwyczaj się nie przydaje, ale te 10 pozostałych… nooo…  te pozostałe to czasem przyczyniają się do wymyślenia czegoś fajnego 🙂

Miałam puszkę starego, bardzo już gęstego lakieru poli, lakierować się nim nijak nie dawało (sprawdziłam!), bo ciągnął się niemiłosiernie za pędzlem, pozostawiając ślady niczym Wielki Kanion, ale wyrzucić też jakoś nie mogłam, bo może – myślałam – kiedyś go rozcieńczę i jeszcze do czegoś wykorzystam…

Stał więc tak sobie w kącie, stał i czekał na lepsze czasy… zaglądałam do niego co jakiś czas, sama nie wiem po co i dlaczego, bo przecież wiedziałam, że się „nie naprawi”, a on sobie gęstniał,  gęstniał, i żółkł… aż się zrobił tak gęsty, że nawet po rozcieńczeniu wciąż był gęsty i do niczego ;)…

I wtedy przypomniałam sobie jak kiedyś robiłam „pulpę” z gazet i kleju.

Teraz gazety zastąpiłam serwetkami (drugą i trzecią warstwą) a klej lakierem, powstała gęsta i plastyczna masa, nałożyłam ją na butlę, a potem dość sztywnym pędzlem zrobiłam „fakturę” i zadziory, i pozostawiłam do wyschnięcia.  A później pomalowałam, podrasowałam pastami pozłotniczymi (na zadziorach), pastami postarzającymi (tam gdzie gładziutkie), bitumem i mikami, i – voila – jest!

Butla w szmaragdach i złocie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Butla jest wysoka (45cm), w różnych odcieniach zieleni (tam, gdzie szkło) i złota (tam, gdzie „metal”), a że nie żałowałam mik przeróżnych to z każdej strony jej kolor jest inny, bo miki różnie odbijają światło (dlatego też tyyyyle zdjęć ;))

rum i gorzka czekolada…

 

 

Moją awersję do zdobienia butelek zna cały świat i pół Ameryki, nic nowego w tej kwestii się nie wydarzyło

– dalej nie lubię, i już…

 

za to, jak równie powszechnie wiadomo,  kocham  brązy – wszystkie…

… brąz  rumu  i commandarii,  i wanilii,  kawy, herbaty  i cynamonu, i goździków, imbiru i kardamonu, i pieprzu, i gorzkiej czekolady…

tak, kocham wszystkie brązy świata…

te  jasne, te ciemne, te czyste w swojej barwie, i te złamane, wpadające w inne, ale jednak wciąż pozostające brązami…

Noszę tę miłość w sobie od zawsze, pielęgnuję, hołubię, a jak już zupełnie nie mogę wytrzymać – to robię coś, obojętnie co, byle brązowe…

 

Nie inaczej było i tym razem – musiałam koniecznie coś brązowego popełnić teraz-zaraz-natychmiast, a właśnie nastał weekend, czas, który mam tylko dla siebie, a w zasięgu wzroku (i ręki) miałam jedynie butelkę, a brązy już mnie przepełniały, a czekać już nie miałam siły…

wzięłam więc ją w ręce i  napisałam  na niej historię… historię, która nie ma  końca ani początku – historię, którą można  czytać na okrągło,  zaczynając w dowolnie wybranym miejscu…

 

I tak powstała monochromatyczna butla w kolorze rumu i gorzkiej czekolady…

 

Niewiele tu decou – trochę transferów tylko, trochę 3D,  za to dużo malunków, cieniowań, dużo zabawy kolorowymi mikami, które to miki   aparatka Sonka  raczyła zignorować  i zupełnie – no dobrze – prawie zupełnie  ich nie pokazała,  no i dużo brązów – różnych, od rumu po gorzką czekoladę, no i lakier – tym razem matowy…

 

 

różany wazon i butla – czyli recykling na całego…

 

 

 

 

 

 

Chciałam mieć wazon. Na taras, bo sezon się zaczął…

Od pewnego już czasu swoimi dusznymi oczyma oglądałam  siebie na tarasie, z ulubioną różaną filiżanką w ręce, pełną parującej, aromatycznej  kawy (najlepiej smakuje rankiem…), przy dopiero co odmalowanym tarasowym stoliku (shabby chic, a jakże), na równie odnowionym tarasowym fotelu, z bukietem róż na stole… i właśnie do tych róż niezbędny mi się wydał wazon.

Przeszukałam dokładnie rodową siedzibę, coby coś na ten wazon znaleźć…

No i wpadł mi w ręce słoik – przywiozłam w nim kiedyś oliwki w zalewie, wiozłam go przez pół świata, bo spodobał mi się jego kształt…

Oliwki zjedliśmy szybko (lubimy ogromnie :)) a słoik został bardzo dokładnie schowany – przecież nie wyrzucę… my w Posen z zasady nie wyrzucamy 🙂 – schowany tak dokładnie, że znalazłam go dopiero niedawno, ale w samą porę, żeby zdążyć przed tym sezonem, co to się właśnie zaczął…

Pobawiłam się ulubioną serwetką, pobawiłam transferem, dodałam trochę złotka tu i tam, więcej tam, bo musiałam zamaskować te „szyny” po których jeździło zakręcatko od słoika – i mam! Wazon tarasowy.

A potem dorobiłam jeszcze butlę – dużą, litrową, na wodę z sokiem i cytryną, ulubiony letni napój Nieletniego – ożeniłam z wazonem różyczkami i czarnymi, transferowanymi napisami, i voila – Nieletni będzie  miał pojemnik na napitek, a ja  komplet na tarasowym stole…

 

paw z pawiem o pawiu…

Nie przepadam za zdobieniem butli, powiem więcej – ja ich nie lubię –

i sama nie wiem dlaczego zrobiłam kolejną…

no, i bym skłamała….  nie tak do końca nie wiem –  wiem! ta butla  była poligonem doświadczalnym (moim osobistym poligonem) w zabawie z mikami,  bo wreszcie postanowiłam przyjrzeć im się dokładnie i zobaczyć, tak do końca, do wyczerpania pomysłów,  co one, miki, potrafią.

A potrafią wiele, praca z nimi  (jaka tam praca – zabawa!)  jest samą przyjemnością, a  jej efekty  zaskakujące, często nieprzewidywalne i niepowtarzalne.

 

Jedyną trudność stanowi sfotografowanie produktu finalnego – bo miki błyszczą, tworzą fakturę, załamują i odbijają światło w sposób absolutnie niemożliwy do opanowania przez zwykłego śmiertelnika….

No i nie udało mi się wykorzystać wszystkich pomysłów…

Pewnie powstanie następna butla  🙂

a słowiki spać nie dają…

 

 

No, przyznaję się bez bicia – nie uwierzyłabym! Nikomu, kto by mi o tym powiedział…

Nie w to, że słowiki, albo że spać i  że nie dają, w to tak, bez problemu… ale w to, że już i teraz, gdy ledwie tydzień temu  w Posen była regularna zima, nie jakaś tam licha kopia, a najprawdziwsza – z mrozem i kopnymi śniegami, no w to to już na pewno nie, nie i nikomu….

A jednak!…  – sama byłam świadkiem, sama na własne uszy słyszałam!  i uwierzyć musiałam, bo w końcu komu jak komu, ale sobie to ja wierzę.

 

Dzisiaj w nocy to było… i wcale nie spałam, bo…. no nie dawały (pewnie to nie one, a on był, jeden…  ale za to wytrwały i głośny).

 

W siedzibie rodowej mamy swoje nawyki, kultywowane z dawien dawna, w tradycję obrośnięte – i tak – od wiosny aż do „póki się da” śpimy przy otwartych oknach…

A jako, że wiosna nam nastała, to i do wiosennych nawyków wróciliśmy i od kiedy nam miłościwie panuje  Zielonooka (czyli od mniej więcej czterech dni, znaczy nocy) w naszej małżeńskiej sypialnej komnacie śpimy przy uchylonym oknie.

Dzisiaj też spaliśmy. Do czasu…

Najlepszy zasnął od razu, taki typ, tak już ma – jemu wystarczy pomyśleć o łóżku i już śpi – a właściwie zasypia w drodze, tak między pozycją „siad” a „leżeć” , mniej więcej gdzieś w połowie drogi i jak osiąga „leżeć” to już śpi martwym bykiem…

ja jak zwykle trochę zmarudziłam, podumałam, plany najbliższe  przy pomocy mojej szarej komóreczki jedynaczki, co to w czerepie mym rezyduje, porobiłam, i wreszcie – ulegając utyskiwaniom w/w, że taka niby zmęczona (a swoją drogą ciekawe co ją  niby tak zmęczyło?  nie przemęczam jej przecież, w ciągu dnia to ona więcej wypoczywa jak pracuje…) – w końcu  też w objęcia Morfeusza wpadłam…

 

Śniłam sobie spokojnie… w miarę spokojnie, bo sny  kręciły się wokół tarasu, a to że  jeszcze do sezonu nie przygotowany (to ta przydługa zima…), a że malowanie mebli mnie czeka (to akurat lubię), a że jakieś nowe dekoracje by trzeba (coś mi tam mgliście świtało nawet), że jakieś nasadzenia (w tym roku idę w biele), i że spokojnie, bo jeszcze czas, nie ma co wariować, że zdążę, bo ta zima to dopiero co się skończyła przecież, wiosna jeszcze bardzo młodziutka… zdążę…

 

Było cicho i sennie (ten szum samochodów w tle, co to nigdy całkiem nie zanika to już na mnie nie robi wrażenia, chyba nawet go nie słyszę…) i nagle…

I nagle  w tę ciszę wdarł się hałas, tak ni stąd, ni zowąd.

 

Obudziłam się natychmiast, usiadłam lekko zdezorientowana – ki diabeł? w środku nocy? śpiewa? jakiś pijany ptak… pewnie z impry wraca… – pomyślałam, rzucając nieprzytomne spojrzenie na zegar – zaraz! przecież to wpół do czwartej! absolutnie żaden znany mi ptak, nawet wstawiony, o tej porze nie imprezuje, zresztą zimno jest, kwiecień mamy,  komunikacja w nocy nie jeździ… to co, pieszo wraca? no chyba, że naćpany, to mu wsio rawno… ale skąd wraca? na Starym jeszcze wszystko pozamykane, nie sezon przecież… chyba, że jakaś prywatka mu się trafiła gdzieś blisko… nawet ładnie śpiewa… całkiem jak słowik… rany boskie!!! TO jest słowik!!!

 

– Ty – obróciłam się w stronę Najlepszego, żeby budzić terazzaraznatychmiast , niech też słyszy, niech przeżywa, w końcu słowik to nie co noc przecież, w zeszłym roku to tylko ze dwa razy, albo najwyżej cztery, a i tak nie słyszał, bo go akurat nie było, no to teraz…

 

– Zamknij to okno, bo spać nie można, drze się  jak stare gacie – mruknęło z boku.

 

– Jak to się drze??!! Jak drze!  Śpiewa! To słowik! Posłuchaj jak pięknie… Słyszysz?

 

– No… głośno jak przez megafon, spać nie daje – mruczało dalej, ale jakby odrobinę mniej napastliwie.

 

– Pięknie śpiewa – rozmarzyłam się – i zobacz, dopiero co była zima, a tu słowik, a jeszcze przecież maja nie ma… niesamowite, co nie?

 

– No…

 

– Ciekawe kiedy przyleciał, i gdzie się zatrzymał, przecież śnieg leżał i  zimno było, i nawet mróz… i co jadł biedaczek, i że nie zamarzł, i że mu się chce tak całą noc, i przecież kwiecień dopiero, a ja myślałam, że słowiki to tylko w maju, i że…

 

– Cicho kobieto! Daj posłuchać…

 

 

…………………………………………………………………………………………………..

 

 

A rano – skoro świt –  pobiegłam na taras wdrożyć w życie coś, co od dłuższego czasu kołatało mi się w głowie – tarasowe słoikowe lampiony w jedność połączone…

Bo czasu to chyba już nie ma, skoro słowiki  spać nie dają, to i czekać nie ma co, działać trzeba.

 

Lampion jest dopełnieniem butli, która powstała w oczekiwaniu na….

… na serwetki urody wielkiej, obiecane mi przez koleżankę z dalekiego południa ,

o przepięknym motywie, wielce przeze mnie pożądanym…

doczekać się ich nie mogłam, wymyślić musiałam coś jużteraznatychmiast, zanim jeszcze je w ręce stęsknione wezmę – no i wymyśliłam… butlę na napitki tarasowe w klimacie serwetek upragnionych (motyw zrobiłam sobie sama)…

 

Oto i ona, butla tarasowa w pełnej krasie  i tenże, lampion słoikowy…

 

 

A serwetek upragnionych jak nie miałam wcale, tak teraz mam i to z dwóch źródeł naraz – Muzo i Aniu – dzięki

 

 

wspomnieniowo – b jak butla…

…butelki, buteleczki, w pewnych kręgach torbówkami zwane.

Jak na kogoś kto nie przepada za ich robieniem całkiem dużo fotografii mi się 🙂 zebrało

 

 

 

 

 

Translate »