butla

now browsing by tag

 
 

NA SPECJALNE ZAMÓWIENIE – BUTLA…

 

 

 

 

Pierwsza z dwóch.

Obie miały być w stary kruszec odziane, pierwsza w złoto, druga w srebro.

I tyle wytycznych, reszta miała być taka, jak mi w duszy zagra. Ucieszyłam się, bo lubię mieć wolną rękę. Złocić i srebrzyć lubię też, więc robota jawiła mi się w świetlanych barwach. I byłaby. Gdyby nie to, że to… butle, a to już  zdecydowanie gorzej, bo wiadomo, że ja i butle to mało kompatybilne zestawienie. Do każdej podchodzę jak do jeża, nie mam na nie pomysłu, ciężko mi się je robi, nie czuję ich i w ogóle – nie lubię i już!

Te jednak miały bardzo fajny kształt, taki „mało butlowy” i wzrost słuszny przy tym, no i to stare złoto i srebro, które uwielbiam, czyli – reasumując – tym razem nie było tak źle 🙂

A skoro wolno mi było kombinować, to skwapliwie z tego skorzystałam i, co tu kryć, wsiadłam na ulubionego konika i pocwałowałam sobie w inne światy.

Teraz tylko będę się martwić, czy nie za bardzo jednak i co na to moja ulubiona Inwestorka 😉

 

Ale butle się urodziły. Dwie siostry. Z jednego gniazda wyszły, a wszystko je różni. Są jak słońce i księżyc, jak ogień i woda, jak ciepło i mróz, dzień i noc, niebo i ziemia, zima i lato…

Dwie siostry – złoto i srebro.

Dziś pierwsza z nich – siostra złota.

 

 

IDĄC ZA CIOSEM…

… zrobiłam jeszcze jedną butlę z liściem, choć pretekstem do jej zrobienia nie był liść, a  pomysł, który chodził za mną od dawna.

Wymyśliłam sobie taki koszyczek… płotek… słowem takie coś, co by otuliło to, co w środku. I żeby było srebrne, grube,  bez trawienia, bez patynowania – takie srebrne srebro w czystej postaci.

Pchało mnie do tego koszyczko-płotka z siłą Niagary, ale wciąż było do zrobienia coś ważniejszego, spóźnionego, czekającego w kolejce. W końcu jednak pomyślałam, że jak nie teraz, to pewnie nigdy  –  i zrobiłam… butlę, bo była pod ręką 🙂

Założyłam sobie minimalizm i możliwie największy jak się tylko da kontrast srebra z tłem (zarówno kolorystyczny jak i w charakterze powierzchni), a  że srebro najładniej kontrastuje z czernią, więc butla jest czarna, głęboko matowa, srebro z kolei błyszczące, pięknie odbijające światło.

No i oczywiście jest wypalana, bo butla użytkowa ma być.

Poza srebrem i czernią nie chciałam wprowadzać żadnego innego koloru, więc i liść dostał srebrne ubranie, i napisy srebrne są. 

Ot, taka sobie minimalistyczna butla na początek roku…

 

 

Tym sposobem zrobiłam aż dwie butle z liściem i obie czarne, a że w między czasie zmieniła się data, to wyszło na to, że stary rok skończyłam butlą, a nowy butlą zaczęłam.

Ciekawe czy to jakaś wróżba? Że niby teraz tych butli będę robić więcej?

O, nieee…

Ja przecież tych butli szczerze nie lubię…

ROK SIĘ KOŃCZY…

Dziś jego dzień przedostatni.

Jaki był?

Dobry.

Zrealizował wiele planów, które sobie poczyniłam. Inne odsunął na potem, ale ich nie przekreślił, są więc wciąż przede mną, spokojnie czekają w zakładce ” do zrobienia”… Są też i takie, które bezpowrotnie przepadły, ale jest ich niewiele i chyba tak naprawdę nie jest mi ich wcale żal.

Oszczędził nam chorób i smutku.

Dał nam wiele radości w postaci małego, kociego ciałka, które pewnego, majowego dnia zawitało pod dach siedziby. Było wtedy jeszcze całkiem białe… Od tego czasu nic już nie jest takie samo.

Był więc dobry. 

A jaki będzie ten nadchodzący, Nowy?

Lepszy!! Szczerze w to wierzę. Przyniesie nowe plany, nowe wyzwania, nowe przyjaźnie. Pozwoli zrealizować marzenia, nawet te najskrytsze…

Nowy Rok będzie lepszy!

Wiem to, jakem wiedźma.

Czego też Wam i sobie szczerze życzę.

Do Siego Roku, Kochani!!!

 

A mnie może… może?… pomoże polubić… b… bbb… bbu… bbuuutle?

Eee,  to chyba jednak byłoby przegięcie…

Trzeba marzyć realnie, bo przecież… chociaż może?… w końcu cuda się zdarzają… 😉

W każdym razie tę zrobiłam bez przymusu i obrzydzenia, tak sama z siebie, bo zwyczajnie chciałam ją zrobić.

Więc może jest nadzieja??…

Butla jest prosta, bez specjalnych ozdobników.

Duża.

Czarna.

I srebrna.

Z odrobiną szmaragdu i mięty.

I turkusu.

I szczyptą złota.

I miedzi.

Lekko opalizująca błękitem.

Z przezroczystymi oknami na świat.

I z liściem, symbolem odrodzenia.

Ostatnia butla tego roku 🙂

ONA I ON, CZYLI ICH DWOJE…

-Ja! Ja! Ja będę mówił! – wydarł się Ori gdy tylko zobaczył, że siadam do klawiatury by napisać post – Ja!

-Ty nie możesz, maleńtas jeszcze jesteś i nie będziesz wiedział co powiedzieć – rzuciłam rozwrzeszczanemu futru próbując przywołać je do porządku – jak dorośniesz to będziesz.

-Już dorosłem, sama mówiłaś jak mierzyłaś „O, jaki duży kotek„, mówiiiłaś… Nie pamiętasz?

-Ależ pamiętam –  powiedziałam łagodnie jak do chorego, zgodnie z prawdą zresztą, bo mówiłam – ale to znaczyło, że jesteś duży kotek jak na kotka,  nie jak na dorosłego kota jednak. Na dorosłego to ty musisz jeszcze urosnąć.

-Ale ja wiem co powiedzieć – wrzeszczał dalej awanturując się na całego, strosząc groźnie wibrysy i tupiąc dodatkowo wszystkimi czterema łapkami dla większego efektu w podłogę, jakby chciał wydrukować na niej cztery dziurki – wiem, bo jestem bardzo mądry kotek. Też tak mówiłaś! Kłamałaś??

-No skąd! – spojrzałam z czułością na nastroszone futro  – Matki nie kłamią. Jak urośniesz to będziesz mógł pisać posty, obiecuję.

-Ale ja chcę teraz!

-Ty, niech mówi – mruknęła zaspana Szara, przewracając się na drugi bok w ciemnym kącie czerepu – spokój będzie. Nie mam  dzisiaj zdrowia do roboty, skonana jestem tymi twoimi bombkami, odpocząć muszę, śpiąca jestem. 

– Nooo moooże?… – zaczęłam się lekko łamać, bo prawdę mówiąc sama nie bardzo wiedziałam co by tu napisać, w dodatku Szara się sfoszyła i musiałabym gimnastykować się solo – przecież kiedyś dzieciak musi się zacząć uczyć, no to czemu nie właśnie teraz? W końcu faktycznie mądry z niego kotek, rokuje dobrze, może mnie zaskoczy?

Dobrze – zgodziłam się wracając do klawiatury – dzisiaj ty mówisz, a ja piszę. Zastanów się tylko dobrze, bo post musi być ciekawy, mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie, rozumiesz?

-No! Łatwizna! – napuszyło się futro, wywracając niebieskimi ślepkami z irytacją p.t. „nie gadaj bzdur, przecież każdy kot to wie!”

-To zaczynaj.

-Matka zrobiła butlę.

……………………………………………

-I co???

-I już!

 

Hmmm….no i w sumie ma rację…. w końcu „I już” wyczerpuje temat 😉

0IMG_5691 (32) 0IMG_5691 (30) 0IMG_5691 (29) 0IMG_5691 (28) 0IMG_5691 (27) 0IMG_5691 (26) 0IMG_5691 (25) 0IMG_5691 (24) 0IMG_5691 (23) 0IMG_5691 (22) 0IMG_5691 (21) 0IMG_5691 (20) 0IMG_5691 (19) 0IMG_5691 (18) 0IMG_5691 (17) 0IMG_5691 (16) 0IMG_5691 (15) 0IMG_5691 (14) 0IMG_5691 (13) 0IMG_5691 (12) 0IMG_5691 (11) 0IMG_5691 (9) 0IMG_5691 (8) 0IMG_5691 (7) 0IMG_5691 (6) 0IMG_5691 (5) 0IMG_5691 (1) 0IMG_5426 0IMG_5394 00IMG_5691 (12) 00IMG_5691 (11) 00IMG_5691 (10)

WIDOK Z OKNA…

 

 

 

 

 

 

Butla jaka jest, każdy widzi.

Okrągła.

Albo nie.

Przysadzista.

Albo wprost przeciwnie.

Wysoka.

Albo niekoniecznie.

Ta była „albo nie”, „wprost przeciwnie” i „niekoniecznie”, co, nie powiem, nastawiło mnie do niej trochę przychylniej, bo jak już robić butlę, to niech ona będzie taka właśnie wprost przeciwnie, bo ja ogólnie tych na beee, to… no wiadomo.

A ta miała jeszcze dodatkowo okienka. Zaraz mi się skojarzyło ze starym, gotyckim zamkiem, co już na starcie dobrze rokowało na skończenie pracy w terminie. No i z całego butlowego zamówienie (a jest imponujące, szczególnie jak na mnie i moją do tych na beee… animozję) właśnie ona poszła na pierwszy ogień, bo istniała realna szansa, że te okienka zdołają mnie szybko w światy równoległe przenieść i cała technologia tworzenia zbytnio mnie nie zestresuje 😉

No to i od nich właśnie zaczęłam, od okienek znaczy. Wciąż mi się tłukło powiązanie z tym gotykiem – okna strzeliste, szkło nieprzezroczyste, znaczy owszem, przezroczyste, ale nie tak do końca, jakieś takie ornamentowe, zamazane w tej swojej przezroczystości, pokazujące tylko kontury tego co poza nim. 

Postanowiłam więc to szkło „zmrozić”, dodałam do niego trochę turkusu (wciąż trzyma mnie w swoich okowach i odpuścić nie zamierza), zrobiłam obramowanie, i… odpłynęłam sobie spokojnie i błogo. 

A potem narodziła się ta oto Butla Dla Ewy 🙂

Jest złoto-brązowa, z czterema ornamentowymi okienkami w kolorze przytłumionego turkusu i maleńkimi drobinkami złota, przez które widać lekko zamazane, nostalgiczne drzewa.

 

Zdjęć jak zwykle milionpięćsetstodziewięćset, więc niech oglądają tylko naprawdę zdeterminowani.

Mam nadzieję, że Ewa będzie zadowolona…

 

 

POD SŁOŃCE…

– Wies co? Wyglałem w chińcyka!
Tsy lazy! Tsy!!!!
Az sam nie wiedziałem, ze jestem taaaki zdolny…
Zaskocyłem się!!!

 

 

Takim oto tekstem uraczył mnie Budrys Młodszy jakiś czas temu.
Spojrzałam wtedy na tego ledwo odrośniętego ponad kolana bajtla, na ocean szczęścia w szafirowych jeziorkach, co to je po obu stronach nosa ma, i pomyślałam, że też bym tak chciała…
Zaskoczyć się.
Chociaż raz.

No i proszę – chcieć to móc – bo oto stało się.
Zaskoczyłam się.
I to jak jeszcze! Na całego, rzec można.
A wszystko za sprawą jednej butli, którą ostatnio zrobiłam.
A ja przecież tych butli, to… no, wiadomo co.
A tym razem sięgnęłam po nią sama, bez przymusu.
I wcale nie w celach terapeutycznych (a to mi się zdarza w stanach furii, wtedy  rzucam taką na ołtarz decou, żeby się odstresować, wyżyć do wypęku, żeby wyrzucić emocje, żeby po skończonej pracy móc bez żalu tę taką na beee o najbliższy mur spokojnie roztrzaskać, co prawda jeszcze nigdy nie roztrzaskałam, ale wystarczy mi już sama świadomość, że mogę).
A tym razem byłam w pełni władz umysłowych (hmmm… właściwie już samo to stanowi zaskoczenie), działałam świadomie i z premedytacją – chciałam zrobić butlę. Tę dokładnie butlę.
Mając do wyboru cały arsenał skrzynek, tac, herbaciarek czy innych talerzy – ja chciałam butlę. No!
Ale nie tym jeszcze się zaskoczyłam (może trochę tak, ale tylko trochę).
Tak naprawdę się zaskoczyłam, jak uświadomiłam sobie ile satysfakcji dała mi praca nad tym znienawidzonym przeze mnie przedmiotem.
Satysfakcji i czystej radości.
I zadowolenia z wykonanej pracy.
I tym jeszcze, że po raz pierwszy nie miałam chęci natychmiast wszystkiego zmywać i zaczynać od początku, inaczej…
Zaskoczyłam się!

Może to za sprawą kształtu, a może jej koloru tego najbardziej mi bliskiego odcienia brązu?
A może motywu, który nie jest przypadkowy, a który odzwierciedla moje rozdarcie między miłością do widoku nagich drzew i rysunku gałęzi na tle nieba, niczym etruskich filigranów i najpiękniejszych koronek stworzonych przez niedościgłą Naturę, a tęsknotą za wiosennym słońcem.
Stąd to drzewo i stąd kolor nieba za nim – drzewo jeszcze zimowe, ale niebo już złotego, wiosennego zmierzchu…

POD SŁOŃCE.
Właśnie tak – pod, a nie po, bo to jakby patrzeć na te filigrany pod słońce…

Takie imię otrzymała butla.

Pierwsza, którą lubię.

Zaskoczyłam się.

Zdjęć milionpięćsetstodziewięćset, w różnych konfiguracjach – z lampą i bez, w świetle sztucznym i naturalnym – bo za każdym razem butla się zmienia…

A oto i rzeczona żona 🙂

CZARNE PRZEGRYWA…

 

 

 

 

… kolor wygrywa.

A nie, nie…  nie tym razem!

Teraz i tu to właśnie czerń gra pierwsze skrzypce.

I biel drugie.

I trochę srebro jeszcze przygrywa.

To komplet przeznaczony do konkretnego pomieszczenia, utrzymanego właśnie w tych trzech barwach – czerni i bieli z elementami srebra.

Motyw też konkretny, wskazany przez Inwestora.

Ale już wariacje na powyższe są moje własne.

Jest tu motyw rombów, bo wpasował mi się idealnie, jest czerń – głęboka, matowa, „aksamitna”, jest biel, w niektórych miejscach złamana delikatnie szarością, jest wreszcie srebro – na „główce” butli i na niektórych rombach, zapięciu skrzynki  i na rantach motywu.

A że faktura wszelka wciąż mnie w swoich okowach trzyma i puścić uścisku nie myśli, to i jej nie mogło zabraknąć. 

Widać więc czarno na białym 😉 że poszłam w kontrasty, niejako narzucone mi odgórnie kolorystyką zadaną,  i wyszło  coś, co łączy w sobie jasność i ciemność, gładkość i chropowatość, błysk i mat.

Żuraw…

 

 

 

 

… i brązy, dużo brązów.

Różnych – ciepłych i zimnych, jasnych i ciemnych, czystych i nie.

Tak miało być – w brązach.  I z żurawiami.

Butla miała być taka sama (no, poza kształtem :)) jak ta, którą już kiedyś robiłam, równie monochromatyczna jak tamta i też z ptactwem na mokradłach. 

Mam ją w domu, postawiłam przed sobą, żeby służyła za wzór.

I służyła… póki się pilnowałam, póki co jakiś czas kontrolowałam, czy wszystko idzie z planem, póki nie wzięłam w rękę mik i złotek różnych, no i wtedy przepadło, bo od tego momentu to już butla rządziła mną, a nie ja nią…  Być może stało się tak  za sprawą kolorystyki, która przywiodła mi na myśl moją ukochaną jesień, snujące się leniwie opary nad rozlewiskiem, powietrze zamglone, perłowe i rozmyte, rudości traw, miedziany zachód słońca?…

Tak, to całkiem prawdopodobne.

Rozmarzyłam się, przestałam uważać no i stało się – powstała butla… podobna, ale niestety nie taka sama.

Nawet kolorystyka w pewnym momencie mi się wymknęła – są brązy, dużo brązów… ale inne, takie właśnie bardziej ku zachodowi słońca się chylące, bardziej perłowe i rozmyte, niż na wzorcowej, a i z ptactwa ostał się jeno jeden żuraw (jak się zorientowałam w brakach,  to szybko domalowałam jeszcze kilka, ale wysoko, w locie, takie ledwo-ledwo widoczne)…

No i jest jeszcze jeden element różniący – struktura, w którą ubrałam górę i dół butli.  I złote na niej refleksy.

Ostatnio obserwuję u siebie zjawisko uzależnienia od wszelkich struktur.

Zastanawiam się, na ile jest to niebezpieczne i nieodwracalne, a na ile uleczalne. Póki co trwa i ma się dobrze…

 

TRAWY, TRAWY, TRAWY…

 

 

 

 

Dziś butla.

Jedna z czterech.

Robiona na specjalne zamówienie.

W ogóle i w szczególe malowana ręcznie 😉 .

I tak, jak ja tych butli to nie bardzo, tak tym razem malowanie jej dało mi wiele zabawy i satysfakcji.

Wyszła tak, jak lubię – niby z jednej strony trawy, czyli spokój, sielskość i romantyzm, ale za to z  drugiej drapieżność, bo użyłam koloru czarnego i dodatkowo struktury do tych traw zmalowania…

SZKŁO, SZKŁO, SZKŁO…

 

 

 

 

 

 

Dużo go ostatnio było, a i pracy z nim mnóstwo, ale nie narzekam.

Jakoś w przedziwny sposób przy nim odpoczywam, co w dobie niemiłościwie nam panujących, od tygodni kilku, upałów, ma niebagatelne znaczenie, więc summa summarum wyszłam na plus.

Nie wszystko jeszcze skończone, bo w trakcie tworzenia pozostała miska, maselnica i pojemnik na cytrynę (te odtajnię przy innej okazji), ale przecież coś światu można już pokazać.

Więc bez dalszych zbędnych słów…

W skład zestawu wchodzą dwa dzbany, jeden bardzo duży, drugi dużo mniejszy (coś jak tańcowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały),

dwie butelki – do octu i do oliwy (na własny użytek nazwałam je ELEGANTKI ;))

 i dwie patery, te otrzymały oficjalną nazwę KORA,  choć potem to się  zaczęłam zastanawiać, czy je w ogóle nazywać… kiedyś już jedną podobną zrobiłam i też otrzymała imię – RAFA… a teraz dochodzą mnie wieści, że to wcale nie żadna RAFA była, tylko LAWA, bo takie imię aktualnie nosi 😀

Niezbadane są meandry prowadzące do nadania imienia rzeczom, niezbadane…

Ale dość już słów, pora na obrazy.

 

Szkło zostało pomalowane farbami do szkła, alkoholami, mikami, potem dołożyłam szlagmetal i bitum, otuliłam fakturą i na koniec wypaliłam.

Kolorystyka została określona z góry – brązy, złoto, miedź, ja od siebie dodałam deko turkusu, zieleń i czerń, ot tak, w pakiecie.

SKOK W NOWOCZESNOŚĆ…

 

 

 

 

Przyznam się, że korci mnie co jakiś czas.

Ta nowoczesność w… o rany, o mały włos napisałabym „w sztuce” 😉  mając na myśli to, co mi wychodzi z rąk.

Rozbawiłam się  😆

Ale to nie zmienia faktu, że  fajna jest.

Ta nowoczesność.

I taka pojeeeemna w nazwie.

Właściwie, gdyby się tak poważnie (czasem mi się zdarza, rzadko bo rzadko, ale jednak) zastanowić, to obojętnie co się napaćka na takiej pracy (oczywiście poza vintage :P) obojętnie jakich kolorów się użyje, obojętnie jakie krzywe nosy i kopnięte oka się namaluje,  to  można śmiało powiedzieć, że to „nowoczesne” jest, i że tak właśnie miało być, i że wszystko tu jest zamierzone i przemyślane, i że absolutnie dokładnie taka była wizja „artysty”.

Dlatego mi się podoba  🙂

I dlatego co jakiś czas do niej wracam.

W ramach resetu.

Od mroczności i sepii zza światów  😉

Właśnie przyszedł ten czas, gdy reset był mi niezbędny.

Padło na dwa słoje i jedną butlę, które to surowe zostały mi dostarczone na próg i w ręce złożone, z czego dwie sztuki mieszane miały stanowić komplet w brązach, a jedna solo (słój) miała odstawać.

Przede wszystkim kolorystycznie miała odstawać.

Innych wytycznych nie było.

No to zrobiłam nowocześnie  🙄

Sztuka solo jest jaśniejsza, ma inne zdobienia (o ile to, co na niej  jest, zdobieniami nazwać można) i tak jakoś w ogóle jest „nowocześniejsza” i bardziej drapieżna w całym swoim jestestwie, niż te dwie w komplecie.

Może dlatego, że poszła na pierwszy ogień i proces twórczy był intensywniejszy?

Albo dlatego, że kolorystyka mnie nie ograniczała, jak u tamtych dwóch i  mogłam bardziej „nowocześnie” podejść do tematu?

Sama nie wiem.

W każdym razie nie da się zaprzeczyć, że sztuka solo  „nowoczesna”  jest.

I to na bank 🙂

Dwie z kompletu też są, choć już nie aż tak, jak przedstawicielka „drapieżnej nowoczesności”, te należą do odłamu „łagodnego”…

No proszę…  

i udało mi się stworzyć nowe trendy w „sztuce nowoczesnej” – nowoczesność drapieżna i nowoczesność łagodna

i to tak zupełnie mimochodem…

no, no… kto by pomyślał….  😉

 Ja sama jestem wielką fanką sztuki solo, ale nic nie narzucam 😛

 

 

 

szkło, miki, struktura, złocenia, postarzenia, i co tam jeszcze fabryka miała – mixed media

 

 

 

SZKLANA PATERA Z UŁAMANYM NAROŻNIKIEM I BUTLA INSPIROWANA…

 

 

 

… piękną butlą Joli z Pracowni Esta.  

Koniecznie musiałam sprawdzić nową strukturę, szukałam tylko przedmiotu, który mogłabym poświęcić na eksperymenty i ta butla spadła mi jak z nieba… Dostałam błogosławieństwo i pozwoleństwo na wykorzystanie pomysłu, no to wykorzystałam i zrobiłam… podobną w ogólnym oglądzie 😉 ale zupełnie inną w szczegółach – i o to chyba chodzi – inspiracja inspiracją, ale produkt finalny  inny. Utrzymałam kolorystykę oryginału, czyli czarno-złotą (pierwotnie poszłam w srebro, jednak szybciutko przemalowałam, bo to złoto bardziej w tych barokowych, ozdobnych klimatach się sprawdza jednak), położyłam strukturę – i znów wyszło inaczej, bo i inna ręka kładła, dałam motyw różany w kształcie medalionu, ale i róże, i medalion inny – czyli jest dobrze 🙂

No i ta  bezdenna czerń farby, to wynik moich mieszań i warzeń w sekretnym laboratorium wiedźmińskim – z niej jestem niesłychanie wręcz dumna – taka aksamitna, głęboka i czarna 😛 czerń wyszła mi po raz pierwszy 🙂

Myślę, że gdyby obie butle postawić obok siebie, to pewnie byłyby jak siostry, jednak tylko przyrodnie 😉

 

A patera jest moją zdobyczą wyhaczoną swego czasu w Starej Rzeźni, której to Rzeźni jestem ogromną, zagorzałą fanką (wiem jak to brzmi 😀 ale cóż począć, taka prawda). 

Wpadła mi w oko ze względu na kształt (te cztery kwadratowe zagłębienia w środku bardzo mi podpasowały, zaraz też wiedziałam do czego mi posłuży, w dodatku miała bardzo ciekawy kolor – taki mleczny koktajl niebieskiego i morskiego, wypisz-wymaluj jadeit…) Przytargałam ją do domu z tysiącem innych szkiełek w ogromnej torbie, rozpakowałam i… zamiast mojej ślicznej, jadeitowej patery wyjęłam inwalidkę bez jednego narożnika…

Ale co tam dla posenowej duszy ułamany narożnik, przecież da się przykleić, potem można po drugie przecież sklejenie zamaskować, i po trzecie przecież mieć starą paterę jak nową…

Można?? 

Można!!!

No to skleiłam, zamaskowałam i mam.

Kielichy i butla – komplet okuty…

 

 

 

Bardzo lubię zdobić szkło.

Prawda doskonale znana wszystkim, którzy choć trochę mnie znają.

Nie kryję się z tym. Ba, głośno o tym mówię i bardzo się cieszę, gdy trafi mi się taka praca.

Lubię do tego stopnia, że z największym spokojem, nie bacząc na terminy (które niejednokrotnie gonię później nocami, ale co tam…)  odkładam wszystko, co akurat na warsztacie i oddaję się ulubionemu zajęciu.

Tak było i tym razem, zostawiłam bombki, odłożyłam zawieszki, schowałam w kącie robione właśnie pudło i bez najmniejszych wyrzutów sumienia, a nawet z dziką radością, oddalam się ulubionemu zajęciu, nie zniechęciło mnie nawet to, że w komplecie miała być i butla, a wiadomo jak ja do tych butli…

Powiedziane miałam tylko, że wszystko ma być w brązie…

No to jest 🙂

Na pewno na zewnątrz, no bo w środku to już inna inszość  😉

 

Przedmioty użytkowe, wypalane. Kolorystyka – mleczna czekolada przetarta gorzką ;), złoto, patyna turkusowa.

karafka, a raczej karafa lub może wazon nawet….

 

 

 

 

Mało mam czasu ostatnio, drastycznie mało…

kradnę go dla siebie późnym wieczorem, jednak niezbyt gorliwie, bo po całym dniu zmęczona  jestem okrutnie i na ten złodziejski proceder sił mi już nie staje…

jakoś lepiej mi idzie w weekendy, czekam na nie z utęsknieniem wielkim cały tydzień, a jak już taki upragniony i wyczekany weekend nastaje, to rzucam się odpoczywać…

znaczy – rzucam się do pracowni…

znaczy – rozkładam swoje zabawki i… ODPOCZYWAM..

znaczy –  robię sobie coś…

znaczy – maluję… czasem…

ech! znaczy – dekupażuję (jeśli jakaś terminowa praca nade mną wisi)…

a jak jestem bardzo, ale to bardzo, bardzo  zmęczona, to sobie…. złocę (przy czym termin „złocę” jest dość mylący dla postronnych i wcale nie oznacza li tylko pokrywania złotem…  🙂 dla mnie „złocić” znaczy równie dobrze „srebrzyć” albo i „miedzić” czy „brązić” nawet, taka już dość pokręcona jestem niestety, ale czas na zmianę mła to już dawno minął i teraz to już przepadło …)

Najchętniej złocę szkło, ale wybredna nie jestem. Dawno już zauważyłam, że złocenie ma na mnie wyjątkowo dobroczynny wpływ, zawsze mi się potem poprawia i to niezależnie od osiągniętych efektów, więc sięgam po tę złocenio-srebrzenio-miedziowo-brązową terapię tak często, jak tylko mogę, w końcu każdy chce być  piękny i zdrowy, nie? no właśnie, ja też…

Wyciągam z kątów jakieś zapomniane, albo nietrafione prezenty i zaczynam terapię (bez żadnych zbędnych wyrzutów sumienia, typu „ale przecież ktoś to kupił/wybrał/podarował żeby sprawić przyjemność”… żadne takie! jak ja to mam w rękach, to znaczy, że żadnej przyjemności wcześniej nie było! no i w końcu moje zdrowie jest wartością nadrzędną!…  bo piękna to ja  już jestem i bez tego  😛 …)

No i ostatniego weekendu zawlokłam do dziupli karafkę… karafę właściwie, bo ona jakaś przerośnięta jak na karafkę mi się zdała, toporna, z zaburzeniami proporcjonalnymi 😛 …

ani smukłości, ani wyrafinowania, ani delikatności należnej komuś, kto w końcu z ekskluzywnymi, tudzież doborowymi oraz  elitarnymi  trunkami na co dzień obcuje –  w niej niczego takiego nie było za grosz… w dodatku płaska była jak decha, a to przecież kobieta jest – musi jakieś wypukłości posiadać…

Rozłożyłam zabawki (a u mnie jakoś tak wprost proporcjonalnie do zmęczenia – im bardziej zmęczona  – tym więcej zabawek muszę mieć) – i na początek tych wypukłości przydałam, a potem pozłociłam, posrebrzyłam, pomiedziłam, pobitumiłam, solami i tuszami gdzieniegdzie  polałam i… zaraz się lepiej poczułam :).

 

Mam teraz karafę w metale odzianą, co nawet za wazon może robić  🙂

i jakoś, mimo, że toporności nie straciła, a i proporcje ma nadal takie same, bardziej teraz bliska memu sercu jest, no i ja zdecydowanie zdrowsza i z nowymi siłami w kolejny tydzień wkroczyłam…

 

 

Translate »