bejca

now browsing by tag

 
 

ANIOŁY DOMOWE – SEXTUS, NIOSĄCY KWIATY…

 

 

 

 

 

Sextus, to kolejny anioł z rodziny ANIOŁÓW DOMOWYCH.

Urodził się z numerem szóstym.

Praca nad nim, podobnie zresztą jak nad poprzednimi, dała mi wiele satysfakcji i radości. Nie da się zaprzeczyć, że lubię je robić i to na równi z moim ukochanym szkłem 🙂

Sextus, mający przydomek Niosący Kwiaty ( bo plamy przy jego rękach jakoś tak same w kwiaty się ułożyły) powstał – tak jak i jego starsi bracia – na desce, a właściwie na trzech deskach oprawionych w ramę, na specjalne życzenie jednych takich moich przyjaciół 🙂

Deski zostały specjalnie wyszczotkowane, żeby wydobyć ich fakturę, potem zabejcowane i zaolejowane.

A później to już poooszłooo… Nawet dokładnie nie wiem co i jak po kolei, bo szybciutko uleciałam w światy równoległe tracąc kontakt z bazą.

 

 

deska w ramie 220×220 mm

mixed media

bejca, olej, szlagmetale, miki, bitum, stencil (farba strukturalna, relief (masa modelarska) patyny, pasty pozłotnicze

wykończenie – wosk mat

GALLUS TO BRZMI DUMNIE…

 

 

 

 

 

Kuuu-ku-ryyy-ku!

Na grzebyku,
gra kogucik
z nut w kurniku.
Kurnik pełen jest kokoszek,
które krzyczą – jeszcze, proszę!
Kogut pręży tors, korale,
kurki klaszczą zaś wytrwale.
Ko-ko,
ko-ko,
ko-guciku!
Fanek tutaj masz bez liku!

Kogut ostrogami dzwoni,
łypie okiem z boku w bok,
kurki piszczą – jeszcze Panie!
On specjalnie myli krok…
Muska piórka od niechcenia,
jeszcze bardziej pręży tors,
duma w pychę mu się zmienia,
piórka stają mu na sztorc.
Fanki mdleją już w ekstazie
i w kurniku szum i zgiełk.
Kogut się jak paw napuszył
i jak balon z hukiem pękł!

V.

taca drewniana, spora

malowana wszystkim, co mi w ręce wpadło – są tu akryle, metaliki i miki, i patyny, i farby olejne, i bitum

boki – mieszanka bejc, przyciemniane bitumem i pastami postarzającymi, olejowane

dłuższe dostały jeszcze relief pociągnięty na wierzchu pastami pozłotniczymi ( dwa kolory złota) , spatynowany turkusem i przyciemniony woskiem bitumicznym

całość lakierowana w macie

P.S. Mówiłam, że już nie będę zamieszczać tyyylu zdjęć?

Kłamałam…

GONIĄC MARZENIA…

 

 

 

Marzenie mam.

Jestem z nim zżyta bardzo, bo towarzyszy mi od zarania jestestwa mego, odkąd tylko młodym pacholęciem będąc, zauważyłam swoją od świata odrębność… rzec więc można, że  towarzyszy mi od zawsze.

Marzę o nim na  jawie,  śnię po nocach (można marzyć o Marzeniu?? zresztą nieważne, ja marzę).

Marzenie owo nie ma żadnych szans na spełnienie, bo wciąż ewoluuje, rozrasta się i się zmienia.

A ja je jedynie nieustannie gonię…

Otóż Marzeniem – wielka litera użyta nieprzypadkowo, a nawet z rozmysłem, jako, że owo już bytem samodzielnym i autonomicznym się stało – otóż Marzeniem mym jest, by damą być było mi dane.

Taką subtelną istotą, delikatną jak ta lelija, bladością przezroczystą efemeryczna,

i jak owa lelija podcięta, padać wdzięcznie na glebę, mdlejąc na zawołanie,

i jeszcze żebym tajemnicza była,

i nienaganne maniery miała,

i bladą cerę w kolorze rozwodnionego mleka, albo ewentualnie Bianco lunare Stamperii,

i takim damskim elegantiae arbiter bym była,

i wdzięk wrodzony żebym miała też,

i żebym, leżąc w powabnej, acz z pozoru niedbałej  pozie na szezlongu, jedną ręką kartkowała żurnale w sepii lub stare albumy z fotografiami swych przodków arystokratycznych, a w drugiej długą lufkę z papierosem trzymała (uaktualnienie: dodaję długie, piękne rękawiczki),

i żeby w zasięgu wzroku kolorowy drink z palemką zawsze rezydował,

i u moich stóp żeby ze dwa charty afgańskie wiernie warowały (uaktualnienie: afgańskie zmieniam na borzoje) ,

i kawę – oczywiście wyłącznie kopi luwak z jedynie słusznej miśnieńskiej porcelany (albo może jednak z Rosenthala?… jeszcze do końca nie zdecydowałam) – z wdziękiem wrodzonym  pijała,

i jeszcze żebym wszystkie przeciwności losu mogła załatwiać migreną – leżałabym sobie wtedy z chłodnym okładem parfumą Golden Deliciouasa  od DKNY zalatującym,  na zbolałym, alabastrowym czole bym go z boleścią i rezygnacją wielką nosiła, a moja mina jasno i wyraźnie  wniebogłosy by się darła ociekając pogardą – „co wy wiecie o cierpieniu??!! wy! co prawdziwymi damami nie jesteście!!!”, a domowi chodziliby na paluszkach i szeptem wymieniali uwagi czy już po medyka słać, czy jeszcze chwilę poczekać,

no i żeby ta tajemniczość ze mnie biła jako ta łuna złota,

i wszyscy, którzy by mnie spotykali na swej drodze, musieliby pytać  z uwielbieniem w oczach i głosie – Qvo vadis, Domina?… no qurna, qvo vadis?…

a ja tchnęłabym ledwie słyszalnie, co by tajemniczości nie tracić, takie tylko małe, tajemnicze –  eeeech… (że niby i tak nie zrozumieją przecież),

i żebym do wód jeździła skołatane nerwy leczyć ( albo chociaż na tych wyspach bananowych dyrdymały śnić bym mogła),

no i bentley z szoferem żeby był na każde moje zawołanie…

Nie myślcie, że ja tylko marzę – o, co to, to nie!!!!

Doskonale wiem, że marzeniom trzeba w spełnieniu pomagać! Wiem i raz spróbowałam.

 Kupiłam sobie kapelusz…

 Czarny, bo kolor wydał mi się elegancki, w sam raz dla damy i postanowiłam go nosić, żeby nie wiem co (a lata siermiężnego PRL-u były), do tego uszyłam sobie długą i szeroką spódnicę z maminej, eleganckiej sukni „na wielkie wyjścia” (też czarną – wiedziałam przecie, że strój damy pasować do siebie w szczegółach musi), bentleya z szoferem chwilowo zastąpił maluch, nawet zbytnio się nie upierałam, że marka się nie zgadza, w końcu to drobiazg, ważne, że jeździł, szofer zaś pasował mi bez zastrzeżeń, bo mój osobisty był. Wystroiłam się jak dama, szofer z fantazją pod wrota zajechał, dama wsiadła (nie bez kłopotów, bo kapelusz odznaczał się imponującym rondem, wybrałam największe jakie było dostępne – boć przecież jak spadać, to z wysokiego konia! –  a i spódnica szerokością mu nie ustępowała).

I pojechali…

Spojrzenia  mijanych kładłam na karb zauroczenia i zachwytu damą (mną znaczy) i łaskawie je odwzajemniałam, wdzięcznie chyląc głowę i rzucając od niechcenia zalotne spojrzenia z rzęs trzepotem w pakiecie spod tego ronda (musiałam ostrożnie, bo rondo zamiatało szybę), tudzież pozdrawiając publikę skinieniem omdlewającej dłoni.

 Zajechali na miejsce, szofer, doskonale wpisując się w moje marzenie, popędził drzwi przed damą otwierać (już mu niestety przeszło), dama z wdziękiem wysiadła…

tak miało być! – wysiadła!!!!… ale złośliwa, zawistna rzeczywistość  okazała się dla damy poniżająca i okrutna.

Otóż dama nie wysiadła z wdziękiem wrodzonym oraz powabem powalającym, a zwyczajnie wypadła jak wór z pyrami, okutana w zwoje spódnicy na tę glebę ojczystą, gołą, twardą, zimną i nieczułą, znaczy na trotuar jeden…

i tak leżała w przekrzywionym kapeluszu, z nogami spętanymi czarną jak rozpacz materią, nie śmiejąc podnieść swych pięknych ócz, ze spłonionym dziewiczo licem, wśród śmiechów szyderczych, marząc o cudzie i modląc się z całej siły – o matko kochana – niech ja zemdleję, błagam, ten jeden-jedyny raz!…

No i nie zemdlałam… ani wtedy,  ani przed, ani nigdy potem…

I to jest niezbity i niepodważalny dowód, że bycie damą wciąż pozostaje u mnie w sferze marzeń niestety.

 

Tak więc mam Marzenie…

 

A że ono wciąż dla mnie niespełnione i niedościgłe, to sobie niemożność bycia rekompensuję wtryniając te damy gdzie się da… Tak raz na jakiś czas, dla uspokojenia.

Ot, choćby na tę skrzynkę.

Mogę sobie wtedy spokojnie – choć po cichu – marzyć, że to właśnie ja – dama,  leżę oto sobie w powabnej, acz z pozoru niedbałej pozie, schowana za rondem kapelusza, a u mych stóp wierne charty warują dwa…

A żeby było wytwornie, to dama z przyległościami w szlagmetal jest ubrana, taki trochę przygaszony bitumem, bo przecież nie wypada, żeby dama, jak jakaś dziewka tania, się bezwstydnie wybłyszczała. Damie przystoi stateczność i ciemne złoto 🙂

TACA Z WAŻKĄ I ROMBAMI W TLE…

 

 

 

 

Gdziekolwiek ostatnio spoglądam, cokolwiek ostatnio czytam – wszyscy robią tace.

No to ja też 🙂

Chodziło mi od dawna po głowie pytanie co się da zrobić z mieszanki bejcy, tuszu, oleju, wosku wybielającego i lakieru metalicznego, dało się zrobić tacę, ale tylko dlatego, że akurat ją miałam pod ręką 🙂

Najwięcej czasu zabrało mi przemielenie tych bejc, tuszów i olei z lakierem i woskiem, dorobienie potem do tego grafiki to już pikuś i czysta przyjemność była.


Dno tacy wygląda jak metal  z narysowanym wzorem, gdzieniegdzie wyżartym  (o metalu mowa) przez to co pod nim – myślę, że to sprawka duetu olejowowoskowego jest, tyle, że ten duet żarł jakoś tak wybiórczo i nieprzewidywalnie, tu tak, obok już nie…

 ale muszę przyznać, że całkiem fajnie się na to patrzy.


Chciałam zrobić zdjęcie w słońcu, żeby wydobyć cienie, które powstały z tła pod lakierem, ale okazało się to niemożliwością – ten złoty metaliczny lakier zachowywał się jak kawałek szkła odbijający słońce.

obiecanki-cacanki…

– Mamuś, pamiętasz?

– Jasne, że pamiętam… a o którym mówisz? – rzuciłam nieprzytomnie, bo błądziłam właśnie w światach równoległych i usiłowałam wymyślić, jakby tu zrobić emalię, bo qundulencko by mi przypasowała w takiej jednej skrzynce…

– Nie pamiętasz! – Nieletni spojrzał na mnie z wyrzutem tymi swoimi szarymi oczyma, błysnął gniewnie szkłami w okularach i oskarżycielsko wycelował palec gdzieś w okolice mojej krtani – Nie pamiętasz! A obiecałaś, że zrobisz…

rany zanieczyszczone… o czym to ja nie pamiętam, a młodemu obiecałam? – pomyślałam w panice, bo obietnica dziecinie rzecz święta.

– Synuś, no co ty – wzruszyłam nonszalancko ramionami, że niby wszystko pod kontrolą i dobrze wiem, o czym dziecię kwili – pamiętam, pamiętam… wszystko pamiętam, tylko nie wiem o którym mówisz, wiesz – taka wybiórcza skleroza…

– Taaa, pamięęęętasz… akurat!… jakbyś pamiętała, to byś wiedziała… i nie żadna wybiórcza tylko totalna! – Nieletni się chyba ździebko zezłościł, bo przewrócił oczyma, co u niego jest nieomylną oznaką irytacji.

Poniekąd go nawet rozumiałam, lekkiego życia to on ze mną nie ma.

Torturuję go na tysiąc sposobów, życie obrzydzam (!) i dręczę przemyślnie, tudzież dotkliwie…

A co jak co, ale dręczyć to ja umiem jak nikt, w końcu wcześniej na Letnich (w odróżnieniu od Nieletniego) dzieciach dostatecznie się wyedukowałam i praktyki stosownej nabyłam, i teraz  Nieletniego to już dręczę z pozycji eksperta. Książę Małżonek, zwany w skrócie Najlepszym, to w tym sporcie  nawet mi do pięt nie dorasta.

Takie tam różne, z serii –

sprzątaj ten bajzel, bo jak nie, to… (i tu następuje wybrana pozycja z listy kar, pogrupowanych w kategoriach o różnym stopniu uciążliwości, a wybór na liście jest zaiste imponujący, bo wciąż coś nowego do niej dorzucam, a każda kara nosi znamiona dopustu bożego, bo ja zła kobieta jestem i dręczenie dzieci to moja pasja, nie waham się nawet używać tych kar, co to zapisane  w kategorii najcięższego kalibru, typu „bo będziesz mi tu zaraz robił porządek w moich serwetkach!!!”)

albo takie  –

„no jak ty się ubrałeś? lustra nie masz?!? ta koszulka to już tylko na szmaty, dawaj, bo mi się właśnie skończyły, a bawełna idealna do wosku … co z tego, że jest ulubiona? chyba była! co było, a nie jest nie pisze się w rejestr!–  ściągaj! już! ”

albo –

jeszcze nie miałeś czasu kupić sobie tego wkładu?? czy ja zawsze o wszystkim muszę ci przypominać?? a przy okazji weź jeszcze dla mnie ze dwie bejce w tym sklepie za pocztą… no i co, że nie po drodze? jakbyś kupił wcześniej, to teraz nie musiałbyś chodzić…

takie są na porządku dziennym.

Ale ja dręczę też wyrafinowanie i okrutnie – potrafię otóż zmusić Nieletniego NAWET do napisania wypracowania, choć broni się przed tym wszystkimi czterema łapami, bo kto dzisiaj pisze wypracowania??!!.

Prawda, że nie zawsze gram czysto… czasem stosuję przekupstwo i łapówki (fuj!), albo obiecuję, że zrobię…

Zaraz! Właśnie! Obiecuję, że zrobię… – moja szara jedynaczka błysnęła na czerwono i… zgasła.

Przebiegłam w myślach wszystkie możliwości próbując zmusić ją do pracy (tę moja leniwą szarą i jedyną)  i sobie przypomnieć… jak to było, do qundulencji jaśnistej?… obiecałam, że…

…pozwolę mu przemeblować??… nie, to nie to, dziecię lubi jak mamunia przemeblowuje w jego pokoju, ale samo to  nie bardzo…

…że  zrobię…

…co, do qundulencji, zrobię?? pierogi?? przecież dopiero co były…

– A na co ci to, synuś, potrzebne – zapytałam przebiegle, bo może po odpowiedzi sobie przypomnę…

– Bo bałagan mam – mruknął po nosem.

– A w których rejonach największy? – bo, że bałagan, to wiem dokładnie, ale nawet w najwyższym zamroczeniu umysłowym nie obiecałabym mu przecież, że posprzątam, co to, to nie! w Herkulesa, co to Augiaszowi porządek robił,bawić się nie zamierzam– i co się stało,żeś sobie tak nagle przypomniał, że obiecałam?

– Walają mi się i jeszcze  się pogubią – doprecyzował – a porządek chcę mieć (sic!), a ty obiecałaś, że zrobisz jak będziesz mieć czas, a teraz będziesz mieć, bo nie musisz się mną zajmować… na obóz jadę, pamiętasz??

– Ja ci obiecałam, że zrobię porządek???!!!

– Że klucznik! obiecałaś, że zrobisz mi klucznik! bo klucze mi się walają! pogubią się jeszcze!… i co?? – rzucił na koniec retorycznym i spojrzał na mnie ni to z politowaniem (chyba, że taka indolencja umysłowa mnie dopadła?), ni to z niedowierzaniem (że matki takich oczywistych rzeczy nie wiedzą, że się walają?), ni to z niesmakiem (że jak można obiecywać i zapominać?… a  to akurat powinien wiedzieć!).

– Aaaa, klucznik… – sapnęłam z ulgą – no przecież pamiętam (guzik! na śmierć zapomniałam…) – a czy ja powiedziałam, że nie zrobię?! zawsze dotrzymuję obietnic (no mało brakowało…:( ), pewnie, że zrobię, jak wrócisz to już będzie – mówiłam, próbując jednocześnie sobie przypomnieć jaki to dokładnie ten klucznik miał być, bo że jakiś to było pewne, Nieletni zawsze dokładnie wie czego chce – to jak? tak jak mówiliśmy? ma być… – zawiesiłam głos, żeby dać mu szansę na wpadnięcie mi w słowo…

– No z autami – dał się złapać – a te kolory, to tak jak mówiłaś, sama pokombinuj…

 

 —————————————————————————————————————————————————-

 

No to pokombinowałam…

i auta zrobiłam…

i nawet wymyśliłam dekor z emalią…

 

Wraca wkrótce.

Ciekawe, czy mu się spodoba?…

 

—————————————————————————————————————————————————

 

Szafka na klucze, klucznik, bejcowana (dwa kolory bejcy – ciemny kasztan i orzech laskowy),  woskowana,

motyw starych aut na akwamarynowym tle, transfer, lakier szklący, wnętrze – motyw starej reklamy,  lakier szklący.

Dekor drewniany, wypełniony kolorem tła motywu i spieczony UTEE CLEAR (emalia).

 

 

 

Translate »