anioł

now browsing by tag

 
 

MIXED-MEDIA Z PENTACOLOREM, EDYCJA SIÓDMA…

 

Tym razem przygotowałam dla Was trzy projekty – obraz z tynkiem, zdobioną ramą i dwoma aniołami w stylu vintage, zardzewiały notatnik i walizkę, idealną na wakacyjne wspomnienia, bo wakacje wszak już za progiem…

 

ANIELSKO-BAROKOWA SKRZYNIA I WAKACYJNA BRANSOLETA…

 

 

Barokowa skrzynia z motywem anielskim.

Drewno strukturyzowane, mocno postarzane i patynowane.

Z anielskim dzieckiem ze złotymi skrzydłami.

W środku zdobiona pasami (stempel Primy) i złoceniami.

 

I letnia, wakacyjna bransoleta, w sam raz na wieczorny spacer brzegiem morza.

ANIELSKA KONSOLKA…

 

 

 

Konsolka kupiona wieki temu na jakimś Flohmarkcie u naszych zachodnich sąsiadów. Całość plastikowa i nijaka była, ale spodobał mi się aniołek. Był taki jakiś swojski. Spojrzałam i zrobiło mi się go żal, że tak tę tubę musi dźwigać, a że niewiele waluty trzeba było aby go wykupić z niemieckiej niewoli, to wzięłam…

Przywiozłam do domu i powiesiłam na ścianie. Brzydki był. Plastikowy i sztuczny. W bliżej nieokreślonym brązowojakimśtam kolorze. Ale miałam do niego sentyment i ile razy na niego spojrzałam to się cieszyłam, że go mam. Nawet ta jego bijąca po oczach brzydota już mi nie przeszkadzała. A w dodatku w jakiś dziwny sposób pasował do koloru ściany, na której wisiał.

Do czasu jednak…

Ściana przeszła metamorfozę na fali zeszłorocznego remontu siedziby rodowej i aniołek już na nią nie wrócił. Próbował, ale mimo całego do niego sentymentu za każdym razem jak wracał to natychmiast go zdejmowałam. Ale kochałam nadal i mieć nadal chciałam, więc postawiłam go sobie na biurku opierając o ścianę. Stabilny nie był. Średnio dziesięć razy dziennie się przewracał. Ja go stawiałam, pieczołowicie opierając o ścianę, on za chwilę leżał. Stawiałam, opierając i dodatkowo blokując różnymi dziwnymi przedmiotami, się przewracał. Stawiałam, leżał… W końcu mi się znudziło, no bo ileż można?

Wiadomo było, że nie wyrzucę… Ale do ściany nie pasował, stawiać bez sensu też już mi się nie chciało, pozostało więc  tylko dopasowanie go do nowych warunków ściennych i wyeksmitowanie na stare miejsce.

No i tak zrobiłam 🙂

Teraz, w nowej szacie podoba mi się jeszcze bardziej, a co najważniejsze znowu mieszka na ścianie, w miejscu, które najbardziej do niego pasuje…

 

 

ANTYCZNY OBRAZ Z ANIOŁEM I GOŁĘBIEM…

 

 

 

 

W drewnianych ramach własnoręcznie zbijanych.

Chciałam je też własnoręcznie ciąć, ale poległam i musiałam w tej materii posiłkować się pomocą Najlepszego. Ale tylko w tym.

Bo cała reszta to już samodzielna moja twórczość – począwszy od zbicia ram, poprzez wyprodukowanie farb, zrobienie tynku, jego położenie, pomalowanie, klejenie dekorów, i co tam jeszcze po drodze było, to już ja 😉

Napracowałam się setnie, nie raz i nie dwa chciałam rzucić to wszystko w kąt, i pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że akurat żadnego pustego kąta, w którym obraz ów by się zmieścił, nie posiadałam. Więc się zaparłam zadnimi łapami i skończyłam.

Obraz jest duży i ciężki (waży – bagatela – 15 kg). Ramy pomalowałam farbami mlecznymi, złocenia dekorów temperą jajową. Anioł pomalowany jest farbą z pigmentami mineralnymi.

Obraz antyczny, 600×500 mm

anioł – 300 mm

woskowany i olejowany

 

NO ZROBIŁAŚ MI WRESZCIE TEGO ANIOŁA??…

 

 

 

Dzisiaj też będzie o aniołach, ale zgoła innych.

Przyznam, że ich zrobienie było dla mnie nie lada wyzwaniem i traumą, bo zleceniodawcy stali nade mną bez przerwy, podpowiadali i komentowali postępy w pracy i co tu dużo mówić – krytykowali ile wlezie – a to, że włosy nie takie, a to, że sukienka na jednym bardziej, a aureolka nad drugim  ksyfsa, a to, że jeden ma więcej literek, a drugi ma nóżkę wyżej, a to, że niebieski jest za mało niebieski, a to… ech, szkoda słów…
A jedności i zgody w narodzie nie było za grosz, bo jeden chciał niebiańskiego przedstawiciela odziać koniecznie w kosulkę ze spajdelmenem, a drugi oblec w mundur konfederata (autentyczne, nic a nic nie ściemniam!),
do tej pory nie mogę wyjść z szoku, że w końcu, po niekończących się negocjacjach, obaj jakimś cudem zgodzili się na białe giezło.

Anioły są zatem zrobione na specjalne życzenie Budrysów i według ich „dokładnych” wytycznych miały być:

– na desce (nie wiem skąd im się ta deska wzięła, pewnie stwierdzili, że skoro inne anioły na deskach robię, to i ich mają być też takie… niestety odpowiednich desek akurat nie miałam, więc zrobiłam na kawałkach barlineckiej, odpowiednio złachanych),

– koniecznie/bezapelacyjnie/i tylko w niebieskościach (czyli w sferach kolorystycznych doskonale mi obcych),

– i z literkami,

– i tańczące,

– i mają mieć listki (?),

– i gwiazdki (!),

– i zegar, ale „taki mały zeby go nie było widać, ale zeby był, wies jaki, plawda?”,

– i mają być absolutnie i zupełnie takie same tylko inne Naughty

No, łatwo nie było…

Nawet w pewnej chwili myślałam, że osiwieję i zaraz potem wybuchnę niby jaki noworoczny fajerwerk, ale w końcu dałam radę, choć przyznaję się dobrowolnie do manipulacji – końcowy efekt deczko nagięłam pod siebie, gdy cerbery spały – szczególnie w kwestii ocieplenia jadowicie niebieskiego koloru, wybranego przez Budrysów na tło, dodając mu trochę czerwieni i turkusów, tyle tylko, żeby nie zbijał patrzącego natychmiast, a dopiero po chwili… na więcej się nie odważyłam, bo i tak musiałabym przemalowywać, znam moje Budrysy od podszewki – zobaczyłyby natychmiast i nie odpuściłyby mi nawet na pici kłak… Kenshin2

A to, jakie wyniki dała nasza kolektywna praca (ha,ha,ha…kolektywna!!! w tym tercecie byłam tylko wyrobnikiem Sad), oceńcie sami Smile

 

I już wiem, skąd im się wzięła deska, przypomniała mi wczoraj o tym Shanni, mówiąc, że przecież sami tę deskę łowili…

No fakt!!!
Parę tygodni temu łowili Smile
A ściślej, zobaczywszy ją pływającą w toni jeziora Kierskiego – nie bacząc na narażanie życia Najlepszego, zmusili go siłą (znaczy prośbą, groźbą, przekupstwem i wypychaniem) do wejścia do wody i wyłowienia jej z głębin, wzbudzając tym ogólną wesołość na plaży, a jeszcze większą okazując żywiołową radość po szczęśliwym wyłowieniu, wydając pełne zachwytu dwuwrzaski w stylu „jaka ona piękna!!” i „jaka slicnie stala, plawda??!” (hmmm… podejrzewam, że niechcący obdarzyłam ich pewnym genem…).

Najlepszy zeznawał później, że przyglądająca się tej interesującej scenie gawiedź, w ilości rosnącej w postępie geometrycznym , wprost tarzała się w piachu ze śmiechu, co na Budrysach nie wywierało żadnego wrażenia.

A potem Budrys Starszy, który raz wziąwszy ją w ręce nie pozwolił już jej sobie z nich wydrzeć, bohatersko wiózł zdobycz do domu, przytroczoną do pleców koszulką zamotaną wokół brzucha, bo Najlepszy nie wykazał się był Wink zmysłem przewidywania i żadnego powrósła ze sobą nie wziął, a inaczej nie dało się prowadzić pojazdu, znaczy rowerka, a do plecaka się nie mieściła.
A jeszcze później wpadli w drzwi siedziby rodowej jak huragan zmieszany z orkanem.
– Zobacz jaką pięęękną, starą deskę dla ciebie zdobyłem!!!! – darł się Budrys Starszy machając mi przed nosem mokrą dechą wyrwaną z jakiejś ławki, jak wskazywały ślady – i jaki ma fajowy gwóźdź!!!!.
– I ja! I ja tes zdobyłem pięęękną deskę, plawda? – Budrys Młodszy bardzo często kończy zdanie wyrazem „prawda” z pytajnikiem na końcu, upewniając się w słuszności swoich sądów 😉 –  Zobac!!!! – wtórował Starszemu, wciskając mi w rękę… patyk od loda i wlepiając we mnie swoje oczy wielkości najpiękniejszych błękitnych pater (normalnie ma je wielkości spodków, ale w chwilach podniecenia to one mu się zwiększają i to do rozmiarów niekontrolowanych).
– Zrobisz mi anioła??
– I dla mnie tes zlobis, plawda?
No rozczuliłam się wtedy na całego, i tym, że dechy były piękne i stare, i tym, do jakiego poświęcenia są zdolne Budrysy, żeby sprawić mi radość starą dechą (Najlepszy przysięgał, że nawet nie zauważył kiedy Młodszy wygrzebał z piachu swoją „dechę” i gdzie ją schował, bo kieszeni w spodenkach nie miał… musiał ściskać w rączce… i musiało mu być strasznie niewygodnie swój pojazd prowadzić…).
I zaraz też wysłałam swoją radość w świat chwaląc się Shanni-Dorci Smile
I faktycznie wtedy obiecałam, że im zrobię anioła…
No a teraz przyszło mi się z obietnicy wywiązać, bo Budrysy strasznie pamiętliwe są i każde „obiecałaś” bezwzględnie egzekwują Smile

A dechy mam!
Oto dowód

 

anioł, deska 350x250mm, relief, stencil, mika, patyna, wosk

ANIOŁY DOMOWE – SEXTUS, NIOSĄCY KWIATY…

 

 

 

 

 

Sextus, to kolejny anioł z rodziny ANIOŁÓW DOMOWYCH.

Urodził się z numerem szóstym.

Praca nad nim, podobnie zresztą jak nad poprzednimi, dała mi wiele satysfakcji i radości. Nie da się zaprzeczyć, że lubię je robić i to na równi z moim ukochanym szkłem 🙂

Sextus, mający przydomek Niosący Kwiaty ( bo plamy przy jego rękach jakoś tak same w kwiaty się ułożyły) powstał – tak jak i jego starsi bracia – na desce, a właściwie na trzech deskach oprawionych w ramę, na specjalne życzenie jednych takich moich przyjaciół 🙂

Deski zostały specjalnie wyszczotkowane, żeby wydobyć ich fakturę, potem zabejcowane i zaolejowane.

A później to już poooszłooo… Nawet dokładnie nie wiem co i jak po kolei, bo szybciutko uleciałam w światy równoległe tracąc kontakt z bazą.

 

 

deska w ramie 220×220 mm

mixed media

bejca, olej, szlagmetale, miki, bitum, stencil (farba strukturalna, relief (masa modelarska) patyny, pasty pozłotnicze

wykończenie – wosk mat

RATUNEK DLA DZBANA…

 

 

 

Ten dzban był w moim rodzinnym domu od zawsze. Jakoś nigdy nie wpadło mi do głowy spytać skąd się tam wziął, choć mam pewne podejrzenia. Myślę, że należał do ślubnej wyprawy mojej Mamy i był częścią białej, porcelanowej zastawy Fryderyka.

Później, gdy tworzył się mój własny dom, zamieszkał w nim razem ze mną, jako jedyny ocalały element owej zastawy.

Dzielnie służył nam jeszcze przez czas jakiś, ale nasze rozliczne przeprowadzki zrobiły swoje – najpierw zaginęło gdzieś wieczko, potem obtłukł się sam dzban, aż wreszcie – całkiem niedawno – ktoś upuścił go na podłogę (wiem kto! ale litościwie zmilczę i epitetów oszczędzę) i dzban rozpadł się na kilka kawałków. Łzy mi stanęły w oczach gdym zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy… Najlepszy rzucił się zmiatać skorupy, by mi je sprzed oczu zabrać z zamiarem wyrzucenia – alem nie dała.

Posklejałam  pieczołowicie i postawiłam na widoku.

Niestety, wyglądał okropnie… Mnie to nie przeszkadzało, ale te dziwne spojrzenia, te zawoalowane aluzje, te półuśmieszki w końcu do mnie dotarły i kazały mi się zastanowić co dalej. Wyrzucić nie miałam siły, bo to przecież pamiątka, ale tak jak był zostać też nie mógł, bo uczciwie mówiąc zwyczajnie straszył i złe wzorce estetyczne w Nieletnim ugruntowywał. 

A traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie obtłukł się przez zwyczajną nieuwagę jeden taki mój ulubiony aniołek, nic specjalnego, zwykły gipsowy odlew, bez żadnych wybitnych wartości artystycznych, ale miałam do niego sentyment. Ten też po sklejeniu wyglądał… ech, szkoda gadać…

No i przypomniałam sobie jeszcze o drugim, sporym aniele, którego dla przeciwwagi wcale nie lubiłam i dawno usunęłam sprzed ócz mych pięknych w kąt ciemny, na banicję skazując.

Z jednego posklejanego, wyglądającego koszmarnie dzbana zrobił się więc równie koszmarny tercet, no i to pobudziło mnie wreszcie  do działania. 

Pomyślałam, że w/w tercetowi nic już nie jest w stanie zaszkodzić, że wóz albo przewóz, że teraz albo nigdy, że koniec biadolenia – nadszedł czas działania.

No i zadziałałam. Sam proces transformacji  był długotrwały i szarpany, bo mający swe początki  u samego zarania wakacji, a skończony ledwie trzy dni temu, ale też ostatnie wakacje były u mnie niezwykle pracowite i zupełnie, ale to zupełnie skupieniu na jednym niesprzyjające.

A zadanie miałam wcale niełatwe, bo postanowiłam sobie porcelanę i gips w kamień obrócić, w dodatku taki grubo ciosany.

W miarę postępu prac  jednak zmieniłam trochę swój początkowy radykalizm i jakkolwiek pozostając przy opcji kamiennej, to  początkową grubość ciosania zdecydowałam się jednak cokolwiek zrewidować.

No i jako się rzekło, trzy dni temu skończyłam…

Zrobiłam nawet próbę szczelności dzbana na okoliczność ewentualnego przepuszczania cieczy różnorakich – wypadła zadowalająco – mogę więc go używać jako osłonki do doniczki (gdy już jakąś pasującą znajdę), albo może zrobię z niego pojemnik na pędzle? Się jeszcze zobaczy.

W każdym razie dzban reinkarnację przeszedł, żyje i ma się dobrze.

A anioły naprawdę wyglądają jak z kamienia 🙂

P.S. Proszę mnie nie pytać dlaczego użyłam w tych obróceniach w kamień koloru niebieskiego, skoro wszyscy wiedzą, że za nim nie przepadam i właściwie to on  mi nawet do niczego nie pasuje, bo tego to nie wiem nawet sama ja, więc i tak pytanie pozostanie retorycznym…

ANIOŁY DOMOWE – QUINTUS, ANIOŁ CODZIENNEJ TROSKI…

 

 

 

 

Quintus urodził się piąty.

 

 

 

 

 

Przysiadł  na desce spokojnie

skrzydła połyskujące srebrem

jak jutrzenka delikatne

perłowe jak mgła

odważnie rozpostarł  na wiatr

otulił się płaszczem piór

i zapatrzył  w dal

hen

za horyzont

rękoma objął kolana  

głowę wdzięcznie skłonił 

i zadumał się

i rozmarzył 

jak tylko anioł potrafi…

Anioł Codziennej Troski

będzie zbierał i sklejał okruchy miłości co się w życiu potłukły na milion kawałków

rozsypane puzzle przyjaźni ułoży  w nowe obrazy

będzie leczył blizny po łzach

pieścił wspomnienia

kolekcjonował dawno przeczytane listy…

 

Zbiera siły.

 

Mówią, że anioły mają zieloną duszę.

 

 

 

 

z cyklu ANIOŁY DOMOWE

deska, mixed media, olej, wosk

 

Anioł Świąt Bożego Narodzenia…

 

 

 

 

 

 

Anioły są wokół nas

 ale czy zawsze je widzimy?

Czy czujemy ich anielską obecność?

A one są. Tuż obok.

Chodzą za nami krok w krok…

Siadają przy naszym stole…

Mijają nas na ulicy…

Lecą ku nam z przestworzy…

Anioł w locie… tak, ten wygląda najpiękniej – jednym skrzydłem rozrzuca chmury, drugim ze świstem rozcina  powietrze…

Anioły są dobre.

I bywają anioły złe…

Wszystkie są piękne i niezbędne.

Pomagają .

Ale i zwodzą….

 

Są takie z przetrąconym skrzydłem…

I takie, które skrzydeł nie mają wcale…

 

Każdy z nich ma takie samo prawo do istnienia.

Życie bez nich nie miałoby sensu żadnego.

*******************************************************************************

Chodzę tak sobie już od czasu jakiegoś, chodzę… i prace anielskie wykonuję, a to okna umyję, a to pierniki upiekę, a to bombkę wymodzę, czy inny stroik jaki…

 Aż wreszcie czas przyszedł, żeby jako ten anioł rodzinny prezenty pod choinkę sprawić, więc do miasta się wybrałam – w Anielską choć nie Złotą Niedzielę…

 a bo to  jutro już poniedziałek – muszę pranie i prasowanie z anielskim spokojem poczynić,

potem wtorek – czeka mnie konieczne wyjście w sprawach urzędowych,

a po powrocie o anielskich pracach świątecznych już mowy nie będzie, bo urzędy mnie wykańczają…

potem środa – środek tygodnia – zleci, nawet się nie obejrzę i nie zarejestruję kiedy…

czwartek anielsko w pracach przedświątecznych sobie odpuszczam, bo  któż to wie co mi wypadnie?…

a potem  piątek, z absolutnie anielskim ubieraniem choinki, zawieszaniem światełek anielskich gdzie popadnie i gdzie nie popadnie, z oplataniem girlandami balustrad w siedzibie rodowej, z wykładaniem w różne dziwne miejsca anielskich zapachów świąt, w postaci rozczochranych goździków, lasek cynamonu , gwiazd anyżu i suszonych pomarańczy, z przytroczeniem jemioły u powały z wielką wiarą w jej anielską moc przynoszenia szczęścia domowi…

potem pracowity weekend – z dawno już zaplanowanym gotowaniem i słodkim pieczeniem makowca i sernika…

później to już znowu poniedziałek – ostatni dzień przed, więc jeszcze makiełki, pierogi i ryba z pieca, bo musi się z sosem przegryźć…

 No a potem to już Wigilia i anielska cicha noc…

 

Więc wybrałam się dzisiaj…
Chodzę tak sobie po ulicach i sklepach, rozglądam się z ciekawością wielką, i same czynności anielskie widzę.
A więc najpierw – anioły zaświeciły  na Starym Rynku, na Placu Wolności i Świętym Marcinie, przytuliły się do latarń i murów, przysiadły na pustych klombach i opustoszałych ławkach, ubrały Koziołki w kożuszki. Niektóre snują się cokolwiek znudzone po chodnikach, inne rozsiadły się po wystawach i spoglądają zdziwione na zabieganych ludzi…

Jeszcze inne ze zwykłych ludzkich okien zerkają ciekawie i świątecznie, w poświacie kolorowych lampek…

Są też takie etatowe w sklepach – a to jogurtem taki poczęstuje, a to dzwoneczkiem podzwoni, a to aureolką zatrzęsie, a to cukierka dziecku wciśnie (obcemu, bo moje w domu zostało)…..

Potem zobaczyłam  anioły przebrane.

Mrowie całe anielskich ludzi przyodziało czerwone gwiazdorowe szatki, worki wielkie do boków reniferów mechanicznych przytroczyło, głowy z rozwianym anielskim włosem czapkami ( z pomponikiem białym, a jakże!) przyozdobiło – i tak to tysiąc anielskich Gwiazdorów ( bo w Posen Gwiazdor chodzi, nie Mikołaj) na ogromnych harleyowych reniferach trzymanych za wygięte rogi, trąbiąc przeraźliwie, a głośno,  przejechało Świętym Marcinem i ruszyło w świat daleki,  powiewając tysiącem białych bród…

Pewnie prezenty rozwożą, bo cóż by innego mogli w takim pędzie i w takiej ciżbie  czynić??

I myślę sobie teraz, że to wcale nie  przebrane,  ale najprawdziwsze anioły  były!

No i wreszcie anielskie zakupy w Plazie, zaiste też anielskiej, bo anielską cnotę spokoju i opanowania ćwiczyć mi tam przyszło, co by nie chwycić za bombkę jaką i nie zrobić anielskiego porządku z tą idiotyczną plazową architekturą, no bo ileż można – nawet anielską cierpliwością dysponując! – wytrzymać,  gdy wciąż tylko schody w górę, schody w dół… schody w górę i znów w dół… i znów w górę, i … i co z tego, że ruchome??!!… Schody to schody!

Ale zdzierżyłam i anieli wynagrodzili mi brak reakcji, bo otóż tam oczarował mnie i uwiódł  na amen nastoletni, prześlicznej aparycji anielskiej będący, długoblondkręconowłosy  aniołeczek z cudnie migocącymi skrzydełkami (lampki tam miał! nic nie cyganię! lampki… migocące w rytm kolędy!). Siedział sobie skromnie przed wejściem do sklepu któregoś i miał zapewne w kontrakcie przykazane oferować z anielską natrętnością  jakiś anielski towar…

miał, ale…

ale on zakrył sobie uszy białymi, puchatymi słuchawkami, anielską głowinę z lekko przekręconą aureolką wdzięcznie na ręce skłonił, oparł książkę o kolana, żeby widać nie było… i zaczytał się na całego, odpłynął do swojego anielskiego świata, o tym tu, ziemskim, kompletnie zapominając, a i kontrakt na czynności anielskie w głębokim poważaniu mając…

aż anielsko  było popatrzeć….

Com też z upodobaniem ogromnym  czyniła parę dobrych chwil, zaglądając ciekawie, cóż że z takim zapamiętaniem poczytuje to anielsko cudne dziecię…

Doskonale zobojętniałam na wcale gromkie pomruki Najlepszego Upadłego Anioła, z iście anielską cierpliwością ignorując natarczywe wyrywanie ręki ze stawu, a nawet – tak!! – popychanie od tyłu!…O zupełnie nieanielskim szarpaniu za torebkę już nawet nie wspomnę…

 A potem  kupiliśmy anielsko piękną choinkę.

I teraz jeszcze tylko  powieszę na ścianie Anioła Świąt Bożego Narodzenia, dopiero co skończonego, żeby w Święta nad domem czuwał  i anielskimi skrzydły go otulał…

I prześlę Wam anielskich myśli odrobinę…

I w nocnej chwili uzmysłowię Najlepszemu, że anioła on ma najprawdziwszego, a nie zwykłą żonę…

I dzień uznam za skończony…

Anioł jest wynikiem mojej zabawy z Powertexem, ale zabawy „po mojemu” 🙂

jest wysoki (33cm), w płaszczu koloru starego, patynowanego złota, złamanego miejscami oliwką, miejscami miedzią i bursztynem, zdobionego dwoma turkusowymi guzami-kaboszonami…

 

pod nim widać spodnią suknię, jaśniejszą i bardziej połyskliwą jasnym, ciepłym złotem i z kolejnym kaboszonem, tym razem skrzącym się niczym diament,

 skrzydła połyskują mu perłową miką, mienią się srebrem i brylantowymi, maleńkimi iskierkami, ukrytymi wśród piór.

To Anioł Świąt, nie szczędziłam mik i złota, miał być „bogaty” – i jest, tyle, że teraz nie potrafię zrobić mu takiego portretu, na którym wszystko dałoby się pokazać… stąd tyle zdjęć, stąd tyle ujęć i tak różne oświetlenie…

ANIOŁY DOMOWE – Quattuor – mandala szczęścia i ważki o tęczowych skrzydłach…

 

 

 

 

Quattuor to czwarty anioł z serii ANIOŁY DOMOWE.

Trzy poprzednie mają już swoje domy, ten jeszcze czeka… siedzi skupiony przed mandalą szczęścia, chłonie je całym sobą, by – gdy już ten dom znajdzie – na tęczowych skrzydłach ważek to szczęście doń wnieść…

 

 

 

 

Praca na desce (sosna) 360x165x30 mm z wykorzystaniem masy strukturalnej, folii, szlagmetali, farb metalicznych, past postarzających i pozłotniczych, farb akrylowych i mik.

ANIOŁY DOMOWE – Unum – anioł domowy opiekuńczy bardzo…

 

 

 

Unum urodził się jako pierwszy i to on właśnie zapoczątkował serię prac z rodziny ANIOŁY DOMOWE.

 

Od wczoraj mieszka w domu pewnej Małej Dziewczynki i ma za zadanie domem tym i jego mieszkańcami  opiekować się i strzec  najlepiej jak umie.

Został wyposażony w odpowiednie moce, owiany dobrymi czarami, zaopatrzony w jasne myśli i w drogę wysłany –  wczoraj doszły mnie słuchy, że na miejsce dotarł, więc spokojnie mogę go pokazać…

Jest delikatny i pastelowy, trochę srebrny, trochę  tęczowy, zamglony i … zwiewny.

 

deska sosnowa 320 x 150 x 25mm, mixed media

 

ANIOŁY DOMOWE – Tribus – Przed skokiem…

 

 

 

 

ANIOŁY DOMOWE – Przed Skokiem – Tribus…

Bardzo lubię ten anielski ludek, choć może niekoniecznie w wydaniu sielsko-słodko-łzawym (no chyba, że rzecz tyczy okresu  okołobożonarodzeniowego 🙂 ) lubię też prace na desce (ot, choćby ikony…) stąd też powstał zamysł zrobienia serii prac aniołowych pod wspólną nazwą ANIOŁY DOMOWE – ten pokazywany tu – właśnie szykujący się do skoku na ziemię –  to Tribus (bo urodził się jako trzeci)…

Z obu poprzednich jeden, ten o imieniu Unum właśnie jest w drodze do  domu, którym ma się opiekować (jak już dostanę potwierdzenie, że dotarł, to go pokażę), drugi – Duo –   w swoim domu docelowym zdążył już zamieszkać – ale pokazać go nie mogę, bo niestety nie zdążyłam  zrobić mu sesji…

 

 

deska 330 x 160 x 28 mm

praca z wykorzystaniem masy strukturalnej, tkaniny, szlagmetali, szlagaluminium, wosków pozłotniczych, mik, patyn, bitumu, masy perłowej, metalizowanych akryli.

Wykończenie – wosk.

 

Translate »