alkohole

now browsing by tag

 
 

SZKŁO, SZKŁO, SZKŁO… LUBIĘ!

 

 

 

 

Dawno nie robiłam i już bardzo mi było do niego tęskno, więc jak tylko się trafiła okazja, to natychmiast skorzystałam.

I oto się stała – szklana patera okuta w złoto.

Malowana profesjonalnymi farbami do szkła, z wykorzystaniem mik, szlagmetali, liquidów i innych magicznych specyfików w pozłotnictwie niezbędnych z wykorzystaniem technik mixed-mediowych.

Postarzana mocno, bo chciałam, by w starym złocie była.

Zdobiona malachitową zielenią i głębokim kobaltem. I złotem, i miedzią, i czernią. I ciepłym brązem.

Słowem patera na bogato 🙂

A jak szkło to zdjęć milion, a i tak nawet ten milion nie jest w stanie pokazać wszystkich niuansów i smaczków, niestety…

Patera jest projektem na najbliższe warsztaty w Gdyni 28. maja 2017

Zapisy tu

 

 

 

 

KARUZELA Z KONIKAMI, KARUZELA Z MARZENIAMI…

 

 

Karuzela z konikami,

karuzela z marzeniami,

jak w dziecięcym śnie…

 

Musiałam ją zrobić. Musiałam, odkąd zdobyłam śliczną formę do odlewów z konikami.

Pytanie tylko jak i na czym…

Aż wreszcie trafiła w moje ręce puszka. Pucha. Wielka, wysoka, idealna na karuzelę.

Potem to już poszło z górki 🙂 Trochę pracy, trochę złoceń, trochę różnych postarzaczy i oto stała się – karuzela z konikami, karuzela z marzeniami. Jak w dziecięcym śnie.

 

BARDZO STARA SKRZYNIA WOJSKOWA CO SWOJE PRZESZŁA…

 

 

 

 

 

Zawsze taką chciałam mieć.

I w końcu się udało. Kupiłam starą, wojskową skrzynię na amunicję. Cieszyłam się jak dziecko.

Była bardzo zniszczona, przód miała porysowany, z ubytkami drewna, wieko krzywe i powyginane w siedem stron świata,  nie domykało się i nadawało tylko do wymiany, zawiasy  pogięte, spodnie listwy  połamane… Słowem obraz nędzy i rozpaczy.

Najlepszy z Mężów spojrzał z ukosa i kazał odstawić do porąbania, Nieletni uśmiechnął się z politowaniem.

Ale mnie się podobała!

W moich planach miała być podróżną skrzynią na preparaty i media, bo już dość miałam wożenia owych w przypadkowych torbach, kartonach czy innych siateczkach. Chciałam je wozić z klasą. I dzięki tej skrzyni plany  miały się ziścić.

Nie przerażało mnie, że na dobrą sprawę musiałam ją zrobić od nowa, nie takie rzeczy się robiło. W końcu czym jest rozwiercanie nitów przy  zawiasach (bagatela – 16 sztuk!) nawet jeśli do tej pory nie miało się o tym  bladego pojęcia – pikuś!, co tam rozkręcanie jej na czynniki pierwsze, nawet, gdy trzeba się mocować ze śrubami wbitymi, a nie jak Bozia przykazała wkręcanymi – drugi pikuś!, co tam jazda do budowlańca po materiał na wieko i podejmowanie nieodwołalnej decyzji o jego rodzaju i grubości (trudne było, bo drugi raz jechać nie zamierzałam) – nawet nie ma co wspominać!

Gnało mnie do tej roboty w sto rączych koni i żadna trudność nie była w stanie mi w tym przeszkodzić. Nie mogłam się doczekać kiedy w końcu będę mogła wziąć w rękę pędzel.

No i wreszcie, po wszystkich przygotowaniach, wypełnieniach ubytków (boki były tak zniszczone, szczególnie przód, że musiałam je zakuć), wymianach nienaprawialnych, skręcaniu wszystkiego nazad do kupy, przystąpiłam  do najprzyjemniejszej części roboty – zdobienia wieka.

Żeby ułatwić sobie pracę nie zamontowałam go do skrzyni, wychodząc z słusznego skądinąd założenia, że będzie mi o wiele łatwiej malować je w postaci soute, bo ono wszak imponujących rozmiarów jest, niż takie już zamontowane na gotowo, ze skrzynią pod spodem.

No… i nie przewidziałam jednego… Ech, jeszcze teraz mnie trzęsie jak sobie pomyślę…

Ale po kolei.

Bawiłam się z tym wiekiem długo. Nie spieszyłam się. Wciąż dokładałam  mu nowego i nowego, i patrzyłam z satysfakcją i (samo) zadowoleniem jak się zmienia. Widziałam jak żyje. I podobało mi się to, co widziałam 😉 Nie ograniczałam się w tych zdobniczych elementach w żadnym razie – wszak wieko (no i cała skrzynia) miało być moje, więc potraktowałam je jak zdobniczy poligon. Sama nawet już nie wiem czego w tej robocie użyłam i chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie użyłam. Dość powiedzieć, że są tam nawet farby do szkła, takie ze specjalnym efektem. No i szlagmetale. I alkohole. I pisaki. I stemple. I jakiś milionpięćsetstodziewięćset innych różności jeszcze, bo – jak powiedziałam – nie ograniczałam się w najmniejszym stopniu – sama ciekawa jak to się skończy, bawiąc się przy tym wyśmienicie.

Oczywiście żadnego planu zdobniczego nie miałam, bo nigdy nie mam, za to pole do działania ogromne.

Wiedziałam tylko, że chcę mieć kruka i od niego zaczęłam.

Na początku był czarny, jak to kruk, ale potem zaczął ewoluować, podobnie zresztą jak wszystko wokół niego, co mi absolutnie nie przeszkadzało…

No i wreszcie skończyłam! Popatrzyłam na to swoje dzieło, przymierzyłam do skrzyni, nawet fajnie wyglądało, tylko trochę kolorystyka mi się z bokami rozminęła, ale co to jest podmalować boki – pikuś! Piętnaście minut i gotowe. Już pasowało 🙂

Już-już miałam się zabrać za przykręcanie zawiasów, gdy zjawił się Nieletni.

– I jak?- spytałam nie wiadomo po co.

– Fajnie… a jak w środku?

– A w środku nijak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nawet jeszcze się za ten środek nie zabrałam.

– No to niefajnie – skwitował Nieletni i sobie poszedł.

No ma rację dziecie me, ma rację – pomyślałam kwaśno – środek też musi przecież wyglądać.

A, że byłam w ciągu, to i za robotę zabrałam się natychmiast.

Zaczęłam od wieka, ułożyłam je wygodnie na pracownianym stole, chwilę tylko poświęcając na wybór kolorystyki i wybór techniki i zabrałam się za robotę. Padło na drapankę w kolorach złoto-niebiesko-turkusowych, bo miałam jeszcze w pamięci nieodległy czasowo pewien decousabat, gdzie właśnie takie wprawki drapankowe ćwiczyłyśmy. Błysnęła mi co prawda myśl, że wnętrze z zewnętrzem jako te dwie różne bajki będą, ale nie zmartwiło mnie to ani ciut-ciut, bo: a) skrzynia moja osobista jest, b) nikt mi do niej zaglądać nie będzie, c) co komu do domu, jak dom nie jego, i w końcu d) kto bogatemu zabroni?

Prace przygotowawcze poszły błyskawicznie. Poczekałam, aż wszystko przeschnie i zabrałam się za drapanie. Drapałam, drapałam i drapałam – dziesięć dni, bo robiłam etapami. Ale w końcu wydrapałam! Dumna byłam niesłychanie, bo wyszło naprawdę fajnie.

I znów zjawił się Nieletni…

– O, super! – pochwalił sam z siebie – nawet lepiej niż to poprzednie, powinnaś dać  na wierzch.

– Serio? – spytałam niepewnie, bo takiej możliwości nie przewidywałam (chciałam kruka wszak), ale kontrolnie przymierzyłam wieko do skrzyni.

– Widzisz? Mówiłem, że lepiej! Daj na wierzch.

– Ale boki nie pasują…

– Rany! To przemaluj! – rzucił przez ramię i się ulotnił jak kamfora.

No, może faktycznie? – pomyślałam i przemalowałam te boki, w końcu to pikuś.

Teraz pasowało i rzeczywiście fajnie wyglądało. Skrzynia z brązowo-orangowo-srebrnej zmieniła się w złoto-turkusowo-niebieską. Podobała mi się. I nawet przebolałam kruka, który teraz miał sobie latać w środku.

A właśnie, ciekawe jak mu tam w tym środku? – zainteresowałam się nagle i kontrolnie uniosłam wieko…

Kruk był, a jakże, ale… ludzie, trzymajcie mnie!… latał do góry nogami. Trzy razy opuszczałam i unosiłam to wieko – za każdym razem był odwrotnie. Nie rozumiałam co widzę – jak to do góry nogami, skoro jak był wierzchem to latał normalnie? Przełożyłam go w położenie pierwotne – lata ok, jak Bozia przykazała. Uniosłam wieko… rany boskie – teraz literki na drapance stały na głowie…

Dobrą chwilę trwało zanim zrozumiałam co się stało. Otóż popełniłam błąd na samym początku robienia tych drapanek, jak jakiś nowicjusz, nieopierzony żółtodziób – nie sprawdziłam gdzie jest góra, a gdzie dół wieka… Nie byłoby problemu, gdyby wieko było przykręcone, albo gdybym była bardziej skupiona przy robocie, albo gdybym po wydrapaniu pierwszej kreski uniosła wieko znad stołu… Ech, wciąż jestem zirytowana swoją ignorancją…

A na dodatek musiałam zdecydować, co w końcu ma być do góry nogami w tym środku, bo o jakichkolwiek poprawkach mowy nie było, mogłabym co prawda zrobić nowe wieko, ale straciłam do niego serce. A tu i kruk latający do góry nogami wyglądał słabo, i literki też słabo, ale jednak kruk słabiej… No więc kruk znów awansował na wierzch. I znów nie pasowały boki. Przemalowałam, bo to pikuś przecież, jednak tym razem już na bardziej srebrno 🙁 A potem szybko przykręciłam zawiasy, żeby się nie rozmyślić znowu i nie zmienić na literki poświęcając kruka.

I teraz mam starą wojskową skrzynię podróżną na preparaty z krukiem na wierzchu, co czarny już nie jest i literkami stojącymi na głowie w środku…

A potem zrobiłam jej zdjęcia, choć bardzo trudno było mi pokazać ją w całości.

Ale środka nie pokażę za nic! Nawet gdyby mnie wzięto na tortury!

 

 

 

MISA Z CIEPŁYM, ENERGETYCZNYM ŚRODKIEM ZAKUTA W ZIMNE SREBRO…

 

 

 

Wciąż siedzę w szkle.

Już od dobrych trzech tygodni nic tylko szkło i szkło..

Ale nie narzekam, no może tylko troszkę, tak pro forma 🙂

Powstały już dwie butle-karafki, cztery ryby, dwie miseczki, dwa wazony, dwa talerze do jaj, no i ta misa.

A, nie… ta misa powstała pierwsza.

Duża, ciężka, z lanego, grubego szkła (jej ścianki mają 0,5 cm grubości!), obła niczym opona, z lekko wklęsłym dnem.

Było co robić, bo chciałam jej dodać dekory, żeby obciążyć jej zewnętrze, i połączyć delikatne złoto środka z ciężkim srebrem, i wkomponować w środek troszeczkę koloru, i wpasować w to, co już zrobiłam wcześniej, i co stoi w moim własnym, osobistym salonie.

No, było co robić.

Ale dałam radę. Schody zaczęły się później, gdy chciałam ten wytwór rąk moich ;P obfotografować… Co ja się namęczyłam, ile zdjęć zrobiłam tego ludzkie słowo nie wypowie. I wciąż to nie było to. W końcu się poddałam. Więcej już próbować nie będę, bo to i tak nadaremne – zdjęcia są, jakie są, i trudno.

W każdym razie misa jest delikatna w środku – pomiędzy rombami błyska tu jaśniutkie złoto, bursztyn i lustrzane srebro, które na zdjęciach przybrało kolor szary 🙁 jest trochę brązu spalonej ziemi, trochę błękitu letniego nieba i zieleni lasu, na zewnątrz zaś jest ciężka, ubrana w stare srebro (tę starość podkreśliłam bardzo delikatną fakturą), spatynowałam je czernią i bardzo ciemnym brązem. No i ma dekory, które zrobiłam z masy rzeźbiarskiej.

 

 

PATERKA, MAŁY KLEJNOCIK DLA EWY…

 

 

 

 

Niewielka, szklana paterka.

Była wyzwaniem, bo musiałam  zdecydować, którą jej część (wnętrze czy zewnętrze) wyeksponować. Myśl, że obie, odrzuciłam od razu, była zbyt mała. Postanowiłam więc, że tym razem środek będzie stonowany, a poszaleję sobie na zewnątrz.

I tak też się stało. Narzuciłam sobie niebywały reżim, wszak miałam pod ręką alkohole w całej palecie barw. Nie raz i nie dziesięć cofałam rękę, która już, już sięgała po kolejne kolorowe buteleczki, nie raz i nie dziesięć z żalem odstawiałam słoiczki z pastami.

W zasięgu ręki pozostawiłam tylko miedź, zieleń, złoto, czerń i turkus. Udało się, choć przyznaję  bez bicia – lekko nie było.

Środek powstał spokojny. Głównie w kolorze miedzi, która jest tu kolorem przewodnim i tylko gdzieniegdzie przebija zieleń, złoto,  i czerń. 

Mogłam odetchnąć.

I z ulgą przeszłam do następnego etapu – do zewnętrznej części, gdzie już żadnych ograniczeń sobie nie stawiałam.

Poszło gładko, tak myślę, bo bardzo szybko przestałam kontrolować co robię – robota robiła się sama, a ja błądziłam sobie spokojnie po łąkach i polach świata równoległego.

Pamiętam tylko, że okułam ją srebrem, choć jak potem na nią spojrzałam, to samej trudno było mi w to uwierzyć…

 

 

 

ETUI MIXED-MEDIA VINTAGE

 

 

Kolejne zrobione w tej technice. Na specjalne zamówienie. 

Miało być „kinowe”, bo Inwestorka jest niepoprawną kinomanką, taką z krwi i kości, uwielbiającą stare, nieme filmy.

No to jest kinowe, bo znalazły się na nim postaci Chaplina i perforacja taśmy filmowej. Są tu też cyfry zdobiące spodnią jego stronę, bo wszak kiedyś właśnie cyfry pojawiały się na ekranie zanim zaczął się film.

Nie miało być czarno-białe.

Więc nie jest.

Jest kolorowe. No może nie do końca, bo  kolory błyskają tylko miejscami pośród sepiowej całości, ale są tu i zielenie, i czerwienie, jest złoto i błękit, i czerń, a dzięki użyciu miki i opalizujących wosków kolorystyka zmienia  się w zależności od kąta pod jakim się  patrzy.

I są faktury, przetarcia i postarzenia, bo etui miało być w stylu vintage.

I dużo w nim pozytywnej energii, bo radość jaką dała mi praca nad nim pozostanie w nim zaklęta już na zawsze 🙂

SZKŁO MON AMOUR…

Kto mnie zna ten wie – jest moją miłością wielką.

Uwielbiam się nim bawić, uwielbiam je malować, dotykać, zmieniać. Mogłabym tak w nieskończoność. I nigdy nie mam dość. 

Lubię przyglądać się kolejnym etapom pracy, patrzeć jak ten sam fragment zaczyna żyć własnym życiem, jak zmienia fakturę, kolor, charakter, jak z każdą chwilą wygląda inaczej i inaczej…

I największym bólem (i wyzwaniem) dla mnie jest zawsze moment, gdy trzeba powiedzieć – dość! To już koniec. Nie rób nic więcej. Wystarczy.

Chociaż czasem wracam do  skończonej pracy i z wielką radością stwierdzam, że „koniec-wystarczy” jest pojęciem absolutnie względnym, bo zawsze jeszcze można wrócić do zabawy.

Tak też było i tym razem – wpadł mi w ręce dawno już zrobiony i skończony, jak mniemałam, wazon i okazało się, że wcale nie był taki skończony 😉 , że dalej mogę się nim pobawić, że wciąż można mu coś dodać, coś ująć, coś zmienić… Więc dodałam, ujęłam, zmieniłam i teraz mam zupełnie nowy wazon. A może nawet lampion 🙂

 

 

 

POLAŁY SIĘ ALKOHOLE….

Szeroko, bo miejsca dużo miały.

Jak chciały, bo opanować nie mogłam.

Kolorowo, bo letni, kwietny ogród inspiracją im był.

I urodziła się patera.

Patera z wieńcem z letnich kwiatów haftowanym słonecznymi promieniami, z plamami szmaragdowych cieni śpiącymi pod koronami drzew,  z lazurowymi jeziorkami sierpniowego nieba widocznymi pomiędzy liśćmi…

 

Patera w każdym centymetrze swojego szklanego ciała jest inna (stąd tyle zdjęć 😛 ), ba, każdy z tych centymetrów się zmienia w zależności od padającego światła – inaczej wygląda, gdy światło pada z góry, inaczej, gdy pada z boku, jeszcze inaczej, gdy jest rozproszone…

Malowałam ją „wieloetapowo”. Po każdym etapie patera była wypalana, dzięki czemu kolory się zmieszały, a patera zyskała głębię.

Przy czym słowo „malowałam” jest nadinterpretacją – ja – jak zwykle przy pracy ze szkłem – byłam narzędziem potrzebnym do trzymania buteleczek z alkoholami.

To one, alkohole,  wykonały całą pracę, one wybrały kolory, one się rozlały jak chciały. One same. Ja nie miałam nic do gadania.

Byłam tylko narzędziem…

 

Szklana patera

technika mixed media

tusze alkoholowe, metale płynne, miki, pasty pozłotnicze, bitum

 

DEKOR DO ŁAZIENKI…

… czyli mixed-media na podobraziu.

Pierwotnie miał być obraz. Taki prawdziwy. Malowany. Jakaś wariacja w temacie „Trawy”. Takie coś, co mi się wpisze w konkretne miejsce, w konkretną kolorystykę i w konkretny fragment ściany, w dodatku łazienkowy fragment i na domiar złego czarny. Coś, co będzie robiło za dekor w tej łazience.  Dla czego moja  czarna, łazienkowa ściana stanie się tłem i integralną z nim częścią.

Przemalowanie ściany nie wchodzi w grę, bo nie po to walczyłam z Najlepszym o tę czerń, by teraz kapitulować.  Tak chciałam i tak mam. Mnie nie przeszkadza. Mnie się podoba. Ale najwyraźniej Najlepszemu widocznie jednak nie, bo marudzi i jęczy jak tylko do tej łazienki wchodzi. Postanowiłam więc iść na kompromis i nieznacznie rozjaśnić ją obrazem właśnie.

Miałam chęci, miałam wizję i miałam podobrazie. Farby też miałam. I pędzle.

I tylko samodyscypliny zabrakło, bo zamiast obrazu powstało to, co zwykle… czyli wariacja w temacie bez tematu.

Ale za to w kolorystyce, która doskonale pasuje i do mojej czarnej ściany, i do całej łazienki, i nawet do lustra, i oświetlenia.

Taki mixed-mediowy dekor 🙂

Podobrazie malarskie 45x45cm szlagaluminium, faktura, tusze alkoholowe, woski koloryzujące, pasty pozłotnicze, farby strukturalne, mika, rdza,  szelak

ZABAWA ZE SZKŁEM…

… chyba ostania w tym roku… no chyba, żeby jednak nie 😉

Tym razem bawiłam się misą i paterą (kolejną już, chyba piątą, o ile się nie mylę, w tym kształcie i tej wielkości).
Co z tej zabawy wyszło widać na zdjęciach.
Dużo ich – tych zdjęć – wiadomo, ze szkłem tak zawsze, ale proszę nie narzekać, bo i tak nie pokazałam wszystkiego, co w tym szkle siedzi.

Misa wyszła ciepła i energetyczna, więc dla kontrastu umieściłam ją w ciężkim, „starym” metalu, żeby zbyt słodko nie było.
Patera z kolei zrobiła się delikatna i romantyczna, może to za sprawą kolorów?
Nieletni, ujrzawszy ją, rzekł był – TĘCZA!
No chyba nie do końca jednak tęcza, ale i tak jego skojarzenie mi się podoba.
I jedno i drugie jest w pełni użytkowe.

MGŁAWICA

 

 

 

 

 

Dostałam prezent 🙂

Lepszego nie mogłam sobie wymarzyć – szklaną paterę z kloszem – Małgosiu jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję.

Zaraz wiedziałam, że długo nie wytrzymam, i że jak tylko znajdę chwilkę, to będę ją malować, malować, malować…

wiedziałam o tym  już w chwili, gdy ją rozpakowałam, bo ręce zaczęły mnie natychmiast swędzić,  oczy same  w stronę alkoholi się odwracały, a moje złotka/sreberka   uśmiechały się do mnie pięknie  i nęciły…

Czasu na takie fanaberie czysto przyjemne nie miałam wcale, bo wciąż nie mogę wyjść na prostą z zaległościami, ale od czego są noce? Noce są zdecydowanie niewykorzystywane i marnotrawione bez sensu na sen.

Tak, nocami można dużo zrobić. 

Mnie wystarczyły dwie i oto jest – MGŁAWICA. 

Tak jakoś te farby i alkohole się układały, tak jakoś się przenikały, że właśnie Mgławica się urodziła. Próżno by szukać na mapach kosmosu jej odpowiednika, nie jest to ani Orzeł, ani Andromeda, ani Eskimos, Helis, czy inna Carina, to jest po prostu MGŁAWICA.

Mieni się kolorami, dokładnie tak, jak te na niebie, ale ta moja  otulona jest w chropowatą czerń, delikatnie  rozbłyskującą srebrem na nierównościach i minimalnie ocieploną ciepłym brązem.

Zdjęć jest sporo, bo i sporo jest fragmentów, które chciałam koniecznie pokazać, ale jak ktoś niecierpliwy, to spokojnie niektóre może pominąć 🙂

 

 

 

 

 

 

W ZACZAROWANYM ŚWIECIE…

 

 

 

Szkło.

Dla mnie  magiczne, nieprzewidywalne, zaczarowane, ukochane…

Zawsze z radością do niego wracam, ba, tak naprawdę, to mogłabym bawić się z nim od rana do nocy, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia… niestety tak się nie da  🙁

Ale jak tylko mam okazję (czyli jak tylko coś odpowiedniego mi wpadnie w ręce) to rzucam wszystko i zaczynam zabawę.

A że ostatnio mam fazę na minimalizm – kto czyta, ten wie – to chciałam spróbować tego obcego mi stylu również w konwencji szklanej,  tak tylko, kontrolnie, żeby zobaczyć co też mi z tego wyjdzie, a że właśnie „zdobyłam” – i to w dwóch egzemplarzach! – taki szklany, który świetnie się do tego nadawał, to czym prędzej zaczęłam zabawę…

Szło dobrze, jak to zwykle ze szkłem.

Malowałam sobie spokojnie i pomalutku, żeby celebrować ulubione zajęcie,

myśli rozpuściłam wolno, nie bacząc nawet gdzie poszybowały,

nawet rąk zbytnio nie kontrolowałam i umknął mi moment, gdy sięgnęły po tusze (a tuszy w planach nie miałam, bo to ich rozpasanie kolorystyczne absolutnie się kłóci z minimalizmem przecież…).

Do rzeczywistości wróciłam w momencie, gdy te dwie, co to je przy korpusie noszę (ręce znaczy) odstawiały lampion do wyschnięcia.

Wyglądał… nooo!  przy odrobinie dobrej woli i gdyby się uprzeć, to nawet można by rzec, że… minimalnie 😉 , i nawet ślad dumy  przez moment w jestestwie mym się zalągł  p.t. a widzisz?? jak chcesz, to potrafisz!, ale zdusiłam, bo skromna z natury jestem i  nie pozwoliłam mu się rozrosnąć… zresztą Szara zaraz sprowadziła mnie na ziemię.

– Ty, co się tak zachwycasz! Że minimalnie ci wyszło? No i co z tego? Przecież każdy tak potrafi. Weź no zrób zdjęcia, wsadź na bloga i odczep się już od tego szkła jak rany… 

No rację miała – jak się już przyczepię do tego szklanego, to końmi mnie odciągnąć nie można.

Zdjęcia zrobiłam (takie sobie wyszły, bo złośliwa aura  skutecznie mi je „spsuła”). Potem pomyślałam, ze przecież skoro to lampion, to muszę i ze świeczką…

Zapaliłam, włożyłam i…. oniemiałam! Lampion ożył, zagrał tysiącem barw i odcieni (pojęcia nie miałam, że tyle tego tam wsadziłam, tym bardziej, że w dziennym świetle wcale ich nie widać… skutecznie zamaskował je złoto-srebrno-niebieski lakier, taki minimalistyczny, kolorowy mix 😀 ), a w ciemności z każdej strony lampionu, w każdym jego fragmencie rozgrywa się inny spektakl… sama nie wiem, który piękniejszy…

Zresztą – voila, zdjęć zrobiłam trylion, kto ma cierpliwość, niech ogląda 🙂

 

Kielich, szkło

wysokość 160 mm, średnica czaszy 105 mm

alkohole, lakier srebrny, złoty, błękitny, masa modelarska, złocenia, patyna 

wypalany

 

PATERA JAK KORALOWA RAFA…

 

 

 

 

… a właściwie jak moje o niej, rafie, wyobrażenie, bo nie dane mi było w naturze zobaczyć (i pewnie dane nie będzie, bo to nurkować by trzeba, a na nurkowanie to żadna siła namówić mnie nie zdoła…).

Rafa wyszła jakoś tak sama z siebie. Choć być może, że jakiś wpływ na to miało moje pierwsze skojarzenie, które pojawiło się nie wiadomo skąd i jak, gdy  zobaczyłam tę paterę? Pomyślałam wtedy, że wygląda jak wielka, prostokątna (!) płaszczka, pewnie za sprawą jej falujących boków…

Szczerze mówiąc wcale mi się nie podobała, taka ni w pięć, ni w jedenaście, ale innych w sklepie nie było, a ja musiałam mieć na już-teraz-zaraz, bo bardzo, ale to bardzo ciągnęło  mnie znów w stronę szkła (no, że lubię je robić to już wszyscy dobrze wiedzą, pewnie nawet i w ościennych galaktykach zdążyło się echem odbić, więc więcej na ten temat już mówić nie będę).

Dawno nic w tej materii nie zrobiłam, a był już najwyższy czas, bo jak patrzyłam na moje ukochane alkohole, to aż mnie ściskało z tęsknoty, bo miki się marnowały, bo chciało mi się orgii kolorów znów zakosztować, bo lubię w tym szkle działać i już.

Kupiłam więc tę paterę (bo innych nie było :)) i zrobiłam… Rafę Koralową, tak jakoś  te alkohole się lały, miki się sypały, złoto się kładło, kolory się mieszały, że wyszła właśnie Rafa.

Chyba… bo ja jej przecież nie widziałam…

I – jak to bywa w pracy z alkoholami i mikami – patera w każdym fragmencie swego szklanego ciała jest inna…

Patera, szkło, 345 x 180mm

wysokość 35mm,

wypalana

Kolorystyka – odcienie błękitu, granatu, zieleni, amarantu, złota, srebra i jeszcze paru innych 😉

 

 

 

 

I co? I szkło :)….

 

 

 

Nie narzekam, bo lubię :).

 

Skończyłam wreszcie zamówione  już jakiś czas temu lampiony – kielichy, na wysokiej nóżce, z czaszą w kształcie trapezu, same w sobie już ładne. Było z nimi trochę roboty, bo zrobić sześć sztuk, w miarę podobnych (bo to komplet miał być) to nie w kij dmuchał :).

Ale dostałam zielone światło (a to lubię najbardziej) i w kwestii koloru, i w każdej innej kwestii też, więc żadnych ograniczeń pętających mi ręce nie czułam, to i pojechałam… w … czerwień 🙂 – kolor do tej pory zupełnie mi obcy, ale jak się okazało – przyjazny i bardzo wdzięczny (a jak go jeszcze rozświetlić blaskiem świecy, to już zupełnie odjechany, chyba go polubię na dłużej).

Kielichy dostały okucia na stopce i na części nóżki, szkło pomalowałam dwustronnie – środek czaszy na złoto, część zewnętrzną  na czerwień, i  otuliłam ją w srebrne, inspirowane gałązkami reliefy, z turkusowymi „kwiatkami” (wzór powieliłam na stopce),  całość spatynowałam i wypaliłam.

 

 

 

A przy okazji powstał jeszcze jeden kielich-lampion, zupełnie inny w kształcie i kolorystyce, choć od czerwieni się nie odczepiłam 😉 – tu także szkło jest malowane dwustronnie, tyle, że tej czerwieni jest zdecydowanie mniej…

Z tęsknoty za jesienią – patera…

 

 

 

 

 

Czekam na jesień, wypatruję jej znaków, tęsknię, bo to moja ulubiona pora roku…

Na drzewach liście jeszcze zielone, ale już wkrótce przyobleką się w te wszystkie  przecudne kolory, zrudzieje trawa,  po ogrodzie będzie się snuła mgła… już wkrótce…

Wtedy będę szczęśliwa.

Zanim jednak Jesień Barwnooka obejmie świat we władanie minie jeszcze parę tygodni, a ja musiałam utulić jakoś swoją tęsknotę –  i tak oto powstała patera Jesienna Impresja.

Mam nadzieję, że choć trochę przypomina jesienny, kolorowy liść…

 

 

 

 

szklana patera 280×170 mm, malowana alkoholami, nóżki (kaboszony), wypalana.

 

 

Translate »