A jesień kocham…

Lubię zimę.

Za jej nieskalaną biel śniegu…   

i  za  wrony na śniegu Konstantego…

Lubię wiosnę.

Za nowe, zielone,  rozświergotane  Życie…

i  za optymizm…

Lubię lato.

Za malachit zaklęty w lipowym miodzie …

i za wieczorne burze nad morzem…

Lubię jesień.

Za…

Nie, nie! Jesień kocham…

 

***

 

     A ona właśnie przyszła, Pani Barwnooka –  pachnąca,  rozkolorowana,  wspaniała …

z  odurzającym  zapachem  dojrzałych  jabłek i śliwek,

ze słodkim  aromatem  konfitury z róż,

i pachnącym  Świętami,  grzybnym  koszem  na kuchennym stole,

z karminowymi  koralami  jarzębiny,

lawendowymi i wrzośnymi wiankami,

i atramentowymi  jagodami winnych gron,

i ze szkarłatnymi głogami,

i kasztanami lecącymi jak rudy grad, wprost pod nogi,

i prześwietlonymi słońcem, rubinowymi nalewkami, zamkniętymi w szklanych słojach,

i woskowymi ożynami, nabrzmiałymi sokiem w kolorze indygo,

i rokitnikiem,  całym w maleńkich, oranżowych pomarańczach,

i cynamonem  sosnowych szyszek,

i…

 

    Jesień…

czas z drzewami w sadach uginającymi się  pod ciężarem owoców,

z ogrodami pełnymi astrów, i chryzantem, i wrzosów, i  lawendy, i ostatnich herbacianych róż,

i z babim latem…

czas kipiący całą paletą barw na targowych straganach,

i stubarwnych  liści zaglądających do okien,

i z kluczem odlatujących dzikich gęsi, zamykającym lato …

 

     Kocham ten czas – niespiesznych, rowerowych wycieczek pośród ogrodów, w których zapobiegliwi gospodarze, równie niespiesznie, palą ostatnie letnie chwasty  i spadłe z drzew kolorowe liście… kocham obserwować jak fantastyczne kształty przybiera zielony dym, jak się snuje po ogrodach  wśród sztachet i krzewów, przydając im jakiegoś nieziemskiego i baśniowego wyglądu –  tyle w nim tajemniczości i  romantyzmu…

i tak pięknie obejmuje,  i otula sobą wszystko co napotka…

kocham zapach tego dymu  –

gęsty i  zielony, jak jego kolor…

ma w sobie  woń  mięty  i macierzanki,  i tymianku, lubczyku, i oregano,  i majeranku,

i letnich, gorących wieczorów,

i kwiatów,  i liści  skąpanych rosą,

i ziemi przygotowującej się do snu,

i ma obietnicę…

i tajemnicę…

   

     Kocham jechać aż do jeziora, drogą  pośród drzew pyszniących się feerią barw…

miliona barw zebranych z całego świata, bo przecież jest tu i mahoń kardamonu sprzedawanego na targu w Kalkucie, amarant szafranu z  suku w Casablance, i królewskie złoto kurkumy z bazaru w Stambule,  jest purpura  morskich zachodów słońca nad Egejskim Morzem, i głęboki antracyt wulkanicznych  piasków  z cypryjskich plaż, i cytryny ,  i ochra  afrykańskiej ziemi, i ugier Sahary, i bursztyn z zagubionej bałtyckiej wydmy, gdzieniegdzie błyska jeszcze zieleń oliwnych gajów, jak  lata cudne wspomnienie… bogactwo barw jest tak wielkie, że aż  w głowie się kręci, niektóre nienazywalne, bo jak tu nazwać kolor będący mieszaniną moreli, gorzkiej czekolady, granatu, wrzosu, fuksji, cytryny, sepii i jeszcze bógwieczego???…

 

    Kocham usiąść na chwilę na piaszczystym, jeziornym brzegu, zapatrzyć się  w pomarszczoną leciutkim wietrzykiem jesienną wodę, ponadziwiać  pływającym po powierzchni kolorowym plamkom opadłych liści, ponawdychać powietrza przesyconego wonią tataraku  i jeszcze czegoś, ledwie wyczuwalnego i  nienazwanego…

gdzieś daleko widać mleczne żagle łodzi zmierzających do mariny…

dużo bliżej, podobne żaglówkom, dumne łabędzie rozpościerają szeroko skrzydła i chwytają wiatr…

a ponad nimi goreje niebo, mieni się, jakby pozazdrościło malarskiego przepychu liściom…

powietrze nie ma już tej przejrzystości co latem, ale i tak widzę jak  na drugim brzegu zaczynają tajemniczo błyskać maleńkie światełka…

każde oznacza czyjąś obecność,…

czyjeś ważne sprawy…

radości…

smutki…

może zdrady?…

może miłość?…

 a z jeziora rodzi się mgła…

    

   Kocham wracać do domu, już prawie na samej granicy dnia,  owiana wiatrem, pachnąca  zielnym dymem, napatrzona do syta kolorowym  cudownościom, zmęczona i trochę zmarznięta…

kocham przysiąść…  jeszcze na chwilkę…  z filiżanką herbaty pachnącej słodkością różanej konfitury, w otwartym oknie…

dać się otulić szeptom i szelestom, poprzyglądać jak gaśnie dzień – wciąż jeszcze  trwa, bo widzę ogród, ale powietrze staje się coraz bardziej mgliste, cienie drzew robią się z każdą minutą dłuższe i dłuższe…

już prawie zlały się  ze  zmierzchem wypełzającym z mrocznych  kątów ogrodu…

skądś, z innego świata,  dobiega zgrzytliwy, jęczący i tęskny głos piły, ale zamiast mnie irytować – w jakiś dziwny, czarodziejski  sposób potęguje uczucie spokoju…

i… sielskości…

i… nostalgii…

może dlatego, że ledwo się przebija przez gęste, mgliste  powietrze, że jest wytłumiony i  zupełnie niedokuczliwy…

znowu czuję woń zielonego dymu – znalazł drogę  do mojego ogrodu… wciąż jeszcze dostrzegam  przepych rubinowych  liści dzikiego wina, pnącego się po murze…

wyglądają jak duże, rozcapierzone dłonie, które za mgnienie pochwycą noc…

 A ja rozpalę ogień w kominku brzozowym polanem.

 Kocham jesień.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   Smochowice, wrzesień

 

 

 

 

 

Ten pean 😉 na cześć jesieni napisałam dwa lata temu, ale od tego czasu nic, a nic w tej materii się nie zmieniło – kocham, jak kochałam, piękna jak była, tak jest, więc i pean jak najbardziej aktualny 😉

 

19 komentarzyto A jesień kocham…

  1. Dyzia pisze:

    Nie mam w pobliżu tego wszystkiego o czym piszesz, dlatego jesienią kocham nie wychodzić z domu i pić z rana kawę w towarzystwie Poiret 🙂 A po nim mogę siąść do kompa i u ciebie piękne zdjęcia pooglądać z innego zewnątrz 🙂
    Mój typ na dziś: fuksjowe liście na szarogranatowym tle 🙂

    • Viola pisze:

      Ja na szczęście mam to pod nosem – las, właściwie rezerwat, jezioro, ogrody (w tym jeden mój osobisty)i upajam się…
      Gdybym nie miała, to pewnie… znielubiłabym jesień?… e, na pewno bym nie znielubiła :), co najwyżej chodziłabym podminowana, a już szczególnie o tej porze…

      Fuksja na szaro-granatowym… mówisz pewnie o tym dwudziestym czwartym? – niesamowity zestaw barw :), co nie? mnie też się podoba, choć sama nigdy pewnie nie wpadłabym na takie zestawienie kolorów, ale natura jest odważniejsza, no trochę to jednak jej pomogliśmy :P, bo ten szary granat to płot, którym się od ulicy odgrodziliśmy, ale ona za to bez pardonu na tę granatową szarość amarantem wlazła 🙂

      ale moim numero uno jest trzydzieste pierwsze…

  2. Shanna pisze:

    Jesien, jesien, jesien ach to ty:)

  3. Magda pisze:

    Pięknie to wszystko opisałaś. Też lubię jesień ale gdy świeci słońce i można spacerować po lesie czy parkach. Niestety u mnie za oknem deszcz 🙁

    Pozdrowienia z deszczowego Krakowa..

    • Viola pisze:

      U mnie dzisiaj też, choć teraz się przetarło i słońce wygląda zza chmur…
      ale ja i deszcz lubię, byle jesienny…
      i też pozdrawiam z Posen 🙂

  4. Anna pisze:

    Ach!
    Zachwycające fotografie i prace…
    Ma nominacja wiec:
    http://mojmagicznydecoupage.blogspot.com/2013/09/rozpoczne-od-podziekowan-magdaleno-na.html

    Moc pozdrowień!

  5. Olinta pisze:

    Pean rozumiem, bo dlaczego nie.
    To znaczy treść do mnie dociera.
    Rozumiem zachwyt nad kolorem, zapachem i welurem wszelkich omszałości.
    TO rozumiem, bo to korzystanie ze zmysłów, które obce mi nie są.
    Ale to tyle.
    Nic poza tym.
    Nooo, może jakby tak spełnić pewne warunki to:
    cała reszta też, ale z pozycji wewnątrzdomowej, ciepłodresowej, podkocowej i z dzbankiem herbaty z miodem i cytryną w zasięgu ramienia.
    I niech wiatr miota gałęziami drzew niczym na teatralnym przedstawieniu. Ale za oknem.
    I niech stubarwne liście fruwają we wszystkie strony świata. Ale za oknem.
    I niech niebo pokazuje swą ciemniejszą stronę. Ale za oknem.
    I niech powietrze spowija mglista przestrzeń. Ale za oknem.
    I niech czuć już wilgoć o świcie i wczesnym wieczorem. Ale za oknem.
    Taką jesień toleruję… 😀
    Dla mnie 9 wizualnie.
    Dlaczego?
    Bo czerń i złoto.
    No i 30 technicznie.
    Bo zastanawia.
    Wszystkie inne to mistyfikacja z zabiegami upiększającymi za pomocą mik.
    Przecież przyroda czegoś takiego nie tworzy, o co to to nie! 😉
    P.S. Gratulacje za 26.
    Uchwycić zgrabne paluszki ET na focie to sztuka! 😀

    • Viola pisze:

      To ćmy są ciepłolubne?? Takie kocowo-miodowo-herbatowe też? I jeszcze cytrynowo-h. w dodatku??
      A nie tylko światłolecące???
      I świat jesienny lubią (a jednak!) ale oglądany zza szyby jeno??
      Nie-wie-rzę-w-ta-kie-ba-nia-lu-ki!!!
      I tego się będę trzymać, wolno mi, jest demokracja, co nie? No!
      A ETy (qundulacja, jak jest ET w liczbie mnogiej?? ETy? ETi? ETieje? ETiety??) po płotach mi łażą, na dom się wspinają, czołgają w trawie i tymi malowniczymi, rzekotkowymi łapęcjami chwytają się wszystkiego, co im pod te przylgi wpadnie. 🙂

      Popatrzyłam jeszcze raz na 9… no fajne to złoto w czerni nawet, ale 31 nie przebiło 🙂

      • Olinta pisze:

        Za zimno na latanie! Nie pamiętasz?
        Ćma przyleci wiosną.
        Okutana i obuta w cięższe obuwie nie podlecę nawet do okien sąsiadów, a co dopiero hen!
        Toż z takim ekwipunkiem na grzbiecie i z pełnym termosem pod pachą musiałabym mieć skrzydła pelikana, a mam tylko jego gabaryty. 😀
        Tak więc jak wspominałam wcześniej już mnie wożą.
        W cieple.
        I jak widzisz głupie nie są (te co mnie wożą!), zaopatrzone w DŻIPIESY i trafiają tam gdzie carycy palec pokaże. O! 😉
        A na poważnie to in Pless było dzisiaj tyle słońca, że nawet udało mi się zrobić niezłe foty.
        I kolorów miliony!
        Taka jesień carycy się podoba. 🙂
        A jedną, małą, lepką ET złapał dla mnie małż do… wazonu.
        Miejsca miała ta ET sporo, bo wazon Ikeowski, szklany, pękaty i pozowało się tej ET wybornie.
        I to jest dobry sposób na fotografowanie wszelkich brzuchów i tył(k)ów, które zawsze nieuchwytne, bo z drugiej, ciemniejszej strony.
        Wykorzystam to na inne małe, pełzające, fruwające, byle dają się złapać małżowi. 😉

        • Viola pisze:

          Bożenciu ty mój, pewnie, że pamiętam, że Ćmolinty nie latają…
          ale przecież mowa o zimie mroźnej, a śnieżnej i zawieruchami walącej na lewo i prawo była, przynajmniej tak mi moja szara jedynaczka zeznawała… zimie! wtedy dopiero Ćmy przepoczwarzają się w carycę… zimie – nie młodej jesieni przecież, i na co Ci niby ten termos pod pachą? toż to nadbagaż, absolutnie zresztą zbędny, bo kawa dla Ciemy na kuchennym stole zawsze czeka!
          No ale jak wożą (choć jeszcze nie powinni), niech wożą 🙂

          A co do tego plessowego słońca, to teraz się dopiero zacznie ta kolorowa tak na całego, tak do wypęku…
          i potrwa… no… ze dwa miesiące, tak liczę, a potem to już zaraz mogą być święta.

          A te foty to pokażesz gdzieś? czy mam ruszyć swoją wyobraźnię??

  6. Grażyna pisze:

    Jesień, jesień, jak to tak…

    Niestety Matka Natura nie pozwala długo cieszyć się złotą jesienią – tylko taką lubię, ale o tym już wiesz 🙂
    Pierwszy lekki przymrozek bezlitośnie ścina liście winobluszczu- opadają na ziemię, często zanim przyozdobią się w purpurę.
    Drzewa zrzucają kolorową szatę …pociemniało, poszarzało…jesień jak to tak…

    Hymn napisałaś piękny, czytałam z zapartym tchem…jeszcze troszkę i może podkochałabym się w tej jesieni…:) ale tylko na chwilkę 🙂

    Pozdrawiam kolorowo,

    • Viola pisze:

      Aj tam, aj tam… podkochałabym i to w dodatku na chwilkę…
      Ta złota polska aktualnie rozgościła się w Posen na dobre, przed kwiaciarniami rozsiadły się baby w złoto-chryzantemowych sukniach, fiolecą się wrzosy, w kuchni pachnie powidłami, klony w parkach wystroiły się jak panny na pierwszy bal, karmin na winobluszczu ma się dobrze 🙂
      Jest pięknie 🙂
      Nie mów, że u Ciebie nie 🙂
      A dzisiaj rano była mgła…
      Lubię mgłę…

  7. rosier pisze:

    Byłam tu już, byyyyłam ze trzy dni temu!!! I ślad zostawiłam… i gdzież on????
    Dzisiaj ponownie przyfrunęłam, jeszcze raz pooglądać tę Twoją feerię barw i optymizmu sobie zaaplikować w tę tak pochmurną niedzielę.
    I może pokocham… tak jak Ty, tak bardzo bardzo…

    • Viola pisze:

      Byyyłam….
      no akurat… ciekawe kto to widział 😛
      Ślad zostawiłam…
      taaa… a świstak siedzi i w te papierki…
      Może pokocham…
      MOŻE?!!!! morze jest szerokie i głębokie…

      Ale dobra, wyślę Ci trochę tego posenowego słońca, niech Ci chmury rozgoni :)i rozzłoci świat wokół 🙂
      Jesień jest piękna.
      Howgh!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »