Miłość w stylu glamour…

 

 

 

 

 

To była miłość.

Taka od pierwszego wejrzenia.

Taka niespodziewana.

Taka jak grom z jasnego nieba.

Jak objawienie. 

Jak…  jak… no miłość i tyle!

  Szłam sobie pewnej soboty, niczego się nie spodziewając, leniwie i spacerowo małą jeżycką uliczką, nie bywam tam, znalazłam się  przypadkiem, nie wiem dlaczego skręciłam właśnie w nią, bo mogłam przecież w każdą inną…. szłam i nie myślałam o niczym (Szara jedynaczka coś tam wprawdzie majaczyła, plotła  o konieczności tego czy tamtego, ale ją zignorowałam i zupełnie nie słuchałam tego jej bełkotu) – upajałam się jesienią, podziwiałam kolory liści klonów, które dawno temu tu wsadzono (każde drzewo ma swoją paletę barw, wiedzieliście??) patrzyłam w niebo i pod nogi, nie na boki, nawet nie wiem jakie domy mijałam – co jest o tyle dziwne, że Jeżyce, stara dzielnica, słynie z pięknych, secesyjnych kamienic, które zawsze z lubością podziwiam, a ta akurat uliczka była mi mało znana, więc powinnam się trochę poprzyglądać, zawsze to robię… ale teraz wygrały klony.

  Szłam tak sobie leniwie, czasem schylając się po jakiś szczególnie piękny okaz, i nagle,  bez powodu, bez żadnej myśli, tak irracjonalnie zupełnie, spojrzałam na mijaną witrynę sklepu – sklepiku właściwie, małą i ciemną, zastawioną garnkami, łyżkami, kubkami i innym dobrem właściwym gospodyniom domowym, dla mnie zupełnie nieciekawym. Spojrzałam i już miałam odwrócić wzrok, bo to przecież ani lakiery, ani farby, ani pędzle, ani nawet szlifierki nie były… gdy nagle, na samej górze, postawione na jakiejś dziwnej, chwiejnej i wywrotnej już na sam widok, nieprawdopodobnie wysokiej piramidzie, złożonej z pudeł, pudełeczek, talerzy i nie-wiem-jeszcze-czego stały ONE.

Wysokie. Przystojne. Smukłe. O świetnych proporcjach. Z cudowną głową przypominającą kwiat tulipana rozszerzającego się ku górze. Z przezroczystego, czystego szkła. Cudne!

Trzy kielichy jak marzenie.

Musiałam się im przyjrzeć z bliska (nieprawda! ja już w tym momencie wiedziałam, że muszę je mieć, bez względu na cenę!) – pchnęłam drzwi do sklepiku – nie ustąpiły, pchnęłam mocniej – nic…

– W soboty do pierwszej – doleciało mnie z boku.

– A prawda, przecież dzisiaj sobota… no to co ja teraz zrobię? – pomyślałam spanikowana – na pewno ktoś mi je podkupi!

– Ot, głupia baba – jak podkupi?!! No jak podkupi, skoro sobota i do poniedziałku nikt do tego sklepiku nie wejdzie?? Wystarczy, że będziesz  o dziesiątej, jak otworzą sklep wejdziesz, kupisz i już… – Najlepszy natychmiast postawił mnie do pionu, bo oczywiście zaraz do niego zadzwoniłam ze skargą i jojczeniem,  że takie cudne, jedyne, że zawsze o takich marzyłam…  i poza moim zasięgiem, że jak to biednemu zawsze wiatr w oczy, że jaka ja biedna, że jak raz trafiły mi się idealne, to, qundulencja, kupić nie mogę…

Nie wiem jak dojechałam do domu, nie wiem jak przeżyłam niedzielę… myślałam tylko o tym CO można z takimi kielichami zrobić…

W poniedziałek byłam pod sklepem na pół godziny przed otwarciem, tak dla pewności, stałam sobie przed tą wystawową  szybą, stałam i patrzyłam tylko na nie… Były piękne…

Miła pani otworzyła drzwi punktualnie, a ja od progu już zdecydowanie oznajmiłam po co przychodzę – otóż ja poproszę takie kielichy jak te na wystawie.

– Ale które? – spytała pani uprzejmie – bo na wystawie nie ma kielichów?

– Jak nie ma – spytałam równie uprzejmie – jak są?

– Ale naprawdę nie ma – upierała się pani – kieliszki mam tu, to które? – zatoczyła ręką idealny półokrąg i wskazała półkę.

Faktycznie. Stały. Kieliszki, nie kielichy, a ja chciałam kielichy i to te z wystawy.

– Nie proszę pani, to żadne z tych, mnie chodzi o takie wysokie, smukłe, z łbem w kształcie tulipana – zaczęłam tłumaczyć, z każdą chwilą coraz bardziej niespokojna, czy ja je faktycznie widziałam, czy tylko sobie wyobraziłam? bo niestety mogło tak być, mogło tam, na tej wystawie, stać coś, co mi na myśl kielichy przywiodło, a że wciąż ustawicznie poszukuję takich interesujących, innych, ciekawych, żeby je w lampiony zmienić, to i mogłam sobie wyobrazić – no… takie jak na wystawie – zakończyłam zupełnie już niepewna swego.

– To może mi pani pokaże? – zaproponowała pani nadal bardzo uprzejmie.

Wyszłyśmy na ulicę, spojrzałam w górę i – stały! Były tam! Niczego sobie nie wyobraziłam!

– TE! – wskazałam palcem (wiem, wiem… pokazywanie jest w złym guście… nie uchodzi…)

– Aaaa… te… – pani wydała się lekko zdziwiona – te są… ale tylko na  wystawie…  musiałabym zdjąć…

– No to ja pani pomogę – zaproponowałam szybko, bo pani niespecjalnie była zachwycona wizją zdejmowania, więcej – jej się to absolutnie nie uśmiechało… zresztą poniekąd ją rozumiałam nawet – dla mnie to żaden problem.

– A często pani takie dostaje? – próbowałam ją zabawiać rozmową, żeby jednak się nie rozmyśliła i te kielichy zdjęła.

– Wcale nie dostaję, jak zaczęłam tu pracować, to one już były – wycedziła – te trzy.

– A długo już pani pracuje?

– Dwa lata.

– Dwa lata?? I one tak wciąż stoją na tej wystawie?? I nikt ich nie kupił??? – nie mogłam uwierzyć w to co słyszę – dwa lata??!!

– Dwa – potwierdziła i postawiła przede mną trzy cuda – ale one pewnie były już wcześniej, bo już stały na wystawie, jak tu przyszłam.

–  Czyli czekały na mnie! Chociaż raz coś mi się udało – ucieszyłam się jak dziecko – chociaż raz…

 

Do domu wracałam jak z jajkiem, z trzema jajkami, co chwilę sprawdzając czy nic się nie uszkodziło, choć przecież sama pilnowałam pakowania, ale wiadomo, licho nie śpi…

 

A potem trzy dni myślałam co z nimi zrobić, raz chciałam je zostawić takie, jakie są, innym razem pomalować alkoholami, to znów okuć, pozłocić i pomikować…

 Ostatecznie stanęło na stylu glamour – rzadko coś w tym stylu robię, ale tu chyba pasuje najbardziej.

Całe są w  srebrze, czerni i szkle.

Jak je kupowałam, to wydawało mi się, że wszystkie trzy są identyczne – ale nie, w domu się okazało, że jednak każdy był inny, choć wysokość mają tę samą (310 mm) i tę samą, tulipanową czaszę (o średnicy 75mm i wysokości 90mm) umieszczoną na wysokiej i smukłej, dwudziestodwucentymetrowej nóżce-łodydze –  to jednak  różniły się grubością nogi, zwężeniami, zdobieniem pod czaszą, a i ja jeszcze dodatkowo je zróżnicowałam swoimi poczynaniami, i choć mogą stanowić komplet (bo łączą je styl i pewne wspólne elementy), to nie muszą…

Czaszę im „spękałam” ale pęknięć nie wypełniałam (dzięki temu bardzo ciekawie i intrygująco uwypukla je światło),

ale było mi mało, bo co tam takie spęki… więc wnętrze ubrałam w koronkę (moja ukochana lustrzana farba, znów z wytrawieniami…), nóżki i stopki otrzymały elementy srebrne, podkreślone czernią. Całość zabezpieczyłam specjalnym medium i wypiekłam…

 Wyszły delikatne i eleganckie.

 Tak mi się przynajmniej wydaje…

 A oto i one – Lampiony w stylu glamour – moi Trzej Muszkieterowie…

33 komentarzeto Miłość w stylu glamour…

  1. rosier napisał(a):

    Fan-tas-tycz-ne!!! A sesja zdjęciowa rewelacyjna! Podziwiam z otwartą gębusią. 🙂

    Ściskam mocno.

    • Vika napisał(a):

      A wiesz, że i ja jestem zadowolona z efektu 😉
      Dziękuję bardzo – sesja jak sesja, coraz trudniej robić zdjęcia, bo oświetlenie coraz gorsze, a z lampą to nie to…
      Ja też Cię ściskam.
      Mocno 🙂

  2. Muza napisał(a):

    No właśnie… Chciałam tylko powiedzieć, że zdjęcia rewelacyjne – moje ulubione to na tle japońskiego klonu.
    A lampiony jak dla mnie niespecjalnie glamour, mam chyba inne wyobrażenie na temat tego stylu 🙂 Co nie zmienia faktu, że są rzeczywiście bardzo piękne. Podoba mi się efekt tej lustrzano-metalicznej szarości i spękań.
    Nóżki trochę zakute, a ja to kucie…. no, w tym przypadku to lubię 😉

    • Vika napisał(a):

      A i tu Cię mam – TU NIE MA KUCIA! nic, a nic, ani deczka 😀
      I faktycznie, sama sobie gratuluję, że nie wypełniałam tych spękań, efekt po zapaleniu świeczki jest nieziemski 🙂

      Qundulacja, tak się teraz zastanawiam… może one faktycznie bez tych błyskotek i świecidełek to tak nie do końca glamour?? 😉

  3. Shanna napisał(a):

    Kapitalne. Szalenstwo po prostu. Jak dekoracje z okladki Vogue’a.

  4. Dyzia napisał(a):

    Jak ja lubię takie opowieści, rozumiem każde twoje uczucie! 🙂
    Masz rację, najpiękniejsze kielichy na świeci w tym momencie 🙂
    No i świetnie je zrobiłaś, chyba jeszcze odważniej niż poprzedniego 🙂
    Zdziwiłam się tylko, że sama popękałaś czaszę, bo natknęłam się ostatnio na kilka kielichów z fabrycznymi spękaniami…
    Może powinnam tam jednak pobiec i kupić??? 😉

    • Vika napisał(a):

      Te były gładkie jak poopencja niemowlęcia, to je popękałam ( tak à propos to ten krak do szkła, to super wynalazek jest, do tej pory jak potrzebowałam pokrakać szkło, to używałam tego zwykłego, a ten jest lepszy :)) i chciałam tak z tym krakiem zostawić … ale ta farba tak na mnie łypała tym swoim lustrzanym okiem, tak łypała, że musiałam ulec…
      i masz rację – odważniej te dziurki poleciałam :)wyszło coś na kształt koronki, fajne takie…
      a takie fabrycznie pokrakane też kiedyś widziałam i zresztą stąd pomysł, choć ostatnio nie wpadły mi w oko (jak masz namiary to zapodaj mi, muszę jeszcze porobić trochę tych lampionów).

      • Shanna napisał(a):

        Znaczy to jakis specjalny krak? Czy ja juz nie kumam….

        • Vika napisał(a):

          ano, to taki specjalny do szkła (Stamperia) w małych buteleczkach 2X20ml, fajnie się go kładzie 🙂

          • Dyzia napisał(a):

            Taki coś tam Vetro chyba 🙂
            Viki, ja widziałam fajne tego typu szkło w kwiaciarni bazarowej. Też na pięknej długiej nodze, pałacowe, chociaż kielich prostszy. I było to szkło z fabryki na L… Pewnie ci dużo nie pomogłam, ale bądź czujna przechodząc koło kwiaciarń 😉
            A w Carrefourze też są pokrakane osobniki, choć bardziej przygruntowe.

          • Vika napisał(a):

            Dzięki dobra kobieto, jak spotkam to się dokładnie przyjrzę temu wynalazkowi, choć Domi mówi, że lepiej krakać samemu 🙂

  5. Grażyna napisał(a):

    Ja bym chyba warowała pod tym sklepem całą sobotę i niedzielę !!!
    Rzeczywiście, same w sobie już przystojniachy 🙂 a spod Twojej ręki wyszły przystojniachy nieziemskie …
    Sesja zdjęciowa piękna, z czerwonym klonem palmowym wyglądają zjawiskowo.

    One czekały tak długo właśnie na Ciebie …to jakś magia… 🙂

  6. poddasze decouart napisał(a):

    Przepiękne,a ten efekt wieczorny, rzeczywiście bardzo magiczny. Świetne zdjęcia! 🙂

    • Vika napisał(a):

      Sonka miała chyba lepszy dzień 😉
      Ale robić te zdjęcia coraz trudniej… światło już nie to, o fajne tło też niełatwo, aż się boję co będzie dalej…
      Dzięki za odwiedziny Anula:)

  7. Dominika napisał(a):

    Oj, te fabryczne kraki to nie to, tutaj jakos bardziej smakuja 🙂

    • Vika napisał(a):

      Domi, a miałaś już takie coś fabrycznie pokrakane w ręce? Ja tylko na fotografii widziałam i sama już nie wiem – warto szukać, czy nie?
      Chociaż… póki co mam ten swój szklany krak… nie wyrzucę przecież 🙂

  8. Olinta napisał(a):

    Dobrze, że w od pierwszego w ten klimat uderzyłaś i po dziesiąty pociągnęłaś, bo mgliście i mało widocznie.
    Dzięki temu trafiłam i mogę spokojnie o tej porze kawę wypić, bo przecież czas na zimowy zmieniany jest i można głowę na poduszce nieco dłużej potrzymać.
    Po co komu ta zmiana? Nie wiem.
    Kompletnie mi się wszystko znowu we środku pokrochmali i marmolić będę wzdłuż i wszerz.
    Z pluciem jadem włącznie.
    A już największą farsą tegorocznej jesieni jest to, że z powodu temperatur komary świzgolą do nadal i tną jak w czerwcu.
    Wcale to śmieszne nie jest…
    Przeczytałam, uśmiałam się z najlepszego (u każdego inna ksywa chodzi) i całkowicie rozumiem sobotnie rozczarowanie i poniedziałkową radość.
    Robota Ci wyszła jak zwykle czyli nuda absolutna i właściwie powinnam już sfrunąć, ale kawę mam jeszcze to potoczę deczko.
    One tak do końca glamour nie są.
    Albo inaczej.
    Może są, ale nie zawsze.
    Czterdziestepiąte i okolice na pewno.
    Ale dwudziestypiąty to alien!
    Stoi w jesiennym świecie i się dziwi co tam robi.
    A dwudziestedrugie to samo razy trzy.
    One tam nie są glamour.
    One tam są alienami.
    Tam.
    A dlaczego?
    Bo są glamour! 😀
    Sfruwam.

    • Vika napisał(a):

      No wiedziałam co robię, układając te foty 🙂

      Suponujesz aśćka, że on jako ten Ósmy Pasażer tu się znalazł? I jako klon w trzech postaciach tu, w tych rudych czerwieniach, występuje??
      No być to może…
      Nie pomyślałam… a przecież mam jakieś srebra rodowe, które za tło powinnam im wtrynić. Mam. Powinnam. Ale co tam, te rude czerwienie tak piękne i strojne są, że musiałam.
      Sama wiesz – czasem wiedźma musi, bo inaczej się udusi 😀

      Mam dziś kiepski dzień.
      Ta zmiana czasu też mnie wqundulencia i z równowagi wyprowadza…

  9. Olinta napisał(a):

    A Ty myślisz, że ja nie korzystam z tej OBRZYDLIWEJ jesieni w ten sposób???
    Przecież u mnie ostatnio wszystkie foty na tle liści.
    Wtryniam flaszencje i bombencje w czerwone klimaty, bo git są dla oka, no nie?
    Ale, że alien zdziwiony w metalowym obleczu stoi to fakt. 😀
    Wysiedli wszyscy trzej ze spodka i się pysznią swoimi zbrojami na odpowiednim tle.
    Rodowe zostaw na zimę.
    I głowa do słońca!
    Nie dajmy się żadnym zmianom.
    Tym czasowym też.
    P.S. Czekoladę wtryń. Pomaga. 😉

    • Vika napisał(a):

      A myślisz, że nie zaaplikowałam??
      A jakże! Całą tabliczkę (żurawinowa :)) i teraz jeszcze gorzej, bo wyrzuty mam.
      Nie na skórze – sumienia.
      Chociaż chyba jednak w malignie gadam, bo przecież sumienia nie posiadam…
      A rodowe to chyba przeczyszczę jednak. Tak na wszelki niewiadomy, bo przytachałam dziś do domu całe naręcze (dobra, siatę… ale naręcze tak jakoś lepiej brzmi) kielichów z giełdy… 🙂

      O qundulencja… bombencje już robisz??? nie…

      • Olinta napisał(a):

        Nooo…! Całoroczne takie.
        Z pyskiem na złocie. Nie końskim i nie psim, a dziewczęcim wszem obecnym. Pokażę niebawem, bo ostatnie foty do poopencji się zrobiły.
        Się, bo jak ja bym zrobiła to by przynajmniej do pokazania były. 😉
        Naręczy zazdroszczę szczerze, bo u mnie giełda staroci składa się z jednego kramu i gburowatego, nadętego jegomościa, który myśli, że ma zasoby pałacu plessowego, a tak naprawdę ma wielką, czerstwą i spleśniałą chałę.
        A co do żurawiny w tabliczce to taka mądrość mi się ciśnie na usta:
        lepszy wyrzut niesumienia niż facjata w bąblach. 😀
        Nie pomogło?
        No to czas na procenty… :)))

        • Vika napisał(a):

          Hahahaha!
          Pomogła ta facjata w bąblach! Zaraz obraz mi się przed duszne oczy rzucił i pomogło!!!
          Ty wiesz, jakie te bomble mogą być malownicze? A gdyby je jeszcze lekko przetrzeć i pobitumić, patynką maznąć (aaa… mam nową przecudną turkusową patynkę! znów zza wody, choć tym razem niespodzianka od Domi to jest :)) i lakiernąć…
          Co za widok! 😀 😀

  10. Olinta napisał(a):

    Oj, poszło Ci za bardzo w drugą stronę. 😀
    Polecam równowagę w nastroju, bo się skłaniasz niebezpiecznie ku jakiejś masochistycznej skrajności.
    Bąbli jej się w turkusie na facjacie zachciało, ratunku…;)
    Nie wywołuj, spluń, przeklnij w czarty, biesy, diabły!
    Jak nie masz na czym eksperymentować to poświęć za przeproszeniem sempiternę, ale facjatę oszczędź! :)))
    Teraz już rozumiem potrzebę posiadania naręcza.
    Przecież trzeba patynę ZZAWODNĄ wypróbować!
    Rodowych nie poleruj, bo już czuję, że matowe lepiej przypasują do reszty. 😉

    • Vika napisał(a):

      Sempiterna… no niby tak…
      tylko w obawę popadłam, czy to się da potem przysiąść? a jak nie? i tylko na klęczkach, ewentualnie z podparciem przednich kończyn mi przyjdzie odpoczywać?? tylko w pozycji kucznej??
      nie wyrobię, bo ja jednak czasem przysiadam…
      a facjatę to wachlarzem przesłonię, no, ewentualnie jakim woalem gustownym jeszcze mogłabym, jakby co, znaczy jakby spojrzenie en face porażeniem patrzącemu groziło…

  11. Grarzynka napisał(a):

    Świetnie to opowiedziałaś z puentą, bo jak tak sobie coś upatrzymy i ukochamy to nam się wydaje, że cały świat też tylko tego chce. No a to, co z nimi zrobiłaś to co ja mam powiedzieć, że piękne? No piękne, ale to wcale nie oddaje jedyne w swoim rodzaju oryginalne, niepowtarzalne jak trzech muszkieterów. Życie jest piękniejsze dzięki takim spełnieniom, choć powoduje też duże zmęczenie psychiczne a nawet nie wiedzieć czemu fizyczne. Ale na pewno daje poczucie sensu.

    • Vika napisał(a):

      Mów mi tak, mów – o tym sensie, że ma…
      bo to moje osobiste poczucie sensu coś mi ostatnio klapło i padło, i jakoś podnieść się do pionu nie bardzo chce… 🙁

  12. Magda napisał(a):

    Bardzo eleganckie są te świeczniki! 🙂 muszą pięknie wyglądać jako oświetlenie pokoju 🙂 na roamtyczny wieczór jak znalazł 🙂

    Najbardziej mnie zachwyca nóżka – jest świetna 🙂

  13. Wojtek napisał(a):

    Zastanawiam się jak wykonać taki trzon kielicha?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »