RATUNEK DLA DZBANA…

 

 

 

Ten dzban był w moim rodzinnym domu od zawsze. Jakoś nigdy nie wpadło mi do głowy spytać skąd się tam wziął, choć mam pewne podejrzenia. Myślę, że należał do ślubnej wyprawy mojej Mamy i był częścią białej, porcelanowej zastawy Fryderyka.

Później, gdy tworzył się mój własny dom, zamieszkał w nim razem ze mną, jako jedyny ocalały element owej zastawy.

Dzielnie służył nam jeszcze przez czas jakiś, ale nasze rozliczne przeprowadzki zrobiły swoje – najpierw zaginęło gdzieś wieczko, potem obtłukł się sam dzban, aż wreszcie – całkiem niedawno – ktoś upuścił go na podłogę (wiem kto! ale litościwie zmilczę i epitetów oszczędzę) i dzban rozpadł się na kilka kawałków. Łzy mi stanęły w oczach gdym zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy… Najlepszy rzucił się zmiatać skorupy, by mi je sprzed oczu zabrać z zamiarem wyrzucenia – alem nie dała.

Posklejałam  pieczołowicie i postawiłam na widoku.

Niestety, wyglądał okropnie… Mnie to nie przeszkadzało, ale te dziwne spojrzenia, te zawoalowane aluzje, te półuśmieszki w końcu do mnie dotarły i kazały mi się zastanowić co dalej. Wyrzucić nie miałam siły, bo to przecież pamiątka, ale tak jak był zostać też nie mógł, bo uczciwie mówiąc zwyczajnie straszył i złe wzorce estetyczne w Nieletnim ugruntowywał. 

A traf chciał, że mniej więcej w tym samym czasie obtłukł się przez zwyczajną nieuwagę jeden taki mój ulubiony aniołek, nic specjalnego, zwykły gipsowy odlew, bez żadnych wybitnych wartości artystycznych, ale miałam do niego sentyment. Ten też po sklejeniu wyglądał… ech, szkoda gadać…

No i przypomniałam sobie jeszcze o drugim, sporym aniele, którego dla przeciwwagi wcale nie lubiłam i dawno usunęłam sprzed ócz mych pięknych w kąt ciemny, na banicję skazując.

Z jednego posklejanego, wyglądającego koszmarnie dzbana zrobił się więc równie koszmarny tercet, no i to pobudziło mnie wreszcie  do działania. 

Pomyślałam, że w/w tercetowi nic już nie jest w stanie zaszkodzić, że wóz albo przewóz, że teraz albo nigdy, że koniec biadolenia – nadszedł czas działania.

No i zadziałałam. Sam proces transformacji  był długotrwały i szarpany, bo mający swe początki  u samego zarania wakacji, a skończony ledwie trzy dni temu, ale też ostatnie wakacje były u mnie niezwykle pracowite i zupełnie, ale to zupełnie skupieniu na jednym niesprzyjające.

A zadanie miałam wcale niełatwe, bo postanowiłam sobie porcelanę i gips w kamień obrócić, w dodatku taki grubo ciosany.

W miarę postępu prac  jednak zmieniłam trochę swój początkowy radykalizm i jakkolwiek pozostając przy opcji kamiennej, to  początkową grubość ciosania zdecydowałam się jednak cokolwiek zrewidować.

No i jako się rzekło, trzy dni temu skończyłam…

Zrobiłam nawet próbę szczelności dzbana na okoliczność ewentualnego przepuszczania cieczy różnorakich – wypadła zadowalająco – mogę więc go używać jako osłonki do doniczki (gdy już jakąś pasującą znajdę), albo może zrobię z niego pojemnik na pędzle? Się jeszcze zobaczy.

W każdym razie dzban reinkarnację przeszedł, żyje i ma się dobrze.

A anioły naprawdę wyglądają jak z kamienia 🙂

P.S. Proszę mnie nie pytać dlaczego użyłam w tych obróceniach w kamień koloru niebieskiego, skoro wszyscy wiedzą, że za nim nie przepadam i właściwie to on  mi nawet do niczego nie pasuje, bo tego to nie wiem nawet sama ja, więc i tak pytanie pozostanie retorycznym…

12 komentarzyto RATUNEK DLA DZBANA…

  1. Marzena pisze:

    Nie dziwię się że dokonałaś próby ratowania dzbana. Jest przepiękny w swym kształcie. I do tego stanowi tak cenną, sentymentalną, rodzinną pamiątkę.
    Nie mam pojęcia jak Ci się udało zrobić z niego kamień (czyżbyście się z Dyźką spotkały? :-))
    Ale koniec końców dzban wygląda jakby od lat już Ci służył w swej kamiennej wersji. Pojemnik na pędzle to świetny pomysł – będziesz go miała zawsze w zasięgu wzroku. A jest co podziwiać 🙂
    Idę korę rozsypywać, więc machać będę nad Ł. 🙂

    • Vika pisze:

      Dyźka trochę innymi kamiennymi meandrami chadza i jej kamienie są jednak inne, ale też bo w świecie różne kamieniołomy występują, czyż nie? 😉

      Ja tam jestem bardzo zadowolona, że udało mi się ten dzban ocalić i że teraz aż tak nie straszy, a w komplecie z janiołami to nawet wygląda 😛

      I lecę czym prędzej na schody, bo na tarasie robota mi schnie (tym razem reanimuję stareńki fotel), to przy okazji rozbujam prawą i Ci odmachnę ochoczo 🙂

  2. Teresa pisze:

    Podziwiam bo wyszło naprawdę dobrze. Dzbanek ma b. dobry kształt i wart był tej przemiany.

  3. Dyzia pisze:

    Iście kamienne, a wiesz, że mi się takie podobają 🙂 Mam nawet wrażenie, jakby te kamienie w gliniastym podłożu swoje przeleżały.
    Super! 🙂

    • Vika pisze:

      Hmmm… kamień, żelazo, rdza i inne takie obtłuczenia… ciekawe co w nich siedzi, że tak potrafią zakręcić?
      Mną w każdym razie kręcą jak chcą 😉

  4. Grarzynka pisze:

    Świetny efekt i radość, bo takie straty czasem powodują wyrzuty sumienia.

    • Vika pisze:

      Otóż to, te wyrzuty to nawet spać nie dają…
      Wiem, że to już nie jest ten sam dzban, ale świadomość, że tam w środku, pod warstwą tym ciapań mieszka jednak jego dusza, daje ukojenie 🙂

  5. Magda pisze:

    Fajna historia dzbanka! w nowej wersji może i służyć następnym pokoleniem, dzięki swojej unikatowości!
    Aniołeczki uroczo pasują do kompletu 🙂

  6. elpassja pisze:

    No i zmalowałaś (zmajstrowałaś raczej) piękny kamienny komplet. Już nie powiesz, że Ci coś tam, lub też kolor jakiś do niczego nie pasuje. Wszystko pasuje jak ulał. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »