BO NA TARASIE FAJNIE JEST…

 

 

 

 

… wszyscy wiedzą, że fajnie, Ameryki nie odkryłam, ale co tam – fajnie jest mówić, że na tarasie fajnie jest. Bo jest  😉 .

A sezon tarasowy właśnie  zaczął  się był 😉  na dobre.

W tym roku jakoś tak wyjątkowo wcześnie i znienacka, zupełnie nie przejmując się kalendarzem, no bo kto to widział, albo słyszał, żeby w kwietniu (w kwietniu!!) wychodzić rankiem z kawą na łono przyrody (no dobra, na łono ono aż nie, zatrzymuję się jednak w przestrzeni tarasowej, ale zawsze! W KWIETNIU!!!) i to z własnej, nieprzymuszonej woli, i bez obrzydzenia, i bez wstrząsania jestestwem swym  jakimś dreszczem z zimna powstałym? Nikt! Przynajmniej wśród  współczesnych mi jednostek człekokształtnych nikt! Przeprowadziłam na tę okoliczność ankietę w celach naukowych i wyniki są jednoznaczne – owszem, zdarzały się takie, które próbowały, ale to osobniki z zacięciem masochistycznym albo inną dewiacją dotknięte, siedziały owe  pookręcane pledami, zazwyczaj w kratę, na podobieństwo mumii, w szalikach na szyjkach wciśniętych w ramionka,  w czapach na czerepach, zgrabiałymi rękoma w mitenkach uczepione kubków i tę kawę piły, znaczy próbowały pić, bo dygot w kadłubach im – prostą skądinąd – czynność skutecznie uniemożliwiał, ale po pierwsze nie rankami, po drugie w ramach pokuty, po trzecie zmuszane przez współpobratymców za karę – a to się nie liczy.

A tu proszę! Ja.

Sama.

W dezabilu.

Rano.

Z kawą.

Bez obrzydzenia.

Noooo…anomalia jak byk,  najstarsi górale nawet……

A to fakt jest.

Czym prędzej więc o nim piszę, żeby dowód dla potomnych mieć. I żeby późnym wnukom w oczy kłuć móc, że kiedyś, to ho-ho…  były czasy, że tarasowy się i w kwietniu zaczynał…

A jak już się ów zaczął, to i ciągnie mnie, niczym trojka sanie z Jędrusiem i Oleńką, co to ona ran niegodna mu całować, z mocą burzy w górach (byłam, przeżyłam, wiem co znaczy), z siłą Niagary (nie byłam, nie widziałam, ale sobie wyobrażam) 🙂 🙂 – nic, tylko bym ulepszała, przestawiała, upiększała co tylko się da i to co się nie da też. Potem mi przechodzi, ale na początku sezonu to siła znacząca. I nie ma, że robota rozbabrana, że terminy gonią, że dziecię nieletnie płacze (wróć! dziecię nieletnie buczy, aktualnie jak trzmiel majowy, bo mutacja wciąż jeszcze w toku), nie ma! – najpierw taras. Znaczy tak bym chciała…

Ale jednak ta robota rozbabrana, Inwestorka się delikatnie przypomina…  termin tuż-tuż… a ja obowiązkowa jestem jak na złość… więc żydowskim targiem sama z sobą się ułożyłam, że najpierw skończę co do skończenia, a potem się oddam w całości.

Tarasowi.

Bo obiecałam, bo Inwestorka lada dzień się zjawi, bo u mnie słowo droższe pieniędzy, bo… ech, ciężko było, ale grzecznie udałam się jednak do pracowni.

Zatraciłam się w tej robocie, oj, zatraciłam, ale wszystko po to  żeby szybciej skończyć, żeby już nic mi nie wisiało nad głową, żeby mieć wolne myśli i ręce, i ledwie dwie godziny minęły, a ja już miałam zrobioną – i to na tip-top!… piękną deskę tarasową… która cudnie mi do stołu tarasowego pasuje 🙄 . Przysięgam na moją, cudem odratowaną, magnolię, że wcale jej nie chciałam robić, znaczy chciałam, bo mi w takie jedno miejsce tarasowe pasuje jak ulał, ale nie teraz – najpierw to coś dla Inwestorki miało być, deska miała poczekać na potem, i tak przecież czekała ładnych parę lat, zagubiona gdzieś wśród sterty polan do kominka, na przemian to moknąc, to schnąc, to marznąc, aż się zrobiła cudnie stara, mogła jeszcze ten jeden dzień przecież też, tarasowi by nie ubyło. Ale nie – złośliwie się zrobiła.

W dodatku nie dosyć, że poza kolejką, to jeszcze tak, jak lubię – taka nie do końca oczywista, taka, że trochę trzeba się domyślać, taka w moich kolorach, taka mroczna, no…

I jeszcze bardziej złośliwie idealnie się wpasowała w to miejsce, co to miała w nim być…

No przecież nie wyrzucę małpy, bo moja posenowa dusza załkałaby się na amen. Moja posenowa dusza wyrzucać nie lubi…

Więc jak już jest, to ją postawiłam tam, gdzie było jej przeznaczone i teraz pijąc ranną kawę z ulubionego kubka sobie na nią ukradkiem spoziram i… podoba mi się  😉

 

A Iwestorka właśnie uprzejmie mnie zawiadomiła, że przyjedzie dopiero 05. maja…

ufff…. zdążę…

Mogę sobie nawet spokojnie pooglądać nowe cudne cuda, które Pani Zielonooka wyczarowała w ogrodzie…

 

 

 

 

 

18 komentarzyto BO NA TARASIE FAJNIE JEST…

  1. Shanna napisał(a):

    Decha prima sort:)
    A w ogrodzie kolorowo.

  2. Shanna napisał(a):

    Ja na nie zawsze mowilam ”kapusta”, bo liscie takie do kapusty podobne mialy. No chyba ze odmian wiele. Az tak to sie nie znam.
    A na pierwszym to grucha???

  3. Dyzia napisał(a):

    Fajnista 🙂

  4. Olinta napisał(a):

    Pewnie, że na tarasie jest fajnie.
    A jak jeszcze kawa w kuble to nawet BARDZO fajnie jest.
    To, że decha fajna to wiadomo, bo spod Twojej ręki wyszła to inna być nie potrafi nawet jakby się za brzydką przebrać nagle chciała.
    Ale, że ona w takim ekspresowym tempie zrobiona to już o niemożliwość haczy!
    Rozbroił mnie mleczyk. 😀
    Idę zobaczyć komu fotę zrobić, bo obiektów coraz więcej.
    W to mi graj!

    • Vika napisał(a):

      No na tarasie kawa tylko w kuble! To jedyna słuszna opcja jest.
      No chyba, że jakiś gość ze sfer się trafi, to porcelana wyjeżdża.
      Ale wiedźmy preferują kubły.
      Dla Cię, Ćmo, też jeden mam, bliźniaczy do mojego, taki w cudny napis Eeyore, i nawet z konterfektem tegoż na plecach napisu… styknie? Ze 350 ml ma, to wystarczy na długo.
      I, że co? Że dwie godziny to ekspresowo jest? na jedną marną, oryginalnie już postarzoną, dechę?? No proszę Cię, jaj tu sobie ze mnie nie rób… Przecież ona woskowana, a wosk to w tri miga… 😛 😛 😛
      I dawaj te foty obiektów, bom zawsze głodna innych wiedźminich ogrodów.
      PpP

  5. rosier napisał(a):

    Tym razem od końca za ten post się zabrałam.

    Kwiatuszkami rozpoczęłam, potem deseczkę obejrzałam, no i sobie Cię, Violuś, poczytałam na samiuśkim ostatku. Nie! Jeszcze raz do kwiatków zajrzałam. :))))
    I pozazdrościłam… bo moja boule de neige jeszcze w zielonkawych pąkach, choć te „bule” się już ukształtowały w kule 🙂 ale … czekam.
    Wyglądam też kiedy mój kaktusik zakwitnie tak jak Twój , ten z ostatnich trzech fotek( chyba dobrze widzę… a może to zygokaktus?) W zeszłym roku dostałam sadzonki, rozmnożyłam i mam tego całą 60.cm skrzynkę. Zwisają ale nie wiem kiedy kwieciem sypną. One u mnie po raz pierwszy…
    A bergenie Twoje to inne, ślicznie fioletowe, moje w róż buduarowy wpadają, i bardzo je lubię.
    A z tą żółtą ślicznotką walczę i przegrywam od lat nieustannie.:)

    Brawa za cudne fotki Ci się należą!!!!! Sztuka to przecież piękno pięknie sfotografować. Bo trzeba wiedzieć jak to piękno z piękna wydobyć i utrwalić niebanalnie.

    O deseczce nie wiem co napisać. Nudą powieje jeśli napiszę, że cudniasta, tajemnicza, klimatyczna… taka Twooooja!!!!! I nie dołuj mnie, że w 2 godziny… tak od niechcenia!!!!

    I… jeśli masz go w nadmiarze, ślij mi deszczu , bo trawnik świeżo założony wysycha! 🙂

  6. Vika napisał(a):

    Nic się nie przejmuj, że Twoja buldeneżka jeszcze nie kwitnie, ta moja to jest koralowa, one kwitną wcześniej i mają taką seledynową poświatę na kwiatach, nie są czyste i białe tak jak buldeneżki, ale za to są pierwsze 😉
    A ten z trzech ostatnich to rzeczywiście zygokaktus, u nas grudnikiem zwany. Chyba mam jakiegoś mutanta, bo kwitnie i kwitnie, jak nawiedzony jaki, a powinien – jak sama nazwa sugeruje – w grudniu tylko. Ale ja się nie gniewam i wyrzutów mu nie czynię z tego powodu :). W tym roku wyniosłam go na letnią kwaterę dużo wcześniej, niż zwykle (jego kolegów roślinnych też) i mam nadzieję, że krzywdy im nie poczyniłam.
    A bergenie mam trzy – w różnych odmianach, ta fioletowokwietna to Cordifolia, dwie pozostałe to Crassifolia i te maja kwiaty różowawe.

    Z żółtym nie walczę wcale, ba ja je lubię – a jak jest ich mnóstwo, to można je przetransformować w miodek zdrowy i pyszny. Chcesz przepis??

    Brawa za fotki należą się nie mnie, a Sonce – to ona uwieczniała, ja ją tylko trzymałam i zerkałam przez tę dziurkę w niej. Ale przekażę, przekażę… tylko nie wiem, czy jej się w tej czarnej łepetynie nie poprzewraca z samozadowolenia, a i tak chimeryczna jest z niej małpa…

    Deska rzeczywiście w dwie godziny, ale z nią to tak mało roboty było, że i te dwie godziny to huk! Ot, trochę maziania, trochę szpachlowania, trochę reliefowania, trochę ścierania, transfery,wosk i finito. I co to za robota????

    A deszcz Ci zapakowałam hermetycznie, żeby nie wyparował po drodze i ślę, ba mam go duuużo… I niech Ci leje równo!

  7. rosier napisał(a):

    No i leeeeje!!!!
    Tylko niepotrzebnie ziąb też zapakowałaś!!!! :)))))

  8. Grażyna napisał(a):

    Wow…pierwszy raz widzę bergenię fioletową, śliczna jest… miałam tylko różową i podobnie jak Shanna mówiłam na nią kapusta, no musiałyśmy się rozstać, bo za wielkie gabaryty miała… a ogród wcale nie wielki… . Portrety tulipanów bardzo mi się podobają, moich nie zdążyłam sfocić- tych co nie padły ofiarą żąrłocznych nornic.
    Ha , też przymierzam się do posta o kwietniowych upałach … kto to widział, żeby bzy kwitły w kwietniu i róże pękały w pąkach na początku maja.
    Ogród odciągnął mnie zdecydowanie od decou … i spoglądając na twą dechę w dechę, może uszczknę kąsek veny, która mnie opuściła … niewdzięcznica jedna.

    Pozdrowienia ślę pachnące wisterią 🙂

  9. Vika napisał(a):

    A bierz sobie, jeśli wena Ci się z dechą skojarzyła – to bierz! 🙂
    Ja bym raczej powiedziała, że to jednak chęć mienia, czyli chcica klasyczna, która mnie opanowała do niemożebności, a nie wena była, więc żebyś się potem nie rozczarowała :P.
    Odwzajemniam te pachnące pozdrowienia – i mnie też kwitnie wisteria (nigdy jej się to jeszcze o takim czasie nie przytrafiło)- odsyłam pocztą zwrotną.

  10. Grarzynka napisał(a):

    No więc ja też na tym tarasie już w kwietniu (tyle, że ten taras to całe podwórko) albo okręcona albo i nie no i ta kawa w dłoni a czasami to i o dziewiątej wieczorem, bo taki jeden ptaszek właśnie o tej porze ma wenę i tak śpiewa, że profanacją byłoby go nie posłuchać. Twoja deska jest niezwykła i właśnie zmajstrowałam jakiś transfer na pewnej szafeczce i wyszedł taki blady i nijaki i sama nie wiem co z nim dalej zrobić czy coś mu dodać czy może zeszlifować a widać, że tak też może być. W każdym razie natchnęłaś mnie żeby tak od razu nie skrobać, ale tu dodać i tam dodać i może będą z niej ludzie. Świetne kolory.

    • Vika napisał(a):

      Ależ się rozumie, że nie skrobać! Dodawać i zmieniać – tak, skrobać – nie.
      Zawsze i wciąż można wszystkie zonki w atut przekuwać, zawsze! wiem co mówię 😀 bo namiętnie przekuwam 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »