lato pachnące miętą i diabeł….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

… czyli taca w silnie miętowym entourage z czarcim kuszeniem w tle…

 

Dawno już mnie korciło, żeby zrobić coś jasnego, prostego, bez wodotrysków i podobnych  wyprysków ;), typu złocenia, postarzenia, czy bitumienia inne. Patyn żadnych też miało nie być, o kraku nie wspominając… czyli, jak dla mnie wyzwanie ogromne, bo wiadomo – mnie zawsze diabeł decoupage’owy kusi tudzież  na pokuszenie wodzi…

Ale tym razem powiedziałam stanowcze NIE!!!

Tym razem będzie absolutnie jasno i prosto!

Tym razem pokażę kto tu rządzi, bies czy ja, kto w tej potyczce na silną wolę i determinację wygra… miałam prawie pewność, że jednak ja… prawie…

Okazja sama mi wpadła w ręce, bo zbliżają się imieniny pewnej, zaprzyjaźnionej mi wielce, amatorki jasności wszelakich, a że w tym roku obiecałam jej tacę, to i z ochotą (i determinacją w wytrwaniu wyzwaniu!) do pracy się wzięłam…

Zonk pojawił się zaraz po rozpakowaniu paki z zamówionymi drewienkami, w tym i tacy- tej konkretnej – o z góry upatrzonym kształcie …

 

( ku pamięci! nigdy nie zamawiać jednego upatrzonego egzemplarza!!!),

 

…bo oto moim oczom ukazała się rzeczona taca, tyle, że z wyłamanym narożnikiem… pozostałości tego wyłamania nie było, więc wniosek nasunął się sam – taka została zapakowana :(, a na reklamację, odsyłanie i dosyłanie czasu już nie stało.

Cóż – pomyślałam – przekuję w atut, przecież często przekuwam, to mam wprawę, będzie dobrze!

No i od tego przekuwania zaczęłam.

Do głowy mi wpadło wklejenie w ubytek kryształów. Pomysł, jak pomysł… ani wybitnie nowatorski, ani – z drugiej strony – jakoś przesadnie przyziemny, uznałam zatem, że w narożnik będą w sam raz.

Miałam je tylko w kolorze mięty…

 

 ( ku pamięci! zawsze mieć zapas kryształów  w różnych kolorach!).

 

Taca, w/g mego założenia, miała być biała, no ewentualnie najwyżej śmietankowa, jednak z tymi miętowymi kryształami już nie bardzo mogła…

Co tam! Będzie w takim razie miętowa – pomyślałam beztrosko i szybciutko, żeby się nie rozmyślić, pomalowałam ją na cudny kolor mięty…

Cudny to może i on był, jak go umieszałam pracowicie w słoiczku, na tacy niestety ściemniał i taki cudny to on już być przestał.

– Ratować! Ratować tę jasność utraconą! – wrzeszczała wniebogłosy moja Szara  Jedynaczka, miotając się w spazmach w czerepie – Ratować natychmiast!!

– Pewnie, wiśta wio łatwo powiedzieć – oburzyłam się śmiertelnie,  sama zła, że ściemniało – ale jak do qndulencji jaśnistej wielkiej?? Jak??!! Przecież nie będę malować jeszcze raz??…

 

(ku pamięci!! – właściwie czemu nie? to przecież łatwiejsze i prostsze niż wymyślanie co by tu z tym zrobić…)

 

– Weź to jakoś rozbiel może? – podsunęła Szara niepewnie.

– Jasne, rozbiel… Tylko jak?  Szkoda mi jednak tego miętowego trochę…

– Białym go maźnij – Szara najwyraźniej przejęła się problemem – białym…

– Tak zwyczajnie? Tak suchym pędzlem i już?

– No a jak! Miało przecież być prosto, nie?

– Nooo… niby miało – zgodziłam się niechętnie, bo już mnie zaczął ten zły na pokuszenie wodzić – Ale może jednak jakieś coś innego się da?

– Jakie coś innego?! Rób białym i nie wymyślaj! Ja tu jestem od myślenia, co nie? –  Szara wyraźnie traciła cierpliwość – Białym i po sprawie! Już!

– Dobra już dobra, białym… ale słuchaj… a może by tak jakiś szablon? wiesz, ten od Domi, w te piękne romby… co myślisz?? – dobrze wiedziałam co myśli, bo  wieloletnie doświadczenie w kontaktach z nią zdążyło mnie już nauczyć, że ona, Szara, uwielbia, gdy ją pytać o zdanie, zaraz złe z niej ustępuje, ważna się czuje, że niby taka najmądrzejsza, wszystkowiedząca i takie tam ble, ble, ble…– bo wiesz, jak TY powiesz, że szablon – grałam dalej poniżej pasa – to będzie znaczyło, że jednak szablon.. i że tylko szablon będzie tu najlepszy (specjalnie słowa szablon użyłam aż cztery razy, żeby nawet ona  załapała…).

Załapała!

– No niech ci będzie – łaskawie się zgodziła – myślę, że szablon się nada… Ale potem to już tylko motyw, lakier i finał! Pamiętasz? Masz zrobić jasno i prosto!

– Pewnie, że pamiętam, co mam nie pamiętać – uśmiechnęłam się pod nosem, bo czart już mnie nie odstępował na krok – prosto i bez wytrysków, wiem, wiem…

Zrobiłam ten szablon, mój ulubiony, rombowy, odbiłam go złamaną bielą na wewnętrznych bokach i dnie tacy, potem lekko przetarłam, żeby wtopić go w tło. Wyszło nawet-nawet… a na pewno rozjaśniło tę miętę.

– O widzisz! Mówiłam, że najlepszy będzie tu szablon – puszyła się Szara – mówiłam? No! Możesz mi teraz per Eminencjo…

– Mówiłaś, mówiłaś… – mruknęłam cicho (hahaha! Eminencjo! jeszcze czego??!) – a właśnie, że to ja mówiłam – domruczałam sobie pod nosem, na wszelki wypadek już zupełnie cichuteńko, żeby zołza nie dosłyszała….

– To teraz poszukaj jakiegoś miętowego motywu – wymądrzała się dalej – bo tylko mięta do tej mięty tu będzie pasowała, potem transfer i NIC JUŻ WIĘCEJ NIE RÓB! A jak przetransferujesz to mnie obudź, spać idę, bo strasznie mnie zmęczyłaś… wciąż tylko muszę naprawiać to co ty zepsujesz, wciąż…

********

– No nareszcie! –  sapnął diabeł z taką ulgą, że aż końcówki rogów mu pojaśniały – jużem myślał, że ta przemądrzała synapsa nigdy się nie wyniesie… jeszcze trochę a by mi siarka uszami uszła…

– Ale… – chciałam powiedzieć, że to nie żadna synapsa tylko zwykła szara komórka, w dodatku jedna jedyna jaką posiadam, więc o synapsie mowy być nie może, bo musiałabym mieć choć ze dwie szare, żeby jakaś synapsa miała szansę się pojawić, a nie mam… ale machnęłam ręką, bo i na co diabłu taka wiedza?… – no to co robimy??

– A co już masz? – uprzejmie się zainteresował, choć przecież widział…

– No ten motyw mięty przetransferowany…

– Tylko jeden?? !! Za mało!

– Ale miało być…

– No i co z tego, że miało – przerwał mi w pół zdania – miało-było… co było, a nie jest nie pisze się w rejestr!! Rób jeszcze!

– Znowu mięta?

– Może być znowu, ale inna.

– Ale Szara…

– Śpi! I niech tak zostanie! A ty rób, będzie pięęęknie – kusił – zobaczysz… pięęęknieee…

– OK.  Ale jakby co, to zwalę na ciebie – uprzedziłam lojalnie – pamiętaj.

– Jaaasne, zawsze  wszystko co złe, to na biednego diabła… ale dobra, przyjmę i to – rób!

 

No to zrobiłam i drugi transfer.

I na to jeszcze trzeci…

– Ty, daj jeszcze jakieś napisy – kusy kusił dalej – co ci szkodzi? Lubisz napisy, nie?

– Lubię, bardzo lubię – nawet mi się pomysł spodobał, bo ja naprawdę je lubię – to gdzie te napisy?

– A dawaj gdzie się da… na dno, i na boki… miejsca dość…, wiesz jak jest – hulaj dusza, piekła nie ma!

– I kto to mówi??

– No kto jak kto, ale ja to chyba wiem najlepiej, nie?

Faktycznie, on chyba wie, w końcu diabeł pomyślałam trochę uspokojona…

I dałam  te napisy… wszędzie gdzie wlazły…

Opamiętałam się dopiero jak już miejsca nie stało.

 

– O jezusicku – jęknęłam jak zobaczyłam – ale tego…

– Cicho!– diabeł skoczył na równe kopyta jak oparzony, bo już był trochę znużony długim transferowaniem i pokładał się pod stołem  – Uważaj co mówisz!!!

– Ale zobacz – jęknęłam – zobacz… miało być prosto i jasno…

– A nie jest?? – zdziwił się obłudnie – przecież jest. Prosto. A nawet, rzekłbym, zbyt prosto jest…

– Ja już…

– No pewnie, że nie ty, tylko ja! – znów mi wpadł w słowo (swoją drogą to chyba kindersztuba w tej diabelskiej społeczności  ostatnio mocno podupadła… żeby tak wciąż przerywać…) – mówiłem przecież, że wszystko biorę na klatę, nie? Mówiłem! To nie mazgaj się i dawaj kraka!

– O jeeezz… jeny znaczy…  jeszcze i kraka??? Nieeeeee…

– Co nie! Właśnie, że tak! – wrzasnął, pewnie, żeby mnie wystraszyć – z ciebie to jednak mazgaj jest, doopa  nie oficer, tchórz jak stąd do wieczności – nakręcał się coraz bardziej nie przestając wrzeszczeć – do ciebie to trzeba mieć anielską, tfu!, cierpliwość, jak ja, qndulencja,  mam cię na pokuszenie wodzić, jak ty na wszystko nie i nie??! Mówię rób kraka, to rób i nie dyskutuj! Już!

– Ciiicho, Szarą  obudzisz… – szepnęłam sama w strachu, że faktycznie się obudzi i piekło zrobi (ona potrafi! żaden diabeł jej nie wmówi, że piekła nie ma) i szybko, dla świętego spokoju, tego kraka machnęłam, chytrze myśląc, że przecież mogę go nie wypełniać…

Ale nie doceniłam diabła.

Wypełniłam. W dodatku na złoto.

I jeszcze miki sypnęłam. W narożniki.

I zrobiłam tacę. Prawie jasną i prostą.

Prawie*.

 

__________________________________________________

* Prawie robi różnicę.

Wielką.

 

 

 

 

 

 

 

7 komentarzyto lato pachnące miętą i diabeł….

  1. Shanna napisał(a):

    Diabla wytarmos za ogon- wiesz za co:)
    A potem pozycz go. Moze i mnie cos podpowie.

  2. poddasze.decouart napisał(a):

    Ja tam też idę w ciemno! Za zapachem mięty,wzdłuż transferu,po przecierce.Piękna taca! :)))

  3. rosier napisał(a):

    Ty na takiego diabła z gustem nie narzekaj! Ustawiam się w kolejce na pożyczki… Shanna zwróci , ślesz do mnie priorytetem wartościowym 🙂 Super taca! A tekst przefajny!

    • Viola napisał(a):

      O, następna po diabła się ustawia 🙂
      Dziewczyny, Wy nie wiecie czym to pachnie (poza siarką oczywiście :P),
      to czarcie nasienie jest nieprzewidywalne i największa radochę ma jak na manowce zwiedzie…
      Ale jak chcecie, to proszę! Jest wasz.

      Dzięki Martuś, cieszę się, że taca zyskała Twoją przychylność, a tekst? Hmmm… ja tylko spisałam co się działo, jak kronikarz… 🙂

  4. Shanna napisał(a):

    Mnie moze i smierdziec siarka, byle pomysly byly:P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »