kolonialne Indie – o czym taca baje…

 

 

 

 

Ta taca, to  moje ostatnie trafienie w Starej Rzeźni*… 

była stara, brudna, porozsychana i z ubytkami, niepozorna i właściwie nijaka… ale ciągnęła mnie do siebie z jakąś magiczną siłą… bezwiednie i bez jakiegokolwiek świadomego udziału woli wracałam w miejsce, gdzie leżała, nawet nie wiem ile razy, za każdym patrząc na nią chwilę i odchodząc dalej, a po niedługim czasie łapałam się na tym, że znów tam jestem i znów patrzę… leżała przygnieciona jakimś żelastwem, wystawał jej tylko brzydki  narożnik z falbanką  wyrzeźbioną w drewnie, zwieńczającą rant…

w końcu nachyliłam się, żeby się dokładniej przyjrzeć, ostrożnie wyciągnęłam rękę w jej kierunku, delikatnie dotknęłam… i w tym momencie przepadło!

Nagle poczułam, że muszę ją mieć – teraz-zaraz-natychmiast – wyszarpnęłam ją gorączkowo spod stosu żelastwa i zapłaciłam, nawet nie pomyślawszy o targowaniu (a niezmiernie rzadko mi się zdarza nie targować się… właściwie, to nawet nie rzadko, a nigdy… wiadomo, ja z Posen jestem…).

Miałam ją! A ona była taka, jak przeczuwałam – duża, brzydka, uszkodzona, niebywale brudna, z pękniętą deską w dnie… i moja!

Tego dnia kupiłam jeszcze parę drobiazgów – jakąś porcelanę, jakąś paterę, dwie ramki, starą skrzynkę, trochę metalowych okuć, trochę starych cyferblatów, które już od dawna czasu nie liczą,  ale nic nie sprawiło mi takiej frajdy jak ta stara taca. Czułam, że skrywa jakąś tajemnicę… a może poddałam się tylko jej czarom?…

Najlepszy od wieków już nie komentuje moich giełdowych trafień, wie, że to na nic , może jedynie  wywołać burzę, a ja wciągnę go w wir „niepodważalnej argumentacji”…  a na końcu i tak będzie musiał przyznać, że „nie można było tego nie kupić”… teraz to już tylko milczy i co najwyżej pozwala sobie na uśmieszek pod wąsem – mały i półgębkiem – żebym nie zauważyła…

tym razem jednak zobaczywszy moją tacę i to, w jakim nabożnym uniesieniu ściskam ją w objęciach pozwolił sobie na wielce kąśliwą uwagę, że niby dobrze, że  ją przytargałam do domu, bo teraz przynajmniej będzie spokojny, że nam zimą drewna do kominka nie zabraknie! Profan!!!!

Ale ja nawet nie pomyślałam, żeby odpowiedzieć – pognałam do łazienki, żeby mój cud z brudu obmyć. A łatwo nie było – musiała być bardzo stara, bo drewno było niewyobrażalnie sponiewierane, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że się nie da i że będę ją musiała zostawić, ale właśnie wtedy, nagle, moim oczom ukazało się prawdziwe piękno tego drewna – a ja niespodziewanie odkryłam, że cała taca zrobiona jest z drewna oliwnego, pięknego, naturalnie postarzonego niezliczoną ilością lat, jak naturalną patyną…

Niestety, zobaczyłam również, że nie uda mi się jej pozostawić w takim naturalnym pięknie, bo jej dno było bardzo zniszczone i uszkodzone – musiałam je posklejać, wypełnić ubytki, pozbijać boki – musiałam je zrobić na nowo.

I dobrze wiedziałam, jakie ono będzie, bo sama taca zdążyła mi już wiele o sobie opowiedzieć – ja ją szlifowałam (a kto pracował z drewnem oliwnym, ten wie ile to czasu zajmuje, bo to niezwykle twarde drewno), a ona opowiadała mi – o pewnym starym, angielskim gabinecie z epoki królowej Wiktorii, ze snującym się leniwie dymem z cybucha, gabinecie  przesiąkniętym słodkim, korzennym zapachem Amphory, z ciemnozielonymi, pluszowymi zasłonami w wiktoriańskich – wąskich i wysokich – oknach, z globusem stojącym w rogu, pokazującym nieodmiennie Indie… z olbrzymim, mahoniowym biurkiem w głębokim kolorze burgunda…

opowiadała o starym pułkowniku, który po wielu latach powrócił z Indii do Starego Kraju, o  tacy (mojej tacy!) i stojącej na niej filiżance z   Masala Chai, którą pułkownik codziennie popijał, bo ona na chwilę przenosiła go z powrotem do miejsc, które ukochał i za którymi tęsknił, przesuwała  pod jego przymkniętymi powiekami dawno minione obrazy… a to  dumnego i wyniosłego maharadży, spoglądającego z wysokości słoniowego grzbietu, siedzącego w palankinie ze swoją maharani – piękną, podobną rajskiemu ptakowi, w bajecznie kolorowym sari błyskającym złotymi nitkami w zachodzącym słońcu, a to  słodki obraz młodej, kruczowłosej kumari – córki maharadży, w której się dawno temu zakochał…

Oczywistym więc było, że taca dostanie mapę,… mapę, która pozwoli pożeglować staremu pułkownikowi do kraju, gdzie był szczęśliwy, gdzie wciąż, być może, czeka na niego zakochana kumari…

 

______________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

*Stara Rzeźnia – zabytkowy kompleks budynków rzeźni miejskiej w stylu eklektycznym, obejmujący teren ponad 5ha, wybudowany w latach 1897-1900 w/g projektu architekta  Fritza Moritza (w całości z cegły klinkierowej), będący w tamtym czasie najnowocześniejszym takim obiektem w całej ówczesnej Europie, jej budowa kosztowała prawie 3 mln. marek – suma olbrzymia…

S.R. mieści się na Garbarach, w dzielnicy historycznie wywodzącej swą nazwę od garbarzy (garbników), którzy zamieszkiwali te tereny od średniowiecza i trudnili się wyprawianiem skór.

Obecnie miejsce to jest wykorzystywane w celach kulturalnych, odbywają się tu m.in. przedstawienia i happeningi Międzynarodowego Festiwalu Malta, a co tydzień – największy w Posen pchli targ (zwany u nas Flohmarkt), doskonale znany wszystkim mieszkańcom miasta i okolic.

 

Miałam okazję pokazać to miejsce (dla mnie magiczne i silnie uzależniające)  moim znakomitym koleżankom z pewnego forum, bawiącym w Posen na I Forumowym Sabacie Decouczarodziejek  we wrześniu 2012 i mam ogromną nadzieję, że wycieczka nie była dla nich utrapieniem i sprawiła, że i one poczuły magię tego niezwykłego miejsca…

16 komentarzyto kolonialne Indie – o czym taca baje…

  1. Zuza pisze:

    To ja jeszcze raz napiszę, że taca jest skończenie piekna! A może nieskończenie…? Hmmmm…. W każdym razie jest idealna i zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia!!!!

    A Stara Rzeźnia magiczna jest, jak każde miejsce, gdzie przebywają przedmioty z duszą! Tylko szkoda, że nie można posiadać tych wszystkich „dusznych” cudów….

    • Viola pisze:

      Hej Zu 🙂
      Strasznie się cieszę, że trafiłaś tu wreszcie 🙂

      A Rzeźnia? O, tak – magiczna! magiczna! magiczna!!
      Widziałam, że i Tobie przypadła do gustu 🙂

      Ale, że taca zdobędzie Twoją przychylność, to jestem w głębokim szoku…
      toż ona stara jest – sama w sobie – a ja jeszcze te mapy starzyłam i starzyłam bez umiaru…

  2. Dyzia pisze:

    Taca piękna, budzi szacunek i tęsknotę za nieznanym…
    Trochę po Garbarach kiedyś się szwedndałam, ale pewnie wtedy to piękno kompleksu było jeszcze ukryte 🙂

  3. Shanna pisze:

    Taca cudo.
    A SR to taka mala wyspa skarbow posrod wielkiego miasta:)

  4. rosier pisze:

    Violu, nie wiem jak to się stało, że jeszcze Twojej cudownej tacy nie skomentowałam. Wielokrotnie jak ( dobry! ) medyk ją badałam, odwracałam, pod spód zaglądałam, i wstrzymywałam oddech…, i mnie zatykało… No i zapewne słów odpowiednich do wyrażenia zachwytu brakowało. Bo jakież inne słowa od tych już wielokrotnie użytych mogę wymyślić?
    Chyba, że inaczej…
    C’est magnifique, super, extraordinaire, fantastique, merveilleux… etc…etc…

    Bardzo podoba mi się zachowanie naturalnego wiekowego drewna. A motywu innego na niej sobie nie wyobrażam !
    Ściskam Cię mocno !

  5. Teresa pisze:

    Mieszkałam prawie 7 lat na Wiongradach i bardzo czzęsto jechaliśmy tam rowerami by buszować po starociach.
    Viko zastanawiam się czy bardziej lubię czytać te zachwycające
    Twoje opowieści czy oglądać powstałe arcydzieło.
    Wielkie brawo!!!

  6. Vika pisze:

    No nie mów!!!
    Ja też mieszkałam na Winogradach, na Przyjaźni 🙂
    A może myśmy się na Słowiańskiej gdzieś o siebie ocierały?? 🙂
    No jaki ten świat jest mały…

  7. DecouDream pisze:

    Taca jest wspaniała. I jak pięknie piszesz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Translate »